Ogień w oczach. Marek Roefler o kolekcjonowaniu sztuki
PARTNERZY SERWISU
Sztuka i design
Ogień w oczach. Marek Roefler o kolekcjonowaniu sztuki
Zna się na elektrowniach jądrowych, budowaniu osiedli mieszkaniowych, renowacjach zabytkowych obiektów i École de Paris. Opowiada o sztuce w taki sposób, że przenosi słuchacza do Paryża lat 20. Wszystko, o czym mówi Marek Roefler, zgromadził w Villa La Fleur, więc nawet nie trzeba zamykać oczu.
Udostępnij

Marek Roefler: „Kolekcjonowanie jest rodzajem uzależnienia” Autor zdjęcia: Jacek Poremba
Villa La Fleur to dwa zabytkowe konstancińskie budynki z lat 20. połączone wypielęgnowanym trawnikiem, na którym pysznią się w słońcu spiżowe ciała rzeźb Biegasa, Dunikowskiego i Csákyego. Jest także monumentalna figura Chrystusa Jana Lamberta-Ruckiego, ale Zbawiciel trzyma się w cieniu. Marek Roefler, właściciel La Fleur, ufundował mu specjalny pawilon.
Minionej jesieni kolekcja Marka Roeflera pojechała do Paryża na wystawę w Musée de Montmartre. Posąg Chrystusa był zbyt duży i trafił do bocznego ołtarza Sacré-Coeur. Wystawę w muzeum obejrzało ponad 80 tysięcy osób, w bazylice było ich w tym czasie ponad milion.
– Stanął w kaplicy ozdobionej bizantyjskimi mozaikami w świetle przefiltrowanym przez witraże, a ludzie traktowali go jak obiekt kultu – w oczach Marka Roeflera zapala się pasja.
– Wyglądał, wie pan, oszałamiająco. Nawet rektor bazyliki to przyznał. Kiedy Lambert-Rucki przygotował tę rzeźbę na wystawę światową, marzył, żeby znalazła się w kościele, ale przecież wiedział, że to niemożliwe, a teraz się udało.
Villa La Fleur też nie mogła marzyć o drugim życiu. Kiedy Roefler ją kupił, nie nadawała się nawet na squat.
Odkąd wyprowadzili się ostatni nielegalni lokatorzy, mieszkała tam jedynie rozpacz. Remontował ją przez dwa lata.
– Myślałem, że urządzę tu miejsce spotkań dla rodziny, przyjaciół. Ale szybko okazało się, że przybywają przede wszystkim kolekcjonerzy, historycy sztuki. Siłą rzeczy zrodziło to myśl o muzeum.

Marek Roefler sypie paryskimi anegdotami sprzed lat, jakby widział je wszystkie na własne oczy, Autor zdjęcia: Jacek Poremba
Marek Roefler swoje pierwsze obrazy kupił jakieś 35 lat temu, żeby nie mieć gołych ścian w nowo wybudowanym domu w podwarszawskim Aninie. Zdecydował, że najlepsze będzie nawiązanie do wspomnień z dzieciństwa: ojciec polował, obaj jeździli konno, wybór padł więc na Kossaka z myśliwymi w czerwonych kubrakach. Ale to nie było pierwsze spotkanie z obrazami.
W czasie studiów jeździł latem do Skandynawii. W dzień pracowali na farmie, a wieczorami sprzedawali sitodrukowe obrazki, które kolega przywiózł z Polski. W następnym roku Marek Roefler sam to zorganizował – sfotografował obrazy Chełmońskiego, rysunki dzieci Wyspiańskiego, zrobił matryce i drukował je w akademiku. Najpierw sprzedawał sam, a kiedy okazało się, że popyt jest duży, on drukował, a sprzedawali koledzy ze studiów.
– Taki był mój pierwszy kontakt ze sztuką.
– I z przedsiębiorczością – rzucam przynętę, chciałbym usłyszeć o początkach jego fortuny.
– A co może zrobić ze swoim życiem młody magister ze specjalizacją z fizyki jądrowej, kiedy się okazuje, że Polska jednak nie zbuduje takiej elektrowni? Przywiozłem z tych saksów kilka tysięcy dolarów – wystarczyło na auto i wynajęcie kawalerki. Miałem miesięcznie trzy tysiące kosztów. Zaproponowali mi 500 złotych pensji. No i w 1979 roku od mamy wziąłem pokój i urządziłem tam pracownię krawiecką. Była zdruzgotana. W lekarskiej rodzinie taki wstyd. Mówiła: „Synku, tyle się uczyłeś, to szaleństwo, co ty robisz?”. A ja na to: „Mama musi wiedzieć, że pani, co u mnie pracuje na maszynie, zarabia pięć razy tyle, co mama na stanowisku profesora akademii medycznej”.
Drugi romans ze sztuką Marek Roefler miał na początku lat 90., kiedy w wolnej już Polsce otworzył się rynek sztuki, były galerie, marszandzi, ale nie bardzo było czym handlować. Podczas służbowych podróży Roefler zawitał do Hôtel Drouot, istniejącej od 1852 roku giełdy sztuki.
Handluje się tam wszystkim – od obrazów i rzeźb po srebrne łyżeczki, poroża i modele samochodzików. Kupował obrazy, żeby odsprzedawać je w Polsce po nowych cenach, aż tu nagle w Muzeum Narodowym w Warszawie otworzyli wystawę zbiorów Wojciecha Fibaka. Były tenisista opowiadał o niej tak, że Marek Roefler zapragnął założyć własną kolekcję.

Minionej jesieni kolekcja Marka Roeflera pojechała do Paryża na wystawę w Musée de Montmartre Autor zdjęcia: Jacek Poremba
W Narodowym było kilka prac z École de Paris, a on kochał Paryż. Czy mógłby zbierać inne obrazy? Pewnie tak, ale dzieła tych, którzy kochali to miasto tak jak on, wydały mu się bliskie. Szkoła Paryska to około 250 artystów, którzy wyemigrowali z Polski do Francji na początku wieku, żeby tworzyć ramię w ramię z Picassem, Modiglianim, Chagallem, Miró.
– W sztuce był to okres rozkwitu. Pojawiają się kubiści, symboliści, futuryści, ekspresjoniści, cały tygiel nowych trendów. Życie arystokracji przestaje być tematem, staje się nim żywioł miasta: handlarze, rzemieślnicy, tancerki z kabaretów, swoje portrety zamawiają lekarze i adwokaci, krzepnie klasa średnia. Po pierwszej wojnie do Paryża przybywają bogaci Amerykanie – osiem statków każdego dnia. Przywożą kapitał. Kupują meble, obrazy, rzeźby. Dziś w muzeach w Nowym Jorku, Filadelfii i Waszyngtonie jest ponad 30 obrazów olejnych Modiglianiego! Kiedy pojawiał się w Paryżu Albert Barnes, marszandzi dostawali gorączki. Malarze malowali dzień i noc, by zapełnić jego skrzynie, a on kupował drożej, niż ktokolwiek inny mógłby zapłacić.
Roefler opowiada w tak obrazowy sposób, że przez chwilę, choć minęło 100 lat, słyszysz skrzypienie konopnych lin, na których skrzynie z obrazami Chagalla kołyszą się w Hawrze w czasie załadunku na pokład jakiegoś transatlantyku. Za chwilę znowu jesteśmy w Paryżu, Antoine Cierplikowski otwiera swój zakład przy rue Cambon 5, Coco Chanel zdejmuje kobietom gorsety, Tamara Łempicka staje się ikoną emancypacji i dla niemieckiego magazynu „Dame” projektuje okładkę z własnym autoportretem w zielonym Bugatti z krótkimi włosami, choć takich nie miała.
– Zresztą to lokowanie produktu, bo ona się kolegowała z Rembrandtem Bugattim, tym rzeźbiarzem. Chodził do paryskiego zoo i rzeźbił zwierzęta – mam ich całą kolekcję. Jego brat Ettore zaprojektował ten samochód. Ona się w nim sportretowała, żeby mu przynieść popularność.
– Brzmi, jakby pan tęsknił za tamtymi czasami.
– No tak, pan by nie chciał wejść do kawiarni i usiąść między Hemingwayem, Eliotem, Picassem i Dalim? Constantin Brâncuși to z Rumunii na piechotę prawie przyszedł do tego Paryża. I ci wszyscy Polacy też.
Na plakacie paryskiej wystawy jest właśnie Łempicka. Roefler ma znaczącą kolekcję jej prac i nie kryje, że ją uwielbia. W tamtych czasach sprzedawała drożej niż Picasso, a w Paryżu, po ucieczce z Petersburga, była gwiazdą. Wszyscy wiedzieli, że bywała na balach u cara i znała księcia Jusupowa (tego, który zabił Rasputina). Jej przyjaźń z Gertrude Stein rozpalała wyobraźnię, obie miały mężów, ale romansowały z kobietami.
– Rzuca się w wir życia, przepada na całe noce, mężowi mówi, że to dlatego, że jest artystką i że on musi to zaakceptować i dbać o ich córkę. Tam się wszystko gotuje w tym Paryżu: sztuka, wolność artystyczna i seksualna, alkohol, narkotyki, a zarejestrować się pod nowym nazwiskiem było bardzo łatwo. Jakub Liwszyc z Wilna wziął na świadków kelnera z knajpy i piekarza, u którego kupował bułki – poświadczyli, że go znają, i już był Paryżaninem. Lambert-Rucki jest z Krakowa, to zabór austriacki, dla Francji jest wrogiem, więc wstępuje do Legii Cudzoziemskiej, żeby wyjść z więzienia. Mojżesz Kisling idzie na wojnę, jest ranny, dostaje medal za odwagę. Oni poznali wojnę, ale w ich sztuce tego tematu nie widać. Jest radosna: piękne pejzaże, martwe natury, zmysłowe akty, kubistyczne formy. Picasso mówi do Kislinga: „Słuchaj, te domki możesz inaczej, te dachy ściąć, uprościć”, a Kisling odpowiada: „Ty jesteś Picasso, ja jestem Kisling, ja maluję jak Kisling, a ty jak Picasso”. Kisling ma wtedy wielki sukces, maluje portrety arystokracji. Ale w 1941 roku musi uciekać przed Niemcami. Niektórzy twierdzą, że zadenuncjowała go jako Żyda jego modelka, Ingrid Rouge...
Marek Roefler sypie anegdotami, jakby widział to wszystko na własne oczy, a Mojżesz Kisling patrzy na nas ze swojego autoportretu i nie zaprzecza. Kislinga kupuje się teraz w galeriach Tokio i Hongkongu, bo Japończycy, Chińczycy i Koreańczycy kochają go za te wielkie oczy jak z Mangi, która przecież 100 lat temu jeszcze nie istniała.
– Kisling utrzymywał Modiglianiego, kupował mu farby, opłacał modelki, urządził pracownię, a w końcu sfinansował jego pogrzeb. Kisling był bardzo bogaty, bardzo modny, Modigliani przymierał głodem. Na swoje wystawy zabierał też obrazy Modiglianiego. A potem Modigliani stał się modny i obrazy Kislinga jeździły na doczepkę. Hm, nigdy nie wiadomo, czyje w końcu będzie na wierzchu, ale czy to niesie jakąś pociechę Modiglianiemu?
Pytam o obraz, który lubi najbardziej, więc idziemy do gabinetu z wystawą Haydena. Kiedyś Roefler marzył, by mieć w swoich zbiorach „Graczy w szachy” Henryka Haydena z 1913 roku. Mieli go kiedyś na wystawie, minęło 10 lat i zamieszkał w Villi La Fleur na zawsze.
Hayden umieścił na płótnie swój autoportret, to właśnie on jako jedyny stoi, zaglądając grającym przez ramię. Z prawej strony siedzi sławna modelka Aïcha Goblet, ten postawny gość z wąsem to prawdopodobnie Leopold Zborowski, urodzony w Zaleszczykach paryski marszand, który odkrył dla świata Modiglianiego.
– A stół, widzi pan to spłaszczenie planu? Tak malują kubiści, więc obraz ma cechy prekubistyczne. To jeden z dwóch najwybitniejszych obrazów Haydena. Przez otwarte okno widać kopułę Kościoła Val-de-Grâce. Kiedy w ubiegłym roku urządzali wystawę na Montmartrze, dyrektor Winiarski odszukał okno z tym właśnie widokiem.
– Ale jak to się stało, że od Kossaków z Anina doszedł pan do największej kolekcji Szkoły Paryskiej?
– Na początku kupowałem obrazy na handel, ale potem upychałem je, gdzie się tylko dało – po strychach, po garażach. Zacząłem czytać, szukać, to mnie pochłonęło. Mówiłem już nieraz, że kolekcjonowanie jest rodzajem uzależnienia... Żona pytała, czy znów coś kupiłem, a ja odpowiadałem: „Nie, odebrałem od konserwatora”, albo że zmieniałem ramę. Bo wie pan. To są Polacy. Ten urodził się w Białymstoku, ten w Wilnie, ten we Lwowie
– Roefler wskazuje ich dzieła.
– inni w Krakowie, Łodzi, Warszawie. Mela Muter, czy to francuska malarka? No nie, ona jest urodzona w Warszawie. Jak Chopin. Simon Mondzain oryginalnie nazywał się Szamaj Mondszajn i był z Chełma. Louis Marcoussis to Ludwik Markus. Z Warszawy. Zrozumiałem, że oni są nasi, a nikt tego na świecie nie wie przez te ich pomodyfikowane francuskie nazwiska. Ja postanawiam, że to zmienię. Dorastam do tego. Remontuję Villę La Fleur, zatrudniam dyrektora artystycznego – Artur Winiarski zaczyna porządkować, systematyzować wszystko, co mam nagromadzone.
Każdy kolekcjoner ma swoje marzenia. Marek Roefler chciałby mieć jeszcze kilka najlepszych obrazów Tamary Łempickiej, no, ale to kwestia kilkunastu milionów dolarów za każdy.
– To nie są moje progi – wzdycha.
Stoimy w jego w biurze. Tu trzyma kolekcję Łempickiej. Jej obrazy, projekty, meble, nawet jej poduszki z osobistym logotypem, który zaprojektowała. Roefler kupił te meble dzięki sygnaturze „Adrianna Górska”, inni oferenci nie wiedzieli, że to siostra Łempickiej i że były wykonane na specjalne zamówienie malarki.
– Gdyby ktoś się dowiedział wtedy, nie miałbym szans wygrać aukcji. No, ale 25 milionów dolarów na jej najsłynniejszy obraz nie mam.
– Kiedy zaczynał pan swoją zawodową pracę, to o wiele dalej było do tej kolekcji niż stąd, z gabinetu pełnego dzieł Łempickiej do jej najdroższego obrazu.
W oczach Marka Roeflera zapala się ogień.
Materiał oryginalnie ukazał w specjalny, wydaniu GQ Poland: The Art Issue.
Więcej w tym temacie:
- Świat przyspiesza. Jak podejmować dobre decyzje, gdy przyszłość zmienia się z dnia na dzień?
- Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
- Magic: The Gathering – karty za miliony dla milionów
- Nie tylko T-shirt. Jak kolekcjonować (nie tylko) koncertowe wspomnienia
- Swarovski tworzy nowe pojęcie luksusu
- Partnerstwo, nie patronat. Nowe otwarcie współpracy afrykańsko-europejskiej na TOP CHARITY ChangeMAKERS 2026
Pisarz i podróżnik, autor ośmiu powieści i kilku innych książek reporterskich oraz podróżniczych. Pół życia zmarnotrawił na włóczęgę po świecie, utrzymując się z pisania reportaży do kobiecych magazynów albo m.in. prowadzenia ludzi po górach. Był redaktorem magazynów „Malemen” i „Elle Man”. Obszary zainteresowania – podróże, lifestyle, ludzie, rock i heavy metal.
Ma dar słuchania ze zrozumieniem.
Był w stu kilkudziesięciu krajach i jest bywalcem praskiego klubu bokserskiego Fenix. W dniu premiery GQ Poland świętuje premierę swojej najnowszej książki „Włóczęga z Archipelagu. Filipiny”.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sztuka i design
EXLANTIX partnerem wystawy „STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.”
25 czerwca odbyła się wystawa „STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.”, której partnerem została marka EXLANTIX. Wydarzenie stworzyło przestrzeń do dialogu pomiędzy sztuką, nauką i współczesnym designem, prezentując twórczość Wojciecha Fangora inspirowaną postacią Jana Heweliusza oraz ideą odkrywania i postrzegania przestrzeni.
Sztuka i design
Niebezpieczne związki sztuki i mody
Powiązania między modą a sztuką od zawsze przywodziły na myśl płomienny romans. Znajdziemy tu momenty fascynacji i odrzucenia, gesty zawłaszczenia, próby dominacji i okresy demonstracyjnego dystansu.
Sztuka i design
Historyczny przełom dla polskiej sztuki. Wilhelm Sasnal laureatem Rubenspreis
Nagroda Rubensa to jedno z najbardziej prestiżowych europejskich wyróżnień dla artystów sztuk wizualnych. Przyznawana jest za całokształt twórczości wybitnym malarzom i malarkom, których dorobek wniósł istotny wkład w rozwój współczesnej sztuki. W gronie jej laureatów znaleźli się dotąd m.in. Francis Bacon i Lucian Freud.
Sztuka i design
Podróże ze sztuką. Nieoczywisty przewodnik po galeriach
Najciekawsze dzieła znajdują się nie tylko w wielkich muzeach i topowych galeriach europejskich stolic. Czasem warto zboczyć z głównej trasy – skręcić z autostrady w stronę prowansalskiej winnicy, zjechać do rybackiej wioski na Costa Brava albo ruszyć leśną ścieżką w Dolomitach.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Sztuka i design
STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ. - wystawa, której nie powinni przegapić miłośnicy sztuki i designu
Projekt „STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.” pokazuje jednego z najwybitniejszych polskich artystów XX wieku jako człowieka zafascynowanego kosmosem, nauką i tym, co pozostaje poza granicami ludzkiej percepcji.
Sztuka i design
Żałoba po świecie, który jeszcze istnieje. O spektaklu Tiago Rodriguesa
Na tegorocznej edycji festiwalu Malta najgłośniej mówiło się o 24-godzinnym eksperymencie teatralnym „The Second Woman” z udziałem Magdaleny Cieleckiej. Jednak mój zachwyt wzbudził znacznie mniej spektakularny logistycznie, ale nad wyraz bogaty w treść i emocje mimo swojej kameralnej, 1,5 godzinnej formuły spektakl Tiago Rodriguesa pt. „Dystans”.
Sztuka i design
6 wystaw, dla których warto zaplanować wakacyjny city break w Polsce
Gorąco? To może połączmy przyjemne z pożytecznym i pooglądajmy w chłodzie galerii ciekawe wystawy? Lato to też dobry moment, by połączyć weekendowy wyjazd z dawką sztuki, architektury i designu. W lipcu galerie i instytucje kultury w całej Polsce zapraszają na wystawy, które nie tylko zachwycają estetyką, ale także opowiadają o współczesności, pamięci miejsc i przyszłości naszych miast. Oto kilka ekspozycji, które szczególnie warto wpisać na wakacyjną listę.
Sztuka i design
Historia pewnego designu i fortepianu. Rozmowa z Robertem Majkutem
Robert Majkut stworzył polski język designu, zanim to słowo weszło do słowników. Autor słynnego fortepianu Whaletone opowiada, skąd czerpie inspiracje i dlaczego najlepiej mu się pracuje wśród drzew.