PARTNERZY SERWISU

apartpl

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl

Psychologia i relacje

Czy wyrachowane kobiety doprowadziły mężczyzn do epidemii samotności?

Zakochują się wyłącznie w samcach alfa, którzy wygrali na genetycznej loterii, albo polują na kasę, nie kierując się prawdziwymi uczuciami. Tak kobiety są widziane przez redpillowców z manosfery. To właśni oni przekonują, że rzekomo wynikająca z biologii żeńska hipergamia skazuje rzesze nieuprzywilejowanych ekonomicznie i nieatrakcyjnych mężczyzn na mimowolny celibat i życie w pojedynkę. Jak jest naprawdę?

Udostępnij

Redpill i teoria kobiecej hipergamii

Jak redpill rozumie kobiecą hipergamię? Autor zdjęcia: Getty Images/kolaż Klaudia Adamek

Paulina_Januszewska
03.04.2026

Na początek bądźmy uczciwi: hipergamia nie jest internetowym wymysłem sfrustrowanych mężczyzn. To termin zaczerpnięty z socjologii i antropologii, który opisuje tendencję do wybierania partnera o wyższym statusie społecznym, ekonomicznym lub kulturowym. W przeszłości zjawisko to rzeczywiście występowało powszechnie – szczególnie w społeczeństwach hierarchicznych, gdzie małżeństwo było jednym z głównych narzędzi społecznego awansu lub warunkiem zabezpieczenia podstaw bytu.
 

Przetrwać w małżeństwie

Tak się składa, że przez większość historii społeczeństwa były – albo wciąż są – patriarchalne, czyli oparte na strukturalnej przewadze mężczyzn. W praktyce oznaczało to, że kobietom odmawiano podstawowych praw: dostępu do edukacji, możliwości podejmowania pracy, a jeszcze w drugiej połowie XX wieku w części krajów Europy Zachodniej nawet samodzielnego posiadania konta bankowego.

W tak zorganizowanym świecie małżeństwo funkcjonowało jako instytucja ekonomiczna i społeczna, od której zależało bezpieczeństwo i pozycja życiowa kobiety. Dla mężczyzn żona czy partnerka stawała się raczej trofeum – symbolem statusu albo warunkiem przejęcia kontroli nad posagiem, jeśli jej rodzina taki posiadała. W wielu systemach prawnych i obyczajowych dziedziczenie było zarezerwowane głównie dla potomków w linii męskiej. 

Wyrównanie w postaci posagu przechodziło więc na córkę w momencie zamążpójścia, ale w praktyce nie tyle wzmacniał jej ekonomiczną pozycję kobiety, ile zasilał majątek nowo powstałego gospodarstwa, faktycznie zarządzanego przez mężczyznę. Z perspektywy rodziny kobiety był to sposób na „wyposażenie” córki na nową drogę życia, z perspektywy mężczyzny – realny zysk.

W tym układzie wybór partnera o wyższym statusie był nie tyle przejawem chłodnej kalkulacji kobiet, ile zwykle podejmowaną ponad ich głowami decyzją albo racjonalną odpowiedzią na system, w którym to małżeństwo stanowiło główny – a często jedyny – mechanizm zapewniający względną stabilność, ale już niekoniecznie: szczęście, wolność od przemocy czy wierność. 

Trwanie w krzywdzących związkach stanowiło więc normę, od której trudno było uciec nie tylko z uwagi na względy ekonomiczne, ale też przeszkody prawne (zakaz rozwodów) oraz przekonania religijne i moralne, które nakazywały żonie być zawsze przy mężu. Alternatywy? Bieda i ostracyzm społeczny.
 

Z kim się wiążemy?

W tym kontekście trudno mówić o czymś takim, jak wybór matrymonialny. Ale już z dzisiejszej perspektywy, gdy możliwości samodzielnego utrzymania się poza związkiem z mężczyzną wzrastają dzięki wywalczonym m.in. przez feministki zdobyczom emancypacyjnym, rzeczywiście wejście w relacje częściej bywa osobistą decyzją niż przymusem.

Tak się jednak składa, że kobiety, które mają wykształcenie i dobre zarobki nie zawsze chętnie wiążą się z partnerami o mniejszych zasobach. Wybierają mężczyzn podobnych do siebie, usytuowanych lub wyedukowanych lepiej. Inne są singielkami, które z uwagi na socjalizację, zachęcającą już małe dziewczynki do relacyjności i opiekuńczości, a chłopców do rywalizacji i chłodu emocjonalnego, łatwiej nawiązują kontakty społeczne niż single. Życie w pojedynkę niekoniecznie oznacza dla nich samotność, czego nie można powiedzieć o mężczyznach, którzy wyraźnie odczuwają zmianę dynamiki w relacjach. 

I mają pełne prawo się w nich nie odnajdywać tak samo, jak kobiety mają prawo konsensualnie tworzyć w związki (lub nie) z tym, z kim chcą. Czy to sprawiedliwe? Nie, jeśli spojrzymy na to nie w kontekście płci, lecz nierówności społecznych, które w przypadku każdej z płci determinują wybór relacji. I to nie tylko romantycznych, bo także w nawiązywaniu przyjaźni – jak pokazują badania – ludzie kierują się podobieństwem – w tym m.in. pod względem statusu społeczno-ekonomicznego – i niechętnie wychodzą ze swojej „bańki” albo kierują się uprzedzeniami, np. rasowymi. 

Z drugiej strony czy jakkolwiek poza działaniami antydyskryminacyjnymi czy integracyjnymi na poziomie systemowym można kogokolwiek zmusić do zakochania się w jakiejś osobie lub polubienia jej? I czy ktoś ogłasza z tego powodu epidemię?
 

Czerwona pigułka (fałszu)

Niestety istnieje niemała grupa mężczyzn, którzy próbują wyjaśnić własne doświadczenia odrzucenia i samotności, a także wynikające z uwarunkowań systemu nierówności i zmiany, za pomocą prostych, totalizujących teorii o „naturze kobiet”. Jedną z najbardziej popularnych jest koncepcja rozpowszechniana w tzw. manosferze, szczególnie w nurcie określanym jako redpill. Ten swoją nazwę zawdzięcza „Matriksowi” i metaforze przyjęcia czerwonej pigułki równoznaczną z poznaniem prawdy o świecie. 

W tej wizji relacje damsko-męskie przypominają rynek, na którym kobiety rzekomo kierowane biologicznym imperatywem albo – jak twierdzą niektórzy redpillowcy – „gadzim mózgiem”– wybierają wyłącznie „najlepszych” partnerów: atrakcyjnych, dominujących i zasobnych. Pozostali mężczyźni mają być z góry skazani na porażkę, niezależnie od wysiłku czy intencji.

Redpill przedstawia się jako „trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość”, ale w istocie jest ideologią – zbiorem przekonań opartych na selektywnych obserwacjach, uproszczeniach i emocjonalnych interpretacjach. Jednym z jej filarów jest właśnie wspomniana teoria hipergamii, rozumianej jednak nie jako kulturowo-społecznie uwarunkowany mechanizm, ale  wykształcona w ramach ewolucji biologiczna skłonność kobiet do wybierania samców alfa, czyli partnerów o wyższym statusie lub „lepszych genach”, ponieważ miałoby to zwiększać szanse przeżycia i sukces reprodukcyjny ich potomstwa.  

Z tej perspektywy widać wyraźnie pierwszy błąd teorii redpillowej: ignorowanie historii i sprowadzanie złożonych zjawisk społecznych do uniwersalnego prawa natury. Nie istnieje jednak żadna metoda naukowa, która pozwala jednoznacznie oddzielić wpływ ewolucji od wpływu kultury na ludzkie zachowania.

Preferencje partnerów kształtują się w wyniku socjalizacji, doświadczeń, norm społecznych i warunków ekonomicznych. Redukowanie ich do „żeńskiego instynktu” jest nie tylko uproszczeniem, ale także nadużyciem języka nauki, która nie traktuje sprowadzających do wręcz czysto zwierzęcych zachowań psychologii ewolucyjnej. Ten sam zresztą zestaw niepotwierdzonych hipotez zakłada, że celem każdego mężczyzny jest najszersza dystrybucja swojego materiału genetycznego, czyli przekazania genów jak największej liczbie potomstwa, które ma szansę przeżyć i się rozmnożyć.

Redpillowcy nie uwzględniają pełnego spektrum i kontekstu współczesnych zmian. Wraz ze wzrostem niezależności ekonomicznej kobiet zniknął przymus wchodzenia w związki jako warunku przetrwania. Relacje stały się w większym stopniu wyborem niż koniecznością. To oznacza, że decyzja o byciu z kimś – lub o pozostaniu singlem – częściej wynika z jakości relacji niż z kalkulacji statusu. W tym sensie to, co bywa nazywane „hipergamią”, często jest po prostu większą gotowością do powiedzenia „nie” relacjom niesatysfakcjonującym.
 

Wiedza z Tindera i podwójnych standardów

Kolejny błąd dotyczy interpretacji danych. Zwolennicy redpill często powołują się na statystyki z aplikacji randkowych, które rzeczywiście wpływają na sposoby nawiązywania relacji i nie sprzyjają długotrwałym związkom (inaczej nie miałyby sensu istnienia) i pokazują nierównomierny rozkład zainteresowania płci przeciwnej pomiędzy kobietami a mężczyznami. 

Trzeba jednak pamiętać, że platformy mają specyficzną strukturę: nadreprezentację mężczyzn, silny nacisk na wygląd, algorytmy wzmacniające popularność już atrakcyjnych profili, a także różne poziomy wtajemniczenia uzależnione od portfela kupującego usługę premium. To w dodatku nie jest neutralne ani prawdziwe odbicie rzeczywistości społecznej, lecz efekt działania konkretnego narzędzia. Wyciąganie z tego wniosków o „naturze kobiet” okazuje się metodologicznie błędne.

Istotnym pęknięciem czerwonej hipergamicznej tabletki jest także wyraźna asymetria w ocenie preferencji. Mężczyźni także są selektywni – często koncentrują się na wyglądzie, wieku (mają skłonność do wybierania młodszych partnerek) czy określonych cechach fizycznych (badania pokazują na przykład, że są równie fatfobiczni jak kobiety). Jednak w narracji manosfery te preferencje uznawane są za „naturalne”, podczas gdy analogiczne wybory kobiet przedstawia się jako dowód hipergamii. 

Te podwójne standardy zniekształcają obraz relacji i wzmacniają poczucie niesprawiedliwości, ale nie uwzględniają na przykład położenia tych kobiet, które nie są uznawane za atrakcyjne także przez samych redpillowców. Zresztą – po drugiej stronie manosfery funkcjonuje też radykalna grupa tzw. femcelek, czyli kobiet pozostających w mimowolnym celibacie i przekonanych, że mężczyźni przy wyborze partnerki kierują się wyłącznie urodą  i to taką, która mieści się w bardzo wyśrubowanym kanonie.
 

Bez presji?

Nie oznacza to jednak, że doświadczenie samotności wśród mężczyzn jest nieistotne lub wymyślone. Przeciwnie – jest realne i często bolesne. Wielu mężczyzn dorasta w kulturze, która nie uczyła ich budowania relacji, wyrażania emocji, podtrzymywania więzi poza związkiem romantycznym i nawiązywania bliskości fizycznej poprzez inne formy niż seks (chłopcy znacznie szybciej przestają być przytulani i uczą się, że czułość wyrażana poprzez dotyk ma zawsze podtekst seksualny). W efekcie partnerka bywa jedynym źródłem takich doświadczeń. Gdy jej brakuje, pojawia się poczucie pustki i wykluczenia. 

To ważny problem społeczny, który zasługuje na poważne traktowanie. Hipoteza o hipergamii nie pomaga go jednak rozwiązać, lecz paradoksalnie pogłębia alienację i resentyment, przedstawiając związki jako bezwzględną rywalizację o zasoby. Jeśli każda kobieta jest potencjalnie „hipergamiczna”, a każdy inny mężczyzna – to konkurent, związki przestają być przestrzenią dobrowolnej współpracy, zmieniając się w pole nieustannego zagrożenia i oskarżania jednej z płci o warunki, w jakich wszyscy funkcjonujemy. 

Kobiety nie są jednorodną grupą, kierującą się jedną strategią, tak samo jak mężczyźni nie są skazani na określony los. Relacje międzyludzkie to wynik spotkania dwóch osób z ich historią, potrzebami, ograniczeniami i możliwościami.

Ostatecznie więc największą słabością teorii redpillowców okazuje się to, że odbiera ludziom sprawczość. Jeśli wszystko jest zdeterminowane przez „biologię”, nie ma miejsca na rozwój, refleksję czy zmianę. Rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej otwarta: ludzie tworzą relacje nie dlatego, że „muszą”, ale dlatego, że chcą i podejmują wysiłek prowadzący ich do celu.

Dlatego zamiast pytać, czy kobiety są „z natury hipergamiczne”, warto zapytać, jak tworzyć warunki, w których wszyscy mogą budować satysfakcjonujące relacje bez presji i lęku.

Więcej w tym temacie:

Paulina_Januszewska

Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.

Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.

Czytaj więcej

Czemu zdradzamy?

„I że cię nie opuszczę... aż do kolejnych motyli w brzuchu”. Czemu zdradzamy?

Skoro coraz bardziej kontestujemy monogamię, a prawo i obyczaje nie zmuszają nas do niej tak silnie, jak naszych przodków, to czemu wciąż wybieramy niewierność zamiast etycznej poliamorii?

Ewa Woydyłło

Czy szczęścia naprawdę można się nauczyć? Pytamy Ewę Woydyłło

Nie nazwałabym szczęścia kompetencją, ale jak najbardziej zgadzam się z tym, że ponosimy odpowiedzialność za jego osiągnięcie – mówi nam dra Ewa Woydyłło.

Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing

Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?

Kult nieustanne samodoskonalenia trwa. Po jednej stronie mamy pogoń za lepszym wyglądem i próbą zatrzymania biologicznego zegara. Po drugiej – friction-maxxing, który ma przywracać nam sprawczość. Gdzie szukać rozwiązań i – co ważniejsze – jak nie stracić w tym siebie?

Eksperci radzą, jak być dobrym partnerem

Myślisz, że jesteś dobrym partnerem. Eksperci mają inne zdanie

Nie chodzi o wielkie gesty. Chodzi o to, czy naprawdę słuchasz, czy potrafisz odpuścić rację i czy wiesz, czego twój partner lub partnerka tak naprawdę potrzebuje – zanim sami ci o tym powiedzą.

Dlaczego nie dorastamy?

Nie dorastamy, bo nas na to nie stać?

Wielu z nas wychowali zupełnie niedojrzali i niegotowi do roli opiekunów rodzice, ale słyszymy, że to my jesteśmy zdziecinniali. A co powiedzieć o apologetach i architektach systemu, w którym ciężka, uczciwa praca nie gwarantuje stabilności?

Marta Niedźwiecka odpowiada o trudach w wychowaniu synów

Matki i synowie: co naprawdę jest trudnego w wychowaniu chłopca? Marta Niedźwiecka odpowiada

Czy matka może wychować syna tak samo jak córkę? Czy bez męskiego wzorca chłopiec sobie poradzi? I dlaczego nawet najbardziej świadome matki nieświadomie ustawiają synów na uprzywilejowanej pozycji? W Dniu Matki rozmawiamy z Martą Niedźwiecką o tym, co naprawdę różni wychowanie chłopców od dziewczynek.

Jak mieć lepszy seks?

Jak mieć lepszy seks w związku? To nie technika najczęściej wszystko psuje

Zanim odpowiemy sobie na pytanie, jak mieć lepszy seks, musimy zastanowić się nad tym, co to właściwie znaczy. – Jaki on ma być dokładnie? – precyzuje Maja Kumor, seksuolożka i terapeutka, która od wielu lat pomaga pacjentom w swoim gabinecie, a ponadto dzieli się poradami w mediach społecznościowych, gdzie tylko na Instagramie obserwuje ją blisko 70 tys. użytkowników i użytkowniczek.

Jak przestać mylić pożądanie z przyjemnością?

Jak przestać mylić pożądanie z przyjemnością?

Na początku znajomości seks po prostu się wydarzał. Wystarczyło na siebie spojrzeć, a po chwili wszystkie ubrania leżały na podłodze. Minęło trochę czasu i okazało się, że spontaniczność wyparowała, a niepokonaną konkurencją dla łóżkowych harców stało się rozwiązywanie krzyżówek i oglądanie Netfliksa. Czy to znak, że czas się rozstać?