Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?
PARTNERZY SERWISU
Psychologia i relacje
Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?
Kult nieustanne samodoskonalenia trwa. Po jednej stronie mamy pogoń za lepszym wyglądem i próbą zatrzymania biologicznego zegara. Po drugiej – friction-maxxing, który ma przywracać nam sprawczość. Gdzie szukać rozwiązań i – co ważniejsze – jak nie stracić w tym siebie?
Udostępnij

Mnogość zadań i ciągłe poczucie bycia niewystarczającym to przepis na przewlekłe zmęczenie Autor zdjęcia: Getty Images/kolaż Klaudia Adamek
Piosenka duetu Daft Punk „Harder, Better, Faster, Stronger” mogłaby stać się mottem dzisiejszych czasów, zanurzonych w ciągłym procesie samodoskonalenia. Wywodzące się z manosfery hasło maxxing, określające proces ulepszania kolejnych sfer naszego życia datuje się jeszcze na 2010 rok, ale podobnie jak cała seria innych trendów sprzed ponad dekady tak i to zjawisko przypomina o sobie ze zdwojoną siłą. Jak przekonuje psycholog i seksuolog kliniczny z Instytutu SPLOT, dr n. med. Robert Kowalczyk, profesor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu – pogoń za mitycznym stanem „optimum” niekiedy szybko może przerodzić się w szkodliwą obsesję.
Lepsi i ponad miarę. O czym jest maxxing?
– Żyjemy w czasach, w których uwaga jest najcenniejszym dobrem. Media społecznościowe, platformy streamingowe czy różnego rodzaju cyfrowe kanały bardzo skutecznie tę uwagę przechwytują. W pewnym momencie zaczynamy odczuwać, że brakuje nam realnego doświadczenia – takiego, w którym bardziej świadomie dokonujemy wyborów, zamiast podążać za tym, co podsuwa nam algorytm. Za tym idzie też pewna tęsknota za wszystkim, co bardziej realne niż wirtualne. Ja jednak nie nazwałbym tego całkowitym odwrotem od technologii, lecz próbą odzyskania balansu. Zachłysnęliśmy się możliwościami współczesności, ale część osób zaczyna czuć, że technologia zagarnia zbyt dużo przestrzeni, i szuka przeciwwagi – zauważa psychoterapeuta.
Po co to wszystko? Walka toczy się w dużej mierze o ego, społeczną walidację, poczucie bycia „na bieżąco” i w nurcie. Dodatkowo daje nam to złudne poczucie kontroli, a przy tym ma wspierać naszą „pozycję” na rynku matrymonialnym.
– Można dopracować ciało, umysł, stać się kimś bardzo atrakcyjnym społecznie czy nawet „hegemonem” na rynku matrymonialnym, ale pytanie brzmi: co ma być ostatecznym celem? Jeśli jest nim podziw, być może to się uda, ale jeśli celem jest bliska relacja, to opieranie jej wyłącznie na podziwie budzi już moje wątpliwości – podkreśla psycholog.
Na granicy obsesji
Presja dyktowana przez media społecznościowe oraz popkulturę bywa ciężka do udźwignięcia, a sprostanie (nierealnym) oczekiwaniom, jakie zwykliśmy sami na siebie nakładać, nierzadko nosi znamiona niewykonalnej misji. Osiem godzin snu, dobra praca i pięcie się po kolejnych szczeblach kariery, bogate życie towarzyskie, szczęśliwy związek, udany seks, regularne treningi oraz zbilansowana dieta – wszystko to ma zostać upchnięte w codzienny harmonogram. No days off. Jak przekonuje mnie Kowalczyk, chociaż ambitnym założeniom często przyświeca szlachetny cel, wraz ze skreślaniem kolejnych podpunktów z planu łatwo stracić siebie. Gdzie zatem kończy się zdrowa samodyscyplina, a zaczyna obsesja?
– Granica przebiega tam, gdzie elastyczność ustępuje psychicznej sztywności i w momencie, kiedy działanie przestaje służyć naszym autentycznym wartościom, a zaczyna być przymusem – zauważa specjalista, podkreślając, że problem pojawia się wtedy, gdy to, co początkowo traktowaliśmy jako zdrową rutynę, zaczyna działać na zasadzie obowiązku i presji.
– Zdrowy rozwój wynika z autonomii i wewnętrznej motywacji, z kolei obsesyjna optymalizacja jest destrukcyjną formą zewnętrznej presji, która paradoksalnie zaczyna niszczyć dobrostan. Często pojawia się myślenie: „Jeśli osiągnę jeszcze ten jeden procent więcej, będę szczęśliwszy”. Tymczasem taka zależność nie działa w prosty sposób, bo zaczynamy funkcjonować bardziej pod dyktando planu niż w kontakcie z samym sobą – słyszę od Roberta Kowalczyka.
Potrzeba maksymalizowania wydolności czy produktywności to złożony temat, a u jego podłoża leżą nie tylko social media. – To zjawisko jest przedmiotem badań naukowych. Istnieje np. teoria przyspieszenia społecznego Hartmuta Rosy, która pokazuje, że współczesny człowiek doświadcza permanentnego lęku przed pozostaniem w tyle. Pojawia się zinternalizowany przymus ciągłego wzrostu. W tym modelu ciało i umysł stają się pewnym rodzajem kapitału, który należy stale rozwijać i pomnażać. Stąd wysyp treści, które obiecują, że można wyciągnąć z siebie jeszcze więcej – wyjaśnia specjalista i dodaje, że pracując z pacjentami w Instytucie SPLOT, dostrzega dość powszechne założenie – pułapkę myślenia – że za rogiem cały czas czeka coś ciekawszego, lepszego, a w najlepszym scenariuszu – alternatywna wersja nas samych.
O ile mogłoby się wydawać, że bardziej podatne na tego typu pułapki jest młode pokolenie dorastające w erze ciągłych bodźców i technologii, o tyle w starszych pokoleniach nie brakuje ambasadorów nieustannego ulepszania siebie. 48-letni Bryan Johnson, którego osobistą misją jest odwrócenie procesu starzenia za blisko 2 mln dol. rocznie, czy szeroko zakrojona fascynacja Ozempikiem doskonale wpisują się w ten nurt. Jeszcze do niedawna cieszyliśmy się, że ruch ciałopozytywności w końcu przedostał się do mainstreamu. Dzisiaj prędzej zastępuje ją kultywowana na początku lat 2000. obsesja chudości.
– Obecnie osoby w wieku 40 czy 50 lat funkcjonowały przez sporą część życia w rzeczywistości, gdzie nie było aż tak silnej presji nieustannego ulepszania siebie. Było dbanie o zdrowie, ale nie mieliśmy zjawisk takich, jakie reprezentuje Bryan Johnson, i całej kultury biohackingu w obecnym wydaniu. Nie było też tak wielkiej ekspozycji na wzorce ekstremalnej optymalizacji. Dziś internet daje nam nie lokalne, ale globalne porównania, często doprowadzone do ekstremum – zauważa ekspert.
Perfekcjonizm a seks i związki
Perfekcjonizm związany z ciałem, atrakcyjnością czy wydolnością seksualną, jak zauważa Kowalczyk, może paradoksalnie obniżać satysfakcję z seksu i bliskości. Kiedy są one traktowane zadaniowo, jako projekt, który stale wymaga poprawy, mogą w pewnym momencie przestawać sprawiać przyjemność i stać się źródłem frustracji.
Seksuolog ostrzega, że problem pojawia się wtedy, gdy nasza uwaga przenosi się z odczuwania bliskości na monitorowanie własnych osiągów. Seksualność przestaje być spontaniczna, a w jej miejsce znowu pojawia się plan, scenariusz i oczekiwania.
Kiedy chęć ciągłej zmiany wychodzi poza obszar nas samych i zaczyna dotyczyć również relacji, seksualności czy bezpośrednio osoby partnerskiej, łatwo o utowarowienie miłości. Staje się ona kolejnym zadaniem.
– Partner przestaje być autonomiczną osobą, z którą budujemy bliskość, a zaczyna pełnić funkcję zasobu. Staje się kimś, kto ma wspierać nasze cele rozwojowe i wpisywać się w wizję „perfekcyjnego życia”. Oczywiście naturalne jest, że chcemy być z osobą, przy której czujemy się dobrze i która nas wspiera, ale łatwo przekroczyć granicę, kiedy partner zaczyna być bardziej trenerem personalnym naszego życia niż współtwórcą relacji – mówi Robert Kowalczyk.
Pokłosie tego podejścia widać nie tylko na etapie tworzenia związków. Bywa, że tendencja nawet bardziej jest zauważalna już podczas randkowania. – Aplikacje takie jak Tinder funkcjonują obok sklepów internetowych. Piękne zdjęcie, atrakcyjny opis i zaczynamy działać jak konsumenci na rynku: wybieramy „najbardziej odpowiedni produkt”, zgodny z naszym planem na życie. Potem sprawdzamy, czy spełnia oczekiwania. Po czasie do tego dochodzi nuda i przekonanie, że „zasługujemy na więcej”. Pojawia się iluzja, że skoro stale pojawiają się nowe możliwości, to nowe oznacza lepsze – zauważa mój rozmówca.
Wszelkie bliskie relacje, jak podkreśla psycholog, mogą też okazać się „dobrym papierkiem lakmusowym”, który pomoże zdiagnozować problem. Jeśli nasze plany towarzyskie podporządkowujemy pod plan treningowy, żywieniowy oraz harmonogram produktywności, warto się nad tym pochylić. – Jeśli nie mam przestrzeni na spontaniczność, jeśli wszystko jest podporządkowane pod plan, może powinien być to moment na refleksję. Można wypełnić dzień od rana do wieczora i jednocześnie nie zostawić miejsca na oddech, ale przecież odpoczynek i regeneracja nie są oznaką nieefektywności. Są naturalną potrzebą fizjologiczną.
Czy oduczyliśmy się odpoczywać?
Mnogość zadań i ciągłe poczucie bycia niewystarczającym to przepis na przewlekłe zmęczenie, a my, jak podkreśla ekspert, „nie jesteśmy społeczeństwem luzu”. Średni czas pracy w Polsce według analiz Eurostatu w 2025 roku wyniósł 38,7 godziny. Średnia dla całej UE wynosi z kolei niespełna 36 godzin. Jak w 2023 roku raportował GUS, prawie połowę czasu w ciągu doby (47,4 proc.) Polacy powyżej 15. roku życia przeznaczali na zaspokojenie potrzeb fizjologicznych. 29,9 proc. dnia zajmowało im wykonywanie różnego typu obowiązków. Na odpoczynek poświęcali 18,1 proc. doby, a więc około 4 godzin (nie wliczając snu). Największy odsetek badanych korzystał w tym celu ze środków masowego przekazu. Następne w kolejce było życie towarzyskie oraz uczestnictwo w rozrywce lub kulturze. Od Roberta Kowalczyka słyszę, że mimo rosnącej świadomości wciąż jako społeczeństwo mamy problem z tym, by odpoczywać. Idealizujemy przepracowanie.
– Nawet kiedy odpoczywamy, często się z tego tłumaczymy. Z jednej strony to być może pozwoliło nam osiągnąć sukces i dużo zbudować, ale z drugiej żyjemy w kulturze, w której status, sukces czy tożsamość pokazuje się przez pracę. Mamy figurę „nieroba” i figurę „pracusia” – wskazuje specjalista, przytaczając przykład wyjazdów wakacyjnych.
– Osoby jadące na all inclusive do ciepłego kraju bywają przedstawiane jako „dziwaczne”, bo po prostu leżą i odpoczywają. Muszą się z tego tłumaczyć. Odpowiedź: „Leżałem przy basenie i odpoczywałem”, na pytanie: „Co robiłeś na wakacjach?”, często wydaje się niewystarczająca. To bardzo klasowe. Istnieje przekonanie, że klasa średnia niejako powinna odwiedzać egzotyczne miejsca i robić egzotyczne rzeczy, którymi można się później pochwalić – punktuje Robert Kowalczyk.
Friction-maxxing: wyzbycie się technologicznych wygód na ratunek sprawczości
Czy zatem balans oraz poczucie równowagi jest w ogóle czymś skrojonym na miarę dzisiejszych możliwości? Na ile kalkulacja zysków i strat oraz znalezienie złotego środka między motywacją a odpuszczeniem jest możliwa do zrobienia?
– W psychologii i biologii funkcjonuje pojęcie, które odnosi się do utrzymywania pewnej równowagi organizmu. Pytanie zawsze brzmi: ile w naszym życiu jest wysiłku, a ile regeneracji? Warto zauważyć, że odpoczynek polegający wyłącznie na dostarczaniu sobie kolejnych bodźców może nie być tym, czego organizm rzeczywiście potrzebuje. Granica zostaje przekroczona wtedy, gdy dyskomfort staje się celem samym w sobie. Czasem wręcz nagradzamy się zmęczeniem. Powstaje pewien rodzaj ekscytacji nim, jakby samo w sobie miało być dowodem sukcesu. Tymczasem to sygnał wyczerpania zasobów i potrzeby odpoczynku – alarmuje psycholog.
Kowalczyk podkreśla, że produktywność coraz częściej staje się „współczesnym fetyszem”, która zaczyna nosić znamiona samokarania. Jesteśmy wyczerpani, ale przecież musimy dorzucić jeszcze kilometr biegu, przeczytać jeszcze jeden rozdział książki, by uzyskać upragnione poczucie spełnienia. Tu z odsieczą przychodzi zjawisko zwane friction-maxxing, które opisuje magazyn „The Cut”. Chodzi o świadome porzucanie narzędzi pomagających nam w codzienności i rezygnację z wygód narzucanych przez technologię czy algorytmy. Celem ma być zwiększenie naszej odporności psychicznej, uważności oraz odzyskanie poczucia sprawczości.
– W pewnym sensie postrzegam ją jako przeciwwagę czy nowoczesną formę buntu wobec rzeczywistości, w której absolutna wygoda paradoksalnie zaczyna odbierać nam podmiotowość i sprawczość. Ustawiczne kwestionowanie tego, co nas otacza, jest przecież częścią naszej natury. Możliwe, że działa tutaj również instynkt samozachowawczy. Zaczynamy przeczuwać, że nadmiar komfortu może nas w pewnym sensie osłabić – wyjaśnia naukowiec.
Aplikacje dowiozą nam zakupy oraz obiad z restauracji, Chat GPT odpowie nam na wszystkie pytania i niejednokrotnie wyręczy w pracy, a media społecznościowe zaoferują złudne podtrzymywanie relacji międzyludzkich bez wychodzenia z domu. Zachłysnęliśmy się wygodą, jednocześnie tracąc z oczu moment, kiedy komfort odebrał nam podmiotowość.
Psycholog ostrzega, że „funkcjonowanie w warunkach wysokiego komfortu może zmniejszać mobilizację związaną z instynktem samozachowawczym”. – W momentach kryzysowych pojawiają się w naszej głowie pytania w rodzaju: „Co byśmy zrobili, gdyby nagle zabrakło prądu?”. Czy potrafilibyśmy się przemieszczać bez mapy w telefonie, bez aplikacji? Pewnego rodzaju resetem była pandemia. Nagle okazało się, że wiele rzeczy, które wydawały się oczywiste, wcale takie nie są. Podobnie dziś, gdy wojna toczy się tuż za naszą granicą, widzimy, że ten wygodny i przewidywalny świat może bardzo szybko się rozsypać. To oczywiście bywa zarządzane przez lęk, ale jednocześnie uruchamia wewnętrzny mechanizm obronny – zauważa ekspert.
Odnalezienie balansu między rozwojem a akceptacją własnych ograniczeń nie jest proste. Wymaga wysiłku, od którego wielu z nas nieco się odzwyczaiło. Robert Kowalczyk, powołując się na teorię samowspółczucia Kristin Neff, podkreśla jednak, że akceptacja własnych ograniczeń i niedoskonałości nie eliminuje ambicji.
– Pozwala zbudować stabilny fundament psychiczny. Dzięki temu rozwój może wynikać z autentycznej ciekawości świata, potrzeby eksploracji i naturalnej ludzkiej ciekawości. To ta ostatnia doprowadziła nas jako cywilizację do miejsca, w którym jesteśmy. Skupiamy się na rzekomych defektach, czymś, co w gruncie rzeczy może nie mieć aż takiego znaczenia, jak nam się wydaje. Nie każdy przecież będzie olimpijczykiem, a mam czasem wrażenie, że współcześnie wszyscy przygotowujemy się do jakichś igrzysk. To trochę tak, jakbyśmy patrzyli na obraz i skupiali się wyłącznie na jednym pikselu, który nie pasuje. Całą energię inwestujemy wtedy w jego poprawienie, zamiast nauczyć się cieszyć całym dziełem. I chyba właśnie w tym tkwi problem – punktuje Kowalczyk.
dr n. med. Robert Kowalczyk, prof. UMW – psycholog, certyfikowany seksuolog kliniczny PTS i biegły sądowy. Profesor w Katedrze Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Wykładowca na Uniwersytecie SWPS. Współzałożyciel Instytutu Psychoterapii i Terapii Seksuologicznej SPLOT. Współautor wielu publikacji akademickich i popularnonaukowych, m.in. „Sztuka bycia razem” i „Męska rzecz. Wszystko, co mężczyzna musi wiedzieć, by żyć długo i aktywnie”. Wymieniony na liście 100 osób wspierających edukację seksualną w Polsce „Forbes” i Sexedpl.
Więcej w tym temacie:
- Myślisz, że jesteś dobrym partnerem. Eksperci mają inne zdanie
- Jak mieć lepszy seks w związku? To nie technika najczęściej wszystko psuje
- Jak przestać mylić pożądanie z przyjemnością?
- Dlaczego narzekanie buduje przyjaźń? Psychologia negatywności i więzi międzyludzkich
- Ulubiony film na randce: czerwone i zielone flagi. Co zdradza gust filmowy?
- Emocjonalna mewa czy pies ogrodnika? Sprawdź, czy nie krąży wokół ciebie
Dziennikarka związana z licznymi polskimi redakcjami. Regularnie publikuje w serwisie internetowym Vogue Polska, prowadzi dział mody magazynu „K Mag”. Od lat pisze dla portali wydawnictwa Ringier Axel Springer Polska (Onet, Noizz, Business Insider). Absolwentka London College of Fashion. Nie lubi się ograniczać, dlatego poza modą oddaje się tematyce społecznej, relacyjnej, a także kulinarnej i podróżniczej. Często porusza kwestie dotyczące pokolenia Z, którego sama jest przedstawicielką. Po godzinach oddaje się eksperymentom w kuchni, lepi ceramikę i planuje kolejne wyjazdy, w których odnajduje inspiracje nie tylko do zawodowej działalności.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Psychologia i relacje
Myślisz, że jesteś dobrym partnerem. Eksperci mają inne zdanie
Nie chodzi o wielkie gesty. Chodzi o to, czy naprawdę słuchasz, czy potrafisz odpuścić rację i czy wiesz, czego twój partner lub partnerka tak naprawdę potrzebuje – zanim sami ci o tym powiedzą.
Psychologia i relacje
Nie dorastamy, bo nas na to nie stać?
Wielu z nas wychowali zupełnie niedojrzali i niegotowi do roli opiekunów rodzice, ale słyszymy, że to my jesteśmy zdziecinniali. A co powiedzieć o apologetach i architektach systemu, w którym ciężka, uczciwa praca nie gwarantuje stabilności?
Psychologia i relacje
Matki i synowie: co naprawdę jest trudnego w wychowaniu chłopca? Marta Niedźwiecka odpowiada
Czy matka może wychować syna tak samo jak córkę? Czy bez męskiego wzorca chłopiec sobie poradzi? I dlaczego nawet najbardziej świadome matki nieświadomie ustawiają synów na uprzywilejowanej pozycji? W Dniu Matki rozmawiamy z Martą Niedźwiecką o tym, co naprawdę różni wychowanie chłopców od dziewczynek.
Psychologia i relacje
Jak mieć lepszy seks w związku? To nie technika najczęściej wszystko psuje
Zanim odpowiemy sobie na pytanie, jak mieć lepszy seks, musimy zastanowić się nad tym, co to właściwie znaczy. – Jaki on ma być dokładnie? – precyzuje Maja Kumor, seksuolożka i terapeutka, która od wielu lat pomaga pacjentom w swoim gabinecie, a ponadto dzieli się poradami w mediach społecznościowych, gdzie tylko na Instagramie obserwuje ją blisko 70 tys. użytkowników i użytkowniczek.
Psychologia i relacje
Jak przestać mylić pożądanie z przyjemnością?
Na początku znajomości seks po prostu się wydarzał. Wystarczyło na siebie spojrzeć, a po chwili wszystkie ubrania leżały na podłodze. Minęło trochę czasu i okazało się, że spontaniczność wyparowała, a niepokonaną konkurencją dla łóżkowych harców stało się rozwiązywanie krzyżówek i oglądanie Netfliksa. Czy to znak, że czas się rozstać?
Psychologia i relacje
Te nawyki pogarszają twoje zdrowie psychiczne
Nie chodzi tylko o palenie papierosów czy zaleganie na kanapie, ale o inne z pozoru nieszkodliwe przyzwyczajenia, które sabotują naszą codzienną kondycję i nastrój.
Psychologia i relacje
Dlaczego narzekanie buduje przyjaźń? Psychologia negatywności i więzi międzyludzkich
Nie, to nie jest kolejny poradnik o „toksycznych ludziach”. Przeciwnie – jeśli twoje relacje składają się z narzekania, plotek i wspólnego przewracania oczami, możesz być bliżej prawdziwej przyjaźni, niż myślisz.
Psychologia i relacje
Emocjonalna mewa czy pies ogrodnika? Sprawdź, czy nie krąży wokół ciebie
Kojarzące się z nadmorskim krajobrazem mewy przywołują beztroskie wspomnienie wakacji, ale łatwo w takiej zadumie zapomnieć, że to ptaki o drapieżnej osobowości. Nic zatem dziwnego, że posłużyły analitykom międzyludzkich relacji do opisu jednego z najgorszych typów randkowiczów.