PARTNERZY SERWISU

apartpl

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl

Książki

Mizoginia, która udawała wolność seksualną. Oto popkultura Y2K w pigułce

Przestańmy powtarzać, że historia kobiet nie dotyczy mężczyzn. Popkultura ostatnich dekad – od Y2K po erę platform cyfrowych – kształtowała nie tylko kobiecą tożsamość, lecz także męskie wyobrażenia o seksie, władzy i relacjach. Z jakim skutkiem? O tym opowiada nam Sophie Gilbert, dziennikarka i autorka książki „Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie”.

Udostępnij

Mizognia w popkulturze Y2K

Paulina_Januszewska
03.05.2026

Niedawno, recenzując książkę Chimamandy Ngozi Adichie, wspominałam o tym, jak rozpropagowane przez tę pisarkę hasło „Wszyscy powinniśmy być feministami” przeszło błyskawiczną drogę od politycznej deklaracji do wszechobecnego trendu. Dior drukował je na swoich koszulkach. Beyoncé śpiewała, że światem powinny rządzić kobiety i że jako „feministka wierzy w społeczną, polityczną i gospodarczą równość płci”.

W tym czasie Taylor Swift, pokazując środkowy palec krytykującym i eksploatującym jej pracę seksistom, stała się jedną z najbardziej wpływowych kobiet w popie – albo po prostu na świecie, jeśli wierzyć magazynowi „Time”, który przyznał jej tytuł Człowieka Roku. Britney Spears po latach ubezwłasnowolnienia wreszcie zyskała możliwość samostanowienia i opowiedziała światu własną historię w bestsellerowej biografii. Wreszcie – lalka Barbie w hitowym filmie Grety Gerwig z 2023 roku wyrosła na wyemancypowaną kobietę sukcesu.

Wydawało się więc, że sprawa jest wygrana. Kobiety – zwłaszcza w popkulturze – sprawiały wrażenie wyzwolonych i widocznych jak nigdy wcześniej. Ucieleśniały wszystko to, o co kiedyś walczono: seksualną autonomię, finansową niezależność, władzę nad własnym wizerunkiem. A jednak ten obraz był – jak przekonuje dziennikarka Sophie Gilbert w swojej książce „Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie” (Wydawnictwo Poznańskie) – w dużej mierze starannie wyreżyserowaną iluzją, która bynajmniej nie zerwała z patriarchalnymi schematami. Przeciwnie – promowała kolejne wariacje odpowiadających na męskie pożądanie wyuzdanych lolitek, bimbo girls i porn chics, jednocześnie besztając wchodzące w te role osoby z Paris Hilton na czele za nieobyczajność i intelektualną pustkę.

Autorka cofa się do przełomu lat 90. i 2000., by pokazać, jak kształtowały się fundamenty współczesnej kultury celebrycko-cyfrowej, w której nibyniepodległe kobiety stały się towarem i reprodukowały wzorce opresji wymierzonej przeciwko nim samym. Tym samym autorka jasno pokazuje, dlaczego nostalgia za erą Y2K bywa zdradliwa, a mnie opowiada, jak systemowo produkowane pragnienia, lęki i wyobrażenia działają na nas wszystkich niezależnie od płci.

 

Paulina Januszewska: Gdy patrzysz na rozwój manosfery, zajmowanie ważnych stanowisk politycznych przez przestępców seksualnych, rosnącą przemoc wobec kobiet w mediach społecznościowych albo pornograficzną estetykę ruchu MAGA, nie masz wrażenia, że twoja książka stała się bardziej prorocza niż pierwotnie zakładałaś?

Sophie Gilbert: Nie wiem, czy „prorocza” to właściwe słowo. Przyjęta przeze mnie perspektywa spojrzenia wstecz pomaga raczej zrozumieć przeszłość, niż przewidywać przyszłość. Skoro jednak historia nieustannie splata się z teraźniejszością, może być przestrogą i czegoś nas nauczyć. Nie bez powodu odwołuję się w książce do słów Adrienne Rich, która postrzegała badanie kultury jako akt przetrwania i drogę do poznania samych siebie.

 

Ale chyba przyznasz, że twoja książka nabiera aktualności?

Rzeczywiście kolejne zapalne momenty w popkulturze same dopisywały się do książki. Publikacja akt Jeffreya Epsteina, generowanie obrazów przemocy seksualnej przez Groka czy dyskusje o tym, czy Sabrina Carpenter wpisuje się w męskie spojrzenie (z ang. male gaze – spojrzenie ukształtowane przez męską perspektywę dominującą w kulturze – przyp. aut.), radykalizm manosfery – to wszystko splata się z tematami, które poruszam, a które spina klamra mizoginii i technologii. Infrastruktura, bez której nie wyobrażamy sobie współczesności, powstawała w warunkach nieprzyjaznych kobietom – i wyniosła przemoc motywowaną płcią na nowy poziom.

Choć „Girl on girl” czyta się jak godną klasyczek feministyczną krytykę kultury, upierasz się, by nazywać ją historyczną. Dlaczego?

Dla mnie to opowieść o konkretnym czasie i jego konsekwencjach. Wprawdzie przyjmuje ona momentami formę eseju czy krytyki kulturowej, ale to nie zmienia faktu, że opisuję procesy historyczne i takie, które dotyczyły zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Oni także są bohaterami mojej książki. Mam jednak poczucie, że za każdym razem, gdy kobieta pisze przede wszystkim o kobietach, jej praca bardzo szybko trafia do szuflady „gender studies”.

 

To źle?

Nie odżegnuję się od tej etykietki, ale wiem, jak odczytuje ją część odbiorców – jako sygnał, że książka ich nie dotyczy. To oczywiście wynika z faktu, że przez większość czasu historia była opowiadana przez mężczyzn i o mężczyznach, więc perspektywę kobiet wciąż traktuje się jak dodatek, a nie pełnoprawną część opisu przeszłości. Poza tym wiele produktów kultury, jak magazyny plotkarskie i reality show, których konsumentkami są głównie kobiety, nie uznawano za coś wartościowego. Sięgnęłam więc tam, gdzie nikt inny nie chciał.

 

Wnioski z tej analizy są raczej przygnębiające. Nie trzeba nawet przywoływać emblematycznej i przerażającej historii Britney Spears, by zrozumieć, że brutalne: seksualizacja i eksploatacja kobiet w błysku fleszy były na porządku dziennym i że bynajmniej się nie skończyły. Jak wobec tego patrzysz dziś na sens walki o równość?

Badania, które przeprowadziłam, pozwoliły mi zrozumieć, jak byłam traktowana jako młoda dziewczyna (i jak bywam czasem jako dorosła kobieta) oraz dlaczego tak się działo. To nie było dla mnie przygnębiające, lecz bardzo odkrywcze i wyzwalające, bo pozwoliło mi pozbyć się wstydu i smutku, a także nazwać i uznać za szkodliwe mechanizmy, które napędzały te emocje. Mam tu na myśli przede wszystkim znormalizowaną przemoc, jednoczesne piętnowanie kobiet za rozwiązłość i seksualizację, obsesję na punkcie wyglądu, a także przekonanie, że istniejemy i jesteśmy wartościowe tylko wtedy, gdy mężczyzna jest nami zainteresowany. Teraz czuję dumę – z nas wszystkich, bo przetrwałyśmy ten czas, zachowując zdrowie psychiczne i ambicje, robiąc mimo wszystko kariery.

Wprawdzie źle znoszę kolejne okropne wiadomości, jak choćby te związane ze sprawą Gisèle Pelicot (w latach 2011–2020 jej mąż odurzał ją i gwałcił wraz z dziesiątkami innych mężczyzn – przyp. aut.), o której napisałam jakiś czas temu napisałam artykuł. Jestem wściekła na to, że ludzie nie wszczynają zamieszek na wieść o mężczyznach, którzy tworzą wielkie przestępcze układy znęcania się nad dziewczynkami i kobietami i latami nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. Ale jednocześnie fakt, że tak wiele spraw – jak choćby ta dotycząca P. Diddy’ego (oskarżanego m.in. o handel ludźmi – przyp. aut.) – wychodzi na jaw, ofiary decydują się mówić, a część osób – protestować przeciwko nadużyciom – to też oznaka postępu. Powoli, ale wciąż do przodu, zmierzamy w dobrym kierunku.

 

Sophie Gilbert – Girl on Girl

Książka „Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciwko sobie” ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego Autor zdjęcia: materiały prasowe

W książce w ślad za popkulturą Y2K odmieniasz przez wszystkie przypadki słowo „empowerment” i zalecasz, by być wobec niego podejrzliwym. Jak rozpoznać, że „wzmacnianie kobiet” jest tylko marketingiem?

Dla mnie najważniejszym sygnałem są pieniądze. Jeśli ktoś obiecuje ci emancypację pod warunkiem, że coś kupisz, to nie mówimy o prawdziwej władzy, sile czy równości. Te nie są na sprzedaż albo przynajmniej – nie powinny być. W książce powołuję się na znamienny przykład seksownych biustonoszy reklamowanych jako „wzmacniające” (empowering – przyp. aut.). Taką samą strategię stosowano np. w wypadku filmów, w których dominują sceny tortur, przemocy i nadużyć wobec kobiet, ale przecież bohaterka na końcu wygrywa, więc też marketingowo uznano to za przykład emancypacji.

 

No tak, twórcy „dla realizmu” pokazują 10-minutowe sceny gwałtu, ale już nie odrastanie włosów pod pachami czy na nogach w filmie katastroficznym, bo kobiecy zarost jest nieestetyczny.

Właśnie o ten rodzaj absurdu mi chodzi, gdy myślę o szastaniu „empowermentem”. Prezes OnlyFans też często go używa, wskazując, że platforma daje twórcom (a głównie twórczyniom) niezależność, choć przecież sam czerpie z ich działalności ogromne zyski. Dlatego za każdym razem, gdy jakaś pięknie brzmiąca idea dostaje się do mainstreamu, warto się zastanowić, czy ktoś na tym zarabia.

 

Twierdzisz, że kultura masowa jest niemal zawsze dostosowana do pozbawiającego kobiety podmiotowości męskiego spojrzenia i pożądania. Ale czy wizja uwolnienia się od nich nie jest przypadkiem utopią?

Nie, jeśli spojrzymy na namacalne dowody postępu, który jednak dokonał się chociażby w kinematografii. Kobiety długo przedstawiano w filmach głównie jako obiekty seksualne, stereotypowe archetypy, a często podobne do kreskówkowych postacie, które miały niewiele wspólnego z prawdziwymi osobami i nic ważnego do powiedzenia. Gdy cofniesz się do filmów z lat 2000., nie znajdziesz zbyt wielu historii, z którymi mogłybyśmy się realnie utożsamić. Raczej dostawałyśmy galerię pin-up girls. We współczesnym kinie nie brakuje niesamowitych reżyserek i scenarzystek tworzących historie o przełomowych momentach kobiecego życia, jak dojrzewanie, wejście w rodzicielstwo, utrata dziecka, żałoba, radzenie sobie z upływem czasu w obliczu tego, że wcześniej było się obiektem pożądania. To duża zmiana. Czegoś takiego po prostu nie było 20 lat temu, dlatego współczesną nostalgię za Y2K ograniczyłabym co najwyżej do estetyki. Jednocześnie życzyłabym kobietom więcej sceptycyzmu wobec technologii.

 

Dlaczego?

Za każdym razem, gdy pojawia się coś nowego, w ruch idą stare, mizoginiczne schematy. Widać to np. na TikToku, gdzie kwitną ruch „trad wives” i nierealistyczne kanony piękna, na OnlyFans i Instagramie, gdzie algorytmy nagradzają ekstremizmy oraz karykaturalne przedstawienia kobiet, a nie to, co prawdziwe osoby mówią o swoim życiu. Branża technologiczna zarządza społeczną uwagą w sposób, który nie przynosi korzyści ludziom, lecz – zyski firmom. Musimy więc być bardziej krytyczni wobec tego, komu oddajemy swój czas i zaangażowanie.

 

Może powinniśmy być też tacy wobec przemysłu pornograficznego, który od lat 90. definiuje popkulturę? Wiem, że znalezienie złotego środka między wolnością seksualną a walką z nadużyciami jest trudne…

Nie sądzę, że to aż takie trudne. To znaczy – temat jest skomplikowany. Zresztą sama zabierając się do pisania książki, wiedziałam, że spora jej część będzie dotyczyć pornografii i zastanawiałam się, jak to ugryźć w sposób, który nie będzie reprodukował moralnej paniki, zwłaszcza że nie jestem przeciwniczką treści erotycznych. Piszę o tym wprost, bo naprawdę tak myślę. Ludzie od zawsze chcieli oglądać obrazy seksualne. Historycznie każda nowa technologia – od druku, przez kasety VHS, aż po współczesną wirtualną rzeczywistość – niemal natychmiast po wynalezieniu znajdowała zastosowanie w tej dziedzinie. To naturalny impuls – i sam w sobie nie jest niczym złym. 

Ostatecznie skupiłam się na krytyce dynamiki płci w tej sferze, a konkretniej na tym, że dominujący przez ostatnie dwie dekady nurt pornografii jest głęboko mizoginiczny, często brutalny, agresywny i upokarzający kobiety. Owszem, istnieje grupa twórczyń, które próbują tworzyć bardziej etyczne treści – z szacunkiem dla aktorów i większym naciskiem na relacje niż na sam akt, ale to wciąż nisza.

 

Czego chyba nie da się powiedzieć o „Euforii”. Jesteś fanką tego serialu?

Nie, nigdy go nie doceniałam. Wydaje mi się ostry i kontrowersyjny w pusty sposób. Nie próbuje realnie podnosić świadomości ani inicjować rozmowy na jakikolwiek temat. Przyciąga uwagę wyłącznie prowokacyjnymi obrazami młodych ludzi. Jednocześnie coraz bardziej interesuje mnie inny trend: rosnąca popularność romansów, w tym serialu „Gorąca rywalizacja”, który opowiada o relacji dwóch mężczyzn, ale jest wyraźnie napisana z myślą o kobietach.

 

W czym tkwi jego siła przyciągania?

W tej narracji ważne są: zgoda, tęsknota, emocjonalna więź i intymność. Bohaterowie pytają siebie: „Czy to jest w porządku?”, a ich relacja opiera się na autentycznym przywiązaniu – czymś, co w głównym nurcie pornografii pozostaje rzadkością. Ogromne zainteresowanie serialem pokazuje, że istnieje ogromne zapotrzebowanie na treści erotyczne, które nie są eksploatacyjne ani degradujące, lecz eksplorują seks jako źródło bliskości. Mimo to wciąż rzadko je otrzymujemy.

 

Dlaczego?

Przemysł rozrywkowy nadal w dużej mierze kontrolują mężczyźni, którzy nie zawsze rozumieją te potrzeby. Widzą słupki oglądalności historii o dwóch facetach i wyciągają z nich uproszczony wniosek: „Potrzebujemy więcej seriali o gejach grających w hokeja”, choć przecież nie o to tu chodzi.

 

Czy jednym z powodów, dla których popkultura przełomu lat 90. i 2000. zwróciła kobiety przeciwko sobie, są – obok mizoginii – nieprzepracowane lekcje feminizmu trzeciej fali oraz jego koncentracja na indywidualnym sukcesie już uprzywilejowanych osób, nadprodukcji tzw. girlbosses?

Nie sądzę, żeby źródło problemu tkwiło w samym feminizmie trzeciej fali. Wbrew wielu krytykom nurt ten był silnie powiązanym z intersekcjonalnością: próbą uwzględnienia różnych doświadczeń kobiet i walką o sprawiedliwość także dla tych, które miały najmniej zasobów i możliwości działania. To nie była ideologia indywidualizmu, lecz projekt poszerzania pola solidarności. Czymś, co rzeczywiście mocno wpłynęło na kulturę przełomu lat 90. i 2000., to przesunięcie w stronę postfeminizmu.

 

Czyli czego?

Postfeminizm zakłada, że kobiece ruchy emancypacyjne w zasadzie osiągnęły wszystko i nie są dalej potrzebne. W jego miejsce pojawiła się narracja o wolności rozumianej jako indywidualna ekspresja: możesz być tak seksowna, jak chcesz, zarabiać tyle, ile chcesz, żyć lekko, dla przyjemności i własnej realizacji. To było bardzo atrakcyjne kulturowo i świetnie rezonowało z popkulturą tamtego czasu – serialami typu „Seks w wielkim mieście”, książkami i filmami o Bridget Jones czy estetyką Spice Girls. 

Ta wizja była przyjemna, „bezwysiłkowa”, pozbawiona politycznej odpowiedzialności: nie wymagała organizowania się, solidarności ani myślenia w kategoriach wspólnoty. Wydawała się wyzwalająca, ale przesuwała akcent na projekt samorozwojowy i konsumpcyjny. Dziś coraz wyraźniej widać ograniczenia tego podejścia. Kiedy wszystko sprowadza się do jednostki, trudniej budować trwałe zmiany strukturalne. Historycznie emancypacja kobiet postępowała wtedy, gdy pojawiała się zdolność do myślenia i działania kolektywnego, a nie wyłącznie przez indywidualne strategie sukcesu.

 

Czy widzisz postawy, które we współczesnej popkulturze próbują się z tego wyłamać?

Widać różne nurty. Część gwiazd nadal funkcjonuje w logice koncentracji na sobie, a pozostali świadomie ją kwestionują. Gdy patrzę na takie postaci jak Taylor Swift, nie mam poczucia, że obcuję z prawdziwą wersją feminizmu i solidarności, ale u Chappell Roan – jak najbardziej. Queerowe artystki i artyści, którzy otwarcie negocjują relację z male gaze, wypadają szczególnie interesująco w kontekście postaw równościowych. Przesuwają punkt ciężkości z bycia oglądanymi na stawanie się podmiotem, który sam ustanawia zasady własnej widzialności, ale nie robi tego w oderwaniu od reprezentowanej społeczności.

 

Kogo – oprócz Chappell Roan – wymieniłabyś jeszcze wśród najbardziej inspirujących gwiazd popu?

Och, muszę to jeszcze raz podkreślić: uwielbiam Chappell Roan! Uważam ją za bardzo wzmacniający przykład tego, jak może wyglądać wolność seksualna, kiedy nie wynika z potrzeby zadowalania mężczyzn ani nie podporządkowuje się patriarchalnym standardom. Wszystko, co robi, wydaje się od nich oderwane. Nie spełnia cudzych oczekiwań. Sama decyduje, co chce pokazać, co ją interesuje i co sprawia jej przyjemność jako artystce. I właśnie to czyni jej twórczość jednocześnie ekscytującą i w pewnym sensie wywrotową. 

Podobnie postrzegam Doechii – uważam ją za niezwykle ciekawą i silną postać, która działa na własnych zasadach w szczególnie zmaskulinizowanym świecie – rapie. Ogólnie muzyka wydaje mi się dziś jedną z przestrzeni, w której kobiety mają relatywnie dużo sprawczości i świadomie sprzeciwiają się temu, czego tradycyjnie od nich oczekiwano. Wiele z najbardziej wpływowych postaci kultury to właśnie muzyczki, takie jak wspomniana już Taylor Swift czy Beyoncé, które dysponują ogromnymi platformami i realnym wpływem.

 

Sama jednak przyznałaś, że nie zawsze wykorzystują je w sposób, który byłby satysfakcjonujący z feministycznego punktu widzenia…

…ale może właśnie dlatego wywołują tak potrzebne debaty o współczesnej kobiecości. Zresztą nawet silne reakcje na okładkę płyty „Man’s Best Friend”, na której z kolei Sabrina Carpenter ulegle klęczy przed męskim kroczem, pokazała, że publiczność interesuje się czymś więcej niż estetyką. I że wszyscy i wszystkie czegoś się w toku tych gorących dyskusji uczymy.

 

Dlaczego mężczyźni powinni przeczytać twoją książkę?

Zakładam, że czytelnicy GQ Poland są bardziej świadomi niż wielu odbiorców, do których kierowałam swój przekaz. Myślę jednak, że moja książka może pomóc zrozumieć, że długo promowana przez popkulturę, a dziś dodatkowo wzmacniana w manosferze, maczystowska wizja męskości jest ślepą uliczką – szkodliwą dla wszystkich stron. Z wielu badań wynika, że mężczyźni statystycznie najlepiej funkcjonują w stabilnych, długoterminowych związkach: żyją dłużej, są zdrowsi i częściej deklarują wyższy poziom szczęścia. Dla kobiet ten bilans nie zawsze wygląda identycznie…

 

…ale?

Niezależnie od tego kontakt z kobietami pozostaje dla mężczyzn kluczowy w wymiarze społecznym i emocjonalnym. Jeśli jednak ktoś przyswaja treści, które uczą pogardy wobec kobiet, przedstawiają je jako gorsze, mniej wartościowe czy niezasługujące na szacunek – to sam ogranicza swoje możliwości budowania trwałych, zdrowych więzi i destrukcyjnie wpływa na swoją przyszłość. Trudno przecież o partnerską, opartą na zaufaniu i wzajemności relację, jeśli druga strona jest uprzedmiotawiana lub deprecjonowana.

 

Znajdujesz w popkulturze takich mężczyzn, którzy z powodzeniem wyłamują się z toksycznego schematu?

Tak! Bad Bunny to mój absolutny faworyt, jeśli chodzi o tworzenie alternatyw do maczyzmu. Sposób, w jaki używa swojej platformy, żeby mówić o ważnych sprawach, jest inspirujący. A kiedy występuje na Super Bowl i ludzie są wściekli, że śpiewa po hiszpańsku – to tylko pokazuje, jak bardzo jego obecność ma znaczenie. Jednocześnie bardzo eksperymentuje ze swoim wizerunkiem, pokazując, że sztywny, binarny podział w modzie i obyczajach jest zwyczajnie passé.

Więcej w tym temacie:

Paulina_Januszewska

Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.

Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.

Czytaj więcej

Seria książek ARKADY Domy mody

Moda zamknięta w książce. Serię „Historia kultowego domu mody” kocha każdy, dla kogo styl ma znaczenie

Są książki, które czyta się od deski do deski. Są też takie, które zostawia się na stoliku kawowym, by co jakiś czas wracać do ulubionych zdjęć, kolekcji i historii. Seria „Historia kultowego domu mody” wydawnictwa Arkady należy do obu kategorii jednocześnie.

Czy czytanie jest sexy?

Czytanie jest hot? Bardziej, niż myślisz, i mniej, niż twierdzą książkowe snoby

Czy gdyby mężczyźni czytali więcej książek, kobiety chętniej umawiałyby się z nimi na randki?

Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?

Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?

Co łatwiej kupić w amerykańskim markecie: karabin czy świeży, chrupiący chleb? Czemu mieszkańcy Florydy rzucają aligatorami w witryny sklepowe? I dlaczego populacja wielkości tej z Pensylwanii wierzy, że jaszczuroludzie rządzą światem? Na te i wiele innych pytań odpowiada amerykanistka i autorka książki „Dziwne Stany Ameryki”, Martyna F. Zachorska.

Olga Tokarczuk AI sztuczna inteligencja

Chorzy na Tokarczuk. Dlaczego afera wokół pisarki jest przesadzona?

Przyglądając się burzy, jaką wywołują słowa Olgi Tokarczuk, można odnieść wrażenie, że pisarka regularnie wygłasza kontrowersyjne tezy.

Jul Łyskawa o książkach, które go zmieniły

Książki, które zmieniły Jula Łyskawę

„Myślę o literaturze jak o zagraconym mieszkaniu” – pisze Jul Łyskawa, autor nagradzanej powieści „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”. Poprosiliśmy go o listę książek, które zmieniły go na zawsze.

Łukasz Orbitowski

Trzy książki, które zmieniły Łukasza Orbitowskiego

Byłem najsłabszy w klasie i uciekałem w książki, które dawały wytchnienie od świata. Dziś pewno zapisałbym się na siłownię, na boks, co zresztą w końcu zrobiłem. Wtedy byłem za młody, za głupi, więc czytałem od rana do wieczora, wyobrażając sobie inne życie.

Chimamanda Ngozi Adichie

Wszyscy powinniśmy czytać Chimamandę Ngozi Adichie (i być feministami)

Pierwsza od lat powieść Chimamandy Ngozi Adichie „Bilans snów” właśnie ukazała się po polsku i udowadnia, że nawet najbardziej przekonujące idee rozbijają się o rzeczywistość.

Dlaczego polscy mężczyźni nie czytają książek?

Polscy mężczyźni nie czytają książek. Dlaczego?

Utyskiwanie na stan czytelnictwa w Polsce stało się już niemal sportem narodowym albo powodem zawstydzania tych, których trudno nazwać książkowymi molami. Rzadko mówi się jednak o tym, dlaczego jest to zjawisko wyraźnie upłciowione.