Jeszcze jeden odcień mizoginii. To o nim śpiewa Doechii
PARTNERZY SERWISU

Muzyka
Jeszcze jeden odcień mizoginii. To o nim śpiewa Doechii
Branża rozrywkowa kocha opowieści o spektakularnych, błyskawicznych karierach, ale nie wtedy, gdy robią je czarne, młode dziewczyny. Przypadek Doechii pokazuje to najdobitniej. Ale misogynoir – niechlubna krzyżówka mizoginii i rasizmu – ma znacznie dłuższą historię. Niestety, niektórzy wciąż nie chcą go odesłać do lamusa.
Udostępnij
Doechii na festiwalu Lollapalooza. Autor zdjęcia: Erika Goldring/WireImage/Getty Images
„Life is but a dream for a dark skin b**ch like me/Life gets dark when you're dark like me” – tymi wersami pochodząca z Tampy samozwańcza bagienna księżniczka (swamp princess) Doechii rozpoczyna swój najnowszy kawałek wydany z SZA – koleżanką z jednej kuźni – wytwórni Top Dawg Entertaiment. Wprawdzie piosenka „girl, get up” ujrzała światło dzienne w końcówce ubiegłego roku, ale nie schodzi z podium tegorocznych billboardowych list i nie jest jedynie kolejnym nośnym hitem. To manifest i jednocześnie akt samoobrony.
Biała mitologia
Doechii odpowiada w nim na zarzuty, z którymi mierzy się od co najmniej roku, gdy dostała Grammy za najlepszy rapowy album. Raperkę wyróżniono jako trzecią w 30-letniej historii tej kategorii czarną kobietę, co już wiele mówi o tym, jak wciąż hermetycznym, męskim klubem pozostaje świat rapu.
Czarne kobiety są w nim mile widziane, o ile odgrywają określoną rolę: są dekoracją, fantazją, tłem. Raperzy od lat w swoich nawijkach sprowadzają je do roli przedmiotu, z którym „można zrobić wszystko” i który reprodukuje co najmniej dwa szkodliwe, ukute jeszcze w czasach niewolnictwa mity.
Pierwszy z nich – figura strong black woman – to utrwalone w kulturze przekonanie białych właścicieli czarnych niewolnic o ich nadludzkiej odporności na zadawane krzywdy: pracę ponad siły, gwałt, kradzież dzieci, izolację, przemoc. Ta fantazja działa dziś jako narzędzie dyscyplinujące. Czarnej kobiecie nie wypada narzekać, słabnąć, okazywać kruchości.
Ma być odporna, niewzruszona, wdzięczna za to, co dostaje – nawet jeśli jest to przemoc symboliczna. Kiedy domaga się więcej, zostaje oskarżona o roszczeniowość i wtedy zyskuję łatkę angry black woman. Każda asertywność i sprzeciw są natychmiast reinterpretowane jako agresja, arogancja, zagrożenie. Gniew w tym wypadku nie stanowi reakcji na niesprawiedliwość, lecz dowód „złego charakteru”. To mechanizm, który nie tylko ucisza, lecz także karze.
O tym zresztą Joan Morgan, autorka książki „When Chickenheads Come Home to Roost”, pisała już w 1999 roku, próbując zrozumieć, dlaczego faceci w hip-hopie są na nią i jej siostry „tak wściekli” i dlaczego brak szacunku do czarnych kobiet stanowi jedną z niewielu rzeczy, pozwalających im podtrzymywać poczucie własnej męskości. Morgan zauważyła, że także czarni mężczyźni posługują się przekonaniami wziętymi z białej mitologii, w której – jak wskazują znane feministki Amia Srinivasan czy Angela Davis – istotny jest także wątek rzekomej hiperseksualności, przedstawiającej „czarnych mężczyzn jako gwałcicieli, a czarne kobiety – jako zawsze gotowe na seks, a więc niemożliwe do zgwałcenia”.
„Skutkiem tego jest podwójne seksualne podporządkowanie czarnych kobiet. Te, które zabierają głos przeciwko przemocy ze strony czarnych mężczyzn, obwinia się o utrwalanie negatywnych stereotypów na temat własnej społeczności i oskarża o domaganie się ochrony od władz rasistowskiego państwa” – czytam w książce Srinivasan „Prawo do seksu”, gdzie autorka wskazuje też, że każda ekspresja seksualna czarnych kobiet jest odczytywana jako „proszenie się o przemoc”.
Zauważa przy tym, że ten schemat widzieliśmy w obronie skazanego za przestępstwa seksualne na 30 lat więzienia R. Kelly’ego, gdy jego otoczenie mówiło o „publicznym linczu czarnego mężczyzny”, całkowicie pomijając fakt, że niemal wszystkie jego oskarżycielki były czarne. Ich głos znów okazał się mniej ważny niż reputacja muzyka.
Za mało rapu w rapie
Doechii, obnażając w swoich kawałkach, zmagania z patriarchatem i rasizmem, także spotkała się ostrą reprymendą. Od momentu, gdy nagrodzony Grammy krążek „Alligator Bites Never Heal” wdarł się do masowej wyobraźni swoją bezkompromisową szczerością, Jaylah Ji’mya Hickmon – bo tak naprawdę nazywa się Doechii – musi czytać o sobie, że jest nie taka, jak chcieliby tego jej hejterzy. Albo tak zła, arogancka, agresywna, mało utalentowana i sztuczna, jak to sobie projektują. Przez ostatni rok internetowy komentariat, a także część branżowego, wielokrotnie sugerował, że nie zasłużyła na nagrodę, że w jej rapie jest „za mało rapu”, że sukces jej się po prostu nie należy tak, jakby był zasobem reglamentowanym. Tylko przez kogo?
Prawo do tej oceny rości sobie np. ziomujący się z czarnymi raperami biały influencer Adin Ross, który wprawdzie słynie z niewyparzonej gęby, ale przy Doechii stracił jakiekolwiek hamulce. To on w maju urządził raperce wiralową tyradę po jej występie na Met Gali, nazywając ją „zarozumiałą, nieinteligentną kupą gówna” i ciągle insynuując, że jest po prostu kolejnym „industry plant”. Tak nazywa się twórców, którzy zyskują popularność nie dzięki ciężkiej pracy i talentowi, ale z uwagi na koneksje w branży muzycznej, nepotyzm, ładną buzię itd.
Jeszcze wcześniej część męskiej publiczności rapowej nie potrafiła znieść faktu, że Kendrick Lamar – jeden z nielicznych artystów w branży obdarzonych symbolicznym autorytetem – nazwał Doechii „najtwardszą z najlepszych” i podpisał z nią kontrakt. Jej sukces natychmiast został wpisany w narrację o protekcji, układach i „przepychaniu beztalencia”, a także w wiele innych teorii spiskowych, m.in. o tym, że śpiewająca o swoim dochodzeniu do trzeźwości artystka nadal chodzi naćpana.
Zamiast pozwolić na to, by hałas ucichł, Doechii popełniła największe możliwe „przestępstwo”, bo na ten lejący się zewsząd ściek odpowiedziała. W „girl, get up” rapuje bez cienia skruchy, demaskując hipokryzję komentarzy. „All that industry plant shit whack/I see it on the blogs/I see you in the chats/You suck every rap n**** dick from the back/But what's the agenda when the it girl black?” – słychać w drugiej zwrotce.
Jej głos nie jest jednak odbierany jako obrona, lecz jako potwierdzenie stereotypu. Gniew czarnej kobiety wciąż jest bowiem traktowany nie jako reakcja na przemoc, lecz jako jej źródło. To dokładnie ten moment, w którym figura strong black woman płynnie przechodzi w figurę angry black woman – z silnej i „dzielnej” bohaterki robi się zagrożenie wymagające kontroli.
Misogynoir jest wszędzie
Tutaj warto również spojrzeć na to, co wydarzyło się nieco dalej od rapu, w zupełnie innym zakątku popkultury – przy okazji premiery filmu „Wicked: For Good”. Cynthia Erivo, czarnoskóra aktorka i wokalistka o światowej renomie, znalazła się w epicentrum dyskusji nie z powodu pracy aktorskiej, lecz z uwagi na swój wygląd i zachowanie podczas promocji produkcji. Jeden z szeroko udostępnianych klipów pokazywał Erivo interweniującą w obronie Ariany Grande, gdy „fan” rzucił się na tę drugą na czerwonym dywanie w Singapurze. Zamiast uznać ten gest za akt wsparcia czy odwagi, wielu użytkowników obróciło go w okrutny żart, w którym Erivo przedstawiano jako zmaskulinizowanego bodyguarda Grande. Takie karykatury czarnych kobiet nie są nowością i od zawsze nosiły za sobą rasistowski wydźwięk.
Nic dziwnego, że w obronie aktorki stanęła m.in. SZA, która dziś śpiewa z Doechii w „girl, get up”, nazywając krążący w sieci hejt klasycznym przejawem misogynoir i apelowując o zaprzestanie dalszych ataków szczególnie wtedy, gdy wydają się wynikać z uprzedzeń, a nie z konstruktywnej krytyki.
Niedługo później francuski magazyn satyryczny „Charlie Hebdo”, znany z prowokacyjnej estetyki i obrony wolności słowa, opublikował karykaturę Rokhayi Diallo – cenionej dziennikarki, reżyserki, aktywistki walczącej z dyskryminacją wymierzoną m.in. w czarne kobiety. W groteskowy, rasistowski sposób wyolbrzymiono jej rysy twarzy, przedstawiono ją półnagą, tańczącą w spódnicy przypominającej banana, co jednoznacznie nawiązywało do kolonialnych i fetyszystycznych fantazji o „innym”, egzotycznym ciele.
Podpis pod rysunkiem szydził z jej działalności. Obrona redakcji, która później odpowiedziała na krytykę, polegała raczej na potwierdzeniu „wolności satyry” niż na refleksji nad rasowymi i płciowymi skutkami takiego przedstawienia. Nie był to pierwszy raz, gdy w „Charlie Hebdo” ukazały się rasistowskie, dehumanizujące wizerunki czarnych kobiet – wcześniej ofiarą takich karykatur padła m.in. Christiane Taubira, wybitna polityczka, której twarz przedstawiano jako małpę.
Rysunek z „Charlie Hebdo” to nie jednostkowy lapsus czy „satyryczna przesada”; to podręcznikowy przypadek tego, co akademiczka Koritha Mitchell określiła mianem agresji opartej na zasadzie „znaj swoje miejsce” (know-your-place agression). Dla części francuskich komentatorów miejsce czarnoskórych kobiet ma być jednoznaczne: to ich ciała mają być eksponowane jako performance lub obiekt kulturowej fantazji, a nie ich intelekt, nie ich głos krytyczny, nie ich obecność jako podmiotów politycznej debaty.
W obydwu przypadkach – ataków na Erivo w internecie i brutalnej wizualnej reprymendzie skierowanej do Diallo – widać ten sam mechanizm: czarna kobieta nie może być tylko artystką, intelektualistką czy aktywistką. Jej zachowania, gesty, ciała i emocje muszą być natychmiast sklasyfikowane w ramach uprzedzeń, a każde odstępstwo od uległej wersji kobiecości natychmiast jest wykorzystywane do jej dyskredytacji.
Niewystarczająco białe
To dlatego ataki wobec Doechii, Erivo i Diallo mają wspólny rdzeń: nie chodzi tylko o jednorazowy hejt czy groteskowy rysunek czy zwykłą krytykę, lecz o mechanizm, który podważa samo prawo czarnych kobiet do bycia widzialnymi – zwłaszcza gdy dodatkowo nie próbują upodabniać się do swoich białych koleżanek.
Wymóg białej performatywności od dekad jest narzucany w branży rozrywkowej czarnym artystkom jako warunek akceptowalności. Ich sukces bywa tolerowany tylko wtedy, gdy zostaje odpowiednio „wygładzony” – estetycznie, emocjonalnie i kulturowo. W praktyce oznacza to presję, by były mniej „czarne”: łagodniejsze w wyrazie, mniej konfrontacyjne, bardziej uniwersalne, co w popkulturowym kodzie niemal zawsze znaczy – bliższe białym normom.
Widać to choćby w tym, jak branża reaguje na wygląd. Czarne piosenkarki przez lata słyszały, że ich naturalne włosy są „zbyt polityczne”, „zbyt agresywne”, „rozpraszające”. Prostowanie, rozjaśnianie, noszenie peruk i stylizacji odwołujących się do europejskich kanonów piękna było i często wciąż jest nieformalnym wymogiem wejścia do mainstreamu. Blond włosy u czarnej artystki mają sygnalizować „uniwersalność”, a więc bezpieczeństwo dla białej publiczności.
Kiedy czarna kobieta decyduje się na afrykańskie warkocze, dredy czy ogoloną głowę, natychmiast zostaje obarczona politycznym znaczeniem, którego nikt nie przypisuje białym koleżankom po fachu.
Podobnie działa presja dotycząca ekspresji. Czarne artystki mają być „silne, ale nie wściekłe”, „seksowne, ale nie nachalne”, „szczere, ale nie konfrontacyjne”. Gniew, ironia czy bezpośredniość – cechy powszechnie akceptowane u białych wokalistek jako oznaka autentyczności – w ich przypadku bywają odczytywane jako zagrożenie. To dlatego białe artystki mogą budować kariery na estetyce chaosu, smutku czy buntu, podczas gdy czarne kobiety są za podobne gesty karane łatką „trudnych”, „niewdzięcznych” albo „toksycznych”.
Doechii nie spełnia tych oczekiwań. Nie próbuje być przystępna ani wygodna. Jej rap jest intensywny, cielesny, momentami niepokojący – i właśnie dlatego spotyka się z tak gwałtowną reakcją. W oczach krytyków jej największym grzechem nie jest w istocie brak talentu, lecz brak chęci, by się estetycznie, emocjonalnie i symbolicznie odpowiedzieć na oczekiwania otoczenia, które tolerowało ją bardziej, gdy robiła muzykę bardziej popową i w stylu R&B, a nie do bólu szczery trap.
Ten sam mechanizm działał wobec Cynthii Erivo, gdy jej obecność podczas promocji „Wicked” została uznana za „zbyt intensywną”, i wobec Rokhayi Diallo, której intelektualny głos próbowano sprowadzić do rasistowskiej karykatury ciała. W każdym z tych przypadków stawką nie jest pojedynczy występ, tweet czy rysunek, lecz pytanie o to, kto ma prawo istnieć w przestrzeni publicznej bez konieczności tłumaczenia się ze swojej czarności.
Misogynoir nie polega więc wyłącznie na świadomej nienawiści. Często przybiera formę „życzliwej” sugestii: bądź trochę cichsza, trochę milsza, trochę bardziej strawna. Trochę bardziej biała. I właśnie dlatego każda odmowa podporządkowania się temu scenariuszowi – każdy gniew, każda widoczność, każdy nieprzetłumaczony na białe normy gest – bywa traktowana jak prowokacja. A nie jak prawo do ekspresji i obecności.
Więcej w tym temacie:
- Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!
- Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
- Szpaku z nowym dissem na raka. Raper dołączył do Bedoesa 2115 i Cancer Fighters
- OKI wjechał z drugą częścią „REKLAMACJI’47”: wśród gości Ewa Farna
- W jakim outficie koncertuje Taco Hemingway? Stylista Konrad Sławiński o kreacjach rapera z †††OUR
- JIMEK i historia polskiego hip-hopu. Jak powstaje rap z orkiestrą?
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Muzyka
Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins
To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Muzyka
Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami
Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.
Muzyka
Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!
Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.
Muzyka
Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię
Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.
Muzyka
Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.
Muzyka
Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu
Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.
Muzyka
Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?
Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.
Muzyka
Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo
– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.