PARTNERZY SERWISU
Muzyka
Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu
Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.
Udostępnij

Lech Janerka: „Lubiłem samo granie, mniej całą otoczkę” Autor zdjęcia: Getty Images
Michał Kukawski: Na koncerty zacząłem chodzić w latach 90., kiedy Klaus Mitffoch już nie istniał, ale wychowałem się na micie, że był to najlepszy zespół koncertowy w Polsce. Tak było?
Lech Janerka: Mity mają to do siebie, że trudno je zweryfikować. Jedno jest prawdą: graliśmy dużo, ale trzeba wiedzieć, że Klaus Mitffoch był zespołem z piwnicy. A właściwie z łazienki, bo pierwsze próby, jakie podejmowaliśmy, odbywały się w dużej łazience w poniemieckim domu – mieliśmy dwie akustyczne gitary, a perkusista tłukł po taboretach. To wszystko było robione na żywca, bez wielkiego planu, za to z dużą dawką energii, którą przenosiliśmy później na scenę.
Ale na początku nawet twoja żona nie wierzyła, że coś z tego będzie.
Bożena przyszła na jedną z pierwszych prób Klausa i nas po prostu wyśmiała. Powiedziała, że jeśli ma siedzieć z małymi dziećmi i widywać mnie tylko raz na jakiś czas, to słaby interes, bo „kaczanimy potwornie”. Uprosiłem ją jeszcze o dziesięć dni. Kiedy nas znowu zobaczyła, powiedziała: „O, teraz zaczyna się coś dziać. Działajcie dalej”. I rzeczywiście, zaraz potem ruszyło.
Przypomnij początki waszych występów.
Przeczytałem w lokalnej gazecie, że w klubie Index na Uniwersytecie Wrocławskim odbywają się koncerty i podczas przerwy zespołu klubowego można wejść na scenę i zagrać coś swojego na tamtym sprzęcie – prawdziwa perkusja, elektryczne gitary. Pojechaliśmy. Mieliśmy trzy własne numery i trzy cudze, na których uczyliśmy się aranżowania. Weszliśmy na scenę, publiczność zrobiła wielkie oczy, a potem nie chciała już słuchać zespołu klubowego – ludzie chcieli, żebyśmy grali dalej. Tyle że my nie mieliśmy już repertuaru.
I tak zrodził się mit najlepszego zespołu koncertowego.
Trochę tak. Po występie przyszło szefostwo klubu i wręczyło nam pieniądze. Zrobiło się niezręcznie, więc oddaliśmy je zespołowi klubowemu – graliśmy przecież na ich instrumentach. Ale dostaliśmy propozycję prób w klubie i wtedy trzeba było błyskawicznie zdobyć własny sprzęt.

Lech Janerka zagra w Jarocinie. Tegoroczna edycja festiwalu odbędzie się w dniach 16-19 lipca Autor zdjęcia: materiały prasowe
Skąd wziąłeś gitarę basową?
Bas zrobiłem z kwietnika. Sąsiad miał świetną, grubą dechę, która służyła mu jako półka pod doniczki z roślinami. Poszedłem do niego, a on, rozbawiony, odpiłował mi połowę, bo całej nie chciał oddać – żona by mu nie darowała. Z deski wystrugałem instrumenty. Bas i gitarę, bębny kupiliśmy. I tak zaczęliśmy regularnie grać.
Od początku czułeś się na scenie swobodnie?
Skąd! Pierwszy poważny koncert Klausa na festiwalu Nowa Fala na Odrze pamiętam doskonale. Wyszliśmy na scenę, zaczęliśmy grać pierwszy utwór, ludzi mnóstwo, a mnie kompletnie zatkało – zapowietrzyło. Nabieram powietrza i blokada – nie mogę go wypuścić. Patrzę na perkusistę – on ma to samo, oczy na wierzchu. Podchodzę do niego, a on wtedy wybucha: „Śpiewaj!”. Więc intro trwało wyjątkowo długo, zanim wydobyłem z siebie pierwszy dźwięk.
Czyli scena to przede wszystkim trema?
Oczywiście. Jeśli człowiek nie jest do tego przygotowany, występy publiczne zawsze stresują. Często grałem odwrócony tyłem do publiczności. Też po to, żeby lepiej widzieć perkusistę i trzymać rytm. Mam słaby słuch, więc chciałem chociaż widzieć, kiedy uderza w werbel.
A co widzisz z samej sceny?
Niewiele, bo światła świecą prosto w oczy. Bardziej się czuje, niż widzi. Jak jest źle, wiesz to od razu. Jak jest dobrze, też to czujesz, nawet jeśli nie widzisz twarzy ludzi. Pamiętam, występowaliśmy na warszawskim Torwarze z Klausem Mitffochem jako support Republiki, graliśmy intensywnie, solidnie, dobrze to brzmiało. Ale po każdym utworze – cisza. Zero reakcji. Publiczność Republiki w czarno-białych ciuchach, w krawatach w paski stała w kompletnej ciszy. Po koncercie idziemy do garderoby, a tam tłumek i ludzie oddają nam krawaty. W taki sposób okazali nam uznanie.
A zdarzały się momenty, kiedy występ kompletnie rozmijał się z waszymi wyobrażeniami?
Pewnie. Graliśmy kiedyś w Dębicy i okazało się, że to bar z wyszynkiem. Ludzie siedzieli nad talerzami i popijali. My mieliśmy wielkie ambicje i przekonanie, że robimy coś ważnego, a tu jakaś knajpa. Pomyślałem: w życiu nie będę grał w barze do kotleta. I faktycznie śpiewałem z szatni. Uchylili mi drzwi, postawili mikrofon, a ja tylko zerkałem na scenę z zaplecza. Dziś wspominam to z uśmiechem, ale wtedy było mi z tym bardzo źle.

Najnowszy album Lecha Janerki został wydany przez wytwórnię Mystic Autor zdjęcia: materiały prasowe
A co było najfajniejsze w koncertach Klausa?
Amok. To był jeden wielki amok. Graliśmy z pełnym gazem, ja wrzeszczałem jak opętany. Koncertowanie było stresujące, a jednocześnie dawało potężną energię. Pamiętam historię z „Jezu, jak się cieszę”. To był utwór incydentalny, wziął się z żartu. Perkusista kiedyś mnie podpuścił: „Hita to byś nie zrobił”. Odpowiedziałem: „Mogę spróbować”. No i napisałem „Jezu, jak się cieszę”, w wytwórni powiedzieli, że to będzie singiel. No i niespodziewanie piosenka stała się przebojem, chociaż my wcale nie chcieliśmy jej grać na koncertach.
Ale publiczność się domagała.
I to bardzo. W końcu ulegliśmy. Startujemy, wszystko idzie, jak trzeba, aż nagle – w refrenie – perkusista przestaje grać. Widziałem, że się śmieje, ale przetrzymałem to. Po kolejnej zwrotce zrobił to samo. Wtedy się już wkurzyłem. Cisnąłem w niego basem Fender Precision, ale kabel był za krótki i ściągnął bas na ziemię – gitara upadła tuż przed nim. Publiczność była zachwycona, myślała, że to część spektaklu. Koncert skończył się po 35 minutach, choć zwykle graliśmy ponad półtorej godziny.
Lubiłeś ten żywioł sceny?
Lubiłem samo granie, mniej całą otoczkę. Nigdy nie lubiłem wyjeżdżać z domu. Jestem domatorem. Hotele, przejazdy, czekanie – to mnie męczyło.
Kiedy zespół się rozpadł, żałowałeś?
Bardzo. Świetnie się z nimi grało i bardzo dobrze to brzmiało. Ale decyzję o zakończeniu podjąłem błyskawicznie. Pozostali członkowie Klausa nie chcieli grać nowych utworów, które wtedy napisałem, woleli inną stylistykę. Trochę mnie to zdziwiło, bo sami prosili o utwory à la reggae, poszedłem zapalić papierosa, wróciłem, spytałem, czy nie zmienili zdania. Usłyszałem: nie. Powiedziałem więc: „To dziękuję, rezygnuję ze współpracy”. A kiedy następnego dnia weszliśmy na scenę, ogłosiłem widowni, że zespół właśnie się rozpadł.
Szybko otworzyłeś nowy etap w karierze, tym razem z żoną – z założenia zespół Lech Janerka miał być czymś zupełnie innym niż Klaus Mitffoch?
Bożena miała grać na wiolonczeli, więc to na pewno było inne, ale poza tym specjalnie dużego pola manewru nie było, bo miałem napisane piosenki, które chciałem wykonywać z Klausem. Mieliśmy ze Stanów przywieziony efekt, który zmieniał brzmienie wiolonczeli, żeby nie było takie czyste, klasyczne. Zależało mi, żeby wpisać ten jej instrument w bardziej szorstkie brzmienie. Zaczęliśmy szukać perkusisty i pojawił się Janek Rołt – fantastyczny muzyk, udzielał się w Armii i Brygadzie Kryzys. No i nagraliśmy płytę „Historia podwodna”.
Jak odnajdywaliście się w nowym składzie?
Jeden z pierwszych koncertów zagraliśmy w Jarocinie i strasznie byliśmy stremowani, zwłaszcza Bożena. Mówiła, że na próbie się „posra”, a na koncercie „umrze”. Ale w czasie próby ludzie zaczęli podchodzić pod scenę, więc trochę się oswoiła. Wieczorem było już łatwiej. Zresztą ona jest twarda, nigdy nie histeryzuje.
Jarocin był dla was przełomem?
Na pewno ważnym, spajającym zespół doświadczeniem. Wydarzyła się tam jeszcze jedna piękna rzecz. Garderobę – w wozie cygańskim – dzieliliśmy z zespołem T.Love. Siedział tam Tomek Pierzchalski z saksofonem – wyglądał jak z epoki Presleya: marynarka z wężowej skóry, opalony, cudownie się prezentował. Chciał się przygotować do występu, a ja mu mówię: „Chodź z nami na scenę, tam się rozgrzejesz”. Poszedł. Zagrał kapitalnie. Potem, gdy nagrywaliśmy płytę i okazało się, że w aranżacjach są luki i dziury, zadzwoniłem do niego. Przyjechał do studia i od pierwszego podejścia zagrał tak, że mnie zatkało.
Tylko że zaraz po nagraniu „Historii podwodnej” wielkiej trasy nie było.
Bo gitarzysta po kilku koncertach powiedział, że nie nadaje się do występowania, tak go to stresuje. Odpowiedziałem: „To nie grajmy koncertów”. Zamówień mieliśmy mnóstwo, mogliśmy grać codziennie, ale nie występowaliśmy. Pojawiliśmy się w Opolu, Jarocinie, gdzieś jeszcze i tyle. Ja wtedy traktowałem to już jako zawód, ale nie miałem też takiego parcia, żeby koniecznie być na scenie bez przerwy.
To z czego żyliście, skąd mieliście pieniądze?
Kiedy przestałem grać z Klausem, strumień pieniędzy po prostu się urwał. Nie było koncertów, a ja nie miałem żadnej wielkiej wiedzy o tym, jak ten rynek działa. Żyliśmy bardzo skromnie, z jakichś resztek oszczędności, nagrywaliśmy płytę jako zespół Lech Janerka, ale wisiała nad nami wizja szukania normalnej pracy. I wtedy dzwonek do drzwi. To był listonosz z przekazem pieniężnym. Okazało się, że Program Trzeci Polskiego Radia przyznał nam bezzwrotne stypendium, bo dowiedzieli się, że nagrywamy płytę. Te pieniądze nas uratowały – mogliśmy spokojnie dokończyć materiał.
Jakiś czas potem znajomy zapytał mnie, czy zgłosiłem kompozycje, które stworzyłem, do ZAiKS. Ja nawet nie bardzo wiedziałem wtedy, czym jest ZAiKS. Okazało się, że to właśnie tam powinny trafiać informacje o autorstwie i wykonaniach, a za tym idą konkretne pieniądze. Musiałem więc usiąść i odrobić lekcję – robiłem zapis nutowy utworów – z lękiem, że mi tego nie przyjmą, bo nie mam wykształcenia muzycznego. I okazało się, że z wcześniejszego grania, zwłaszcza po sukcesie Klausa, uzbierały się tantiemy, które dla nas były naprawdę poważnym zastrzykiem gotówki.
Dopiero rok po nagraniu debiutanckiej płyty Lech Janerka ruszył w trasę. Nie tęskniłeś za koncertowaniem przed ludźmi?
Do dziś wolę grać próby niż koncerty. Na próbie można cyzelować, a ja jestem cyzelant. Czasem aż za bardzo. Bywam wtedy nieznośny, Bożena musi mnie strofować, żebym się opamiętał, bo wszystko się zaraz rozleci. Ale same próby potrafią dawać mi wielką radość. Po dłuższej przerwie zdarza się, że gramy jakiś utwór i myślę: „Kurczę, to naprawdę jest dobre”. Przyjemne uczucie.
A czym jest udany koncert?
Kiedy wszystko słyszymy, kontrolujemy sytuację, nie ma napięć w zespole, a od pierwszego numeru zaczyna „jechać”. Do tego dochodzi publiczność – jej akceptację ze sceny naprawdę widać. Nie lubię bisów, dlatego gramy długie koncerty, ponad dwie godziny, a ostatnie piętnaście minut to niby bisy, tylko że tego nie ogłaszamy.
Wiele się przez te lata zmieniło na scenie?
Zaczynaliśmy od fatalnych warunków. Kiedy graliśmy jako Klaus Mitffoch trasę po Polsce z brytyjskim zespołem Spear of Destiny, ich akustyk powiedział, że ustawi nam brzmienie. Kiedy weszliśmy na scenę i wjechaliśmy z pierwszym numerem, aż się wystraszyłem, tak to dobrze zabrzmiało. Później bywało różnie, ale z czasem pojawiły się lepsze systemy, odsłuchy sceniczne. Jeżdżąc już jako Lech Janerka, mieliśmy stałego kierowcę, który woził nas na koncerty i po drodze robił nam wycieczki po ciekawych miejscach, a w końcu także rozpoczęła się współpraca z genialnym Bartkiem Dziedzicem. Zaczęliśmy naprawdę dobrze brzmieć. Pamiętam koncert z Iggym Popem we Wrocławiu. Po ich próbie Bartek powiedział: „Zniszczymy ich”. W połowie drugiego numeru naszej próby przyleciał ich menedżer i kazał nam ją przerwać, bo musieli powtórzyć swoją.
W 2023 roku Lech Janerka wydał płytę z nowymi utworami – „Gipsowy odlew falsyfikatu”. Macie za sobą trzy lata intensywnych koncertów. Jak znosisz trudy występów na żywo?
Czasem jest ciężko. Mam uszkodzony kręgosłup, gram w gorsecie i na scenie występuję na siedząco. Wprowadziłem nową modę: siedzi cały zespół. Wygląda to statycznie, ale mnie to ratuje. Czasem wstaję, ale tylko dlatego, że muszę się rozprostować. Do tego dochodzą problemy ze strunami głosowymi. Nie chcę sprzedawać lipy, dlatego uznałem, że trzeba postawić kropkę.
Tegoroczne koncerty to ostatnie występy Lecha Janerki na żywo?
Nikt mi nie wierzy, ale mówię poważnie. Gram od lat 80. Nie chciałbym dojść do momentu, w którym sam nie mogę już na siebie patrzeć czy siebie słuchać. Widzę czasem wielkich artystów, którzy wciąż wychodzą na scenę – i niby wszystko się zgadza, ale głos już nie ten. Ja nie chcę tego robić na siłę.
Wybierałeś miejsca na tę trasę osobiście. Kierowałeś się sentymentem?
Tak. To są miejsca, w których było nam dobrze. Jarocin jest jednym z nich. Na początku roku czułem się fatalnie, wydawało się, że już nie dam rady. Potem energia trochę wróciła. Pomyślałem: a co by było, gdybym zadzwonił i sam zorganizował sobie pożegnalne tournée? W pięć dni ustaliłem dwadzieścia dat.
Planujecie jakieś niespodzianki i zaskoczenia?
Nie robiliśmy nigdy wielkiego show i teraz też go nie planujemy. Dołączyliśmy do repertuaru kilka utworów, których bardzo dawno nie graliśmy. Ale najważniejsze jest dla nas jedno: wyjść i zagrać to solidnie. Bez stroboskopów, bo Bożena źle je znosi, bez sztuczek, bez udawania. Po prostu dobrze zagrać.
To jest dla ciebie najważniejsze na scenie?
Tak, dać radę. Nie stracić głosu w połowie koncertu. W miarę pamiętać teksty. Dziś jest o tyle łatwiej, że mamy akustyka, odsłuchy, dobry sprzęt. Chciałbym zamknąć tę historię porządnie. Nie wykluczam, że jeszcze nagram płytę w domowym studiu, w swoim tempie. Ale scena to co innego. Nigdy nie byłem człowiekiem, który od niechcenia wychodzi przed ludzi i od razu jest królem estrady. Dla mnie scena zawsze była próbą sił.
Materiał oryginalnie ukazał się w czwartym numerze GQ Poland. Magazyn w sprzedaży!
Więcej w tym temacie:
- Zara Larsson w Y2K, Nick Cave i klasyczny tailoring. Stylizacje gwiazd na Open'erze 2026
- Rusza Erste Letnie Brzmienia 2026. Kogo usłyszymy w aż pięciu polskich miastach?
- Nie tylko T-shirt. Jak kolekcjonować (nie tylko) koncertowe wspomnienia
- Więcej niż muzyka. Jak widać festiwale?
- Soundtrack lata 2026. Te płyty usłyszysz na koncertach w Polsce
- Urlop pod sceną. Pytamy festiwalowiczów o ich koncertową zajawkę
Dziennikarz i redaktor z 25-letnim doświadczeniem w pracy w radiu i prasie. Kierował zespołami redakcyjnymi w magazynach „Malemen” i „Twój Styl Man”, jego teksty były publikowane m.in. w „National Geographic”, „Esquire”, „Twoim Stylu”, „Zwierciadle”, „Kukbuku” i Veridica.ro. W latach 2003–2004 był korespondentem Polskiego Radia w Iraku. W ostatnich latach jako niezależny twórca produkował podcasty m.in. dla Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki, Muzeum Getta Warszawskiego, culture.pl oraz Papaya Films – za serię „Odpowiednik” otrzymał w 2021 roku nagrodę Audioteki „Dobrze opowiedziana historia” w konkursie Podcast Roku im. red. Janusza Majki.
Pracuje nad podcastem dokumentalnym o ludziach pozostających w związku ze sztuczną inteligencją.
Z wykształcenia jest psychologiem, więc człowiek pozostaje w centrum jego zawodowych zainteresowań. Ponadto ciekawią go sprawy Bliskiego Wschodu, od dziecka gra w tenisa, lubi chodzić do kina, kocha czytać, jeść kanapki i wygłupiać się z synami.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Muzyka
Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.
Muzyka
Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?
Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.
Muzyka
Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo
– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.
Muzyka
Co po samcu alfa? Męskość według Nicka Cave'a i Viagra Boys
W tłumie różnej maści wynalazców nowej męskości na skomplikowane czasy, okazuje się, że nie trzeba wymyślać koła na nowo. Wystarczy sięgnąć po prostotę wrażliwości i antymaczystowskiego luzu – tak, jak robią to Viagra Boys i Nick Cave. Nie sądzę jednak, by którykolwiek z nich uważał się za autorytet. Całe szczęście.
Muzyka
Andrea Bocelli zaśpiewał na Placu Świętego Marka w Wenecji. Pokazał, że wszystko zaczyna się od odwagi, by zmienić własną historię
Wenecja to Włochy w pigułce. Miasto zbudowane na wodzie, pełne pałaców, mostów i legend sprzed setek lat. Wydaje się miejscem, w którym czas płynie inaczej. Ale właśnie tu, gdzie przeszłość mówi do nas bogactwem sztuki na każdym kroku – usłyszałam ciekawą opowieść o przyszłości. Nie o sztucznej inteligencji. Nie o cyfryzacji. Nawet nie o technologii. Opowieść zmianie, do której prowadzą determinacja, odwaga i wiara we własne możliwości. Wyśpiewał ją sam Andrea Bocelli.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Muzyka
Rusza Erste Letnie Brzmienia 2026. Kogo usłyszymy w aż pięciu polskich miastach?
Jest taki moment w lecie, który trudno dokładnie nazwać. Miasto trochę zwalnia, światło robi się miękkie, a dźwięki niosą się dalej niż zwykle. Siedzisz gdzieś na trawie albo stoisz pod sceną i nagle łapiesz się na tym, że wszystko się zgadza.
Muzyka
Soundtrack lata 2026. Te płyty usłyszysz na koncertach w Polsce
Festiwale to świetna okazja do usłyszenia premierowych albumów na żywo. Do jakich płyt będziemy tańczyć? Przy których utworach się wzruszać? Oto muzyka, która w tym sezonie przejęła rodzime imprezy muzyczne.
Muzyka
Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
„Przede wszystkim jestem tatą” – mówi Igor Herbut. Wokalista LemON, kompozytor i gwiazda tegorocznego Męskiego Grania opowiada o muzyce jako autoterapii, o szczerości i o tym, jak sześciolatek uczy go patrzeć na świat z zachwytem i ciekawością.