Urlop pod sceną. Pytamy festiwalowiczów o ich koncertową zajawkę
PARTNERZY SERWISU

Zajawki
Urlop pod sceną. Pytamy festiwalowiczów o ich koncertową zajawkę
Nie spędzają wakacji w ciepłych krajach, nie robią sobie zdjęć pod palmami. To znaczy – może i pojechaliby w tropiki, ale tylko wtedy, gdyby w pobliżu odbywał się jakiś dobry koncert. Kim są i dlaczego tak to kochają?
Udostępnij
Jak rozwijała się festiwalowa turystyka? Autor zdjęcia: Klaudia Adamek
Kiedy czytacie ten tekst, gdzieś w Polsce lub w Europie są ludzie, którzy właśnie przemierzają kolejne przystanki festiwalowego szlaku. Niewyspani tkwią w kolejowym przedziale, by potem z plecakiem dostać się na teren imprezy, odstać swoje w kolejce po opaski, zameldować się na polu namiotowym i przez kolejne dni, smażąc się w słońcu, moknąc w deszczu bądź będąc smaganymi wiatrem, zaliczać kolejne koncerty i sety. Starają się nie myśleć o bólu i zmęczeniu. Dla nich to najprzyjemniejszy moment w całym roku.
Wyprawa po dźwięki
Już w latach 80. XX wieku socjologowie zauważyli i zaczęli badać zależność między dużymi wydarzeniami kulturalnymi a turystyczną atrakcyjnością danego miasta czy regionu. Festiwalowa turystyka wybuchła z całą mocą jednak dopiero na początku lat 2000. Wpływ miały na to trzy rzeczy.
Po pierwsze – poszerzenie rynku. Już nie tylko Glastonbury i Roskilde a potem długo, długo nic. Festiwali zaczęło być coraz więcej, a światowe gwiazdy zaczęły wykraczać poza dobrze znane im europejskie przystanki, na czym skorzystała m.in. Polska. Nagle większość państw mogła legitymować się przynajmniej jednym flagowym wydarzeniem muzycznym. Co prawda zestaw artystek i artystów był ograniczony, a organizatorzy mogli z reguły zapraszać tylko tych, którzy akurat mieli zaplanowane wiosenno-letnie trasy.
Po drugie – zasobność portfeli. Nawet jeśli Europa Zachodnia zmagała się w tamtych latach ze stagnacją gospodarczą, to zarobki wciąż tam były na tyle wysokie, że ludzie mogli pozwolić sobie na wakacyjny wypad połączony z obecnością na takim wydarzeniu. Równocześnie na festiwalach zaczęli pojawiać się mieszkańcy krajów zaliczających gospodarczą hossę (to znowu przypadek Polski). Nagle okazało się, że popyt na wielkie muzyczne wydarzenia wzrasta.
I po trzecie – kwestia demograficzna, albo – z braku lepszego określenia – demograficzno-lifestyle’owa. Jeśli spojrzeć na największe światowe festiwale lat 90., jak choćby upamiętniony w dokumentach Netfliksa i HBO Max Woodstock ’99, można odnieść wrażenie, że widownia składała się na nich wyłącznie z dwudziestolatków. Kilka lat później, w latach 2000., dotychczasowi bywalcy festiwali wcale nie zamierzali rezygnować z jeżdżenia na koncerty, a w ślad za nimi poszli młodsi. Swoją drogą dziś w wielu miejscach proporcje się odwróciły – festiwalowicze 30+ stanowią największą część audytorium, a organizatorzy chętnie dopasowują line-upy do ich oczekiwań. Florence and the Machine i The xx, grający obok siebie podczas pierwszego dnia tegorocznego Open’era, to nie przypadek.

Festiwalowa turystyka wybuchła z całą mocą na początku lat 2000 Autor zdjęcia: Klaudia Adamek
Polski rozkład jazdy
W naszym kraju festiwalowy boom wybuchł kilka lat później niż na Zachodzie, tj. w połowie lat 2000. Wcześniej wyglądało to dość ubogo: albo Przystanek Woodstock, albo reaktywowany, zawieszany i wciąż szukający swojej tożsamości festiwal muzyki rockowej w Jarocinie, albo pomniejsze imprezy tematyczne, jak industrialne Castle Party na zamku w Bolkowie.
W 2002 roku na festiwalowej mapie pojawił się Open’er, którego dwie pierwsze edycje były zdominowane przez muzykę elektroniczną, ale już podczas trzeciej w line-upie znaleźli się Cypress Hill i Pink, a rok później – The White Stripes, Snoop Dogg czy Lauryn Hill. To był pierwszy polski festiwal multigatunkowy, który na poważnie mógł konkurować o gwiazdy z imprezami zagranicznymi. Open’er sprowadzał wykonawców mainstreamowych, jakościowych i będących aktualnie na czasie. Dla większości z nich występ na tym festiwalu był równocześnie pierwszą wizytą w Polsce, co tylko podbijało atrakcyjność wydarzenia w oczach krajowych widzów.
W 2006 roku Open’er przeniósł się z gdyńskiego Skweru Kościuszki na położone kilka kilometrów dalej lotnisko Babie Doły, znacznie powiększając festiwalowy teren. Również w 2006 roku w Mysłowicach odbył się pierwszy w historii Off Festival, w Cieszynie pierwsza edycja festiwalu Nowa Muzyka (później: Tauron Nowa Muzyka), w Płocku pierwszy Audioriver, a w Krakowie – pierwsza odsłona Coke Live Music Festivalu. Poza tym ostatnim, przemianowanym później na Kraków Live Festival, wszystkie te imprezy są z nami do dziś. A przecież 2006 rok to także zapomniany już Summer of Music na warszawskim Służewcu, na którym pierwszy i jedyny polski koncert zagrał duet Daft Punk. Jeśli można mówić o roku przełomu na krajowym rynku festiwalowym, to był nim właśnie 2006.
Wtedy też pierwsi polscy turyści festiwalowi zaczęli kombinować, jak ułożyć urlopy, żeby zobaczyć wszystko, na co mieli ochotę. Skoro po koncerty gwiazd nie trzeba już jeździć na Zachód – np. w 2007 roku można było bawić się przez cały weekend na Open’erze, a następnie pojechać pociągiem na Śląsk na pierwszy polski występ Red Hot Chili Peppers, który odbywał się dwa dni później – to i cenowo, i czasowo wychodził z tego całkiem opłacalny sposób na kreatywne wykorzystanie wolnych dni.

Według festiwalowych turystów spontaniczność lepiej zostawić w domu. Tu musi być wszystko zaplanowane. Autor zdjęcia: Klaudia Adamek
Festiwalowe frycowe
Ale byli też tacy, którzy mieli już w swoim festiwalowym CV doświadczenia zagraniczne. – Kiedy miałem dwadzieścia kilka lat, potrafiłem w ciągu jednego lata być na trzech, może nawet czterech festiwalach zagranicznych – opowiada Bartek Czarkowski, dziennikarz radiowej Czwórki, którego przygoda z festiwalami zaczęła się na początku lat 2000. – Mocno działały mi na wyobraźnię plakaty festiwalowe. Przyglądałem się ich układom graficznym, tym, jak byli na nich rozpisani artyści. Zresztą dalej to lubię. Patrzyłem na nie i myślałem: „To tak dobrze wygląda, że ten festiwal musi być fajny”.
Na pierwszy zagraniczny festiwal nie dostał się w ogóle. To był Leeds Festival z 2002 roku, grali Guns N’ Roses, The Strokes, był tam jakiś szalony line-up. – Wsiadłem z moją przyjaciółką w autobus do Anglii, wysiedliśmy w Londynie na Victoria Station i poszliśmy do sklepu kupić bilety. Facet za ladą spojrzał na nas jak na wariatów, bo oczywiście bilety były wyprzedane na wiele tygodni przed festiwalem. My tego nie wiedzieliśmy, nie znaliśmy jeszcze kultury festiwalowej – przyznaje. Rok później zamówił karnet wcześniej, ale tu pojawił się inny problem – miał przyjść pocztą. – Czekałem w stresie i nic. W końcu trafił do mojej skrzynki dwa dni przed festiwalem, a dzień później miałem już samolot. Nie wiem, co by się stało, gdyby ten karnet przyszedł jeszcze później – wspomina Czarkowski.
Szczęściarzami byli ci, którzy mieli zaufane osoby już na miejscu – mogły wcześniej kupić bilety stacjonarnie. Dzisiaj, kiedy kilkoma kliknięciami na ekranie smartfona można zarezerwować wejście na niemal każdy koncert świata, brzmi to jak bajka o żelaznym wilku, ale takie były realia lat 2000. nie tylko w Polsce.
– U mnie pierwszy koncert to była Britney Spears w Londynie, 2004 rok – opowiada Patryk Wasowski, tworzący w sieci popkulturowe treści jako Patryczon. – Wtedy chyba były już pierwsze strony internetowe, za których pośrednictwem można było kupić bilety, ale dominowała sprzedaż tradycyjna, „z okienka”. Miałem kogoś w Londynie, kto kupił mi bilet na Britney, chociaż w sumie nie wiedziałem, jak sprawdzić, czy ten bilet był prawdziwy, czy nie.
Okazało się, że był prawdziwy, i tak Patryk wpadł po uszy, stając się festiwalowym turystą z prawdziwego zdarzenia. – Zacząłem jeździć na inne koncerty po całej Europie. Przychodziłem dużo wcześniej, żeby tylko mieć miejsce przy barierce – tak duży był we mnie głód, żeby w końcu zobaczyć ulubione gwiazdy na żywo. Jak Madonna grała w Pradze koncert w ramach Confessions Tour, stałem osiem godzin pod sceną, za to miałem najlepsze miejsce ze wszystkich, na końcu takiego wielkiego wybiegu, po którym się przechadzała podczas występu. Do dzisiaj zdarza mi się tak robić. Na przykład podczas tegorocznej Coachelli poświęciłem cały dzień, żeby mieć miejsce na samym przedzie podczas koncertu Justina Biebera.
Jak w takiej sytuacji radzić sobie z prozaicznymi festiwalowymi czynnościami pokroju toalety? – My na Coachelli koczowaliśmy z przodu w kilka osób i tak to ustaliliśmy, żeby zawsze ktoś mógł wyjść i skorzystać z łazienki albo kupić coś do picia czy jedzenia – opowiada Patryk.
– Podczas koncertu Billie Eilish, która grała na Sziget w Budapeszcie, pobiłem rekord i wytrzymałem ponad 12 godzin bez toalety – śmieje się Szymon Fuchs, twórca internetowy i dziennikarz Radia Kampus. – Przyjechałem busem z Polski, w Budapeszcie byłem o piątej rano i od razu pobiegłem na teren festiwalu. Akurat Sziget jest pod tym względem nietypowy, bo festiwal jest otwarty przez całą dobę. I tak nie byłem pierwszy, ale jakoś udało mi się dopchać do barierki – i stałem przy niej aż do wieczora, kiedy Billie pojawiła się na scenie.
Najważniejszy jest plan
Według festiwalowych turystów spontaniczność lepiej zostawić w domu. Tu musi być wszystko zaplanowane. Najpierw – lista festiwali, które chcemy zobaczyć. A kiedy bilety? Szkoły są dwie. Albo kupujemy w pierwszej puli, jeszcze przed ogłoszeniem gwiazd, albo czekamy trochę dłużej, ryzykując przy tym, że zapłacimy więcej za bilet, a także transport i nocleg.
Każda z nich ma swoich zwolenników. – Kiedyś jechałem w ciemno, ale teraz stosuję inną taktykę. Wybieram sobie kilkoro wykonawców, o których wiem, że będą grali latem na europejskich festiwalach i którzy są moimi must-see. W tym roku mam tak choćby z Turnstile i Geese. A później patrzę, czy jest może jakiś festiwal, na którym oni wszyscy albo prawie wszyscy grają – wyjaśnia Bartek Czarkowski. Inny system ma Patryczon. – Mój festiwalowy sezon od lat zaczyna się w kwietniu, na Coachelli, w tym roku byłem tam po raz ósmy. Co oczywiście oznacza, że na bilety i karnety poluję dużo wcześniej, już jesienią – zaznacza.
Druga sprawa – odpowiednie zorganizowanie festiwalowego dnia. Czy idziemy na kilka-kilkanaście koncertów i oglądamy je we fragmentach, czy skupiamy się na trzech, może czterech, za to widzianych w całości? Pchamy się do przodu czy wystarcza nam oglądanie na telebimie? I co z największą zmorą festiwalowiczów, czyli występami, które się na siebie nakładają? Życie jest sztuką wyboru.
Ostatnia sprawa dotyczy rzeczy, jakie z sobą zabrać. Umiejętne spakowanie się na festiwal przypomina szykowanie się do wyprawy w góry. – Jeśli jadę na festiwal, żeby zobaczyć kilkadziesiąt koncertów, ponagrywać sondy, porozmawiać z ludźmi, to przygotowania są długie. Bo chodzę z torbą, w której mam cały sprzęt, mikrofony, a także coś ciepłego na wieczór i którą potem zostawiam w zamykanej szafce albo w namiocie medialnym. Na szczęście… na festiwalach nie umiem jeść, więc ten problem odpada – mówi Szymon Fuchs.
Wszystkie przygotowania mogą być jednak nieistotne, jeśli w ogóle nie dostaniemy biletu na konkretne wydarzenie. Co prawda w przypadku europejskich czy światowych festiwali błyskawiczny sold out jest w dzisiejszych czasach rzadkością, aczkolwiek są wyjątki. Jeśli chcemy się załapać na Coachellę w kalifornijskim Indio czy barcelońską Primaverę, lepiej kupić karnet dużo wcześniej. Jeszcze inaczej jest z pojedynczymi koncertami, na których często liczba chętnych znacznie przewyższa pojemność danej hali czy stadionu. Dwa lata temu na sześć singapurskich koncertów Taylor Swift zgłosiło się ponad osiem milionów osób.
W przypadku rozchwytywanych koncertów Patryczon radzi zapisywać się na wszelkie możliwe przedsprzedaże i monitorować sytuację na forach. – Nigdy nie jest tak, że schodzą absolutnie wszystkie bilety, zawsze jest szansa, żeby coś dorwać na moment przed wydarzeniem – opowiada Patryczon. Naprawdę warto. Kiedyś pojechał do Berlina na Beyoncé, chociaż nie było już biletów. – Stałem pod halą, aż przyszedł ochroniarz i poprosił, żebym sobie poszedł. Przesunąłem się kawałek dalej, więc znowu przyszedł i powiedział: „Słuchaj, naprawdę nie możesz tu stać. Załatwię ci bilet”. Okazało się, że był osobistym ochroniarzem Beyoncé.
Znamy się z techno
Osobnym odłamem turystyki festiwalowej jest ta związana z imprezami elektronicznymi. Bilety mogą schodzić równie szybko, ale przyciągają mniej przypadkową widownię niż festiwale multigatunkowe.
– Nieważne, jakim językiem mówimy. Nieważne, czy wolimy house, techno, czy drum and bass. Jeśli chodzi o muzykę elektroniczną, to ona łączy nas jednym rytmem – tak fenomen współuczestnictwa w elektronicznych eventach tłumaczy Agata Omelańska, dziennikarka muzyczna. – Nawet jeśli jedzie się na taki festiwal samemu, to zawsze można znaleźć sobie na miejscu nowe towarzystwo. Zresztą jest takie powiedzenie: „Znamy się z techno”. Festiwale elektroniczne to trochę portal do innej rzeczywistości. Jak wchodzisz na teren imprezy, widzisz, że te wszystkie sceny są dobrze oświetlone, pięknie przygotowane, to czujesz, że zaraz będziesz uczestniczyć w czymś magicznym, może nawet rytualnym.
To świat, w którym wcale nie tak trudno natrafić w tłumie na kogoś w przebraniu wróżki albo kompletnym stroju BDSM. Są ludzie ubrani od stóp do głów albo wręcz prawie nadzy. W odróżnieniu od imprez wielogatunkowych tu robienie zdjęć nie zawsze jest mile widziane.
– Kultura klubowa jest mocno zorientowana na „no photo policy”. Chodzi o szacunek wobec innych bawiących się, którzy odsłaniają się przed tobą także fizycznie. I nie chcą być później w galerii zdjęć na czyimś telefonie. Zdarzało mi się rozmawiać z osobami robiącymi zdjęcia i filmy, tłumaczyć im, dlaczego to takie ważne – dodaje Agata.
„No photo policy” jest oczywiście respektowana na mniejszych imprezach, bo kiedy na Tomorrowland (jednym z największych cyklicznych festiwali z muzyką elektroniczną na świecie – przyp. red.) didżejskie gwiazdy wieczoru wjeżdżają na główne sceny z superefektownymi wizualizacjami 3D, widownia staje się morzem podniesionych w górę telefonów.
– I to jest właśnie najpiękniejsze w świecie muzyki elektronicznej – niezależnie od tego, czy idzie się na wielką, komercyjną imprezę, czy na niszowe rave’y, ludzie tak samo klaszczą, tańczą, śmieją się. Nie ma znaczenia, jaki set aktualnie leci i w jakim gatunku się poruszamy, emocje są takie same, a to o nie tu chodzi – kończy Agata Omelańska.
Pokolenie F
Dla pierwszych festiwalowych turystów z połowy lat 2000. sezon letni i poruszanie się od eventu do eventu było rodzajem ucieczki od codzienności, jakiego nie zaznały poprzednie generacje, bo zwyczajnie nie miały takich możliwości. W festiwalowy eskapizm weszli jako pierwsi. Dzisiaj, gdy sami mają już dzieci, nierzadko wprowadzają je za rękę do uniwersum galopowania między scenami, wystawania pod barierkami i poruszania się od festiwalu do festiwalu.
– Moja córka zaczyna się wkręcać w muzykę. Syn jest odbiorcą płytowym, jeśli koncerty, to rapowe, ale bywa na nich bardziej dla energii niż dla muzyki. Jest super poinformowany w rzeczach, których ja po prostu nie mogę słuchać. Córka woli bliższą mi, bardziej mainstreamową muzykę. W tym roku lecimy we dwoje do Londynu na All Points East – ona na Tylera, The Creatora czy Sexyy Red, ja na Turnstile, Clipse’ów… Czuję, że będzie ze mną jeździła na kolejne festiwale – mówi Czarkowski.
– Nie wydaje mi się, żebym szybko znudził się koncertami i festiwalami – dodaje reprezentujący najmłodsze pokolenie festiwalowych turystów Szymon Fuchs. Dopóki twórcy nie staną się bardzo powtarzalni, a na to się nie zanosi, to dalej będzie ciekawy nowych rzeczy. – Poza tym zawsze jest te kilka koncertów gwiazd, których jeszcze nie widziałem, a od dawna na nie poluję, jak chociażby Geese. Na festiwale jeżdżę dopiero od kilku lat, jest jeszcze tyle do zobaczenia!
Więcej w tym temacie:
- Denim, vintage i potrzeba wyrazu. Moda tego lata na Primavera Sound
- Pekao przyspiesza – mocna oferta dla podróżujących. Robert Lewandowski twarzą nowej kampanii banku
- Polska lato 2026: muzyczna mapa roku
- Jak wybrać najlepszy airport look? Inspiracje na stylizacje w podróż
- Marek Kamiński przeszedł przez piekło lodu. Jak zdobywa się biegun z synem?
- Amatorskie kolarstwo. Wyjątkowa sesja zdjęciowa na Teneryfie w obiektywie GQ Poland
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Zajawki
Pojechałam. Zobaczyłam. Uwierzyłam. Centra logistyczne Amazon w Polsce to szwajcarska precyzja i amerykański power.
W sumie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wybierałam się do centrów logistycznych Amazon już od wielu lat. Zawsze chciałam przekonać się na własne oczy, czy jest jak w filmach promocyjnych, czy raczej jak w „Nomadland”. I przeżyłam lekki szok, a każdy z naszej kilkunastoosobowej wycieczki co jakiś czas wzdychał, że wiele osób pewnie by się zamieniło.
Zajawki
Tak powstawał bolid, który zwyciężył w Le Mans
Aleksander i Gustaw Lange przygotowali samochód dla ekipy Inter Europol na Le Mans – najsłynniejszy wyścig świata. Powstał niezwykły projekt, ale oni najczęściej powtarzali nam jedno zdanie: „nie jesteśmy tylko artystami, jesteśmy projektantami”.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Zajawki
Kiedy surowa natura dyktuje warunki. Poznaj Defendera 110 w tatrzańskiej edycji Giewont
Majestatyczny, surowy i budzący respekt. Giewont od lat zajmuje szczególne miejsce w polskiej kulturze, przypominając, że natura rządzi się własnymi prawami. To jeden z najsilniejszych symboli naszej tradycji, od pokoleń kształtujący narodową wyobraźnię. Nie bez powodu Stanisław Wyspiański w kultowym dramacie „Wesele” odwoływał się do podhalańskiej legendy o śpiących rycerzach ukrytych w tatrzańskich jaskiniach. Giewont, ze swoim charakterystycznym profilem przypominającym leżącego wojownika, stał się symbolem uśpionego potencjału i absolutnej gotowości do działania. Z kolei Stefan Żeromski oraz inni twórcy epoki Młodej Polski widzieli w nim ołtarz wolności i ucieleśnienie dzikiej, nieokiełznanej natury, która nieustannie rzuca wyzwanie człowiekowi.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Zajawki
Każda kawa to nowa historia – przyjemność, która stała się częścią życia
Są takie momenty w ciągu dnia, które należą tylko do nas. Ciche, powtarzalne, a jednocześnie niezwykle ważne. Dla wielu osób jednym z nich jest właśnie kawa – nie ta wypita w biegu, ale ta przygotowana świadomie, rano lub po południu, w ulubionym ekspresie i z ukochanej filiżanki.
Zajawki
Współpraca Porsche i „Toy Story” to spełnienie dziecięcych marzeń
Z okazji premieru filmu „Toy Story 5” Porsche zaprezentowało trzy unikatowe modele inspirowane postaciami Chudego, Buzza Astrala i Jessie.
Zajawki
Przyszłość motoryzacji jest wyłącznie elektryczna? Audi ma inne zdanie
Nie tak dawno świat zastanawiał się, czy Ferrari Luce i Mercedes-AMG GT to odpowiedni kierunek dla rozwoju samochodów. Dawno nie było tak polaryzujących modeli. Audi postanowiło zatem na sprawdzone metody i zaprezentowało autorski samochód przyszłości.
Zajawki
Jazda ponaddźwiękowa. Jak wybrać sprzęt audio do auta?
Kochamy ten moment. Wsiadasz do auta, za drzwiami zostawiasz wszystko, na co nie masz ochoty, opierasz głowę o zagłówek, odpalasz silnik i ulubioną playlistę. No i albo dostajesz natychmiastowe +10 do energii, bo wszystko brzmi, jak trzeba, albo zaliczasz doła, bo nie brzmi wcale.
Zajawki
Profanacja legendy? Ferrari zaprezentowało Luce – pierwszego elektryka
Najnowszy model Ferrari wzbudzał skrajne emocje na długo przed oficjalną premierą. Stajnia z Maranello właśnie ujawniła światu pierwszy w pełni elektryczny pojazd.