Ojcostwo na płonącej planecie. Rozmowa z Łukaszem Stankiem
PARTNERZY SERWISU

Książki
Ojcostwo na płonącej planecie. Rozmowa z Łukaszem Stankiem
Jak być ojcem w czasach kryzysu klimatycznego? – Trzeba zacząć od bycia człowiekiem – mówi nam Łukasz Stanek, działacz społeczny i autor książki „Dlaczego Ci to zrobiłem?”.
Udostępnij
Łukasz Stanek: „Jest wiele pychy w tym, że najpierw podporządkowujemy sobie Ziemię, a później zakładamy, że sami znajdziemy sposób, by ją uratować” Autor zdjęcia: Getty Images
„A Ty, co powiesz, gdy Twoje dziecko zapyta Cię o katastrofę klimatyczną? Gdy zapyta, dlaczego zaprosiłeś je na świat, którego koniec musi obserwować na własne oczy? Co odpowiesz na pytanie: »Co zrobiłeś, by powstrzymać katastrofę, która rozpędza się do nieznanych ludzkości rozmiarów?«” – pytali w liście otwartym do rodziców aktywiści i aktywistki Ostatniego Pokolenia.
Jednym nadawców tego listu był Łukasz Stanek – działacz społeczny, artysta, autor projektu „7 dni spadania” i tata trzylatka. W Ostatnim Pokoleniu w ramach aktów nieposłuszeństwa obywatelskiego zwracał uwagę na konieczność podjęcia pilnych działań wobec kryzysu klimatycznego. Brał udział w protestach (w tym w blokadach ulic), które wywoływały ogromne społeczne emocje i sprawiły, że aktywiści stali się obiektem często nienawistnej publicznej krytyki.
W niedawno wydanej książce „Dlaczego Ci to zrobiłem?” (wyd. Newhomers) Stanek przygląda się swojej działalności z bardzo osobistej perspektywy – ojca, który zastanawia się, jaki świat zostawia swojemu dziecku. Nam opowiada, czego nauczył go aktywizm i rodzicielstwo.

Łukasz Stanek: „Każdy z nas ma zdolność do troszczenia się o siebie, innych i świat wokół” Autor zdjęcia: Kala Kiełbasińska
Paulina Januszewska: Czy od zawsze wiedziałeś, że chcesz zostać tatą?
Łukasz Stanek: Nie, ale od zawsze było mi bliskie ojcostwo. Szczęśliwie sam miałem świetnego tatę, a jego obecność traktowałem jako naturalną część życia. Nie pamiętam jednak momentu, w którym świadomie zacząłem myśleć o własnym rodzicielstwie. Z pewnością pomogło mi to, że po prostu lubię dzieci, a one lubią mnie. Przez lata dla pociech moich przyjaciół i przyjaciółek byłem tym „fajnym wujkiem” i patrzyłem na ojcostwo z perspektywy obserwatora. Dziś, mając 48 lat i trzyletniego syna, przekonuję się, ile pracy, cierpliwości i odpowiedzialności wymaga ta rola, a jednocześnie czuję, że od dawna byłem gotowy na bliskość, towarzyszenie komuś w dorastaniu i zobowiązanie, które z tego wynika.
Część osób uważa, że sprowadzanie dzieci na świat w obliczu kryzysu klimatycznego jest nieetyczne albo pozbawione sensu. Piszesz o tym również w swojej książce „Dlaczego Ci to zrobiłem?”, zaczynając ją tak: „Zaprosiłem na świat istotę, na którą chucham i dmucham. Niebawem słońce ją ugotuje, a huragan zmiecie”. Zastanawiam się zatem, czy ojcostwo wzmacnia w tobie potrzebę działania na rzecz zmiany, czy może przeciwnie – skłania do zadawania nowych pytań o celowość egzystencji?
Zanim zostałem ojcem, byłem już zaangażowany w działania klimatyczne, więc oczywiście argumenty o przeludnieniu lub powoływaniu życia skazanego na cierpienie do mnie docierały. Muszę jednak przyznać, że nigdy nie była to dyskusja, która zajmowała mnie najbardziej.
Dlaczego?
Mój aktywizm wyrasta przede wszystkim z bardzo bliskiego kontaktu z przyrodą w społecznościach takich jak szwedzka farma Friskeröd (miejsce, w którym ziemia, rośliny, drzewa, góry, woda, zwierzęta i ludzie mogą się spotykać w sposób niehierarchiczny – przyp. aut.). Tam pytanie o to, ilu ludzi powinno żyć na Ziemi, właściwie nie pada. Dominuje raczej przekonanie, że życie tworzy życie, a natura nieustannie dąży do równowagi. Być może dlatego większe wątpliwości budzi we mnie coś innego.
Co dokładnie?
Przekonanie, że człowiek powinien zarządzać nie tylko planetą, lecz także własnym gatunkiem. Jest wiele pychy w tym, że najpierw podporządkowujemy sobie Ziemię, a później zakładamy, że sami znajdziemy sposób, by ją uratować – choćby przez kontrolowanie liczby ludzi. W obu przypadkach punktem wyjścia pozostaje ta sama wiara: że człowiek stoi w centrum i od naszych decyzji zależy wszystko. Tymczasem historia pokazuje, że nie zawsze dobrze radzimy sobie z tak rozumianym zarządzaniem światem. Wprawdzie żyjemy coraz dłużej, wiemy więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a jednak coraz częściej towarzyszą nam lęk, niepewność i poczucie utraty kontroli. Dlatego bardziej interesują mnie pytania o naszą relację ze światem niż kolejne próby jego projektowania.
W twojej książce podobne napięcie pojawia się między aktywizmem a ojcostwem/człowieczeństwem. Piszesz, że bohaterskie historie o zmienianiu świata zwykle nie zostawiają miejsca na troskę, opiekę i codzienność. W efekcie pamiętamy związkowców obalających komunizm, ale nie osoby, które robiły im kanapki i pocieszały w chwilach zwątpienia. Jak tobie udaje się połączyć te dwa porządki, te różne role?
Samo słowo „aktywista” trochę mnie uwiera, bo profesjonalizuje troskę. W naszym świecie wszystko musi mieć nazwę, definicję i przypisane atrybuty. Dopiero wtedy zostaje uznane za ważne, a mnie cenniejsze wydaje się coś odwrotnego: czułość, troska i uważność jako jakości dostępne każdemu człowiekowi, choć wiem, że kultura przypisuje je kobietom. Chciałbym zerwania z takim podejściem, przez co czasem słyszę pytania o to, czy próbuję promować nowy model męskości.
A próbujesz?
Nie. Uważam po prostu, że każdy z nas ma zdolność do troszczenia się o siebie, innych i świat wokół. Nie mówię tu jednak o miłości rozumianej jako emocjonalny afekt, ale o gotowości do poszerzania kręgu odpowiedzialności za to, czego jesteśmy częścią. Dlatego moja książka nie opowiada o byłym adwokacie, który rzucił wszystko i został aktywistą, a teraz ojcem…
Przyznajesz jednak, że te historie cię w jakiś sposób uformowały.
To prawda, ale w „Dlaczego Ci to zrobiłem?” szukam człowieka. Ktoś, kto się wzrusza, kto czasem nie wie, co zrobić, kto lubi po prostu pobyć ze swoim dzieckiem. Mam poczucie, że coraz rzadziej pozwalamy sobie mówić o takich doświadczeniach, a przecież bez tej szczerości trudno cokolwiek naprawdę zmienić. Jeśli działamy wyłącznie z pozycji roli, szybko zaczynamy spełniać związane z nią oczekiwania. Aktywista ma być twardy i radykalny, ojciec ma być określony, mężczyzna ma się nie wahać. Tymczasem życie rzadko mieści się w takich schematach. To, że wychodzę na ulicę jako aktywista, nie oznacza, że nie mogę się rozpłakać z bezsilności. Czasem bardziej adekwatne okazuje się przyznanie do słabości albo powiedzenie: „Dzisiaj nie idę ratować świata, dzisiaj zostaję z synem”.

Łukasz Stanek, „Dlaczego Ci to zrobiłem”, wydawnictwo NEWHOMERS Autor zdjęcia: materiały prasowe
Czyli twoja książka jest antypatriarchalna?
Powiedziałbym raczej, że jest proludzka. To określenie pokazuje, że możemy działać w jakimś kierunku, a nie tylko przeciwko czemuś. Opisuję w niej wszystko, co utrudnia nam bycie bliżej siebie i innych. W rozdziale o figurze ojca przyglądam się społecznym wyobrażeniom zbudowanym wokół siły, autorytetu i kontroli, widząc, jak te abstrakcyjne figury mogą stać się ważniejsze od realnego życia i prowadzą do rywalizacji zamiast współpracy, do braku troski i odcięcia od własnych zasobów, takich jak empatia.
Siła sama w sobie nie jest problemem. Żeby dobrze z niej korzystać, trzeba jednak wiedzieć, czego chce się bronić. Konieczna jest uważność i zdolność odczuwania, bo bez nich siła łatwo zamienia się w dominację i zawłaszczanie – czyli mechanizmy, na których opiera się krzywdzący zarówno kobiety, jak i mężczyzn patriarchat. Ale to na mężczyznach ciąży szczególna odpowiedzialność za jego rozwalenie.
Dlaczego na nich?
Mimo wszystko wielu z nich korzysta z przywilejów tego systemu i podtrzymuje wzorce, które nikomu, a zwłaszcza im samym, nie służą. Patriarchat jest dobry w stwarzaniu pozorów wolności. W praktyce ogranicza i zakazuje mężczyznom odpoczynku, proszenia o pomoc, odczuwania czegokolwiek poza gniewem. W efekcie już w przedszkolu chłopcy nie mogą okazywać większości emocji i przestają płakać szybciej niż dziewczynki.
Szybciej też przestają być przytulani.
Właśnie. Widzimy też inne mechanizmy. Jak opowiadała mi znajoma przedszkolanka, chłopcom wiąże się buty i wkłada kurtki, podczas gdy od dziewczynek oczekuje się większej samodzielności. Te role zaczynają działać bardzo wcześnie. W efekcie wszyscy trafiamy do systemu, który nikogo do końca nie wspiera – produkuje mężczyzn odciętych od własnej wrażliwości i kobiety obciążone nadmiarem troski. Dzieci nie biorą tego znikąd. Uważniej obserwują to, jak żyjemy, niż słuchają tego, co mówimy. Jeśli więc chciałbym nauczyć syna czułości, nie mogę mu jej po prostu nakazać. Muszę ją pokazać. Tak samo jest z odwagą, szacunkiem czy uważnością. Zmiana zaczyna się nie od deklaracji, ale od sposobu, w jaki jesteśmy obecni w świecie i czy pozwalamy sobie na słabość.
Czemu tobie się to udaje, a wielu innym mężczyznom – nie?
Nie wiem, czy mam coś wyjątkowego. Pisanie tej książki było dla mnie bardzo trudne, bo odsłaniam w niej swoje miękkie podbrzusze, a kultura, w której żyjemy, nie zawsze dobrze znosi taką szczerość. Często traktuje ją jako zaproszenie do ataku. Mogę raczej powiedzieć, co najczęściej utrudnia nam dostęp do czułości. To wstyd. Boimy się, że ktoś zobaczy coś, czego nie chcielibyśmy pokazać. A nie chcemy, bo ktoś nas nauczył, że „prawdziwy” mężczyzna tego nie robi. Dlatego coraz bardziej przekonuje mnie myśl, żeby mieć wobec siebie jak najmniej oczekiwań.
A wobec syna?
Też. Nie chcę projektować na niego gotowej wizji przyszłego faceta. Chcę dać mu przestrzeń do bycia sobą. Jednocześnie wiem, że jestem dla niego punktem odniesienia, więc pracuję nad własną czułością i uważnością wobec innych. Kiedy np. przychodzę z synem na plac zabaw i spotykamy innych rodziców z dziećmi, najpierw sam się przedstawiam. Mówię: „Cześć, jestem Łukasz”, chwilę rozmawiam z nowo poznanymi osobami, a dopiero potem zwracam się do niego: „Jeśli chcesz, możesz też się przedstawić”. Daję mu przykład i wybór. Pozwalam zareagować w sposób, który jest dla niego komfortowy. Tymczasem inne dzieci często słyszą: „No idź, przedstaw się. Czemu nic nie mówisz? W domu tyle gadasz”. To pozornie niewinne słowa, ale właśnie w takich momentach zaczyna się zawstydzanie. Zamiast zobaczyć dziecko takim, jakie jest tu i teraz, próbujemy dopasować je do własnych wyobrażeń.
Co jednak dzieje się, gdy miękka strona spotyka się z betonem i nienawiścią, których doświadczyłeś podczas blokad Ostatniego Pokolenia na ulicach Warszawy? Czy było warto protestować w taki sposób?
Nie wiem, czy było warto. Podjęliśmy decyzję, żeby wyjść na ulicę i zwrócić uwagę na kryzys, jego przyczyny oraz potencjalne ofiary. W pewnym sensie to się udało. Część naszych postulatów tematów przebiła się do szerszej debaty. Patrząc jednak na dzisiejszą rzeczywistość, w której rządzą ministerstwa wojny i zniszczenia, można mieć poczucie porażki, bo w dyskusji o przyszłości nas wszystkich ostatecznie nadal wygrywa język dominacji i przemocy. Dla mnie jednak to była cenna lekcja człowieczeństwa.
Co to znaczy?
Nie wiem, czy coś zmieniłem, ale zobaczyłem coś, co zmieniło mnie. Na ulicy wśród krzyków, krzyków, przekleństw i agresji, sięgnąłem do tego, co miękkie – współczucia, ciekawości drugiego człowieka i próby zrozumienia jego motywacji. Zastanawiałem się, kim jest kierowca, który rano zjadł śniadanie, ma rodzinę, swoje życie, a teraz stoi przede mną i rzuca wiązankę wyzwisk. Przecież nam obojgu zależy zapewne na tym samym – na dobru naszych bliskich, a jednak nie potrafiliśmy znaleźć porozumienia. Gdybym odpowiedział na to z poziomu siły, prawdopodobnie bym się załamał albo stałbym się częścią mechanizmu, który próbuję odrzucić. Dlatego próbowałem pozostać w kontakcie z tym, co ludzkie. I wierzę, że każde takie spotkanie może być początkiem czegoś nowego. Każdy moment, w którym rezygnujemy z przemocy, jest jakąś wygraną.
W książce opisuję zresztą scenę, która nie wydarzyła się bezpośrednio podczas protestu, ale wyrasta z tego doświadczenia. Któregoś razu w parku podszedłem do sprzedawcy zabawkowych granatów i spytałem go, dlaczego sprzedaje dzieciom coś, co symbolizuje zabijanie ludzi.
Nie spotkało się to z aprobatą przyglądającego się tej sytuacji tłumu.
No nie, ludzie na mnie wrzeszczeli, a jeden mężczyzna był tak agresywny, że prawie mnie uderzył. Zamiast go atakować albo wiać, zrobiłem coś innego. Powiedziałem: „Wie pan co? Ja się boję. Naprawdę się boję i nie wiem, co mam zrobić. Może pan mi powie?”. Nie tylko nie zaatakowałem tego człowieka, ale zaprosiłem go do rozmowy. Do współpracy. I to go zaskoczyło i zatrzymało, bo nagle znalazł się w sytuacji, na którą nie miał gotowego schematu. Dlatego wierzę, że nawet w najtrudniejszych momentach mamy w sobie zasoby, żeby nie wybierać wyłącznie przemocy. Poza potrzebą walki istnieje też przestrzeń na spotkanie, refleksję. Kto wie, może właśnie z taką myślą zostawiłem jego dzieci, które temu wszystkiemu się przyglądały.
To doświadczenie i blokady Ostatniego Pokolenia nauczyły mnie też czegoś jeszcze – że nawet walcząc o ważną sprawę, bardzo łatwo zgubić po drodze człowieka. Łatwo wejść w rolę tego, który wie, ma rację i niesie jedyną słuszną odpowiedź. A wtedy siła, która miała służyć zmianie, może zacząć przypominać dokładnie ten mechanizm, przeciwko któremu występujemy.
Co ciebie trzyma przy ziemi?
Szczerze mówiąc, ja też potrafię odlecieć – to bardzo łatwe. Działanie publiczne, wywiady, ekspozycja: to wszystko może nakarmić ego poczuciem ważności, które ma niewiele wspólnego z samą sprawą. Widywałem takie momenty u siebie. Wracałem po dokumentowanym przez media proteście do domu i miałem wrażenie, że bardziej krzyczałem do kamery, niż byłem w realnym kontakcie z drugim człowiekiem.
Zresztą dotyczy to nie tylko aktywistów. Każdy z nas funkcjonuje w jakiejś roli społecznej – lekarza, prawnika, sędziego, nauczyciela. Te role są potrzebne, bo wymagają działania i odpowiedzialności, ale jednocześnie wytwarzają pancerz, który z czasem może stać się ważniejszy niż człowiek. Świat temu sprzyja: profesjonalizuje nas i utwardza. Wiadomo też, że chirurg musi odciąć emocje, żeby sprawnie przeprowadzić operację. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy przestajemy całkowicie korzystać z empatii. W efekcie coraz rzadziej pytamy, czy to, co robimy, nadal służy innym, a coraz częściej bronimy własnej pozycji i autorytetu. Właśnie dlatego wybrałem miękkość – jako rozpuszczalnik tej zbroi.
Czy to nie jest naiwne?
Wolę naiwność niż nakładanie kolejnych masek i poczucia ważności, które nie ma kontaktu z rzeczywistością. Nie rezygnuję przy tym z siły, ale nie chcę takiej, która odcina od człowieczeństwa. Na blokadach zobaczyłem, że sama konfrontacja przestaje wystarczać, gdy wszyscy są tkwimy w tym samym chaosie, tyle że po różnych stronach. Dlatego moja książka nie proponuje strategii zmiany świata. Mówi o tym, że zanim zaczniemy cokolwiek „naprawiać”, trzeba zobaczyć człowieka z pełnym wachlarzem jego przeżyć.
Czyli ojcowie, którzy szukają w twojej książce odpowiedzi na pytanie, jak ocalić swoje dzieci przed katastrofą klimatyczną, raczej jej nie znajdą?
Nie, bo nie ma jednej recepty na tak złożony problem. Moja książka nie mówi o tym, kto ma rację – nawet w zderzeniu aktywistów z kierowcami na ulicy. Naukowo o kryzysie klimatycznym wiemy bardzo dużo, ale znacznie mniej o tym, jak on się w nas odkłada, co robi z naszymi emocjami, codziennym życiem. A jeśli tego nie widzimy, trudno nam realnie o siebie nawzajem zadbać. Dlatego ważniejsze od „rozwiązań” jest dla mnie zatrzymanie się i uczciwe dostrzeżenie tego, co się dzieje, co niszczymy i co wciąż mamy do ocalenia. Bez odbudowy relacji ze światem – może nawet zachwytu nad nim czy miłości – trudno mówić o trosce. Nie da się zaopiekować czymś, z czym nie ma się więzi.
Więcej w tym temacie:
- Niewerbalny język miłości ojców. Dlaczego łatwiej umyć samochód, niż powiedzieć „kocham”?
- Tata w pracy czy w domu? Czy współcześni ojcowie mają wybór?
- Diagnoza to nie wyrok. Co naprawdę oznacza męska niepłodność?
- Zwyczajne życie się skończyło? Co robi ojciec, gdy dziecko mówi: „Jestem trans”?
- 6 książek o ojcostwie, które powinien przeczytać każdy tata
- Bycie ojcem ma swag
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Książki
Czy SF jest nam potrzebne i dlaczego tak? Idealny prezent na Dzień Ojca
W codzienności nadmiaru trudno wybrać, po jaką lekturę sięgnąć, a częściej łatwiej zrezygnować z czytania na rzecz mniej wymagających rozrywek, dodatkowo od mężczyzn oczekuje się, że będą realizować się poprzez sport, który niestety z formy rozrywki, relaksu i pasji staje się czasem przesadnie angażującym eskapizmem od rzeczywistości. Nacisk na wymierny zysk ze spędzania czasu wolnego w sposób korzystny jest trudny do pogodzenia ze zwyczajną dobrą zabawą, a także zaspokajaniem wyższych potrzeb.
Książki
Moda zamknięta w książce. Serię „Historia kultowego domu mody” kocha każdy, dla kogo styl ma znaczenie
Są książki, które czyta się od deski do deski. Są też takie, które zostawia się na stoliku kawowym, by co jakiś czas wracać do ulubionych zdjęć, kolekcji i historii. Seria „Historia kultowego domu mody” wydawnictwa Arkady należy do obu kategorii jednocześnie.
Książki
Czytanie jest hot? Bardziej, niż myślisz, i mniej, niż twierdzą książkowe snoby
Czy gdyby mężczyźni czytali więcej książek, kobiety chętniej umawiałyby się z nimi na randki?
Książki
Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?
Co łatwiej kupić w amerykańskim markecie: karabin czy świeży, chrupiący chleb? Czemu mieszkańcy Florydy rzucają aligatorami w witryny sklepowe? I dlaczego populacja wielkości tej z Pensylwanii wierzy, że jaszczuroludzie rządzą światem? Na te i wiele innych pytań odpowiada amerykanistka i autorka książki „Dziwne Stany Ameryki”, Martyna F. Zachorska.
Książki
Chorzy na Tokarczuk. Dlaczego afera wokół pisarki jest przesadzona?
Przyglądając się burzy, jaką wywołują słowa Olgi Tokarczuk, można odnieść wrażenie, że pisarka regularnie wygłasza kontrowersyjne tezy.
Książki
Książki, które zmieniły Jula Łyskawę
„Myślę o literaturze jak o zagraconym mieszkaniu” – pisze Jul Łyskawa, autor nagradzanej powieści „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”. Poprosiliśmy go o listę książek, które zmieniły go na zawsze.
Książki
Mizoginia, która udawała wolność seksualną. Oto popkultura Y2K w pigułce
Przestańmy powtarzać, że historia kobiet nie dotyczy mężczyzn. Popkultura ostatnich dekad – od Y2K po erę platform cyfrowych – kształtowała nie tylko kobiecą tożsamość, lecz także męskie wyobrażenia o seksie, władzy i relacjach. Z jakim skutkiem? O tym opowiada nam Sophie Gilbert, dziennikarka i autorka książki „Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie”.
Książki
Trzy książki, które zmieniły Łukasza Orbitowskiego
Byłem najsłabszy w klasie i uciekałem w książki, które dawały wytchnienie od świata. Dziś pewno zapisałbym się na siłownię, na boks, co zresztą w końcu zrobiłem. Wtedy byłem za młody, za głupi, więc czytałem od rana do wieczora, wyobrażając sobie inne życie.