PARTNERZY SERWISU

Społeczeństwo
Czy mężczyźni potrafią się troszczyć?
Osoba odpowiedzialna za wynoszenie śmieci w domu to nie ta, która wynosi śmieci, tylko ta, która zauważa, że kosz jest pełen i trzeba coś z nim zrobić. Zazwyczaj jest to kobieta – mówi Olga Gitkiewicz, z którą rozmawiamy o jej nowej książce „Szyjąc”.
Udostępnij
Dlaczego troska zwykle ma płeć żeńską? Autor zdjęcia: Getty Images
Na obowiązki domowe Polki przeznaczają 15 godzin tygodniowo więcej niż ich partnerzy. Większość wykonuje je samodzielnie, a tylko w co trzecim gospodarstwie domowym podział pracy jest rzeczywiście równy. „Dotyczy to zarówno prac porządkowych i organizacyjnych, jak i opiekuńczych oraz kognitywnych, takich jak planowanie i egzekwowanie codziennych zadań ważnych dla funkcjonowania domu i rodziny” – czytam w raporcie Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Co mówią te liczby o realnym stanie równości – i dlaczego praca, bez której świat by się zatrzymał, wciąż bywa traktowana jak „naturalny” obowiązek kobiet? Temu przygląda się reporterka i socjolożka Olga Gitkiewicz w swojej najnowszej książce „Szyjąc”. Mnie opowiada, czy możemy coś z tą niesprawiedliwością zrobić.
Paulina Januszewska: „Męska troska jest uważana za cnotę, a żeńska – za oczywistość, powinność, naturalną i przyrodzoną” – czytam w twojej najnowszej książce „Szyjąc”. Czy napisałaś ją z powodu niezgody na ten stan rzeczy?
Olga Gitkiewicz: Często bywam w tej książce zirytowana, ale „Szyjąc” jest raczej zbiorem obserwacji niż manifestem. Wbrew temu, co można by pomyśleć na podstawie jej objętości, powstawała cztery lata. Sprawdziłam, jak wiele zmian w tym czasie zaszło w kwestii równouprawnienia, podziału obowiązków domowych czy luki płacowej. Sięgnęłam więc do badań, raportów, danych.
I co się okazało?
Zmieniło się niewiele, choć zewsząd słychać bardzo niepokojące mnie głosy, że kobiety za samą płeć i istnienie dostają dodatkowe punkty, otrzymały już wszystkie prawa, a feminizm właściwie nie ma o czym mówić. Uważam odwrotnie – że trzeba mówić ciągle i nawet wtedy, gdy innym osobom wydaje się z kolei, że nierówności są oczywiste i niewarte nieustannego przypominania. Piszę więc w kontrze do obu tych narracji, że kobiety nadal są słabiej wynagradzane niż mężczyźni, a także – że częściej niż oni wykonują niedostrzeganą, opartą na trosce pracę: reprodukcyjną, opiekuńczą, domową i emocjonalną.

Olga Gitkiewicz Autor zdjęcia: Anna Liminowicz
„Mówimy w kółko to samo, ponieważ oni wciąż robią to samo” – zwykła mawiać słynna feministka Sara Ahmed. A czy da się coś nowego powiedzieć o samej trosce? Albo – czy sama czegoś się o niej dowiedziałaś?
Troską zajmuję się także jako socjolożka. Konkretnie badam jej obecność w wymagających branżach usługowych, gastronomii, hotelarstwie czy handlu detalicznym w małych i średnich polskich firmach. To sektory, które cechują się izolacją pracowniczą, prekarnością, ciągłą rotacją, utratą kontroli nad pracą. Teoretycznie ludzie powinni tam funkcjonować jak samotne, zdane wyłącznie na siebie atomy…
…ale?
…z moich obserwacji wynika coś innego. Pracownicy wspólnie tworzą praktyki i strategie przetrwania, np. osoby z dziennej zmiany zostawiają liściki nocnej, choć szef tego kategorycznie zabrania. Nazywam to troską pracowniczą, która – poza tym, że służy poprawie atmosfery czy czyjegoś samopoczucia – stanowi też akt oporu przeciwko rozbijaniu solidarności i kontaktów społecznych w miejscu pracy. I to było dla mnie wielkim odkryciem! W „Szyjąc” jestem jednak mniej socjolożką, a bardziej obserwatorką codzienności.
Co to znaczy?
Piszę o trosce w odniesieniu do własnych doświadczeń, a także uwarunkowań kulturowych, klasowych. Zauważyłam na przykład, że kiedy artystki, pisarki albo kobiety z klasy średniej rodzą dzieci albo muszą zająć się seniorami, nagle wszystko się dla nich zmienia i robi się wokół tego wielka burza. Tymczasem rzesze pozostałych kobiet po prostu wykonują tę pracę i nikogo to nie wzrusza.
Może trzeba spytać, gdzie wtedy są mężczyźni – także ci postępowi, którzy chętnie publicznie deklarują, że dzielą się obowiązkami z partnerkami?
Gdzieś tam pewnie są, ale mnie o wiele bardziej interesują te kobiety, które nie mają obok siebie żadnego postępowego faceta, tylko mężczyznę, który wraca z pracy do domu chwilę po nich i już czeka na obiad. To wciąż rzeczywistość większości osób w Polsce. Podam ci inny przykład. Sama mieszkam w małym mieście, w Żyrardowie, gdzie w czasie pandemii lubiłam sobie sprawdzać, kto przychodzi po dzieci do szkoły i przedszkola. Z uwagi na obostrzenia nie można było wtedy wejść do środka, więc przed budynkiem ustawiała się kolejka matek. Ojców mogłam policzyć na palcach jednej ręki.
O czym to świadczy? Że mężczyźni nie zajmują się swoimi dziećmi?
Raczej o tym, że po prostu byli wtedy w pracy, której nie stracili w przeciwieństwie do masowo zwalnianych, bo zatrudnionych na niestabilnych umowach, kobiet. Albo – że zarabiali w niej więcej niż ich partnerki, więc to nie oni zostawali w domach z dziećmi, które w czasie pierwszych lockdownów nie chodziły do szkoły. Oczywiście uprzywilejowane kobiety – podobnie jak mężczyźni – w pandemii przeszły na pracę zdalną. Ich największym problemem było to, jak urządzić sobie biuro w domu albo jak pogodzić fakt, że jedna osoba ma telekonferencję w pokoju, a druga w kuchni. Rzesze pozostałych – zostały zamknięte w domach bez środków do życia, często ze swoimi przemocowymi, uzależnionymi od alkoholu czy narkotyków partnerami. Wielu osobom po tym tąpnięciu nie udało się wrócić do rzeczywistości sprzed 2020 roku, mimo że obostrzenia zostały wycofane.
Mówi się wręcz, że pandemia cofnęła zdobycze emancypacyjne o dziesiątki, a według niektórych analiz naukowych nawet setki lat. Ty także piszesz o jej wpływie na antyfeministyczne zachowania…
…bo wyeksponowała coś, co wiemy od dawna: że patriarchat nawet w chwili największego kryzysu wygrywa i choć nie jest w stanie funkcjonować bez pracy opiekuńczej, do której deleguje w pierwszej kolejności kobiety, zupełnie jej nie docenia. Pandemia bardzo dobrze pokazała też napięcie między tym, co prywatne, a tym, co publiczne. Zamożne osoby, klasa średnia, wielkomiejska mogły sobie pozwolić opłacenie opieki nad dziećmi albo wizyt lekarskich poza NFZ. Ale z czasem i to okazało się niewydolne.
Dlaczego?
Prywatna opieka zdrowotna też nie zdała egzaminu, bo zwyczajnie nie inwestowała w np. w oddziały intensywnej terapii czy te epidemiologiczne. To jej się nie opłacało z uwagi na kosztowność leczenia czy rzadkość zapotrzebowania. W efekcie wiecznie niedofinansowany system publiczny nagle musiał dźwignąć niewiarygodne ciężary. Stało się jasne, że nie wszystko da się kupić i zapomnieć o problemie.

Książka „Szyjąc” ukazała się w 2025 roku nakładem Wydawnictwa Dowody Autor zdjęcia: materiały prasowe
Jakich rozwiązań potrzebujemy, by zmieniać proporcje zaangażowania w pracę opiekuńczą?
Nie musimy wymyślać koła na nowo. Choćby dobry system urlopów ojcowskich sprawia, że mężczyźni częściej angażują się w opiekę nad dziećmi. Problem w tym, że tego typu rozwiązania funkcjonują wyspowo albo tylko doraźnie, a jednocześnie nie działa cała infrastruktura odciążająca kobiety, jak żłobki czy dobra opieka ginekologiczna.
Z czego to wynika?
Z woli politycznej. Polscy decydenci rzadko łączą różne współzależne obszary, jak demografia, rynek pracy i opieka. Na niską dzietność odpowiadają zamknięciem szkół, przedszkoli, oddziałów położniczych. Kobiety rodzą coraz dalej od domu. Te, które sprawują pieczę nad zależnymi członkami rodziny (seniorami czy osobami z niepełnosprawnościami), nie mogą zarabiać, bo dostają śmiesznie niski zasiłek pielęgnacyjny. Jednocześnie nie ułatwiamy łączenia pracy z opieką. Słabo wynagradzamy zawody w tym obszarze i dostrzegamy je dopiero w krytycznym momencie, jak wspomniana pandemia. Ale nawet wtedy kończy się to na brawach, a nie podwyżkach płac. Mimo że tak wiele osób nie ma dostępu do podstawowych dobrodziejstw cywilizacji, nierówności kwitujemy zdaniem, że Polska jest 20. gospodarką świata, więc nie ma na co narzekać.
Więcej rozgłosu zdobywają narracje o „kocieckach” i „psieckach” zastępujących dzieci, a także o tym, że przez feministki nikt nie chce wiązać się z mężczyznami. Co ty na to?
Nie mam tu jednej odpowiedzi i nawet jej nie szukam. Oczywiście widzę mężczyzn, którzy nie mają nikogo i częściej bywają dotknięci alienacją rodzicielską, ale co z tego? Kobiety przez setki lat dostawały po tyłku. Za każdym razem, kiedy wyszarpały sobie choćby kawałek przestrzeni, natychmiast następowała reakcja i kilka kroków wstecz. Zastanawiam się więc, na ile ta opowieść o „męskiej epidemii samotności” i „psieckach” jest rzeczywistością, a na ile dobrze klikającym się konstruktem medialnym. Tak, rośnie liczba rozwodów. Tak, spada dzietność. Tak, społeczeństwo się starzeje. Ale nie wiązałabym tego z faktem, że kobiety „dostały trochę praw”. One nadal bardzo wielu rzeczy nie mają.
Widzisz jakieś zagraniczne przykłady rozwiązań tego kryzysu demograficznego?
To jest rzeczywistość bardzo wielu krajów rozwiniętych. Po latach, w których zawody opiekuńcze były skrajnie niedowartościowane, widzę, że bardzo powoli zaczyna się je doceniać. Pojawiają się też pomysły z udziałem robotyki czy AI, ale to są raczej startupowe wizje dla bardzo zamożnych osób. W praktyce w wielu krajach opieką nad zależnymi członkami rodziny nadal zajmują się głównie kobiety. Jeśli są to mężczyźni, zwykle tacy, którzy nie byli socjalizowani do „klasycznej” męskiej roli. Nie znam jednak kraju, który rozwiązałby ten problem naprawdę dobrze. Jednocześnie jestem przekonana, że jeśli zapotrzebowanie na opiekę będzie rosło, to wolny rynek lepiej lub gorzej na nie zareaguje. Nie będzie mieć innego wyjścia.
Czy prace opiekuńcze i reprodukcyjne da się w ogóle – jak sugeruje np. Rose Hackman, autorka książki „Praca emocjonalna” – wycenić? A może ujmowanie ich w kategoriach ekonomicznych jedynie wzmacnia system, który prowadzi nas od kryzysu do kryzysu, zamiast go realnie zmieniać?
Jeśli pytasz, czy obalimy kapitalizm, odpowiedź brzmi: moje pokolenie tego nie zrobi. Dyskusja o wynagradzaniu pracy reprodukcyjnej, opiekuńczej i emocjonalnej nie jest jednak nowa. Pisała o tym choćby Silvia Federici w głośnym tekście „Płaca przeciwko pracy domowej”. Dyskusja na ten temat sprowadza się niestety do założenia, że wystarczy zapłacić. Tymczasem nie chodzi tylko o pieniądze, lecz także o niewidzialność tej pracy, brak uznania i traktowanie jej jako „naturalnej” cechy, a nie realnego wysiłku. To zajęcie bez wyraźnych granic i regulacji. Nie da się go sprowadzić do prostego pytania: „Płacić czy nie?”…
…tylko?
Trzeba też zastanowić się nad sposobem wyceny. Czy wystarczy minimalne wynagrodzenie? A może należałoby obliczyć rynkową wartość takich usług? To jednak nadal upraszcza problem, bo pomija kwestię odpowiedzialności, która na całym świecie spoczywa na kobietach. Pewnie zaraz odezwą się głosy mężczyzn podkreślających, że wynoszą śmieci czy robią pranie, ale zwykle są to ci, którzy mogą wypowiedzieć się publicznie bez ryzyka dla swojej pozycji.
W książce piszesz, że wielu mężczyzn nie przejmuje odpowiedzialności, lecz „wykonuje polecenia”…
…i że osoba odpowiedzialna za wynoszenie śmieci w domu to nie ta, która wynosi śmieci, tylko ta, która zauważa, że kosz jest pełen i trzeba coś z nim zrobić. Sedno tkwi w mentalnym obciążeniu. Wprawdzie znam takie przykłady osób, które obowiązki dzielą „na pół”. To znaczy: ja dzisiaj gotuję, ty jutro. Albo: w tym tygodniu ja robię zakupy, w przyszłym – ty. Kłopot w tym, że w partnerstwie nie chodzi o równość tabelaryczną w Excelu, tylko o świadomość, że wszyscy mamy te same możliwości i ograniczenia. Chodzi też o zrozumienie, że w systemie, który nie docenia troski, jedni wykonują ogromną pracę mentalną i emocjonalną, a inni mogą dzięki temu spokojnie funkcjonować. Ba, dzięki temu działa cały świat. Jeśli opiekujesz się schorowaną babcią, a twój dziadek może w tym czasie pozostać aktywny zawodowo, formalnie nie korzysta on z opieki, ale systemowo – bardzo. To samo widać w pracy. Wzajemne wsparcie między pracownikami, choć oficjalnie zakazywane, niewidzialne i nieopłacane, jest tak naprawdę cenne dla pracodawcy, bo np. poprawia efektywność. Ale czy to sprawiedliwe?
Skoro jednak głównie kobiety zajmują się wychowaniem dzieci, może ponoszą winę za to, kim są potem dorośli mężczyźni migający się od zadań domowych czy opiekuńczych?
Wzorce nie pochodzą wyłącznie z domu. Świat zewnętrzny wciąż reprodukuje stereotypy, a chłopców systemowo nie uczy się troski. Sama mam dwóch synów, którzy mimo moich prób wtłaczania im feministycznych podstaw do głowy, potrafią wypalić seksistowskie teksty wyniesione ze szkoły czy z internetu. Niejedna kłótnia o nierozpakowaną zmywarkę, skończyła się pytaniem: „Masz okres?”. Oczywiście reaguję na to, ale nie mam wpływu na komunikaty z płynące z patriarchalnej kultury. Dzieci to nie są czyste karteczki zapełniane wyłącznie przez rodziców.
Mówiłyśmy o tym, jak nierówna dystrybucja troski służy mężczyznom. Czy coś im odbiera?
Tak – relacyjność. Zamiast współbycia i opieki uczą się rywalizacji i przez to właśnie są samotni. Często spotykam się z koleżankami, od których słyszę, że ich mężczyźni, partnerzy czy bracia zwyczajnie nie mają kumpli. Nawet w jednym ze skeczów „Saturday Night Life” była taka scena, w której kobieta prowadzi swojego chłopaka do parku, wskazuje mu innego mężczyznę i mówi: „Proszę, on ma taki sam krawat jak ty i chyba słucha podobnej muzyki. Porozmawiajcie”. To oczywiście żart, ale celnie pokazuje pewien problem. Mam za sobą dziesiątki rozmów z kolegami, którzy opowiadają, że spotkali znajomego w trakcie rozwodu. Pytam: „Co się stało?”, „Dlaczego się rozwodzą?”. Odpowiedź brzmi: „Nie wiem”. „Nie zapytałeś?” – „Nie”. A przecież kiedy ktoś mówi ci, że się rozwodzi, to zaproszenie do rozmowy, do okazania zainteresowania.
Może więc zamiast „państwowego Tindera” byłby raczej potrzebny Tinder do zawierania przyjaźni?
To nie jest taki głupi pomysł, biorąc pod uwagę to, że mężczyźni nie mają wykształconych podstawowych wzorców reagowania w sytuacjach społecznych. Jednocześnie z badań, które prowadzę wśród pracowników i pracownic usług, wynika też coś innego. Młodsze pokolenia mężczyzn potrafią się tego uczyć. Nawet jeśli w domu nie doświadczyli troski i nie mieli relacyjnych wzorców, w pewnym momencie dostrzegają, jak ważna jest codzienna opieka i bliskość. Uczą się jej w pracy, na różnych etapach edukacji, od innych ludzi. Dlatego nie powiedziałabym, że mężczyźni są mniej relacyjni. Mają po prostu inne drogi dochodzenia do relacyjności. I to jest olbrzymi zasób. Troska może być dla nich emancypacyjna – podobnie jak dla kobiet, o czym od dawna piszą czarne i niebiałe feministki. Czynności opiekuńcze bywają źródłem sprawczości i wolności, bo nie polegają wyłącznie na byciu miłym i zajmowaniu się kimś. To znacznie szersza praktyka społeczna i polityczna. W tym sensie troska ma potencjał emancypacyjny i antysystemowy. Gdy zaczynamy ją traktować poważnie – jako fundament życia społecznego – podważamy hierarchie, które uznają za wartościowe tylko to, co rynkowe i mierzalne. I może właśnie tu tkwi jej największa siła.
Mimo to w rozmowie o trosce często pomija się też wątek rasowy i migracyjny. Dlaczego?
Wolimy nie widzieć, czyim kosztem część z nas – w tym białych, zamożnych kobiet – uwolniła się od ciężaru opieki, który dźwigały nasze matki i babki. Ta praca nie zniknęła. Została przeniesiona na kobiety migranckie. Mówi się wręcz w tym kontekście o „drenażu troski” albo jej skapywaniu, choć nie w tym kierunku, w którym powinna. Nie pamiętamy też, że w latach 70. i 90. to Polki wyjeżdżały do Niemiec czy Belgii, by opiekować się cudzymi dziećmi i starszymi osobami, zostawiając własne rodziny. Dziś obserwujemy podobny proces w nad Wisłą, gdy kobiety ze wschodu podejmują u nas pracę opiekuńczą. One również zostawiają po sobie wyrwę w swoich społecznościach. To krążenie troski mnie niepokoi, bo wiele osób migranckich pracuje bez umów, za niskie stawki, bez gwarancji stałego zatrudnienia. Nie przyjeżdżają tu z powołania do opiekowania się polskimi dziećmi czy seniorami – przyjeżdżają, bo system ekonomiczny zmusza je do przyjęcia takich warunków. Tak działa kapitalizm: tania troska opłaca się państwom.
To może trzeba wprowadzić bezwarunkowy dochód podstawowy?
Jestem jego entuzjastką – niezależnie od tego, czy miałby przysługiwać wszystkim, czy osobom wykonującym pracę opiekuńczą. Ułatwiłby funkcjonowanie młodym ludziom wchodzącym na rynek pracy, osobom starszym, opiekunom i opiekunkom. Dziś wiele osób zajmujących się innymi nie ma składek emerytalnych ani żadnych systemowych ułatwień, choć wykonuje pracę niezwykle obciążającą. Bardzo lubię publicznie wypowiadać te trzy słowa: bezwarunkowy dochód podstawowy. Zawsze wywołują emocje oraz sprzeciw: „Jak to, ludzie będą dostawać pieniądze za nic?”. A ja odpowiadam: ludzie i tak wykonują ogrom pracy, która nie jest wynagradzana. A jeśli mieliby dostawać pieniądze „za nic” – to za coś tym bardziej powinni.
Więcej w tym temacie:
- Nie pytaj, czy wracać do byłej. Zapytaj, co nowego możecie sobie dać
- „Zaproszenie”. Najbardziej niezręczna kolacja roku
- Czy Strava może okazać się nowym Tinderem?
- Libido na minusie. Kiedy brak ochoty na seks powinien niepokoić?
- „I że cię nie opuszczę... aż do kolejnych motyli w brzuchu”. Czemu zdradzamy?
- Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Społeczeństwo
STATUS QUO: Dwie minuty nienawiści. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Tydzień zaczął się od ataku na dzieci w autobusie w Bielsku-Białej, a skończył na wiadomości, że Ukraina i Polska może jednak dadzą radę się dogadać Po drodze obserwowaliśmy kolejne oznaki kryzysu w PiS, które może rozpadać się na naszych oczach, i prezydenta, oraz prezydenta, który zawetował ustawę, mimo że sam obiecywał jej podpisanie w kampanii wyborczej.
Społeczeństwo
Moda na ciało. Jak władza i pieniądze kreują kanony atrakcyjności
Zaglądają właściwie do każdej dziedziny naszego życia codziennego. Od tysiącleci kształtują nasze gusta. Od dekad bezpośrednio wpływają na to, co króluje na wybiegach, okładkach magazynów, a także w mediach społecznościowych. W jaki sposób polityka i gospodarka dyktują to, co jest „hot”? I dlaczego trendom ulegają nie tylko kobiety?
Społeczeństwo
Miasta przez (anty)lokalną soczewkę. Czy polscy turyści wciąż idealizują zagranicę?
Lato sprzyja zakochiwaniu się miejscach, których nie trzeba codziennie doświadczać. Czy wciąż ulegamy urokowi zagranicznych adresów, widzianych przez filtr wakacyjnej beztroski? A może coraz częściej dostrzegamy, że gdzie indziej trawa nie zawsze jest bardziej zielona niż u nas?
Społeczeństwo
STATUS QUO: Kto głośniej krzyknie. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Trump ingeruje w mundial. Trump ogłasza się celem zamachu. Trump znów bombarduje Iran. Trump zrywa handel z Hiszpanią. W tle - polska awantura pod pomnikiem, nowa rada przy prezydencie i pamięć o rocznicy zbrodni wołyńskiej.
Społeczeństwo
Męskość na lajkach. Jak algorytmy definiują współczesnych facetów?
Dlaczego media społecznościowe wzmacniają konkretny ideał mężczyzny? Dlaczego wielu w to wierzy i do tego dąży? Dlaczego to nie daje im szczęścia?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Nowe życie zaczyna się za drzwiami domu. Holiday Dream by Zień x Esti&Esta
Jeszcze kilka lat temu ogród czy taras traktowaliśmy przede wszystkim jako dodatek do domu. Miejsce, z którego korzystało się głównie latem, przy okazji rodzinnego grilla lub słonecznego weekendu. Ot miły dodatek do domu lub mieszkania. Dziś coraz częściej pełnią znacznie ważniejszą rolę. Stają się przestrzeniami codzienności - miejscami porannej kawy, spotkań z bliskimi, chwil odpoczynku po pracy czy momentów, które pozwalają na chwilę zwolnić tempo.
Społeczeństwo
Z warzywniaka do kampanii największych marek. Jak jedzenie sprzedaje nam modę?
To temat, który potrafi pobudzić nie tylko miłośników odkryć kulinarnych czy eksperymentów w kuchni. Jedzenie równie mocno zdaje się elektryzować branżę mody oraz wszystkich speców od sprzedaży. Czym jest i jak działa marketing sensoryczny?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Dobra taksówka to dziś coś więcej niż przejazd z punktu A do B
Jak zmienia się miejska mobilność?