PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Książki

Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?

Co łatwiej kupić w amerykańskim markecie: karabin czy świeży, chrupiący chleb? Czemu mieszkańcy Florydy rzucają aligatorami w witryny sklepowe? I dlaczego populacja wielkości tej z Pensylwanii wierzy, że jaszczuroludzie rządzą światem? Na te i wiele innych pytań odpowiada amerykanistka i autorka książki „Dziwne Stany Ameryki”, Martyna F. Zachorska.

Udostępnij

Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?

USA to kolebka kultury celebryckiej i reality shows. Jak to wpływa na społeczeństwo i politykę? Autor zdjęcia: Getty Images/kolaż Klaudia Adamek

Paulina_Januszewska
30.05.2026

Ameryczka. Kraj wielkich szans, wolności i dobrobytu. Tak przynajmniej opowiadał twój wujek, który wyjechał do USA w ejtisach i twierdził, że za oceanem wszystko jest większe, lepsze i możliwe do osiągnięcia. Wystarczy tylko ciężko pracować. No chyba, że akurat uwzięli się na niego iluminaci i mimo harówki nie miał czego włożyć do garnka.

Wbrew pozorom to jednak nie z twoim krewnym było coś nie tak, tylko z systemem, który obiecywał amerykański sen, a serwował koszmar, jednocześnie ciesząc się tytułem światowej potęgi. Co dziś zostało z tego wielkiego mitu? I dlaczego żartujemy, że Stany Zjednoczone to najbogatsze państwo trzeciego świata, a jednak drżymy, gdy Donald Trump grozi Polsce wycofaniem swojego wsparcia?

Martyna F. Zachorska w swojej książce „Dziwne Stany Ameryki” (Wydawnictwo Poznańskie) próbuje zrozumieć te i wiele innych skrajności, które funkcjonują obok siebie w obrębie jednego kraju i są przedmiotem poważnych analiz. Autorka patrzy jednak w stronę, którą większość intelektualistów konsekwentnie ignoruje albo wprost odrzuca, bo czy naprawdę można zrozumieć polityczne wybory Amerykanów, oglądając reality shows? Tego dowiecie się z naszej rozmowy.

 

Martyna F. Zachorska

Martyna F. Zachorska: „W Stanach każde zjawisko wydaje się też działać w większej skali – od sukcesów i popkultury po społeczne napięcia, obsesje i skrajności” Autor zdjęcia: Agnieszka Werecha-Osińska

 

Paulina Januszewska: Czy Polska obudziła już się z amerykańskiego snu?

Martyna F. Zachorska: Po latach 90., gdy nad Wisłą panował zachwyt wszystkim, co amerykańskie: od hollywoodzkich filmów po wcześniej niedostępne produkty, faktycznie utrwaliło się przekonanie, że to, co „zachodnie” – ale nie francuskie czy niemieckie, lecz właśnie pochodzące ze Stanów Zjednoczonych – znaczy lepsze. Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz ze wzrostem dostępności podróżowania. Wprawdzie wciąż nie wszystkich na nie stać, ale coraz więcej osób może skonfrontować swoje wyobrażenia o USA z rzeczywistością. Wychowane na amerykańskiej popkulturze pokolenia, które latami marzyły o zobaczeniu na żywo miejsc znanych z serialowych czy teledyskowych kadrów, zwykle doświadczają rozczarowania.

 

Dlaczego?

Choć kraj ten ma wiele atutów – imponującą przyrodę, bogatą ofertę muzeów czy różnorodną kulturę – niekoniecznie zapewnia swoim mieszkańcom taką jakość życia, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Mam tu na myśli choćby o dostęp do opieki zdrowotnej, transportu publicznego czy zdrowej żywności. Okazuje się, że nawet tak prozaiczne rzeczy jak świeży, pachnący chleb, który nie przypomina gumy i w USA jest rarytasem, zaczynają mieć znaczenie. Codzienne, przyziemne doświadczenia i wysokie koszty utrzymania sprawiają, że dla wielu osób Ameryka traci swój wyidealizowany obraz. Pozostaje świetnym kierunkiem podróży, ale fatalnym – do mieszkania na stałe.

 

Czy w tobie – z wykształcenia amerykanistce – także dokonała się ta zmiana: z pozycji entuzjastki na krytyczkę, która pisze o „dziwności” USA?

Ze Stanami mam taką samą relację jak z Polską. Kocham oba kraje, ale miłością, która nie jest ślepa i bezkrytyczna. Wiem, że to kłóci się z logiką mediów społecznościowych, gdzie wszystko musi być czarno-białe, ale mnie interesują odcienie szarości. To właśnie niuanse zwłaszcza w przypadku tak wieloaspektowych kwestii jak całe kraje czy kultury, pozwalają nam lepiej zrozumieć rzeczywistość.

 

W swojej książce faktycznie pokazujesz w szeroką gamę odcieni amerykańskości. Jakim kryterium kierowałaś się przy ich doborze?

Początkowo – podobnie jak w przypadku mojej poprzedniej książki pt. „Żeńska końcówka języka” – interesowały mnie kwestie związane z płcią i feminizmem. Chciałam jednak, by publiczność „Dziwnych Stanów Ameryki” nie zawężała się do grupy osób o lewicowej wrażliwości, tylko objęła czytelników po prostu zainteresowanych światem. Poza zagadnieniami genderowymi, zdecydowałam się więc też opisać amerykańskie: prawo, kuchnię czy teorie spiskowe. Wspólnym mianownikiem są tu odniesienia do popkultury. Nawiązuję do zjawisk, które wszyscy kojarzymy na przykład z ekranu, ale zwykle nie do końca wiemy, skąd się wzięły.

 

Podasz jakiś przykład?

Weźmy wybory małych miss. Stylizowanie dziewczynek na dorosłe kobiety i zmuszanie do rywalizacji między sobą (a tak naprawdę – między ich rodzicami) o tytuł najpiękniejszej znamy choćby z popularnych reality shows. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, jaka kryje się za nimi historia i że mają związek m.in. z eugeniką.

Z jednej strony wybrałam więc tematy słabo opisane w Polsce, a z drugiej też takie, które pozwalają mi dekonstruować powszechne stereotypy, np. często powtarzane w Europie przekonanie, że Amerykanie są głupi. Lubimy kpić z tego, że potrafią wskazać Polski na mapie, choć wciąż z nabożną emfazą traktujemy autorytet amerykańskich naukowców. Rzadko kiedy mówimy o tym, jak zdecentralizowany system edukacji i ogromne w tym obszarze nierówności determinują dostęp przeciętnego mieszkańca USA do wiedzy i wykształcenia.

 

Dziwne Stany Ameryki

„Dziwne Stany Ameryki”, Wydawnictwo Poznańskie Autor zdjęcia: materiały prasowe

 

Z jakimi mitami jeszcze rozprawiasz się w książce?

Na przykład z przeświadczeniem, że społeczeństwo amerykańskie jest – tak, jak inne państwa Zachodu – głęboko zsekularyzowane. To nieprawda. Pod względem religijności Stany Zjednoczone biją wiele krajów na głowę, a w dodatku amerykańska religijność jest bardzo nietypowa.

 

Co to znaczy?

Bardzo silnym, zwłaszcza politycznie, wyznaniem jest tu specyficzny nurt chrześcijaństwa, czyli ewangelikalizm, który ma bardzo mało wspólnego z naszym nadwiślańskim chrześcijaństwem, katolicyzmem i zaskoczy nawet osoby przyzwyczajone do ekscesów polskich hierarchów kościelnych. Jednym z fundamentów tego odłamu jest głoszenie wiary i aktywne nawracanie innych, w związku z czym ewangelikanie bardzo szybko zaczęli traktować nowe technologie i trendy kulturowe jako narzędzia swojego działania. Zarówno media tradycyjne, jak i społecznościowe nigdy nie były dla nich zagrożeniem, lecz sposobem dotarcia do milionów ludzi. W efekcie zaczęli budować własny przemysł kulturowy: wytwórnie filmowe, stacje telewizyjne, rozgłośnie radiowe, podcasty, kanały na YouTubie, a także własny rynek muzyczny.

 

I tak religia stała się częścią popkultury?

Właściwie stworzyła własną. W Stanach można przeżyć dzieciństwo i okres dojrzewania bez kontaktu ze świecką kulturą, bo środowiska ewangelikalne zapewniają pełne zaplecze: filmy, seriale, muzykę, prasę, wydarzenia, a nawet alternatywy dla świeckich celebrytów. Kiedy w głównym nurcie rządzili Backstreet Boys, Spice Girls czy Britney Spears, niemal natychmiast pojawiały się chrześcijańskie boysbandy i girlsbandy śpiewające o wierze, pierwszych miłościach czy zachowaniu czystości seksualnej. Ba, ich wpływy wykraczają poza USA. Pamiętam, że sama oglądałam na lekcjach religii film o surferce, której rekin odgryzł rękę. Pozornie wydawał się kolejnym tytułem z podgatunku teen drama, ale miał religijne przesłanie.

Ewangelikanie nie oddzielają sacrum od popkultury w taki sposób, jak robimy to w Polsce. Potrafią niemal każdą świecką formę rozrywki przerobić na formę głoszenia swojej agendy. Dobrym przykładem są tu hell houses, czyli chrześcijańskie domy strachów.

 

Brzmi jak religijna wersja Halloween.

I dokładnie tym są. Co ciekawe, w Polsce też mamy odpowiedź na Halloween w postaci „bali wszystkich świętych”. Te jednak w przeciwieństwie do hell houses, które korzystają z bardzo brutalnej estetyki, mają łagodny, rodzinny charakter i zwykle odbywają się w przestrzeniach parafialnych. Chrześcijańskie domy strachów zza oceanu funkcjonują w przestrzeni publicznej. Z zewnątrz wyglądają jak świeckie halloweenowe miejsca rozrywki. Łatwo trafić do nich przez pomyłkę. Zamiast wymyślonych straszydeł w postaci zombie czy duchów odwiedzający oglądają jednak sceny inspirowane „prawdziwymi grzechami”, popełnianymi najczęściej przez młodych ludzi.

 

Jakie to sceny?

Zwykle związane z seksualnością, uzależnieniami, wypadkami samochodowymi, chorobami. Każdy pokój przedstawia inny „grzech”, a całość kończy się spotkaniem Jezusa i ewangelizacyjnym przesłaniem, że nigdy nie jest za późno na nawrócenie. Groza nie opiera się na fikcyjnych potworach, lecz na realnych lękach i doświadczeniach nastolatków, co ma powodować wstrząs emocjonalny, psychiczny. W książce cytuję podręczniki dla organizatorów hell houses, w których zalecano na przykład używanie kurzych wątróbek w scenach dotyczących aborcji, żeby imitować prawdziwy wygląd ludzkich płodów. Pokazywano też historie osób LGBT+ czy popełniających samobójstwo jako „ukaranych” piekłem za swoją orientację albo decyzję o targnięciu się na własne życie. Jedna z najbardziej szokujących scen, na jakie trafiłam, dotyczyła chłopaka chorego na AIDS, któremu po śmierci sugerowano, że uniknąłby wiecznego potępienia, gdyby „wyleczył się z homoseksualizmu”. To było jednocześnie okrutne i całkowicie sprzeczne z wiedzą medyczną czy psychologiczną.

 

Czy takie metody ewangelizacji są nadal akceptowane?

Na szczęście coraz rzadziej. Nawet w konserwatywnych środowiskach zaczęto dostrzegać, że głoszenie wiary oparte na strachu może powodować traumę i wyrządzać realne szkody psychiczne. Mam też nadzieję, że akurat to zjawisko nie zostanie przeszczepione do Polski, choć inne amerykańsko-religijne wpływy, które indoktrynację ukrywają pod pozornie niewinnymi lub „przypadkowymi” treściami już tu widać.

 

Od razu przyszło mi do głowy, że w polskiej edycji „The Traitors” – połączeniu reality show z teleturniejem – występuje ksiądz, co można by odebrać jako wejście sacrum w świat rozrywki i ocieplanie wizerunku kleru.

Też o tym pomyślałam, zwłaszcza, że amerykańską wersję innego teleturnieju – „99 to Beat” – wygrał pastor. Ten mężczyzna był zresztą bardzo charakterystyczny dla amerykańskiego ewangelikalizmu. Nosił długie włosy, dżinsy, rockowy styl ubioru. Wykazywał się ogromną charyzmą, której spodziewalibyśmy się raczej po celebrycie niż tradycyjnym duchownym. Ale właśnie o to chodzi – by sprawiać wrażenie cool gościa, a nie radykała narzucającego komuś określoną wizję życia.

Moja książka mówi właśnie o tym paradoksalnym przenikaniu się pozornie odległych światów: rozrywki i religii, ale też popkultury i polityki, prawa i świata celebrytów w amerykańskiej rzeczywistości. Staram się krytycznie spojrzeć na te połączenia, sprawdzając, co dzieje się pod powierzchnią: jakie idee za tym stoją, jakie mają konsekwencje i dlaczego tak skutecznie działają także poza USA.

 

Wobec tego jak definiujesz kategorię dziwności – jako margines czy sedno amerykańskiej tożsamości?

Raczej to drugie, przy czym dla mnie dziwność to po prostu wielość sprzeczności, która w dodatku nie wzięła się znikąd. Amerykańskie umiłowanie wolności – jako najważniejszej wartości w tym kraju sprawia, że w USA może istnieć obok siebie ogromna różnorodność postaw, stylów życia i zjawisk – także tych, które z europejskiej perspektywy wydają się nietypowe albo wręcz absurdalne.

Część z nich funkcjonuje jako wyrazisty element popkultury, jak choćby wspomniane już konkursy piękności czy stereotyp „Florida Mana” (tym mianem określa się bohaterów nagłówków opisujących przypadki osób, które po spożyciu różnych substancji robią kompletnie groteskowe rzeczy, na przykład rzucają aligatorem w witrynę sklepu). Ale są też zjawiska, które wydają się dziwne z naszej europejskiej perspektywy z uwagi na odmienność obowiązujących na obu kontynentach norm społecznych czy prawnych.

W Stanach do produkcji żywności legalnie używa się substancji zakazanych w Unii Europejskiej. Amerykanie zadłużają się na dekady, by móc studiować. W hipermarkecie za oceanem kupisz broń palną niemal tak łatwo jak sprzęt AGD, ale już niekoniecznie dobre i świeże warzywa. To nas zaskakuje, bo pokazuje zupełnie inne rozumienie państwa, wolności i odpowiedzialności.

 

Czyli ta „dziwność” nie zawsze musi mieć negatywny wydźwięk?

Bardziej chodzi o inność trudną do wyobrażenia, która w równej mierze może dotyczyć powszechnych zjawisk, jak i tych marginalnych. Dobrym przykładem są tu teorie spiskowe. Wiele osób wciąż myśli o nich jak o ekscentrycznej niszy, tymczasem w Stanach wierzy w nie ogromna część społeczeństwa. Około 4 proc. Amerykanów uważa na przykład, że światem rządzą reptilianie, czyli jaszczuroludzie. Procentowo nie wygląda to spektakularnie, ale w liczbach bezwzględnych – już tak. Mówimy o prawie 13 milionach ludzi. Gdy spojrzymy na jeszcze bardziej rozpowszechnione teorie, dotyczące np. sfingowania lądowania na Księżycu lub klonowania celebrytów, zobaczymy, że statystki idą w dziesiątkach milionów.

 

Czy istnieją jakieś konkretne amerykańskie warunki, które szczególnie sprzyjają rozwojowi takiego myślenia? Może to wina systemu edukacji?

Większą rolę odgrywają nierówności społeczne, a także bardzo silny w Stanach i zakorzeniony w protestanckim etosie pracy mit merytokracji, czyli przekonanie, że wysiłek zawsze prowadzi do sukcesu. To fundament amerykańskiego snu i jednocześnie źródło ogromnej frustracji, bo mnóstwo osób pracuje ponad siły, a mimo to nie doświadcza stabilizacji ani awansu. Kiedy rzeczywistość przeczy temu, w co wierzyłaś przez całe życie i co otaczająca kultura wkłada ci do głowy, pojawia się potrzeba znalezienia wyjaśnienia. Właśnie wtedy łatwo wchodzi się w myślenie spiskowe. Znacznie prościej jest bowiem uwierzyć, że za twoim niepowodzeniem stoi jakaś zewnętrzna siła – iluminaci, Żydzi albo reptilianie – niż zaakceptować fakt, że problem tkwi w źle działającym i pełnym niuansów systemie.

Niestety największy paradoks polega na tym, że teorie spiskowe często nie prowadzą do realnego buntu politycznego, lecz bierności. Jeśli uznasz, że wszystkim i tak steruje jakaś ukryta siła, to przestajesz wierzyć, że protest, organizowanie się czy demokratyczne działania mogą cokolwiek zmienić.

 

Czy to wyłącznie specyfika amerykańska? W Polsce osoby publiczne wprost mówią o spiskach Światowej Organizacji Zdrowia, „plandemii” czy kierujących światem biorobotach i jaszczuroludziach.

Media społecznościowe rzeczywiście sprawiły, że teorie spiskowe błyskawicznie rozprzestrzeniają się globalnie. Jeszcze kilkanaście lat temu można było z wyższością śmiać się z Amerykanów wierzących, że Elvis żyje. Dziś podobne mechanizmy działają wszędzie. Pamiętam, jak Jim Carrey pojawił się na gali rozdania Cezarów wyraźnie odmieniony i byłam zaskoczona, ile racjonalnych na co dzień i znanych mi osób pisało w internecie, że został podmieniony albo sklonowany, bo „wiedział za dużo”.

 

W erze globalizacji możemy jeszcze mówić o popkulturze amerykańskiej jako największym towarze eksportowym USA?

Tak, to wciąż najskuteczniejsza amerykańska soft power. Najwyraźniej widać to w kinie, które sprzedaje światu określoną wizję polityczną czy historyczną. Nie jest żadną tajemnicą, że Hollywood od lat współpracuje z rządami USA, jakiekolwiek by one nie były. Chcąc nakręcić na przykład film wojenny i mieć prawa do wykorzystania konkretnych lokalizacji czy zgodnych z realiami elementów ubioru, musisz najpierw otrzymać zgodę starannie wertującego scenariusz Pentagonu. Jeśli chcesz dostać pieniądze na produkcję, lepiej zacznij tańczyć tak, jak zagrają ci rządzący, dla których pokaz amerykańskiej potęgi to kluczowy element propagandy i prowadzenia polityki. W efekcie większość blockbusterów zza oceanu opowiada o zawsze zwycięskiej walce dobrych amerykańskich chłopaków-wybawicieli ze zbirami z innych krajów.

 

Jakie znaczenie ma w tym kontekście kultura celebrycka i dlaczego jest nazywana amerykańskim wynalazkiem?

Wedle jednej z teorii akademickich Amerykanie stworzyli kulturę celebrycką w odpowiedzi na lukę, jaką wydrążyła w nich tęsknota za posiadaniem własnej rodziny królewskiej. Może i założyciele USA zbuntowali się przeciwko brytyjskiej monarchii, ale nie pozbyli się pragnienia wynoszenia różnych postaci na piedestał i strącania z niego. W efekcie amerykańskimi royalsami zostali celebryci – co dekadę inni. Kiedyś to były gwiazdy Hollywood, dziś te, które występują w reality shows, jak klan Kardashianów. Wszystkiemu towarzyszą amerykańskie archetypy – jeśli nie dziewczyny z sąsiedztwa, której rola przypadła obecnie Sydney Sweenie, to herosów, którymi mianowani są wybitni sportowcy.

 

W książce piszesz, że Donald Trump to także ważna figura kultury celebryckiej i że właśnie ta rola pozwoliła mu dwukrotnie zdobyć prezydenturę. Dlaczego?

W Polsce często umyka nam to, że Donald Trump był znany nie do końca ze swoich biznesów, jak Bezos, Jobs czy Gates, ale – raczej z towarzysko-medialnych ekscesów. Potrafił świetnie manipulować tabloidami i skupiać na sobie uwagę. Gdybyś w latach 90. albo zerowych spytała kogoś z USA o to, jakimi zarządza firmami, nie dostałabyś żadnej odpowiedzi, ale poznałabyś nazwiska jego kochanek, cytaty z najbardziej ekscentrycznych wypowiedzi, tytuły filmów i seriali, w których się gościnnie pojawił, albo anegdoty z jego nader wystawnego życia. Trump był przedstawicielem socjety, ale nie tuzem przedsiębiorczości. Mimo to został w końcu gwiazdą „The Apprentice” – reality show, które można by nazwać „Master Chefem” dla ludzi próbujących rozkręcić własną działalność. Twórcy programu twierdzą w książce „Edge of Reality” Jacquesa Perettiego, że żadne z dużych nazwisk amerykańskiego biznesu absolutnie nie chciało się zgodzić na posadę prowadzącego. Ale ostatecznie wybrany Trump, który był wówczas bankrutem, przyjął propozycję z otwartymi ramionami.

 

I odniósł komercyjny sukces. Co o tym przesądziło?

Trump doskonale wcielił się w charakterystyczną dla podobnych formatów rolę szefa-tyrana, który nie gryzie się w język i jest Gordonem Ramsayem oraz Tyrą Banks w jednym. Potrafił zrugać, ale też docenić uczestników. Świetnie czuł się przed kamerą. Jego charakterystyczne „You’re fired” stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych telewizyjnych sloganów tamtych lat. Okazało się, że w tej roli jest niezastąpiony, bo kiedy po zajęciu przez niego po raz pierwszy fotelu prezydenta pierwszy prowadzenie „The Apprentice” przejął Arnold Schwarzenegger, oglądalność znacznie spadła. W programie Trump wykreował się na człowieka stanowczego, pewnego siebie i skutecznego – dokładnie takiego, jakim chciał być postrzegany przez opinię publiczną.

 

I to pomogło mu w polityce?

Tak, bo doskonale rozegrał media w czasie swojej kampanii sposobami, jakie stosował jako telewizyjny gwiazdor. Wiedział, co powiedzieć, żeby być na pierwszych stronach wszystkich gazet – zarówno tych poważnych, jak i mediów plotkarskich, które miał, zresztą, w kieszeni. Zawsze miał dla nich w zanadrzu jakiś „kąsek” i doskonale rozumiał, jak działają. Strategie rządzące reality shows, w których rządzi drama, a nie prawda, przeniósł do polityki. Odzywał się do swoich rywali tak, jak do uczestników „The Apprentice”, czy po prostu tak, jak ludzie rozmawiają ze sobą w „Big Brotherze” albo „The Real Housewives”. Media mniej obchodziły reformy, które miał w programie, niż to, że wyśmiewał niski wzrost Marco Rubio. Wiedział, jak kreować siebie na bohatera, a przeciwników – na czarne charaktery – dokładnie tak, jak ma to miejsce w popularnych programach rozrywkowych. Używał tabloidowego języka, emocjonalnego tonu, ataków ad personam, a ze swoimi wyborcami komunikował się w możliwie jak najbardziej prostolinijny sposób. To jest bardzo celebryckie. W show biznesie najlepiej sprawdza się wyrazistość sprzedawana jako swojskość. Na polskim podwórku też mamy takie postaci.

 

To znaczy jakie?

Znane z bójek, wulgarnych wypowiedzi, ale wciąż lubiane przez publiczność, ponieważ mają image równej babki, swojskiego chłopa. Donald Trump także pozował na zwykłego Amerykanina, choć zupełnie nim nie był. Urodził się w rodzinie miliardera, a mimo to mechanik z Michigan był w stanie uwierzyć, że ma do czynienia z kimś podobnym do siebie. Nie wiem, czy można zrobić coś bardziej amerykańskiego.

 

Gdybyś pisała swoją książkę jeszcze raz, co byś do niej dodała?

Zahaczyłabym o kulturę sportową Amerykanów, próbując odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kraj, który odnotowuje jeden z największych odsetków osób z otyłością, jednocześnie zdobywa tak wiele medali olimpijskich, ma olbrzymie nakłady na sport i jest ojczyzną obsesyjnego wręcz kultu ciała. Te sprzeczności w Stanach i fakt, że obok siebie mogą istnieć zupełnie różne światy i wszystkie są równie prawdziwe, fascynują mnie najbardziej. Przywykliśmy do patrzenia na Amerykę przez pryzmat Kalifornii czy Nowego Jorku, a przecież równie ważna jest religijność Południa, konserwatywny Teksas czy zamknięte społeczności funkcjonujące według własnych zasad. Sport świetnie pokazuje ten mechanizm, bo gwiazdy mają tam status współczesnych rycerzy czy herosów, którym społeczeństwo potrafi wybaczyć niemal wszystko nawet, jeśli samo nie rusza się z kanapy. W Stanach każde zjawisko wydaje się też działać w większej skali – od sukcesów i popkultury po społeczne napięcia, obsesje i skrajności. I chyba właśnie dlatego USA pozostają tak ciekawe do obserwowania.

Więcej w tym temacie:

Paulina_Januszewska

Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.

Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.

Czytaj więcej

ARTYKUŁ PARTNERSKI 1920x1080_pwn

Pasja, pieniądze, prestiż – książka, która odsłania kulisy rynku sztuki

Sztuka od wieków budzi emocje, inspiruje i prowokuje do dyskusji.

Piotr Chomczyński

Kiedy kryminolog pisze kryminały. Rozmowa Piotrem Chomczyńskim

– Na każdym miejscu zbrodni zostaje ślad psychologiczny sprawcy – mówi kryminolog oraz autor reportaży i powieści kryminalnych, prof. Piotr Chomczyński, z którym rozmwiamy o tajemnicach ludzkiej natury, mechanizmach zła, świecie karteli narkotykowych i o tym, dlaczego rzeczywistość często okazuje się bardziej mroczna niż fikcja.

Ojcostwo w czasach kryzysu klimatycznego

Ojcostwo na płonącej planecie. Rozmowa z Łukaszem Stankiem

Jak być ojcem w czasach kryzysu klimatycznego? – Trzeba zacząć od bycia człowiekiem – mówi nam Łukasz Stanek, działacz społeczny i autor książki „Dlaczego Ci to zrobiłem?”.

ARTYKUŁ PARTNERSKI IMG_2203

Czy SF jest nam potrzebne i dlaczego tak? Idealny prezent na Dzień Ojca

W codzienności nadmiaru trudno wybrać, po jaką lekturę sięgnąć, a częściej łatwiej zrezygnować z czytania na rzecz mniej wymagających rozrywek, dodatkowo od mężczyzn oczekuje się, że będą realizować się poprzez sport, który niestety z formy rozrywki, relaksu i pasji staje się czasem przesadnie angażującym eskapizmem od rzeczywistości. Nacisk na wymierny zysk ze spędzania czasu wolnego w sposób korzystny jest trudny do pogodzenia ze zwyczajną dobrą zabawą, a także zaspokajaniem wyższych potrzeb.

Seria książek ARKADY Domy mody

Moda zamknięta w książce. Serię „Historia kultowego domu mody” kocha każdy, dla kogo styl ma znaczenie

Są książki, które czyta się od deski do deski. Są też takie, które zostawia się na stoliku kawowym, by co jakiś czas wracać do ulubionych zdjęć, kolekcji i historii. Seria „Historia kultowego domu mody” wydawnictwa Arkady należy do obu kategorii jednocześnie.

Czy czytanie jest sexy?

Czytanie jest hot? Bardziej, niż myślisz, i mniej, niż twierdzą książkowe snoby

Czy gdyby mężczyźni czytali więcej książek, kobiety chętniej umawiałyby się z nimi na randki?

Olga Tokarczuk AI sztuczna inteligencja

Chorzy na Tokarczuk. Dlaczego afera wokół pisarki jest przesadzona?

Przyglądając się burzy, jaką wywołują słowa Olgi Tokarczuk, można odnieść wrażenie, że pisarka regularnie wygłasza kontrowersyjne tezy.

Jul Łyskawa o książkach, które go zmieniły

Książki, które zmieniły Jula Łyskawę

„Myślę o literaturze jak o zagraconym mieszkaniu” – pisze Jul Łyskawa, autor nagradzanej powieści „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”. Poprosiliśmy go o listę książek, które zmieniły go na zawsze.