PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Muzyka

Ulubione zagraniczne albumy 2025 roku

Dotarliśmy do momentu, w którym ilość nowej muzyki przytłacza. Jest jej za dużo, często nieciekawej i powtarzalnej.

Udostępnij

1920x1080_top_zagraniczne_albumy

Autor zdjęcia: materiały prasowe, kolaż GQ Poland

Dochodzi do tego zalew utworów wygenerowanych przez AI oraz coraz mniejsze zaangażowanie odbiorców w poszukiwanie nowych dźwięków. Staliśmy się zabiegani lub leniwi, muzyka schodzi na dalszy tor, jest jedynie tłem. To jedna strona medalu. Druga jest taka, że muzyka nadal budzi ogrom emocji. Scala społeczności, otwiera głowę, kreuje osobowość. Sprawdzamy zatem, co grało nam najczęściej na słuchawkach w mijającym roku. Co kształtowało nasze gusta i towarzyszyło kluczowym wydarzeniom. Oto nasze ulubione zagraniczne albumy 2025 roku.

Podobnie jak w przypadku polskich płyt, zestawienie nie ma cech rankingu, to po prostu dyszka naszych ulubionych zagranicznych albumów 2025 roku. Poza szerzej opisanymi większa uwaga należy się również takim longplayom, jak Addison Rae – „Addison”, Clipse – „Let God Sort Em Out”, Navy Blue – „The Sword & the Soaring”, Jim Legxacy – „Black British Music”, Blood Orange – „Essex Honey”, Deftones – „Private Music”, Rosalía – „Lux”, Hayley Williams – „Ego Death at a Bachelorette Party”, PinkPantheress – „Fancy That”, Nourished by Time – „The Passionate Ones” czy Olivia Dean – „The Art of Living”. A teraz przejdźmy do czołowej dziesiątki.

Oklou – „Choke Enough”

Beneficjentów unikatowego stylu Oklou będzie z pewnością wielu. Obstawiam, że w perspektywie kilku lat zobaczymy wysyp artystek i artystów zainspirowanych kompletnie osobnym klimatem Francuzki, która konsekwentnie budowała swój lore. Zwieńczeniem eksperymentów jest tegoroczne dzieło. Nikt nie brzmi jak Oklou. Nikt nie tworzy tak ulotnej atmosfery sentymentu, smutku, szczęścia i niepewności. Na „Choke Enough” udało się jej zawrzeć wiele przeciwstawnych emocji. To outsiderski album z ekstrawertycznymi elementami. To zeitgeist 2025 roku: nostalgia za Y2K, remiks wszystkiego, digitalowy portal do rzeczywistości, milenialsowo-genzeciarska dekadencja. Oklou dokonuje tu humanistycznej analizy, zawsze spoglądając w kierunku światła. – Lech Podhalicz

FKA twigs – „Eusexua”

To prawdopodobnie najoczywistszy wybór tej listy, ale o samej płycie „Eusexua” nie da się powiedzieć, że jest przewidywalna. Tak samo, jak zupełnie zaskakujący potrafi być moment poprzedzający oświecenie, przypływ kreatywności czy orgazm. Właśnie do tych ułamków przed uniesieniami ducha i ciała nawiązuje enigmatyczny tytuł albumu FKA Twigs. „Eusexua to powód, dla którego maj jest najlepszym miesiącem lata i dlaczego zamawianie i odbieranie kokainy jest czasem przyjemniejsze niż jej zażywanie” – błyskotliwie interpretuje wybraną przez artystkę metaforykę krytyk Pitchforka. Nie zamierzam z nim konkurować ani się kłócić. Napiszę tylko, że słuchanie twigs mieści sobie całe spektrum przyjemności bez skutków ubocznych. Artystka, balansując na granicy duchowej transcendencji i cielesnej ekstazy, stworzyła jednak nie tyle muzykę deklasującą wszystko, co mogliście usłyszeć na parkietach w tym roku, ile emancypacyjny manifest. I nie mam tu na myśli jedynie nawiązań do siły kobiecości o lata świetlne oddalonej od slapstickowego „girl power”, lecz deklarację wyzwolenia się spod cudzych oczekiwań – zarówno w muzyce, jak i pragnieniach, które ona budzi. – Paulina Januszewska

Earl Sweatshirt – „Live Laugh Love”

Piąty longplay w dorobku Sweatshirta to refleksyjna celebracja codzienności. Raper podchodzi do tematu ojcostwa w egzystencjalny sposób. Mając pełną świadomość zmian i trudów. Rzuca metaforyczne wersy dotyczące męskiej perspektywy na rodzicielstwo. Muzycznie to rap najwyższej próby. Wypełniony intrygującymi samplami i charakterystycznym flow. Melodyjny, konkretny, niebanalny, przystępny w odsłuchu. Umówmy się, były członek Odd Future nie wydał w karierze słabego albumu, a „Live Laugh Love” zaliczyłbym do ścisłej czołówki. – Lech Podhalicz

Geese – „Getting Killed”

Przypadnie do gustu twojemu rockistowskiemu tacie, który kocha Toma Waitsa albo The Stooges, i młodszemu bratu, który kręci rolki na TikToku. Co? Najnowszy album Geese, który mimo swojej chropowatości i zupełnie niemainstreamowej, nonszalanckiej stylistyce szturmem podbił social media, memy i popkulturę. Wpiszcie hashtag z nazwą zespołu, a zrozumiecie, że nie jestem gołosłowna. Wprawdzie mogło się wydawać, że po doskonałym „Heavy Metal” – solowym albumie frontmana grupy Camerona Wintera – muzykowi nie uda się przeskoczyć tego szczytu chwały, usankcjonowanego zresztą zachwytami samego Nicka Cave’a. A jednak na krążku „Getting Killed” wokalista ultrapretensjonalnie (ale i tak pragnę tego więcej) śpiewa, że chce przekrzyczeć wszystkich na świecie, i udowadnia, że nie ma dla niego żadnych limitów – nawet takiego jak wskrzeszanie starego dobrego rock and rolla. Oczywiście ktoś zaraz powie, że ten ostatni nigdy nie umarł, tylko ewoluował. Zgodzę się na taką optykę, ale pod warunkiem, że uznamy zasługi Geese w owym progresie i darujemy sobie wszędobylskie porównania zespołu do The Stooges i The Strokes. W tym brudnym, niby znajomym graniu jest coś naprawdę odświeżającego. – Paulina Januszewska

Bad Bunny – „Debí tirar más fotos”

Globalna dominacja Bad Bunny’ego dotarła wreszcie do Polski. Za sprawą albumu „Debí tirar más fotos” o Portorykańczyku usłyszeli we Wrocławiu, w Szczecinie i Sanoku. Artysta wyprzedał koncert na PGE Narodowym, a piosenki zdominowały media społecznościowe. Bardzo się z tego latino takeoveru cieszę, bo brakowało w naszym kraju tej radości, optymizmu płynącego z głośników. Nawet jeśli Bad Bunny porusza w tekstach wątki społeczne, tożsamościowe i wcale nie emanuje takim hedonizmem, jakiego można się spodziewać po brzmieniu. Jeden z największych artystów pokolenia i płyta, która stanowi idealny gateway drug do jego dyskografii oraz niekończącego się uniwersum hiszpańskojęzycznych artystów. – Lech Podhalicz

Oneohtrix Point Never – „Tranquilizer”

Czy da się opowiedzieć o przebodźcowanym świecie bez krzywdzącego uszy słuchacza przebodźcowania? Jeszcze jak! Dowodem jest wydany w listopadzie krążek „Tranquilizer”. Daniel Lopatin, występujący pod pseudonimem Oneohtrix Point Never, wykorzystuje na nowym krążku muzykę znalezioną w Internet Archive. Konkretnie chodzi o wolne od opłat licencyjnych, sprzedawane muzykom i producentom w latach 90. i na początku XXI wieku sample, które zniknęły z sieci. Na szczęście muzykowi udało się odgrzebać pobrane kiedyś materiały i właśnie z nich utworzył dźwiękową ucztę, która – choć oparta na maksymalizmie – próbuje za wszelką cenę dążyć do spokoju. Lopatin daje nam więc sporo ambientowych pigułek na sen, ale tylko po to, by za chwilę przerwać ich działanie glitchowymi zakłóceniami. Nie ma chyba trafniejszej metafory wiecznego przeciążenia, w którym żyjemy, ale w przeciwieństwie do świata zewnętrznego „Tranquilizer” stara się je modelować, a nie – reprodukować. To pozwala nam usłyszeć, jak brzmią napięcia, które zwykle ignorujemy. To płyta, która nie zagłusza rzeczywistości. Ona ją rozwarstwia, pokazując, że wśród cyfrowego zgiełku nadal istnieją mikroskopijne szczeliny na oddech i uważność. – Paulina Januszewska 

Ethel Cain – „Willoughby Tucker, I'll Always Love You”

Ethel Cain stała się uwielbianą przez fanbase królową mroku. Balansując między słodkim popem, ambientowymi pasażami a pełnokrwistą folkową americaną. Tegoroczny album to Cain w mojej ulubionej odsłonie. Emocjonalnej, majestatycznej, a jednocześnie wyciszonej i introwertycznej. Mocno tożsamościowej, zresztą z jej twórczością rezonuje wiele społecznych grup. „Willoughby Tucker” jest wypełniony nieoczywistymi bangerami. Nieistotne, czy trwają 4, 7, czy 15 minut, czy są z wokalem, czy instrumentalne, czy melodyjne, czy minimalistyczne. To dronowy slowcore ambient z egzystencjalną przekminą w tle. Płyta, która obok takich dzieł, jak „Choke Enough” Oklou czy „Black British Music” Jima Legxacy’ego oddaje stuprocentowo vibe’a twórczej świeżości w 2025 roku. – Lech Podhalicz

Amaarae – „Black Star”

Co wyjdzie z połączenia eurodance’u, afrobeatu i brazylijskiego funku? Dla tych, którzy lubią porównania, odpowiem, że dziecko Charli XCX i Rosalíi. Ale osobiście wolę myśleć, że Amaraae nie potrzebuje trącących kolonializmem odniesień do białych koleżanek po fachu, by bronić swojej muzyki. Na „Black Star” słychać, że artystka definiuje pop po swojemu, korzystając w dużej mierze ghańskiego highlife’u i pokazując, że mainstreamowe rytmy mogą być jednocześnie hedonistyczne, polityczne i radykalnie osobne, jeśli tylko pozwoli im się pulsować w rytmie dumnie eksponowanej tożsamości. W efekcie dostajemy album, który nie prosi o uwagę, lecz sam ją przyciąga, nieustannie migocząc między klubową ekstazą a intymnym, autotematycznym wyznaniem, bo choć Amaarae dużo śpiewa/rapuje o glamie i hajsie, jest znacznie bardziej niż na poprzednich krążkach romantyczna. Może się zakochała? Na pewno może liczyć na fajne przyjaźnie i własną figlarność, o czym świadczy wybór zaproszonych na album gości. Chodzi mi konkretnie o Naomi Campbell, która pojawia się w „ms60” na wokalu. Ale sprawdźcie też koniecznie kawałek nagrany z PinkPantheress, a najlepiej – całą płytę. – Paulina Januszewska

Dijon – „Baby”

Płyta, która zwycięża w wielu podsumowaniach. Całkiem zasłużenie, bo Dijon zmontował na „Baby” kompletnie autorską, kolażową wizję współczesnej muzyki. Do jednego kotła wrzucił powidoki Prince’a, nostalgiczną psychodelię i rozczulający songwriting w stylu Mk.gee. To tętniący energią eksperyment, found footage kronika ojcostwa i czysta miłość zaklęta w dźwiękach. Amerykanin wyrasta na lidera wśród muzycznych wizjonerów. Czekam na wszystko, co przyniesie jego kariera w 2026 roku. Tym bardziej, że poza świetnym albumem zaliczył też side quest w postaci aktorskiego debiutu w filmie „Jedna bitwa po drugiej” P.T. Andersona. Czy to nie ikoniczny run? – Lech Podhalicz

Doja Cat – „Vie”

„Zrób ejtisowe pościelówy znowu wielkimi. Ale tak, żeby dało się tego słuchać w 2025 roku” – jestem pewna, że dokładnie tymi słowy wena przemówiła do jednej z najbardziej wszechstronnych (bez wysiłku przechodzących od nawijki do wyciągania wysokich oktaw) współczesnych raperek. Albo do producenta Jacka Antonoffa, z którym Doja Cat – bo o niej mowa – stworzyła swój nowy album „Vie”. Na przekór wszędobylskiej modzie na klimat Y2K artystka wraca do epoki, w której Madonna, Prince i George Michael mogli bawić się na tej samej imprezie, a ich hity towarzyszyły niejednej sypialnianej grze wstępnej. Doja Cat nie byłaby jednak sobą, gdyby potraktowała retrostylistykę zupełnie na serio. Dlatego rzewną nostalgię ballad z saksofonowymi solówkami w roli głównej równoważy pastiszowym syntetyzatorowym funkiem. Dzieje się tu naprawdę sporo, więc już rozumiem, dlaczego po wpisaniu pseudonimu wokalistki w wyszukiwarce, pojawia się sugestia: „Czy Doja Cat ma ADHD?”. W tym chaosie jest jednak przemyślana metoda, więc „Vie” zdecydowanie postawiłabym na podium nie tylko najlepszych, lecz także najbardziej niedocenionych krążków roku. Macie jednak jeszcze szansę docenić go na żywo, bo w 2026 roku raperka wystąpi w Krakowie. Ja się wybieram! – Paulina Januszewska

Więcej w tym temacie:

Lech_Podhalicz_GQ_RAMKA

Dziennikarz popkulturowy GQ Poland z dekadą doświadczenia w branży. Charakteryzuje go wszechstronność – mimo że od lat kojarzony głównie z muzyką, tworzy także treści lifestyle’owe: o modzie, kinie, motoryzacji czy gamingu. Porusza tematykę związaną z męskością: od psychologii, przez zjawiska społeczne, po self-care.

Wcześniej przez wiele lat był związany z medium newonce, gdzie pełnił funkcję redaktora naczelnego. Obecnie współpracuje również z CLOUT Festival, gdzie odpowiada za komunikację. W przeszłości pisał dla m.in. Going., Noizz, 4the20s, „Aktivist” czy Electronic Beats. Uwielbia wszystko, co związane z Japonią. Jest fanem ambientu, relaksuje go gotowanie, a jego ulubionym napojem jest zielona herbata.

Paulina_Januszewska

Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.

Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.

Czytaj więcej

Kasia Lins w sesji dla GQ Poland

Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins

To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.

ARTYKUŁ PARTNERSKI Vinyl Corner w PRM Concept Store

Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami

Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.

Otsochodzi RIOTT

Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!

Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.

LeonKrzesniak

Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię

Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.

SL_SWAE LEE-SD_020126_CAR-CRASH_01_0670

Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen

Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.

Lech Janerka

Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu

Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.

Madonna

Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?

Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.

Smolik w sesji dla GQ Poland

Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo

– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.