PARTNERZY SERWISU
Muzyka
Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?
Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.
Udostępnij

Madonna podczas koncertu na Times Square Autor zdjęcia: Getty Images
Babcią nazywano już wtedy, gdy przekroczyła trzydziestkę. Dziś dobiega powoli do siedemdziesiątki i nie wygląda na to, by żegnała się z czerpaniem z życia i kariery tego, co najlepsze. Wielu zarzuca jej, że nie potrafi pogodzić się z upływem czasu, lub odwrotnie – że kondycji i biohakerskich mocy może pozazdrościć jej niejeden 20-latek.
Łatwo zapomnieć jednak, że to premiujące młodość media i popkultura narzucały jej i wielu kobietom w branży muzycznej lęk przed przemijaniem, a dziś próbują z niego rozliczać. Na szczęście najnowsza płyta Madonny nie jest wyłącznie o wieku ani nie stanowi rozpaczliwej próby pozostania „na czasie”. Trzeba przy tym jednak pamiętać, że królowa popu już dawno przestała po prostu wydawać albumy.
Na własnych zasadach
Każda premiera uruchamia znacznie szerszy spektakl, w tym internetowe wojny pokoleń i wspomniane spory o ciało, wiek i prawo kobiet do pozostawania widzialnymi. „Confessions II” nie tyle jest od tego mechanizmu wolne, ile świadomie go wykorzystuje. Tym razem jednak medialny szum przestał zagłuszać muzykę. Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają album arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu, ale trudniej zbyć zgodny ton profesjonalnych recenzji.
Czy to znak, że Madonna nagle i znów – jak w latach 80. i 90. – stała się awangardowa? Niekoniecznie. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym, uparcie naśladującym trendy (od trapu po latynoski pop) wcieleniom artystki dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój. Pitchfork przyznał albumowi mocną ósemkę, a podobne intuicje powracają w tekstach „The Guardian”, „Rolling Stone” czy „The Independent”. Pierwszy raz od dawna artystka przestała próbować wyprzedzać lub doganiać teraźniejszość i wyszła na tym wyjątkowo dobrze.
To nie przypadek, jeśli spojrzeć na ciążące na niej wyzwanie mierzenia się z własnym mitem. Ostatnie lata przyniosły artystce doświadczenie niemal symboliczne. Ciężka choroba, triumfalna „Celebration Tour” podsumowująca cztery dekady kariery i nieustannie powracający temat filmu biograficznego sprawiły, Madonna jako żywa legenda próbowała zachować kontrolę nad własną historią.
O biopicu wiemy już to, że jego realizację miały wstrzymać kwestie finansowe. „Żyłam z rozmachem, więc potrzebowałam ogromnego budżetu” – stwierdziła bezkompromisowo artystka, ujawniając, że nie udało jej się dogadać z producentami Universal Studios. Później zainteresowany filmem Netflix miał z kolei napotkać problemy w kwestii praw do wykorzystania pierwotnego scenariusza.
Można tu snuć domysły nad rozmiarem megalomanii artystki, ale warto też zastanowić się nad problematyką autorstwa pamięci w epoce, w której popkulturowe ikony coraz szybciej doczekują się serialowych i hollywoodzkich portretów. Madonna od dekad zarządza własnym wizerunkiem z wyjątkową konsekwencją, dlatego niechęć oddania narracji o sobie w cudze ręce bez uwzględnienia własnych warunków, wydaje się logicznym przedłużeniem wieloletniej artystycznej strategii.
„Confessions II” brzmi jak odpowiedź na ów impas. Piosenarka pisze muzyczną autobiografię, wyprzedzając kino. W takim kontekście łatwo byłoby uznać nowy album za kolejną odsłonę nostalgicznej machiny. Podpowiada to, zresztą, sam tytuł i ponowna współpraca ze Stuartem Price'em, z którym Madonna mogłaby po prostu bezpiecznie odtworzyć sukces „Confessions on a Dance Floor” z 2005 roku i odzyskać fanów, którzy od lat czekali na kolejny krążek właśnie w tamtym duchu.
Klubowy konfesjonał
Nowy album, choć świadomie odwołuje się do pamięci o jednym z największych triumfów artystki, nie jest jedynie próbą odcinania kuponów od dawnej chwały. Przeciwnie – proponuje nowe odczytanie własnej spuścizny z perspektywy współczesności. Madonna wraca do house'u, klubowych bitów i estetyki pierwszej dekady XXI wieku nie po to, by udawać, że rok 2005 nigdy się nie skończył, lecz by sprawdzić, co z tamtej energii rzeczywiście przetrwało próbę czasu. Obok echa ery „Confessions…” pobrzmiewa tu również duch nowojorskich klubów początku lat osiemdziesiątych, w których kształtowała się jej artystyczna tożsamość, a także subtelne nawiązania do „Ray of Light”. Dzięki temu album spaja różne etapy kariery królowej w spójną opowieść.
Przede wszystkim jednak artystka wykorzystuje uniwersalizm tanecznego transu. Parkiet od dekad pozostaje jedną z niewielu przestrzeni, która skutecznie opiera się logice czasu. Zmieniają się mody, pokolenia i estetyki, ale doświadczenie wspólnej zabawy pozostaje zadziwiająco niezmienne. Dlatego nawet wtedy, gdy Madonna ogląda się przez ramię, nie brzmi jak babcia rozpamiętująca własną świetność, lecz jak ktoś, z kim utożsami się niejeden współczesny słuchacz. Zarówno ten, który już przetańczył, jak i ten który przetańczy w lecie 2026 niejedną noc.
W warstwie lirycznej z kolei Madonna nie liczy się z osądami na swój temat, ale momentami zdejmuje zbroję niepokonanej tytanki na rzecz podatnej na zranienie kobiety. Wspomina rodzinę, początki kariery, dawne relacje i cenę życia zamienionego w niekończący się spektakl. Tytuł płyty sugeruje, że mamy do czynienia ze spowiedzią. To prawda, tyle że konfesjonał Madonny stoi w klubowej toalecie, a nie w kościele. To ten moment imprezy, gdy ktoś zupełnie obcy na kilka minut staje się powiernikiem waszych najskrytszych historii, a granica między szczerością a autokreacją zaczyna się zacierać.
Właśnie taką atmosferę oddaje „Confessions II”. Wyznania brzmią tu trochę jak coś, co wymknęło się spod kontroli pod wpływem imprezowego haju. Możecie być jednak pewni, że po odsłuchu albumu nie doświadczycie kaca zwykle towarzyszącego cudzemu albo własnemu oversharingowi minionej nocy.
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Muzyka
Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo
– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.
Muzyka
Co po samcu alfa? Męskość według Nicka Cave'a i Viagra Boys
W tłumie różnej maści wynalazców nowej męskości na skomplikowane czasy, okazuje się, że nie trzeba wymyślać koła na nowo. Wystarczy sięgnąć po prostotę wrażliwości i antymaczystowskiego luzu – tak, jak robią to Viagra Boys i Nick Cave. Nie sądzę jednak, by którykolwiek z nich uważał się za autorytet. Całe szczęście.
Muzyka
Andrea Bocelli zaśpiewał na Placu Świętego Marka w Wenecji. Pokazał, że wszystko zaczyna się od odwagi, by zmienić własną historię
Wenecja to Włochy w pigułce. Miasto zbudowane na wodzie, pełne pałaców, mostów i legend sprzed setek lat. Wydaje się miejscem, w którym czas płynie inaczej. Ale właśnie tu, gdzie przeszłość mówi do nas bogactwem sztuki na każdym kroku – usłyszałam ciekawą opowieść o przyszłości. Nie o sztucznej inteligencji. Nie o cyfryzacji. Nawet nie o technologii. Opowieść zmianie, do której prowadzą determinacja, odwaga i wiara we własne możliwości. Wyśpiewał ją sam Andrea Bocelli.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Muzyka
Rusza Erste Letnie Brzmienia 2026. Kogo usłyszymy w aż pięciu polskich miastach?
Jest taki moment w lecie, który trudno dokładnie nazwać. Miasto trochę zwalnia, światło robi się miękkie, a dźwięki niosą się dalej niż zwykle. Siedzisz gdzieś na trawie albo stoisz pod sceną i nagle łapiesz się na tym, że wszystko się zgadza.
Muzyka
Soundtrack lata 2026. Te płyty usłyszysz na koncertach w Polsce
Festiwale to świetna okazja do usłyszenia premierowych albumów na żywo. Do jakich płyt będziemy tańczyć? Przy których utworach się wzruszać? Oto muzyka, która w tym sezonie przejęła rodzime imprezy muzyczne.
Muzyka
Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
„Przede wszystkim jestem tatą” – mówi Igor Herbut. Wokalista LemON, kompozytor i gwiazda tegorocznego Męskiego Grania opowiada o muzyce jako autoterapii, o szczerości i o tym, jak sześciolatek uczy go patrzeć na świat z zachwytem i ciekawością.
Muzyka
Buslav wraca z nowym singlem. Chce więcej niż niewiele
"Wiem, że nie wypełnisz tego, czego sobie dać nie mogę. Jeśli będzie miało być to po prostu będzie sobie", śpiewa Buslav w nowym singlu "Nie chcę". Miła dla ucha letnia propozycja, która pod chwytliwą melodią kryje dojrzały przekaz.
Muzyka
Umiar w byciu miłym. Vito Bambino o powrocie do Męskiego Grania
Vito Bambino jest jednym z najmilszych chłopaków w branży, ale widzi, że za bycie miłym płaci się cenę. I umie o tym opowiadać.