Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
PARTNERZY SERWISU
Muzyka
Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
„Przede wszystkim jestem tatą” – mówi Igor Herbut. Wokalista LemON, kompozytor i gwiazda tegorocznego Męskiego Grania opowiada o muzyce jako autoterapii, o szczerości i o tym, jak sześciolatek uczy go patrzeć na świat z zachwytem i ciekawością.
Udostępnij

Igor Herbut opowiada o muzyce, ojcostwie i Męskim Graniu Autor zdjęcia: Kuba Dąbrowski
Igor Herbut – wokalista, kompozytor, autor tekstów, producent muzyczny, lider zespołu LemOn z którym wydał cztery przebojowe albumy. Gwiazda tegorocznej edycji Męskiego Grania opowiada o szczerości i muzycznej autoterapii.
Jesteś muzykiem, kompozytorem, radiowcem. Kiedy myślisz o sobie samym to jak odpowiadasz na pytanie kim jestem?
Przede wszystkim jestem tatą. Od sześciu lat jestem tatą wspaniałego człowieka, który jest dla mnie wszystkim absolutnie ogromną inspiracją i nauką każdego dnia.
Jesteś dobrym tatą?
Przede wszystkim staram się być tatą obecnym. Dbać o to, żeby Kai w każdym momencie wiedział, że jestem dla niego i że w każdym momencie może mnie o cokolwiek zapytać. Żeby wiedział, że jestem, bo to jest rzecz absolutnie ważna i wyjątkowa. Chrust, mój pierwszy solowy album bardzo o tym dużo mówi.
O co pytają dzisiaj sześciolatki? Jakie trudne pytania zadaje?
Każdego dnia jest coś nowego. Jak to? To pawie wchodzą na drzewa? Naprawdę brokuł jest kwiatem? Arbuz jest złożony w 90 proc z wody i jest jedzeniem, choć powinien być piciem? Takie przygody mamy każdego dnia.
Czyli nie pyta o technologię, o Sztuczną Inteligencję?
Rozmawialiśmy na temat przyszłości i właśnie wczoraj mu zadałem pytanie, co według ciebie może się zmienić. Trochę pomyślał i doszedł do wniosku, że na pewno będą automaty prowadzące samochody. To była pierwsza jego odpowiedź a potem tak niepewnie zapytał, czy dobrze odpowiedział. Ja na to, że każda odpowiedź jest na pewno dobra. I że na pewno tego wszystkiego doświadczy. Ja jestem bardzo ciekaw, jak on patrzy na świat każdego dnia. Bo on bardzo lubi technologię i bardzo lubi się uczyć. Teraz przede wszystkim lubi książki, ale gry też lubi. Patrzy na nie tak w deweloperski sposób. Ostatnio rzucił, że w jakiejś grze brakuje mu takich a takich możliwości i że chciałby stworzyć do niej nową planszę. Uczy się, ale też bardzo dużo tańczy, więc ma zacięcie artystyczne. Jest po prostu niesamowity. Jak na niego patrzę, ciężko jest mi pomyśleć kim będzie. Rozmawiamy też sporo o miłości, o emocjach. To jest naprawdę indywidualny człowiek, indywidualna persona ze swoimi własnymi emocjami, przeżyciami, własnym życiem. To niesamowita sprawa, że jesteśmy teraz na świecie razem i staramy się ten świat odkrywać.

Igor Herbut o muzyce jako autoterapii Autor zdjęcia: Kuba Dąbrowski
Kim ty byłeś, kiedy miałeś 6 lat?
Zaczynałem uczyć się grać na pianinie w ognisku muzycznym. Byłem Łemkiem i wrażliwym dzieciakiem. Nie pamiętam jakie miałem problemy wtedy, ale z pewnością jakieś ogromne. Chyba już wtedy odkryłem, że kiedy zasiadam do pianina i jestem smutny, to mam wrażenie, że to mi ładniej, lepiej wychodzi. I tak mi to przekonanie zostało do czasów dorosłych. Melancholia gdzieś tam zawsze ze mną była. Jaśniej zacząłem pisać dopiero kiedy się Kai urodził. Wtedy zaczęły mi się palce inaczej układać i słowa, i emocje. Ale dzisiaj, w obecnym czasie, również dużo światełka jest i inspiruję się dobrymi rzeczami, innymi emocjami niż tylko danse macabre, więc to jest wspaniałe. Zanim urodziłsię Kai, szukałem tych czarnych emocji, czasami specjalnie, żeby coś poczuć, żeby o czymś móc napisać. Uważałem wtedy, że tylko z tego umiem czerpać, więc sobie tworzyłem w żyćku wokół mnie różnej maści problemy. Teraz nauczyłem się inaczej patrzeć na świat.
Bardziej w dur niż w moll?
No tak. A znasz historię o takiej dziewczynie, która na kształceniu słuchu nie potrafiła dur od moll odróżnić? Profesor gra jej ten moll, gra jej dur a ona mówi no nie wiem, nie wiem, nie wiem. Profesor już jest trochę wkurzony, trochę zdenerwowany. Gra jeszcze raz i mówi, no dobrze, to jest mol. Czy to dla pani jest smutne czy wesołe? A ona mówi, że wesołe. Gra jej ten akord w dur. A to? – pyta. A ona mówi że to jest bardziej wesołe. No więc z tym dur i moll to jest chyba kwestia nastrojenia samego siebie po prostu i subiektywnego nastroju po prostu. Ja bardzo długi czas myślałem melancholijnie, lirycznie. Może byłem za bardzo zamknięty.
Ojcostwo cię otworzyło?
Na pewno. Pokazało mi inne życie.
Nie przestraszyłeś się?
Absolutnie nie. Po prostu nagle pojawił się większy sens. Ja bardzo późno też odkryłem siebie, wcześniej po prostu starałem się nie utonąć, życie wydawało mi się trochę snem, było takim troszkę nie do końca. Jak na siebie spoglądałem na scenie, no to też było takie na sto procent, wiedziałem, że to jestem ja, ale patrzyłem na siebie jak na jakąś postać, ale może raczej ducha. Kasia Nasowska miała podobnie, mówiła o tym, użyła określenia filar, bardzo ładne słowo zresztą, a dla mnie to był duch. Szczery. Ale duch. A teraz to jestem ja, ja, bardzo ja. I to w każdej odsłonie, bo ja mam kilka takich wysp scenicznych, czyli z bandem LemOn, w takim bardziej piosenkowym wydaniu, do wyspy Igora Herbuta, która powstała tak mocno, kiedy wydałem album Chrust i kiedy urodził mi się syn. Potrafię w wielkich salach sam na sam z fortepianem opowiedzieć swoją historię taką bardzo liryczną, wsobną może trochę, taką bardziej intymną. Gram dwie czy dwie i pół godziny o swoich rzeczach a ludzie reagują wspaniale, ich to zabiera i interferuje z nimi. To jest bardzo budujące, schlebia mi to bardzo, bo udowodniłem sobie, że potrafię.
Teraz, po sześciu latach od pierwszej, nagrałem drugą płytę. Nazywa się Żeremia i traktuje o tej dróżce, która doprowadziła mnie do tego momentu, w którym jestem dzisiaj. Ciężko mi się rozmawia o muzyce, to jest jakby się tańczyło o architekturze, żeby przypomnieć co mówił Frank Zappa.
Niektórzy potrafią o niej opowiedzieć, niektórzy nie próbują. Jest w muzyce jakaś metafizyka, bo ona sama jest językiem, który rozumiemy wszyscy niezależnie od kultury, z jakiej pochodzimy.
Bo muzyka, zwłaszcza grana na żywo to jest sama szczerość. Ta zdolność człowieka do improwizowania, ale też, że ja to mogę zrobić, to jest niewiarygodne. Muzycy często mówią „chcesz mnie poznać, to chodź na koncert do mnie”, przyjdź posłuchać jak gram a zobaczysz kim jestem, bo to jest prawdziwa szczerość. Zobacz, jesteśmy tutaj na sesji i to jest super fajne, każdy ma swoją rolę do zagrania, to jest trochę jak film, co nie? Jak teatr. Są role, jest scenariusz. A kiedy wychodzimy na koncert jest odwrotnie. Wychodząc na scenę nie udajemy. Każdy jest szczery w swoim warsztacie.
W życiu cenimy elementy, które nam dają poczucie bezpieczeństwa. Nie chcę nazywać tego maskami, ale wiadomo o co chodzi. A kiedy wychodzisz grać muzykę, możesz być totalnie sobą, zupełnie nagi. To jest niewiarygodne. I pozwala na to żebyś odkrywał sam siebie. I jest dla ciebie autoterapią ale też jest terapią dla innych. Robię to, żeby się nie bać.
Michał Urbaniak mi kiedyś powiedział, że z jazzem jest tak, że stajesz na krawędzi przepaści, a potem po prostu skaczesz.
Bardzo ciekawe, ale tak właśnie jest z improwizowaną muzyką. Studiowałem jazz i bardzo sobie to cenię, miałem zajęcia z wokalu jazzowego, ale też z emisji klasycznej, z Łemkinią, panią profesor Bogumiłą Tarasiewicz. To było wspaniałe, bo śpiewaliśmy i rozmawialiśmy po łemkowsku na zajęciach. Zawdzięczam jej, że mam jakąś taką emisję klasyczno – jazzowo – rockową, a to wszystko wynika z tego, że jestem z folku, że poznałem białego śpiewu trochę, poznałem polifonię. Przez studia jazzowe nauczyłem się zupełnie innego myślenia o intonacji, czy choćby o dykcji, czy oczywiście o improwizacji. Do tego klasyczne otwarcie i obniżenie krtani, dzięki czemu dźwięk wychodzi z ciebie jakby zupełnie bez wysiłku a jest potężny.
Długa droga.
Jeszcze wcześniej grałem wesela, tam się nauczyłem wytrzymałości. Tak, to pokrętna droga, ale może dlatego jestem tak wszechstronny.
Muzyka cię słucha.
Dogadujemy się. W różnych kolorach. Cieszę się bardzo, bo mogę sięgać po różnego rodzaju instrumenty i narzędzia. To pomaga mi zaspokoić ten mój głód dopaminowy artystyczny. Więc lawiruję pomiędzy intymnością małych sal i hałasem wielkich i głośnych festiwali.
Powiedzieliśmy już parę słów o tej łemkowskiej kulturze. Na ile to jest dla ciebie istotna? Żywa? Bo co wiemy o tej kulturze? Andy Warhol…
...i Nikifor. I na tym się jej znajomość kończy.
Niektórzy wiedzą jeszcze o Akcji Wisła.
Mam z tym jakiś problem, bo to jest historia, która nie została ciągle opowiedziana. We własnej głowie żyję w dwóch ojczyznach tak naprawdę. Łemkowie byli dość mocno zagubieni, wiesz, tak tożsamościowo. Obserwowałem to. Jestem takim Łemkiem Łemkiem, przez mojego dziadka, babcię, mamę, która założyła łemkowski zespół pieśni i tańca. Śpiewałem tam i tańczyłem na samym początku mojej drogi artystycznej, to mnie bardzo określiło, bo starałem się sięgać po dobre, pozytywne rzeczy i ta różnorodność, wielokulturowość była dla mnie czymś istotnym. W Przemkowie było dużo Łemków, ale też Ukraińców, Romów. To było coś takiego niesamowitego, prawosławni, katolicy, grekokatolicy...
I ziemia po protestantach.
Dokładnie. Ten tygiel kulturowy był dla mnie czymś formującym, co w późniejszym świecie bardzo mi pomogło, otworzyło na różne formy etniczności, nie takiej „geopolitycznej”, ale po prostu ludzkiej, emocjonalnej. To jest bardzo potrzebne mi, człowiekowi, który stara się mówić językiem muzyki, bo to język łączący wielowątkowość, wielowarstwowość i wielokulturowość. Nazwa zespołu LemOn też jest łemkowska. Lem znaczy Łemko. No i ja też piosenki piszę po łemkowsku, choć akurat na albumie Żeremie nie napisałem nic w tym języku i teraz trochę żałuję.
Będziesz grał na żywo, zawsze możesz zagrać coś, czego nie zamieściłeś na płycie.
To prawda. I cieszę się, że mój warsztat pozwala mi to mogę to zrobić ad hoc, od ręki, że mogę to zrobić sam, albo z chłopakami, bo oni są wspaniałymi muzykami, rozumiemy się doskonale. Daliśmy temu dowód kiedy zabraliśmy się za repertuar pana Marka Grechuty. To są niesamowite rzeczy, ale też bardzo trudne do zagrania. Graliśmy koncerty z projektem Grechuta Herbuta, mieliśmy szczęście gościć panią Danutę Grechutę, która, powiem krótko – pobłogosławiła to, co zrobiliśmy. Uznała, że duch tej muzyki przetrwał. Była wzruszona i to była ważna rzecz dla mnie, bardzo ważna. Bo ja uważałem, zawsze uważałem, że za Marka Grechutę nie wolno się brać. Nie wolno tego robić. Że to po prostu jest klasyka, że jest święte. No a poza tym trudne. Jego słowo ma wartość. Pewien ciężar emocjonalny, i tego nie da się po prostu powtórzyć. Kiedy dostałem zaproszenie do Męskiego Grania, jeszcze nie do Orkiestry, ale żeby po prostu zagrać, to pomyślałem, rany, to jest wyjątkowa rzecz, wyjątkowa sytuacja, dla mnie bardzo istotna, spełnienie marzeń, więc zrobię coś, co będzie trudne. Coś, co będzie wymagało dużego zaangażowania i zmierzenia się z poważnym stresem. Coś z czym będę musiał walczyć, żebym mógł po prostu coś w sobie otworzyć. Wtedy to będzie coś, co dla innych też będzie budujące. Usłyszą, że się odważyłem, że wyniknie z tego dobro, taką miałem nadzieję, to ludzie to poczują. Nie trzeba o tym mówić, ale to poczują. I tak się stało.
Pamiętam ten koncert, padał mega deszcz, mega, mega ulewa. I w czasie trzeciego utworu nagle wyszło słońce i pojawiły się dwie tęcze. To było niewiarygodne. Moje Męskie Granie. Ludzie chowają parasole, wszędzie wychodzi kolor i te niewiarygodne dwie tęcze przez całe pole. I muzyka.
Co graliście wtedy?
Pamiętam. „Będziesz moją panią". Pięknie wyszło. Wjechaliśmy w tym deszczu takim zapomnianym numerem – „Piosenką". To było mocne. Sami się złapaliśmy za serce. Lał deszcz a my czuliśmy, że jest dobry duch, że potrzebny jest tylko znak… akceptacja z niebios. Wiem jak to dziwnie brzmi, ale tak to poczułem...
Dlatego wjechaliśmy w trasę i teraz się spotykamy z projektem Grechuta Herbuta 2.0 na Męskim Graniu. Może zrobimy drugą trasę, bo na tamtą bilety się wyprzedały w sekundę. Było mnóstwo ludzi, graliśmy dwa koncerty w NFM, IC, dwie Romy. Super dużo ludzi, pełen przekrój wiekowy. W Krakowie, kiedy byłą z nami pani Danuta było dwa tysiące ludzi.
Powiedziałeś, że dla Męskiego Grania chciałeś zrobić coś wyjątkowego. Dlaczego? Czy dla muzyków ta marka ma specjalne znaczenie?
Absolutnie! Ja miałem takie poczucie, że pasuję do Męskiego Grania. Czułem, że moja szczerość pasowałaby tutaj, że odnalazłbym tu swoją drogę. Długo czekałem, ale wreszcie ktoś z tej rodzinki, której dziś sam jestem częścią zaprosił mnie i powiedział: zobaczmy, spróbujmy. No i pasowałem. Bo to człowiek nie ma pewności. Wydaje ci się, że pasujesz, ale ktoś kto słucha z boku kręci głową. Męskie Granie ma absolutnie bardzo ogromny impakt. I cieszę się, że tak jest. To ta sama siła, którą mieli Lady Punk, Republika, czy po prostu Manam. To dzięki takim zespołom, kiedy byłem gówniarzem jeszcze miałem taką cichą nadzieję, że to co robię, a może kiedyś będę robił, będzie miało znaczenie. A ja będę mógł porozmawiać o tym z Kayah, która w moim domu była grana wciąż bez końca. Nieskromnie myślałem, że może to, co mam w sercu… że Kayah zrozumie, bo to może być podobne, co nie? Nie wiem dlaczego tak myślałem, ale czułem, że muzyka to jest moje, prawdziwe, to jest to co mnie pociąga, co jest dla mnie absolutnie ważne, bogate i bardzo, bardzo, wilgotne od tej miłości. Potem grałem. A potem okazało się, że miałem rację, bo teraz po prostu się z Kasią bardzo lubimy, pijemy te kawki i rozmawiamy o muzyce, a nawet śpiewaliśmy nie raz ze sobą.
Przeszedłeś kawał drogi.
Kiedy wygraliśmy „Must be the Music" i pisałem swoje pierwsze rzeczy, to się odciąłem od muzyki w ogóle zupełnie, żeby znaleźć siebie, żeby nie inspirować się niczym wokół. Szukałem odpowiedzi na pytanie co mam do opowiedzenia, kim jestem w tym muzycznym sensie, przecież nic nie wiedziałem, nie miałem ani warsztatu, ani wiedzy. Pierwsza płyta była elektrokardiogramem emocji ale przy braku wiedzy była szczera i dlatego ludzie często wracają do niej. Kiedy ja jej słucham pytam samego siebie kto to jest? Jak on śpiewa? Dużo się zmieniło od tamtego czasu.
Szczerość została.
Właśnie. Na Żeremiu poziom utrzymałem. Mam poczucie sukcesu. Więc mam nadzieję, że ta płyta poruszy serduszka.
Wybrałeś tajemniczy tytuł.
Żeremia to dom bobrów. To jest niesamowita inżyniera. Jest stworzony z chrustu, co jest takim pośrednim, bezpośrednim w zasadzie nawiązaniem do poprzedniego solowego albumu. Dom z chrustu i z mułu, którego nie tworzysz sam. Tworzysz go z kimś, z kimś poszukujesz schronienia. Żeremia z zewnątrz wyglądają jak sterta patyków, ale pod taflą wody jest w środku po prostu sucho. To jest niewiarygodna konstrukcja. Ale nie zależy tylko od ciebie, ale też od żywiołu w którym jesteś zanurzony, od wody. Ta symbolika bardzo, bardzo mi się spodobała. Bardzo. Taki dom o który trzeba dbać każdego dnia. Resztę wyjaśnień znajdziesz na albumie.
Więcej w tym temacie:
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
- Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu
- Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
- Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
- Z czego (nie) wypada się śmiać? Polskie poczucie humoru przez współczesną soczewkę
- Aktor Anthony Boyle: od „Harry’ego Pottera” do antykapitalistycznego buntu w Cannes
Pisarz i podróżnik, autor ośmiu powieści i kilku innych książek reporterskich oraz podróżniczych. Pół życia zmarnotrawił na włóczęgę po świecie, utrzymując się z pisania reportaży do kobiecych magazynów albo m.in. prowadzenia ludzi po górach. Był redaktorem magazynów „Malemen” i „Elle Man”. Obszary zainteresowania – podróże, lifestyle, ludzie, rock i heavy metal.
Ma dar słuchania ze zrozumieniem.
Był w stu kilkudziesięciu krajach i jest bywalcem praskiego klubu bokserskiego Fenix. W dniu premiery GQ Poland świętuje premierę swojej najnowszej książki „Włóczęga z Archipelagu. Filipiny”.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Muzyka
Buslav wraca z nowym singlem. Chce więcej niż niewiele
"Wiem, że nie wypełnisz tego, czego sobie dać nie mogę. Jeśli będzie miało być to po prostu będzie sobie", śpiewa Buslav w nowym singlu "Nie chcę". Miła dla ucha letnia propozycja, która pod chwytliwą melodią kryje dojrzały przekaz.
Muzyka
Umiar w byciu miłym. Vito Bambino o powrocie do Męskiego Grania
Vito Bambino jest jednym z najmilszych chłopaków w branży, ale widzi, że za bycie miłym płaci się cenę. I umie o tym opowiadać.
Muzyka
Zalia, Vito Bambino, Igor Herbut i inni artyści w sesji dla GQ Poland
Igor Herbut, Zalia, Vito Bambino, czyli Orkiestra Męskiego Grania 2026, oraz Ofelia Iga Kreft, Leon Krześniak, Kasia Lins, Tomasz Organek i Smolik w obiektywie Kuby Dąbrowskiego.
Muzyka
Madonna is back. Pięć najlepszych momentów z „Confessions II: Film”
Czy to najlepszy prezent dla queerów w Miesiącu Dumy? Być może. Powrót królowej popu to jednak wydarzenie, które doceni każdy fan popkultury. Madonna przypomniała całemu światu, dlaczego od ponad czterech dekad pozostaje punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń gwiazd. Korony nie oddaje, ale pozwala innym przez chwilę ją przymierzyć.
Muzyka
Skylrk is the limit! Justin Bieber będzie sprzedawał… słuchawki
Niedawny headliner Coachelli prężnie rozwija własną markę. Do licznych akcesoriów oraz odzieży dołączy niebawem cała sekcja dla miłośników muzyki.
Muzyka
Wraca Zorza! Dawid Podsiadło i Sobel ze wspólnym projektem
Duet, który rozbije bank polskie muzyki rozrywkowej w 2027 roku? Po przerwie powraca Zorza – festiwal Dawida Podsiadły – i od razu z potężnym newsem.
Muzyka
Szpaku z nowym dissem na raka. Raper dołączył do Bedoesa 2115 i Cancer Fighters
Bedoes 2115 zapoczątkował akcję, której efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. Wszystko zaczęło się od utworu „Ciągle tutaj jestem” – właśnie otrzymaliśmy kolejną zapowiedź nadchodzącego albumu.
Muzyka
Polska lato 2026: muzyczna mapa roku
Blisko 300 wydarzeń z udziałem zagranicznych gwiazd, dziesiątki festiwali od Bieszczad po Trójmiasto. Sezon 2026 zapowiada się jako jeden z najbardziej intensywnych w historii polskiej sceny koncertowej. Oto kompletny przewodnik.