Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
Jedna wiadomość od Paula Thomasa Andersona wystarczyła, żeby Jacob „Kuba” Bojsza znalazł się na planie „Jednej bitwy po drugiej”. Jednak historia operator obrazu o polskich korzeniach zaczęła się dużo wcześniej – od deskorolki, filmowania kolegów i pracy przy teledysku Radiohead. Dziś opowiada nam o Hollywood, rodzinie i o tym, jak wyglądało powstawanie jednego z najgłośniejszych filmów ostatnich lat.
Udostępnij

Jacob „Kuba” Bojsza pracował na planie filmów Paula Thomasa Andersona Autor zdjęcia: John Paul Caballero
– Zobacz, jak tu jest pięknie! – woła Jacob „Kuba” Bojsza, kiedy łączymy się na Zoomie. – Szczerze mówiąc, wygląda tu trochę jak w Polsce, jak w domu mojej babci. Widok za oknem jest przepiękny, wszystko takie zielone. Zresztą sam zobacz.
Wędruje z laptopem, by pokazać mi rozłożyste drzewa i bujną trawę. Późna wiosna w pełni. Dom należy do kumpla i znajduje się w Catskills, północnej części stanu Nowy Jork. Kuba wpadł do niego przy okazji Tribeca Film Festivalu, gdzie światową premierę miał krótki metraż „One Night” rodzeństwa Maggie i Tylera Brownów, przy którym pracował jako operator obrazu (director of photography).
– Jako dziecko spędzałem u babci każde wakacje. Mieszkała w Łowiczu, pod Warszawą, skąd pochodzi moja mama, Marysia – mówi, twarde brzmienie nazw miejscowości łagodząc angielskim akcentem. Zapewnia mnie, że jego polski jest na poziomie pierwszej klasy podstawówki. Wierzę mu na słowo. – Byłem w Polsce zimą tylko raz. Spędziłem tam Boże Narodzenie, kiedy moja babcia już chorowała. Wiedzieliśmy, że to może być ostatnie wspólne święto, więc zorganizowaliśmy wielkie rodzinne spotkanie. To było niesamowite doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę.
Ojciec mojego rozmówcy, Marek, pochodzi z Suwałk. Jego rodzice poznali się w Los Angeles, dokąd wyemigrowali – Marek pod koniec lat 70., a Marysia w latach 80. XX wieku. – Urodziłem się i wychowałem w Kalifornii – dodaje.
Kiedy zwracam się do niego per „Jacob”, od razu mnie poprawia.
– „Kuba”, proszę. Wszyscy tak na mnie mówią.
„Przezwisko” nadali mu rodzice jeszcze w dzieciństwie.
Na co dzień Bojsza mieszka w LA. Chociaż dopiero stawia pierwsze kroki w branży filmowej i pracuje jako operator obrazu przy swoim pierwszym pełnym metrażu, to właśnie dokument, który niedawno ujrzał światło dzienne, sprawił, że – jak zauważa Kuba – zaczęto zwracać uwagę również na niego. Tytuł dokumentu to „Learning, Studying… Always Perfecting: The Making of »One Battle After Another«” („Wciąż się uczyć, zgłębiać i doskonalić: kulisy powstawania »Jednej bitwy po drugiej«”).
Gwoli przypomnienia: „Jedna bitwa po drugiej” – kręcony na taśmie filmowej, a nie cyfrowo, blockbuster Paula Thomasa Andersona z Leonardo DiCaprio w roli wypalonego i przepalonego trawą byłego rewolucjonisty, a także z Teyaną Taylor, Chase Infiniti, Seanem Pennem i Benicio Del Toro – zdominował ubiegłoroczny sezon nagród. Film, który pokochali zarówno widzowie, jak i krytycy, zgarnął sześć Oscarów z trzynastu nominacji.

W dokumencie Bojsza portretuje plan najgłośniejszego filmu ubiegłego roku Autor zdjęcia: Jacob Epstein
– Jak dostaje się fuchę na planie najbardziej wyhajpowanego filmu ubiegłego roku? – pytam nie kryjąc ekscytacji.
– Przez esemesa! - śmieje się.
Ale, jak to bywa w takich anegdotach, historia jest znacznie dłuższa, bo zaczęła się blisko dziesięć lat temu, kiedy Kuba miał 20 lat. Dostał wtedy swoją pierwszą pracę w branży – zajmował się sprzętem w wypożyczalni dla gripów (grip to technik odpowiedzialny za osprzęt kamerowy i konstrukcje wspierające oświetlenie na planie zdjęciowym), ładował i rozładowywał ciężarówki.
– Mój ówczesny szef, Jim Kwiatkowski, jest znanym key gripem, pracował ze Stevenem Spielbergiem i wieloma wielkimi reżyserami – kontynuuje Kuba. – Pewnego dnia przyszedł do mnie i mówi: „Mam teledysk do zrobienia. Zgadnij dla kogo?”. Odpowiadam: „Nie wiem”. A on: „Radiohead”. Byłem zachwycony, bo to mój ulubiony zespół. Po chwili dodaje: „A zgadnij, kto reżyseruje?”. I kiedy usłyszałem „Paul Thomas Anderson”, nie mogłem uwierzyć. To mój ulubiony reżyser. A potem zakomunikował: „Jedziesz ze mną pracować przy tym projekcie”. Było to dla mnie absolutnie niewiarygodne!
Pod koniec zdjęć do „Daydreaming” Radiohead, ekipą zaledwie piętnastu osób udali się w góry, by nakręcić ostatni fragment klipu – kiedy bohater z klatki schodowej wydostaje się na ośnieżone szczyty.
– Byłem jedną z osób, która ustawiała drzwi, by mogły zostać otworzone w kadrze - wspomina Kuba. – Po skończonej pracy poszedłem do baru i zupełnie przypadkiem rozmawiałem z Paulem przez godzinę. Myślę, że po prostu mnie zapamiętał.
Za każdym razem, kiedy PTA go zapraszał do współpracy, Bojsza odpowiadał: „Jasne, z przyjemnością”.
– Chciałem po prostu dawać z siebie wszystko. Tak naprawdę trochę improwizowałem, bo nie byłem operatorem obrazu czy gripem na poziomie ludzi ze związku zawodowego (zrzeszających wyspecjalizowanych członków ekip filmowych – red.). Ale wszyscy byli bardzo cierpliwi i ciągle zapraszali mnie z powrotem – mówi mój rozmówca.
Kuba testował kamery do „Nici widmo” Andersona, pracował przy jego teledyskach zespołu Haim i innych projektach. To były małe produkcje, często poza systemem związkowym, robione niewielkim kosztem. W takich sytuacjach – jak tłumaczy – po prostu dzwoni się do ludzi, którzy mogą przyjść i pomóc. W międzyczasie również cały czas rozwijał się jako operator obrazu i kręcił własne krótkie filmy.
Aż wybuchła pandemia. – Przez nią nie mogłem brać udziału w realizacji „Licorice Pizza” Paula – mówi Bojsza, ale w jego głosie nie słyszę żalu. – Ale już wtedy zacząłem pracować z niektórymi osobami z „ekipy” reżysera, między innymi z Cooperem Hoffmanem. Myślę, że Paul widział część z naszych krótkometrażówek. Zobaczył mnie już nie jako chłopaka od sprzętu, ale jako operatora obrazu.

Paul Thomas Anderson w kadrze Jacoba „Kuby” Bojszy Autor zdjęcia: materiały prasowe
Choć nie ukończył żadnej szkoły filmowej, Kuba przekonuje, że nigdy nie odczuwał takiej potrzeby. To właśnie praca na planie była dla niego „najlepszą szkołą filmową, jaką mógł sobie wyobrazić”, wymagającą pełnego zaangażowania.
Któregoś razu dostał wspomnianego esemesa od PTA o treści: „Co robisz?”. Odpisał: „Nic szczególnego. A ty?”. Podczas naszej rozmowy śmieje się na to wspomnienie, bo doskonale wiedział, czym właśnie wtedy zajmował się reżyser – od trzech tygodni kręcił „Jedną bitwę po drugiej”, największy i do tamtej pory najważniejszy film w jego karierze.
Paul napisał: „Możesz jutro przyjechać do Sacramento? Chcę, żebyś po prostu zaczął kręcić. Rób, co chcesz. Wszyscy cię znają, ufam ci. Korzystaj z instynktu i filmuj wszystko, co uznasz za interesujące”.
Kuba długo się nie zastanawiał. Sześć miesięcy później nadal był na planie i rejestrował już setny dzień zdjęciowy.
– Ze względów bezpieczeństwa miałem tylko tydzień na przeczytanie scenariusza. Z czasem pamiętałem już tylko jego ogólny zarys. Zatem każdego dnia przychodziłem na plan z pytaniem: „Co my właściwie dzisiaj kręcimy?” – opowiada Bojsza. – Wszystkie scenariusze Paula są skomplikowane, ale ten, mam wrażenie, był wybitnie trudny. Do tego kręci się przecież kompletnie poza kolejnością. Każdy dzień był niespodzianką… Ale wiesz, co było najlepsze? – pyta mnie.
– Co? Opowiadaj! – wołam.
– Byłem przekonany, że tylko ja mam takie wrażenie, bo przecież nie należałem do głównej ekipy zdjęciowej, tylko obserwowałem wszystko z boku. Ale potem zacząłem słyszeć podobne komentarze od innych osób. Wszyscy zastanawiali się: „Jak ten film będzie wyglądał? Co my właściwie robimy?” – Bojsza puentuje swoją wypowiedź głośnym śmiechem.
W luzackim sposobie bycia Kuby, jego potoczystej mowie i chrypiącym głosie, jak gdyby przepalonym zbyt dużą ilością fajek lub trawy, jego dłuższych blond lokach, a nawet w oversizowej prostej szarej bluzie z kapturem wyczuwam vibe deskorolkarza, który przecież idealnie wpisuje się w krajobraz kalifornijskich przedmieść. Okazuje się, że dużo się nie mylę.
– Jako nastolatek byłem zakochany w desce – wspomina. – To idealne środowisko dla przyszłego filmowca. Brałem kamerę i dokumentowałem znajomych wykonujących triki. Potem odkryłem, że jeśli dodam odpowiednią muzykę i zmontuję materiał w określony sposób, nagle zaczyna powstawać jakiś styl i snuje się opowieść. Tak przecież zaczynał Spike Jonze. Ostatnio dowiedziałem się, że nawet Joachim Trier jeździł na deskorolce.

Leonardo DiCaprio w kadrze Jacoba „Kuby” Bojszy Autor zdjęcia: materiały prasowe
„Uliczne” filmowanie pozostawia w kadrze sporo surowości i improwizacji. Wiele ujęć sprawia wrażenie niemal partyzanckich. Właśnie ta estetyka wyróżnia „Learning, Studying… Always Perfecting…”.
– Jesteśmy przyzwyczajeni do bardzo wygładzonych materiałów zza kulis, gdzie wszyscy mówią przygotowane wcześniej kwestie – stwierdza mój rozmówca. – Niczego nie aranżowałem. Wszystko rozgrywało się na moich oczach, w czasie rzeczywistym.
Dostał kamerę i nieograniczony dostęp do taśmy filmowej. – Za każdym razem, gdy kończył mi się materiał, mówili: „Wysyłamy ci kolejne dwadzieścia puszek”. Odpowiadałem: „Czadowo!”. Nigdy wcześniej nie miałem taśmy pod dostatkiem – dodaje.
Nagrywał wszystko, wypracowawszy swój własny rytm. Pracował sam, dlatego musiał nauczyć się odpowiednio rozkładać siły, zorientować się, kiedy przygotować kamerę, kiedy założyć nową rolkę, kiedy najlepiej pojawić się na planie.
– Zauważyłem, że najciekawsze momenty dzieją się tuż przed ujęciem i zaraz po jego zakończeniu. Musiałem być wtedy gotowym – kontynuuje Kuba. – Przez chwilę myślałem nawet o robieniu wywiadów. Ale wszyscy pracowali tak ciężko, że szybko zrozumiałem, że to nie ma sensu.
Większość filmu kręcili nocami. Zaczynali o siódmej wieczorem, kończyli o siódmej rano. Ludzie byli wykończeni. – Po co mam zatrzymywać kogoś i prosić o dziesięć minut rozmowy? Co miałby mi powiedzieć w takim stanie? Prawdopodobnie: „Daj spokój, muszę wracać do pracy” – ciągnie.

Kultowa scena Benicio del Toro w „Jednej bitwie po drugiej” od kulis Autor zdjęcia: materiały prasowe
Dlatego w „Learning, Studying…” nie ma gadających głów. Zamiast tego Kuba zabiera widzów i widzki w sam środek akcji, sprawiając, że niemal czują się, jakby stali tuż obok kamery. Już w jednej z pierwszych scen, kiedy Getto Pat, grany przez Leonardo DiCaprio, po udanej akcji w ośrodku detencyjnym dla imigrantów wykrzykuje „Viva la revolución!”, kamera Bojszy pozostaje na dystans. Widzimy nie tylko aktorów, lecz także dziesiątki osób pracujących wokół Paula Thomasa Andersona. Wśród nich jest również Sean Penn, który po zakończeniu swojej sceny jako pułkownik Steven J. Lockjaw nie zaszył się w przyczepie, lecz z fajką w ustach i wyraźną ciekawością przyglądał się występowi DiCaprio.
– Właśnie takie momenty zauważysz na planach Paula! – twierdzi Kuba. – Sean praktycznie zawsze stał gdzieś obok z papierosem. Też jest reżyserem, więc lubi być blisko kamery. Widziałem, jak obserwował sceny z Leo, w których sam nawet nie występował. Benicio jest dokładnie taki sam. Zresztą PTA wielokrotnie opowiadał, jak aktor pomógł w budowaniu swojej postaci, senseia Sergio, co w konsekwencji wpłynęło na kształt „Jednej bitwy…”.
Atmosfera na planie była wyjątkowo bliska, co widać również w kadrach Bojszy. Za każdym razem, gdy kolejni aktorzy i aktorki kończyli zdjęcia, żegnali się uściskami, a wzruszenia nie sposób było ukryć. – Byliśmy jak rodzina – dodaje.
Jest jeszcze tytuł. Pytam Kubę, czy „Learning, Studying… Always Perfecting” odnosi się do jego drogi, która zaczęła się przy klipie Radiohead?
– Można tak powiedzieć – przyznaje. – Tak naprawdę jednak było to coś w rodzaju mantry Paula. Wokół działo się tyle rzeczy jednocześnie, że czasem musiał powiedzieć: „Learning, studying, always perfecting. Skupienie!”. Trochę żartobliwie, trochę na zasadzie: „No dobra, ludzie, wracamy do pracy”. W ten sposób odcinał cały szum wokół.
Na planie powiedzenie wydawało się Bojszy po prostu „zabawne i urocze”. Dopiero później, podczas montażu dokumentu i poszukiwań odpowiedniego tytułu, wrócił do materiału z jednej ze scen i usłyszał, jak Paul powtarza te słowa. Stał przy kamerze, ustawiał kadr, czytał kwestie i co chwilę wracał do tej samej frazy.
– Ludzie, których nazywamy mistrzami, tacy jak Paul, wciąż się uczą, wciąż próbują iść dalej. A dla kogoś takiego jak ja, młodego filmowca, możliwość obserwowania tego jest niezwykle ważna. Nigdy nie dochodzisz do momentu, w którym możesz powiedzieć: „Dobra, zdobyłem czarny pas i koniec”. Tak to nie działa – komentuje.

Kręcenie jednej z ostatnich scen z Seanem Pennem Autor zdjęcia: materiały prasowe
Podobne podejście Kuba wyniósł z domu. Choć sam podkreśla, że do branży filmowej trafił na własną rękę, jego ojciec od lat pracuje przy oświetleniu filmowym. Po emigracji do Stanów Zjednoczonych, imał się różnych zajęć, był na przykład woźnym i barmanem w rezydencji Playboya, aż trafił na plan filmowy dzięki innemu polskiemu emigrantowi – Januszowi Kamińskiemu. Jeszcze zanim operator „Listy Schindlera” rozpoczął współpracę ze Stevenem Spielbergiem, obaj spotykali się przy mniejszych produkcjach, by później znaleźć się w ekipie oscarowego obrazu. Dziś Marek Bojsza ma na koncie projekty realizowane m.in. z Christopherem Nolanem, Davidem Fincherem i Jordanem Peelem.
– Tata to mój największy bohater. Nigdy nie chciałem wykorzystywać znajomości, bardziej obserwowałem, jak pracuje, i próbowałem naśladować jego podejście. Ta etyka pracy i oddanie temu, co się robi, zostały ze mną na zawsze – mówi Bojsza.

Jacob „Kuba” Bojsza film ma we krwi Autor zdjęcia: materiały prasowe
W tej historii nie zapomina też o mamie Marysi. Choć nie pracuje w branży filmowej, Kuba zawsze wymienia ją w podziękowaniach przy okazji ukończonych projektów. Oboje z mężem przeszli długą i trudną imigrancką drogę. Ich syn, wychowany w Los Angeles, nie musiał jej doświadczać.
– Uwielbiam „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego. To jeden z moich ulubionych filmów – stwierdza. – Kiedy go oglądam, myślę o mamie i tacie, ale także o ludziach, którzy musieli zostawić swój kraj.
Dlatego chciałby kiedyś napisać scenariusz inspirowany historią swoich rodziców.
– Każda kultura ma swoje własne wersje takich opowieści. Wszystkie są wyjątkowe i warte opowiedzenia – kończy Kuba.
Więcej w tym temacie:
- Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
- Z czego (nie) wypada się śmiać? Polskie poczucie humoru przez współczesną soczewkę
- Aktor Anthony Boyle: od „Harry’ego Pottera” do antykapitalistycznego buntu w Cannes
- Nicolas Cage, Spider-Man i jeden z najoryginalniejszych seriali ostatnich lat – w czerni i bieli
- Sztuka prowadzenia biznesu
- Matki i synowie: co naprawdę jest trudnego w wychowaniu chłopca? Marta Niedźwiecka odpowiada
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Alexander Zverev: Sportowe niebo, marketingowe piekło
Dlaczego tysiące kibiców wolały „kogokolwiek, byle nie Zverev”? Choć Alexander Zverev jest jednym z najlepszych tenisistów świata, oskarżenia o przemoc domową i kontrowersje wokół jego osoby sprawiły, że jego wizerunek pozostaje jednym z najtrudniejszych do sprzedaży w sporcie.
Sylwetki
Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
Jeden męskości nauczył się od dziadka. Drugi widzi jej fundament w przyjaźni, a za wzór uważa Jezusa. Trzeci twierdzi, że prawdziwy mężczyzna musi choć raz w życiu włożyć szpilki. Czym jest męskość dla współczesnych Romów?
Sylwetki
Adam Driver: Aktor, który nie znosi oglądać siebie na ekranie. Czy dlatego jest najlepszy na świecie?
Scorsese nazwał go najwybitniejszym aktorem swojego pokolenia. Nolan go obsadził. Spielberg też. A on wciąż wymyka się z premier, gdy gasną światła – żeby nie musieć patrzeć na samego siebie. Adam Driver to najbardziej intrygująca sprzeczność współczesnego Hollywood.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Sylwetki
Nosi na nadgarstku swoje wspomnienia. Mateusz Banasiuk o swoich zegarkach
Jako nastolatek mijał go niemal codziennie w przejściu podziemnym. Patrzył, odkładał pieniądze, marzył. W końcu kupił. I stracił w miejscu, gdzie najmniej się spodziewał. Dziś Mateusz Banasiuk ma kolekcję zegarków, z których każdy nosi historię ważnego momentu. Aktor Opowiada, dlaczego bez zegarka na nadgarstku nie wyjdzie z domu i czemu żadnego nigdy nie sprzedał.
Sylwetki
Livka: „Chciałabym, żeby ludzie dalej marzyli”
Marzenia są po to, żeby je spełniać. Tak głosi słynne powiedzenie, a kariera Livki, która marzyła o występowaniu na scenie od dziecka, jest żywym dowodem na to, że wszystko jest możliwe.
Sylwetki
Aktor Anthony Boyle: od „Harry’ego Pottera” do antykapitalistycznego buntu w Cannes
Broadway, Spielberg, Netflix, Festiwal Filmowy w Cannes. Anthony Boyle jest wszędzie, ale nigdy nie zapomina, skąd przybył. Przy okazji festiwalowej premiery „I See Buildings Fall Like Lightning” irlandzki aktor opowiada GQ Poland o tym, co napędza jego bohaterów – i jego samego.
Sylwetki
Hojny kibic. Robert Dobrzycki nie tylko o piłce
Robert Dobrzycki jest wizjonerem. Nie miał nawet 30 lat, kiedy zaczął od zera budować w Europie potęgę Panattoni. Dziś jest współwłaścicielem i CEO firmy w Europie, Indiach i krajach Bliskiego Wschodu. Nie kupuje luksusowych dóbr, ale w czasie aukcji charytatywnych wydaje ciężkie miliony. Ostatnio rozbił transferowy bank Ekstraklasy, sprowadzając do Widzewa Łódź kilka prawdziwych gwiazd.
Sylwetki
Kosmiczne marzenia Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego
Widok Ziemi z orbity go zachwycił. Przyznaje jednak, że tym bardziej tęsknił wtedy za rodziną. – Cieszę się, że jestem już z najbliższymi – mówi Sławosz Uznański-Wiśniewski, inżynier i astronauta, drugi Polak w kosmosie i pierwszy, który przebywał na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.