PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Psychologia i relacje

Matki i synowie: co naprawdę jest trudnego w wychowaniu chłopca? Marta Niedźwiecka odpowiada

Czy matka może wychować syna tak samo jak córkę? Czy bez męskiego wzorca chłopiec sobie poradzi? I dlaczego nawet najbardziej świadome matki nieświadomie ustawiają synów na uprzywilejowanej pozycji? W Dniu Matki rozmawiamy z Martą Niedźwiecką o tym, co naprawdę różni wychowanie chłopców od dziewczynek.

Udostępnij

Marta Niedźwiecka odpowiada o trudach w wychowaniu synów

Marta Niedźwiecka opowiada o trudach wychowywania synów Autor zdjęcia: kolaż GQ Poland

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
26.05.2026

Czy matka wychowująca syna w pojedynkę jest skazana na porażkę? Czy pobłażliwość wobec chłopców zaczyna się już w niemowlęctwie? I co stereotypy płciowe mają wspólnego z radykalizacją młodych mężczyzn? O tym, jak bardzo wychowanie syna różni się od wychowania córki i dlaczego nawet świadomi rodzice powielają schematy, których nie chcą, rozmawiamy z psycholożką Martą Niedźwiecką, autorką podcastu „O Zmierzchu”.

Czy wychowanie przez kobietę syna i córki się różni?
Tak, bardzo się różni. Rodzice, wychowując dzieci, zawsze mają jakieś założenia – dotyczące tego, czym to dziecko jest w odniesieniu do swojej płci i czym powinno się stać. Im bardziej radykalne są normy płciowe w danej kulturze, tym bardziej rozbieżne modele socjalizacji będą stosowane wobec chłopców i dziewczynek.

Jak to wygląda w Polsce?
U nas wciąż istnieje wyraźne rozwarstwienie w postrzeganiu kompetencji przez pryzmat płci: to mężczyzna ma myśleć analitycznie, zarządzać pieniędzmi, być sprawczy, samostanowić, rywalizować i osiągać jak najwięcej. Dziewczynki z kolei socjalizuje się według klasycznego wzorca kobiecości – opieki nad innymi, uległości, dostosowania się i dbałości o wygląd. Problem polega na tym, że rodzice – obok świadomych intencji – chcą, żeby dzieci były szczęśliwe, odnosiły sukcesy, radziły sobie w życiu. Noszą w sobie też mnóstwo nieuświadomionych przekonań i postaw. Przekazują je dzieciom nie słowami, lecz zachowaniem. Pamiętajmy, że dzieci nie uczą się przez gadanie.

Tylko przez modelowanie.
Właśnie. Dzieci obserwują rodziców: jak mama traktuje tatę, jak tata traktuje mamę, kto zarabia pieniądze, kto o nich decyduje, jak wychodzi się z kłótni itd. Myślą sobie: „O, to jest wzorzec, na którym się będę opierać”. Przy czym „myślenie” nie oznacza tu dla mnie świadomego wyboru – bo czterolatek czy czterolatka świadomie nie podejmuje żadnego wyboru. Po prostu patrzy, co mama robi. Jeśli jest dziewczynką, stwierdza, że musi robić tak samo. Tylko wtedy będzie prawdziwą dziewczynką, taką jak mama.

Jeśli teraz złożymy to w całość – dziecko sięgające po lalki zamiast samochodów, po rysunki zamiast piłki – i dodamy do tego kulturowy przekaz, że z chłopcem, który nie chce biegać za piłką, jest coś nie tak, to rodzice zaczną działać. Będą próbowali zmniejszyć dystans między tym, co kultura nieświadomie od nich wymaga, a tym, czego sami – świadomie – chcą dla swojego dziecka. Zaczną tego chłopczyka „normować”.

Czy nawet świadomi rodzice – tacy, którzy wiedzą, że dziewczynka nie musi się malować, a chłopiec nie musi grać w piłkę – w pewnym momencie zaczną mimo wszystko przez presję społeczną wprowadzać te stereotypy?
Tak, dopóki sobie nie uświadomią tego, jak nieświadome przekazy kulturowe na nich działają. Na przykład: czują dyskomfort, że ich syn jest łagodny, a córka wojownicza – i nie wiedzą, skąd ten dyskomfort pochodzi. Tymczasem pochodzi z kultury, od której nie ma ucieczki. Jesteśmy w niej zanurzeni jak ogórki w zalewie – ona nas przenika, my ją kształtujemy, ona kształtuje nas z powrotem. Nawet najbardziej świadomi rodzice nie wychowują dzieci w odcięciu od świata. Prosty przykład: smartfony. Wielu rodziców wierzy, że dzieci powinny mieć ograniczony dostęp do telefonu, ale jeśli go zabiorą, odetną swoje dziecko od rówieśników, bo wszyscy inni go mają. Co tym opisują? Wewnętrzny konflikt między oczekiwaniami większości a własnymi wartościami i przekonaniami.

Czy to znaczy, że czasem świadomie godzimy się na pewne stereotypy, bo boimy się, że inaczej naszemu dziecku będzie po prostu trudniej w szkole?
Tak. Albo wyobrażamy sobie, że dziecku będzie trudno, albo że ta trudność je skrzywdzi. Rodzice robią bardzo wiele rzeczy dla dobra dzieci. To samo w sobie jest chwalebne. Ale „dla dobra dziecka” oznacza czasem nieświadome dostosowanie się do wyobrażonej większości.

Jest taki film – „Billy Elliot” – o chłopcu z robotniczo-górniczej Anglii, który chce tańczyć. Wokół niego panuje bardzo tradycyjna męskość, a on ze swoją delikatnością i pragnieniem wyrażania siebie przez taniec jest jak kosmita. Ale spotyka na swojej drodze kogoś, kto wierzy, że on nie zginie, będąc sobą. Że jak będzie tańczył, zamiast fedrować na przodku, to nie spotka go zagłada. Oczywiście, że będzie miał ciężko, ale ciężko to nie jest jeszcze dramat.

Rodzice bardzo często utożsamiają „ciężko" z opresją i katastrofą…
Tak, tymczasem chronienie dziecka za wszelką cenę przed presją może sprawić, że utemperujemy je tak bardzo, że odbierzemy mu coś istotnego. Najprostszy przykład: tożsamość seksualna. Rodzice czasem wiedzą wcześniej niż samo dziecko, że jest nieheteronormatywne. Można na to zareagować strachem i próbować to „naprostować”, co jest niemożliwe, bo dziecko takie po prostu jest. Albo można zapytać siebie: co mogę zrobić, żeby nauczyć to dziecko przetrwania? Jak znaleźć mu środowisko, które go nie zgniecie, nie odbierze poczucia własnej wartości, nie odbierze sensu życia? Myślę, że problem naszych czasów w Polsce polega na czymś innym. Kiedyś świat był bardzo jednorodny – biały, katolicki, heteroseksualny, bez wielkich rozpiętości majątkowych. Schematy wychowania były proste, bo rzeczywistość była jednoznaczna. Od lat 90. ten świat staje się coraz bardziej zróżnicowany i coraz mniej oczywisty. A nasze wyobrażenia o tym, co dziecku dać i jak je wychować, stają się coraz bardziej kompensacyjne – próbujemy starymi kategoriami opisywać nowe czasy i wychodzi z tego sałatka jarzynowa. 

Dzieci są coraz bardziej zdezorientowane? 
Dokładnie, a także coraz mniej się od nich wymaga, coraz rzadziej mają kontakt z namacalną rzeczywistością – jazdą autobusem, brudzeniem się, zwykłym fizycznym światem. Zamykamy je w kokonach z folii bąbelkowej: nic ich teoretycznie nie uszkodzi, ale też nic ich niczego nie nauczy. Trzeba nieustannie przyglądać się temu, gdzie kultura – z religią, polityką i warunkami ekonomicznymi – kształtuje to, jak my nie tyle mówimy, ile robimy. Bo dzieci mają w głębokim poważaniu to, co im mówimy. Pamiętajmy, że dzieci uczą się przez modelowanie. Jeśli rodzice swoimi postawami pokażą, że walka o wartości ma sens – dzieci się tego naprawdę nauczą.

Wróćmy na matki i synów. Czy to prawda, że wychowują chłopców mniej surowo niż dziewczynki?
Nawet istnieje cykl badań, które zostały zreplikowane i niestety nadal pozostają aktualne. Ich wyniki zależą od kultury: im bardziej tradycyjna, tym różnica w wychowaniu jest wyraźniejsza. Mierzy się czas, w jakim matka – nieświadomie – każe czekać niemowlęciu na reakcję, gdy zaczyna płakać. Porównuje się czas odpowiedzi na płacz dziecka w zależności od jego płci. Tendencja jest następująca: im bardziej tradycyjne społeczeństwo, tym dłużej dziewczynki czekają na pomoc – na karmienie, kojenie, wszelkie formy kontaktu. Chłopcy dostają ją znacznie szybciej.

Dlaczego tak jest?
W bardziej tradycyjnych społeczeństwach kobiety wychowujące dzieci częściej mają głęboko zakorzenione przekonanie, że mężczyzna jest siłą wiodącą. Nieświadomie więc powielają schemat, w którym on jest ważniejszy – szybciej spełniają jego potrzeby, czy to karmienie, przytulenie, zmiana pieluchy – cokolwiek jest w danej chwili konieczne. Im bardziej tradycyjna kultura, tym też większe pobłażanie wobec mężczyzn i tym szybsze zaspokajanie ich potrzeb i zachcianek.

Załóżmy, że mamy matkę samodzielnie wychowującą syna. Z jakimi trudnościami się spotyka?
Samodzielne macierzyństwo – niezależnie od tego, czy mówimy o kobiecie wychowującej dzieci samej, z partnerką, czy z partnerem, ale bez realnego wsparcia – to najtrudniejsze zadanie życiowe. Nieprawdopodobnie wymagające. Systemowo powinniśmy robić wszystko, żeby kobiety wychowujące dzieci w pojedynkę miały jak największe wsparcie: ze strony nauczycieli, wychowawców, a także konkretnych rozwiązań – zajęć pozaszkolnych, które pozwolą matce odetchnąć i zrobić w tym czasie cokolwiek dla siebie. Nie chodzi tu przede wszystkim o pieniądze, ale o system odciążenia. Bo samotna matka robi robotę całego stada. Będzie jej ciężko niezależnie od tego, czy wychowuje córki, czy synów. 

A jak skupimy się na synach?
Jeśli wychowuje synów, dochodzi cały dodatkowy zestaw dynamik wynikających z różnicy płci. Taka matka musi odpowiedzieć sobie na pytanie: kto z mojego najbliższego otoczenia będzie wzorcem dla mojego syna? Brat? Kolejny partner? Ojciec dziecka, który – mimo że para się rozpadła – staje do zadania? Matka nie może być jednocześnie matką i ojcem. Nie da się jednej osobie wprowadzić wzorców obojga płci.

Czy męski wzorzec jest więc niezbędny?
Jest. Ale nie utożsamiajmy go z modelem alfa. Chodzi o to, żeby chłopiec miał w swoim życiu jakiegoś mężczyznę, na którego popatrzy i pomyśli: „Ten typ też jest facetem tak jak ja”. Zobaczy, jak on rozwiązuje różne sprawy – relacje, konflikty, organizację życia, dynamikę w grupie. 

Dużo się mówi o radykalizacji chłopców – o tym, że skręcają w prawo. To oczywiście uogólnienie, ale skoro jesteśmy przy matkach: czy ta pobłażliwość wobec synów sprawia, że częściej machamy ręką na takie prawicowo-radykalne fascynacje?
Bardzo nie chciałabym, żeby to wybrzmiało tak, że cały ciężar wychowania dzieci spoczywa na matkach. Odpowiedzialność ojca jest równie potężna. W przypadku syna, od pewnego momentu, nawet istotniejsza. Czy przeciążona matka może nie sprawdzać, co syn ogląda w internecie? Może. Ale czy w pełnej rodzinie i przy zaangażowaniu obojga rodziców dziecko może wpaść w króliczą norę i zostać wciągnięte przez algorytmy nienawiści? Jak najbardziej, co pokazuje serial „Dojrzewanie”. Radykalizacja młodych mężczyzn to nie jest problem wychowania. To problem społeczny.

Spotyka się tu lęk, niedowartościowanie, zagubienie chłopców, brak sensownych wzorców oraz działanie platform i algorytmów, które są zestrojone na wychwytywanie młodych mężczyzn szukających odpowiedzi. Algorytmy wciągają ich w narracje, które tłumaczą, kto jest winny ich strachowi, dają proste rozwiązania skomplikowanych problemów i mówią, kogo słuchać, żeby w końcu poczuć się pewnie i wiedzieć, co się robi. Tego problemu nie wolno delegować na rodziców, bo oni sobie z nim nie poradzą. Nie są w stanie odciąć dziecka od internetu, bo ono pójdzie do znajomych. Na dnie tego wszystkiego siedzą bardzo szemrane interesy – platform, środowisk politycznych, które za to płacą, i ogromna geopolityczna układanka, w której jesteśmy pionkami. Zrzucanie tego wszystkiego na głowę samotnej matki to jest po prostu niesprawiedliwe.

Jak zadbać o syna w świecie, który jest tak chaotyczny, że trudno go ogarnąć nawet dorosłemu?
Od samego początku trzeba ich uczyć myślenia równościowego. Nie tylko wobec kobiet, ale wobec wszystkich. Tradycyjne wychowanie chłopca, które potem predysponuje go do wpadania we wspomniane prawicowe królicze nory, opiera się na przekonaniu, że biały heteroseksualny mężczyzna to byt, któremu wszystko się należy. Tymczasem wychowanie chłopca powinno zawierać w dużej mierze naukę równościowej współpracy ze światem. Nie jesteś lepszy od innych. Nie należy ci się więcej niż innym. Innym należy się szacunek, miejsce w społeczeństwie, podstawowe prawa i tobie też.

Jak takie sygnały mogą wpłynąć na chłopca?
Jeśli chłopiec trafi potem w środowisko, które mówi mu, że kobiety odebrały mężczyznom władzę, a migranci zabierają pracę – ma już gotowy system myślenia, który pozwala mu powiedzieć: „Chwila moment, nikt mi niczego nie odbiera”. Nie poradzimy sobie w nadchodzących dekadach, jeśli dzieci, które wychowujemy w najlepszej wierze, będą miały korzenie w poprzedniej epoce.

Więcej w tym temacie:

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

1920x1080_ex

Nie pytaj, czy wracać do byłej. Zapytaj, co nowego możecie sobie dać

Ponad dwie dekady po rozstaniu Michał Wiśniewski i Mandaryna znów są razem. W międzyczasie każde z nich zdążyło przeżyć osobne życie, a w przypadku Wiśniewskiego także kolejne małżeństwa. Taka historia aż prosi się o romantyczną puentę o miłości, która przetrwała próbę czasu.

Glue Running – popularna, dynamicznie rozwijająca się społeczność biegowa, która skupia biegaczy w kilku największych miastach Polski, w tym w Krakowie i Warszawie

Czy Strava może okazać się nowym Tinderem?

Internet i aplikacje coraz częściej zastępują bezpośredni kontakt między ludźmi – także ten pierwszy. Pandemia dodatkowo przyspieszyła ten trend, a jednocześnie wywołała boom na aktywność fizyczną – szczególnie outdoorową i grupową. Wraz z popularnością sportowych społeczności rośnie liczba użytkowników aplikacji takich jak Strava, które dla wielu stały się nową przestrzenią poznawania ludzi – niczym Tinder dla aktywnych.

Niewerbalny Język ojcowskiej miłości

Niewerbalny język miłości ojców. Dlaczego łatwiej umyć samochód, niż powiedzieć „kocham”?

Okazywanie uczuć i emocji nie musi być wyłącznie werbalne. – W przypadku ojców to, co najważniejsze, częściej bywa wyrażane za pomocą gestów – mówi nam psychoterapeuta Michał Pozdał.

Czemu zdradzamy?

„I że cię nie opuszczę... aż do kolejnych motyli w brzuchu”. Czemu zdradzamy?

Skoro coraz bardziej kontestujemy monogamię, a prawo i obyczaje nie zmuszają nas do niej tak silnie, jak naszych przodków, to czemu wciąż wybieramy niewierność zamiast etycznej poliamorii?

Ewa Woydyłło

Czy szczęścia naprawdę można się nauczyć? Pytamy Ewę Woydyłło

Nie nazwałabym szczęścia kompetencją, ale jak najbardziej zgadzam się z tym, że ponosimy odpowiedzialność za jego osiągnięcie – mówi nam dra Ewa Woydyłło.

Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing

Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?

Kult nieustanne samodoskonalenia trwa. Po jednej stronie mamy pogoń za lepszym wyglądem i próbą zatrzymania biologicznego zegara. Po drugiej – friction-maxxing, który ma przywracać nam sprawczość. Gdzie szukać rozwiązań i – co ważniejsze – jak nie stracić w tym siebie?

Eksperci radzą, jak być dobrym partnerem

Myślisz, że jesteś dobrym partnerem. Eksperci mają inne zdanie

Nie chodzi o wielkie gesty. Chodzi o to, czy naprawdę słuchasz, czy potrafisz odpuścić rację i czy wiesz, czego twój partner lub partnerka tak naprawdę potrzebuje – zanim sami ci o tym powiedzą.

Dlaczego nie dorastamy?

Nie dorastamy, bo nas na to nie stać?

Wielu z nas wychowali zupełnie niedojrzali i niegotowi do roli opiekunów rodzice, ale słyszymy, że to my jesteśmy zdziecinniali. A co powiedzieć o apologetach i architektach systemu, w którym ciężka, uczciwa praca nie gwarantuje stabilności?