PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Udostępnij

Sukienka Prada Autor zdjęcia: Yan Wasiuchnik
Masza Wągrocka nagrywa mi głosówki. W jednej proponuje spotkanie przy Miłym, barze mlecznym na warszawskiej Saskiej Kępie, a później spacer. Przyjmuję to za dobrą monetę. Zarówno nazwę knajpy, jak i te głosówki – tak jakby podprogowo chciała zapewnić mnie o swojej bezpretensjonalności. Faktycznie, kiedy spotykamy się następnego dnia, przytula mnie na powitanie i od razu zaczynamy paplać jak dawno niewidziani znajomi. Nie wyczuwam dystansu.
Spacerujemy po Francuskiej, by zagłębić się w boczne uliczki w poszukiwaniu dobrej kawy, a nasz dialog niczym nie przypomina klasycznego wywiadu. Wymieniamy się plusami mieszkania na Saskiej Kępie (swojskość) i na Mokotowie (wszystko blisko). Trochę plotkujemy. Kiedy orientuję się, że od dłużej chwili sprzedaję Maszy prywatę, porzuciwszy maskę dziennikarza, peszę się, bo to przecież nie ja gram główną rolę w „Matkach pingwinów”, hitowym serialu Netfliksa, tylko ona. To nie moja historia. Próbuję więc skierować naszą rozmowę na inne tory.
– Jak to jest być jurorką? – pytam. Masza właśnie wróciła z Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”, na którym razem z Michałem Kwiecińskim, Kasprem Bajonem, Bartłomiejem Kaczmarkiem i Agatą Szymańską nagrodzili m.in. Emi Buchwald za reżyserię „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, zeszłoroczny fenomen, który szturmem zdobył kina.
– Na początku wstydziłam się tego, że jestem najmłodsza i mam mniejsze doświadczenie. Zastanawiałam się, czy powinnam trochę się hamować. Czy może właśnie pozostałym osobom zależy, żebym była kompletnie bez filtra, mówiła wszystko tak, jak czuję – wspomina. W jej głoście lekko drży charakterystyczna chrypka.
Finalnie, po dyskusji z samą sobą, postawiła na szczerość. Trafiła też na bardzo sprzyjające środowisko, które zachęcało do przyjęcia innej perspektywy.
– Dzięki temu, że się otworzyłam i zaczęłam dzielić swoimi refleksjami, miałam dużą gotowość do dochodzenia do kompromisów, które wcale nie były zgniłe, tylko bardzo sensowne – dodaje.
Choć jurorowanie było wyczerpujące, dało Maszy satysfakcję. Nie czuje się jednak mentorką, bo jest niewiele starsza od debiutantów i debiutantek, by móc „szokować dorobkiem”.

Top/szorty Missoni, buty Prada Autor zdjęcia: Yan Wasiuchnik
33-letnia aktorka debiutowała na wielkim ekranie niedawno, bo w 2021 roku, komedią sensacyjną „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” w reżyserii Mateusza Rakowicza. Jej Tereska, temperamentna i zadziorna bileterka w kinie, z wzajemnością zadurza się w tytułowym bohaterze, PRL-owskim mistrzu ucieczek z ciupy i gwieździe półświatka, w którego wcielił się Dawid Ogrodnik. Wspiera go i do tego świetnie się bawi.
Kilka miesięcy wcześniej, pod koniec 2020 roku, pojawiła się na planie „Króla”, wyhype’owanej do granic serialowych możliwości ekranizacji prozy Szczepana Twardocha w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego. Masza grała Zosię, narzeczoną Moryca Szapiry. To także bohaterka charakterna, niezależna i niedająca sobie w kaszę dmuchać, którą najczęściej określa się mianem „silnej”.
I był jeszcze „Kiedy ślub?” (2023), serial duetu Piotr Domalewski i Łukasz Ostalski, gdzie wcieliła się w Gosię, przyjaciółkę głównej bohaterki. Choć początkowo zaproszono ją na casting do innej roli, po lekturze scenariusza zapragnęła zagrać właśnie ją. Jak wspomina, opis postaci brzmiał mniej więcej tak: „Eteryczna, modelkowa, joginka, blondynka. Po prostu najpiękniejsza osoba na świecie. Elf”.
– Pomyślałam sobie: eteryczna nie jestem, elfia raczej też nie – opowiada Masza. Mimo to wiedziała, jak tę Gośkę „zrobić”. Wyprosiła u reżyserki castingu możliwość przeczytania bohaterki. Zgodziła się. – Pojawiłam się odmieniona, w nowych włosach, które sama sobie wcześniej wymyśliłam. Moim zdaniem to też pomogło, by dostać tę rolę.
Gośka jest lekkoduchem, żyje chwilą, jej charakter oddaje emploi – ma długie włosy, niedbale spięte na górze, nosi boho ciuchy, pewnie popala też trawę, codziennie zakochuje się w innych facecie (do czasu). Trochę hipiska, ale z mieszkaniem w Warszawie. Ponownie to jednak twarda zawodniczka, która bierze życie za rogi i wychodzi z tej potyczki zwycięsko.
Spacerując po Saskiej Kępie, docieramy do kawiarni w odrestaurowanym modernistycznym pawilonie. Zamawiamy kawę. Siadamy dość niefortunnie, pośrodku niewielkiej przestrzeni, tuż przy ladzie, więc – niespodziewanie dość dramatycznym – tłem naszej rozmowy stają się odgłosy trzaskających naczyń i gwar. Masza kładzie na blat swoje niewielkie przeciwsłoneczne okulary o owalnych kształcie (modne!). Zaczesuje blond włosy. Zakłada nogę na nogę. Dopiero teraz dostrzegam, że nosimy podobne koszulki w szerokie pasy.
– Chcesz sprawdzić, czy to się nagrywa? – pyta mnie, kiedy włączam dyktafon w telefonie.
– Nie – odpowiadam. Leci.
– Nie masz lęków – Masza stwierdza tonem, w którym pobrzmiewa coś na kształt samokrytyki. Jakby tę uwagę kierowała przede wszystkim do siebie. – To ja i moje lęki.
Lęk nie idzie w parze z emanującymi siłą bohaterkami. Co to za paradoks?
– Przez bardzo długi czas głównym motywatorem mojego życia był właśnie lęk i unikanie porażki. To nie były decyzje wynikające z przekonania, że wiem, czego chcę, i zrobię wszystko, żeby to mieć. Raczej bałam się podjąć złą decyzję, bałam się oceny, odrzucenia, tego, że ktoś coś podważy – opowiada.
Jednocześnie miała bardzo silny temperament. To rodziło w niej wewnętrzny konflikt. Bała się, że ktoś zmieni o niej zdanie, przestanie ją lubić albo wepchnie do szuflady z podpisem: „Trudna aktorka”. Nie umiała też sprecyzować swoich pragnień i tego, czego chce. Właściwie na każdym poziomie życia przepychała się z lękiem.
– W ogóle nie dostrzegałam, że większość rzeczy, które zrobiłam, już jako nastolatka, a nawet dziecko, wymagała ogromnej cierpliwości, wytrwałości i siły charakteru – kontynuuje.
Mam wrażenie, że przestrzeń naszego stolika – mimo hałasu – nagle staje się intymna.
Jako dziecko szkoliła się, by być zawodową skrzypaczką. W wywiadach opowiada o wielogodzinnych treningach. Później miłość do muzyki przybrała inną formę i Masza postanowiła studiować musical w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Na drugim roku odkryła jednak, że bardziej kręci ją praca nad sceną niż piosenką. Częściej chodziła do Teatru Wybrzeże niż do Muzycznego.
– Zmieniło mi się marzenie – wspomina. Postanowiła wrócić do stolicy, skąd pochodzi, i spróbować sił w akademii teatralnej. – Trochę na rympał przerobiłam moje sceny dialogowe na monologi i przyjechałam do Warszawy.
Biorąc pod uwagę jej potrzebę kontroli i zamiłowanie do przygotowania, tamten skok na głęboką wodę wydaje się jej dziś niemal szalony. Jednak mimo wszystko udało się – dostała się na wydział aktorski. W trakcie studiów wydarzyła się praca przy wspomnianych „Królu” i „Najmrze”. Otrzymała też angaż w „Marii Callas. Master Class” u boku Krystyny Jandy w Och-Teatrze.
– Kiedy dostałam rolę u Krystyny Jandy, myślałam, że umrę ze szczęścia. Czułam się, jakbym złapała Pana Boga za nogi – wspomina. – Później już bardzo długo nie czułam czegoś takiego.

Marynarka H&M Studio Autor zdjęcia: Yan Wasiuchnik
Masza co chwilę zerka w stronę drzwi wejściowych kawiarni. W trakcie naszej rozmowy kilka osób pozdrawia ją z daleka, za co przeprasza. „Tylu znajomych” – słyszę. Przy kolejnych pytaniach jej oczy błąkają się po przestrzeni. Nie unika odpowiedzi, raczej sprawia wrażenie, jakby każdą z nich musiała najpierw odnaleźć gdzieś poza nami.
W tym roku mijają trzy lata, odkąd zrezygnowała z etatu w Teatrze Narodowym, do którego dołączyła jeszcze w trakcie studiów, w 2017 roku.
Teatr wciąż ją przyciąga, choć przyznaje, że każda kolejna produkcja wymaga od niej coraz większej mobilizacji. – Jak już jestem w teatrze, czuję tę szajbę i energię, która jest zupełnie niepodrabialna. Myślę wtedy: „Kurde, jednak to kocham” – odpowiada, kiedy pytam, czy tęskni za sceną. Poza nią entuzjazm bywa mniejszy. Procesy teatralne wspomina jako często wyczerpujące emocjonalnie.
– Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy z tego, jak intensywne to jest przeżycie. I psychicznie, i fizycznie – mówi. Próby potrafią rozciągać się od rana do późnego wieczora, a nawet przy bardziej przyjaznym harmonogramie dzień pracy aktora rzadko kończy się po ośmiu godzinach.
Najtrudniejsze zaczyna się jednak później. W filmie nieudana scena zostaje za aktorem. W teatrze trzeba wracać do roli raz za razem, także wtedy, gdy nie jest się do końca przekonanym do efektu końcowego. – Schodzisz ze sceny z poczuciem zawiedzenia samej siebie, ale przede wszystkim widza. To jest ciężkie – przyznaje.
Od początku kariery nie należała do osób, które siedzą cicho. Na próbach dyskutowała, czasem wchodziła w spory. – Mam bardzo rozkręcony alert na niesprawiedliwość. Jak słyszę, że coś jest nieprawdziwe albo niemądre, wszystko się we mnie burzy – mówi.
Dziś z większym spokojem podchodzi do zespołowości. – Widzę, że wspólna praca jest czymś wyjątkowym. Ale jednoczenie moja wyporność na nią trochę się zmniejszyła. Nie zawsze pracujesz z ludźmi, z którymi masz ochotę pracować – dodaje. Kiedyś wierzyła, że każdy dogada się z każdym. Są jednak fundamentalne sprawy, których nie da się pogodzić.
Teoretycznie etat w teatrze daje przestrzeń do rozmowy i negocjacji, ale w praktyce – jak przyznaje Wągrocka – nie wszystko działa tak prosto. Istotą pracy na etacie jest przecież wykonywanie poleceń szefa. Uważa to za uczciwy układ. Aktor i aktorka mają wprawdzie prawo raz w sezonie odmówić przyjęcia roli, jednak takie decyzje rzadko spotykają się ze zrozumieniem. Presja więc istnieje.
– W filmie rzeczywiście wiem, z kim będę pracowała. Chociaż często są to nowi ludzie, więc o pewność trudno… – Nagle Masza przerywa.
Jest coś, o czym bardzo chce powiedzieć, ale jednocześnie bardzo się boi. Niedawno straciła projekt. Z różnych źródeł dowiedziała się, że jej koledzy mieli wynegocjowane bardzo dobre pieniądze. Aktorkom, w tym jej, zaoferowana znacznie mniej. Kiedy próbowała uzyskać swoje standardowe honorarium, słyszała wciąż to samo: nie ma na to pieniędzy.
– Zaczęłam się już łamać. Myślałam, że może rzeczywiście ich nie ma – wspomina. – Ale intuicja mi podpowiadała inaczej. Przez sposób prowadzenia tej rozmowy, język, który był używany, coś było po prostu nie tak.
Najbardziej uderzył ją ton. – Zaczynasz wyczuwać taki rodzaj protekcjonalności – mówi. Żeby wytłumaczyć absurd sytuacji, sięga po prostą analogię. – To tak, jakbym wybrała konkretnego fryzjera, poszła do salonu i powiedziała: najbardziej podoba mi się pani praca i w związku z tym zapłacę 20 proc. mniej. To jakiś absurd.
Stanęła przed wyborem. Mogła przyjąć rolę za stawkę niższą niż trzy czy cztery lata temu, mając świadomość dysproporcji w zarobkach kobiet i mężczyzn, ale zyskać finansowe bezpieczeństwo i kolejny projekt, który „w jakiś sposób ją buduje i napędza”. Mogła też zrezygnować.
– By być w zgodzie z sobą – nie zrobić projektu, ale nie zgodzić się na taką hardcore’ową dyskryminację.
Wybrała drugą drogę.
– Jestem z siebie bardzo dumna – stwierdza. I niemal natychmiast dodaje: – Jednocześnie drżę, bo jeśli tak będzie dalej, to w pewnym momencie się ugnę.
Przyznaje, że wcześniej nie spotkała się z podobną sytuacją, przynajmniej nie w takiej skali. Ale nie ma wątpliwości, że problem jest szerszy.
– Przecież wiemy, że te dysproporcje w stawkach kobiet i mężczyzn nadal obowiązują.
Masza zaznacza, że problemu nie da się rozwiązać między aktorami i aktorkami. Kiedy kilka lat temu zaczęła rozmawiać o tym ze znajomymi, wielu jej kolegów było szczerze zdziwionych. – Mieli poczucie: zaraz, przecież ten temat już dawno został wyciągnięty na wierzch. Jakim cudem nadal obowiązuje?
To nie jest dla nich abstrakcja. Niektórzy mają partnerki aktorki, więc różnice szybko stają się widoczne. – Nagle odkrywają, że dziewczyna, która ma dużo więcej ról na koncie, gra za takie same pieniądze jak chłopak, który zrobił dużo mniej i ma mniejszą rozpoznawalność. Faceci też widzą ten absurd.
Nie wierzy jednak, że problem da się rozwiązać indywidualnie. Są potrzebne zmiany systemowe. – Stawki trzeba byłoby regulować z pomocą związków zawodowych, ustawić jakieś widełki albo coś musiałoby się wydarzyć po stronie producentów, żeby rzeczywiście je wyrównać.
Jednocześnie sama wskazuje na największą trudność. W zawodzie, w którym wszystko jest uznaniowe, trudno znaleźć obiektywne kryteria. – Jak wyliczyć, ile waży czyjeś aktorstwo, czyjś talent, czyjaś rozpoznawalność? Czy widzowie lubią tę osobę, czy przyciągnie ludzi do kina? Ile ma lat pracy, jakie doświadczenie, jakie role za sobą? Bardzo trudno to usystematyzować.
Czy aktorki i aktorzy się boją mówić? Wnioskuję, że absolutnie tak.

Set Louis Vuitton Autor zdjęcia: Yan Wasiuchnik
Trudno o bezpieczniejsze miejsce dla aktorek i aktorów niż plan „Matek pingwinów”. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie, czytając wywiady z obsadą. Takie też wyłania się z rozmową z Maszą. Wygrała casting, kiedy właściwie kończyła „Kiedy ślub?”.
– Wyszłam więc z postaci Gośki – ekstrawertycznej, rozemocjonowanej, ciepłej, prześmiesznej, takiej, która non stop ma głupawkę i jest słodka – i weszłam w bohaterkę, która wszystko w sobie tłumi, jest introwertyczna, silna jak skała, rozpala się od zera do stu w sekundę, ma problemy z agresją, samokontrolą i działa w wyparciu – mówi Wągrocka.
W „Matkach…” gra Kamę, zawodniczkę MMA („Teraz rozumiem, co to znaczy nie być w stanie napisać SMS-a, bo tak bolą cię ręce od bicia w worek” – słyszę, kiedy Masza opowiada o czasie spędzonym na treningach w fighterskich klubach), która godzi karierę sportową z wychowywaniem syna w spektrum. Jej losy splatają się z historiami Uli (Barbara Wypych), influencerki parentingowej, Tatiany (Magdalena Różczka) oddanej opiece nad synem z dystrofią mięśniową, oraz samodzielnego ojca (geja – o czym, w kontekście tego serialu, w mediach zdecydowanie za mało się mówi) Jerzego (Tomasz Tyndyk). Zacieśniają więzy w szkole „Cudowna przystań”. Produkcja porusza tematy rodzicielskiej miłości, wspólnotowości, a także trudów codziennej harówki przy dzieciakach (nie tylko z niepełnosprawnościami). Reżyserują Klara Kochańska-Bajon (która jest też pomysłodawczynią serialu) i Jagoda Szelc. Pierwszy sezon serialu był turbo hitem Netfliksa (nagrodzonym Orłami).
Masza mówi o Kamie jako o „pomyślnym odwróceniu tego, czego do niedawna mogliśmy spodziewać się po głównych rolach męskich”. Co prawda punktem wyjścia jej bohaterki jest postać samotnego wojownika, który sam chce uporać się ze swoimi problemami, nie szuka pomocy, a wręcz ją odrzuca, ale jej wrażliwość i społeczne położenie są bardzo kobiece. Dotyczy to również ograniczeń, jakie ją spotykają.
– Jest matką, ma fajnego byłego partnera, ale jednak samodzielnie wychowuje dziecko – tłumaczy Masza. – Po porodzie wypadła ze sportowego obiegu i nie spotyka mężczyzn.
Figura samotnej wojowniczki to nie nowość. Moja rozmówczyni wymienia: Erin Brockovich, fighterki Hilary Swank, postacie Krystyny Jandy.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wiele z waleczności Kamy ma również Masza.
W opowieściach aktorek i aktorów jest jeszcze poczucie wspólnotowego doświadczenia na planie. Według Maszy stworzyło się ono dzięki szczegółowym próbom, które pozwoliły głęboko wejść w materiał, i otwartości twórczyń na zmiany.
– Musimy mieć absolutną jasność co do materiału, ponieważ później wpuszczamy w to dzieci – tłumaczy Wągrocka. – Próby również sprawiły, że mamy do siebie ogromne zaufanie. Bardzo głęboko rozpoznaliśmy swoje postacie. Wiedziałam, na co mogę sobie pozwolić, a na co nie.
Ta wcześniejsza praca zbudowała między nimi – aktorkami, reżyserkami – bliskość. – Oczywiście nadal dyskutujemy na planie, szukamy najlepszych rozwiązań, rodzą się nowe rzeczy, ale fundament jest bardzo solidny. Ta bliskość wydarzyła się też dzięki dzieciom – dodaje.
W tym roku „Matki pingwinów” powrócą z drugim sezonem. Tym razem bohaterki i bohaterowie otwierają swoją szkołę. Nowa odsłona okazała się dla Maszy znacznie bardziej wymagająca niż pierwsza.
– Ten sezon kosztował mnie dużo więcej. Pod każdym możliwym względem – słyszę.
Odcinki mniej skupią się na samym rodzicielstwie, a bardziej na relacjach między dorosłymi, przyjaźni, stratach i przemianach. Jest też więcej o tym, czym właściwie jest rodzina.
– Mam wrażenie, że ten sezon jest bardziej romantyczny – mówi.
W tym roku Wągrocka pojawi się również w „Znieczuleniu”, pierwszym serialu medycznym Netfliksa. Gra kierowczynię karetki. Na początku wydawało jej się, że bohaterkę można poprowadzić ostrzej, jako typową chłopczycę. Szybko jednak odrzuciła ten pomysł. Obserwowała kobiety pracujące w służbach i zauważyła, że przez mundur zostaje im niewiele przestrzeni na indywidualność. Dlatego walczyła o detale – trochę biżuterii, „specyficzny” makijaż.
– Nie chciałam, żeby była po prostu dziewczyną w dresie i bejsbolówce – mówi.
Razem z Karolem Biskupem, swoim młodszym kolegą ze szkoły teatralnej, zaczęli improwizować przy scenariuszu. Reżyserowi, Łukaszowi Ostalskiemu, spodobała się ich dynamika, a Wągrocka miała poczucie, że ich bohaterowie pełnią w serialu funkcję comic relief.
– Jesteśmy tam fajnymi, zakochanymi dzieciakami.

Set Louis Vuitton Autor zdjęcia: Yan Wasiuchnik
Kiedy pytam, czego nauczyły ją koleżanki aktorki, odpowiada bez wahania: „Masę rzeczy”. Mówi o nich jako o „wszystkich kolorach tęczy” – każda wnosi coś innego. Ale najważniejsze okazało się odkrycie, że podziwiane przez nią od lat aktorki zmagają się z tymi samymi lękami.
– Spotkałam kobietę, którą uważam za wybitną, i nagle rozpoznałam w niej to samo morze lęku, niepewności czy trudności z wycofaniem się z sytuacji, która już jej nie odpowiada.
To cały czas, jak stwierdza, trwa. Nie znikają też pewne doświadczenia wspólne dla kobiet. – Chodzi o to samo: musimy coś powiedzieć głośniej, trochę mocniej tupnąć nogą, żeby się przebić. Nadal musimy bardziej się napracować.
W rozmowach z innymi kobietami zauważyła, że każda wypracowuje własną strategię przetrwania. Jedne milczą, inne uzbrajają się w wiedzę i fakty. Jej sposobem było zostanie „superkumpelą”.
– Tą najmniej problematyczną. Śmieszną, do tańca i do różańca. To jest część mojej natury, ale czasami widziałam, że choć coś już mi się nie podoba, to ja nadal tkwię w tej roli, żeby nie być problematyczna.
Wyjście z niej okazało się trudniejsze, niż przypuszczała. – Kiedy przestałam to robić, było to dla mnie przerażające. Nagle słyszysz: „Zmieniłaś się”. Tymczasem zawsze taka byłam, tylko bałam się to odsłonić.
Właśnie dlatego szczególnie poruszają ją rozmowy ze starszymi koleżankami po fachu. Kobietami, które mają za sobą wielkie role i imponujące kariery, a mimo to – jak mówi – „czasami w rozmowie z dyrektorem czy inną osobą nadal czują się jak małe dziewczynki, bo są tak traktowane”.
Widzi zmianę. – Jest masa wspierających facetów, którzy zaczęli interweniować, co mnie rozczula i daje mi wielką nadzieję. Moim kolegom nie trzeba już nic tłumaczyć. Oni sami zwracają uwagę innym mężczyznom.
Jednocześnie też, jak zauważa, mężczyźni się boją, że zostaną wrzuceni do jednego worka z „predatorami czy seksistowskimi dziadersami”. – Co ciekawe, ten strach widzę właśnie u chłopaków, którzy są wspaniali, ciepli, mądrzy – wylicza.
Coraz częściej koledzy aktorzy dzielą się z nią również wątpliwościami.
– Ktoś zagrał scenę z koleżanką, potem mówi: „Kurde, nie wiem, może za blisko zadziałałem. Taka była scena, tak nas reżyserowano. Zapytałem ją, powiedziała, że wszystko OK, ale jakoś mnie to męczy”. Naprawdę poświęcają temu uwagę – relacjonuje Masza.
Stara się ich uspokajać. Kobiety widzą różnicę między czymś przypadkowym a czymś cynicznym i wykalkulowanym.
– Wiem, kiedy ktoś nadużywa swojej pozycji, dotyka cię w nieodpowiedni sposób, rozmawia z tobą jak z małą dziewczynką, deprecjonuje cię, mówi do wszystkich kolegów „pan”, a do ciebie „Maszka” – opowiada.

Marynarka H&M Studio Autor zdjęcia: Yan Wasiuchnik
Przez długi czas nie potrafiła uwierzyć w to, co widzieli inni. Miała wokół siebie przyjaciół, którzy nieustannie przypominali jej, co osiągnęła, ale sukces pozostawał dla niej bardziej intelektualną kategorią niż emocjonalnym doświadczeniem. – Mogłam to wypisać na kartce, ale nie czułam tego w ciele. Nie przekładało się to ani na spokój, ani na satysfakcję. Cały czas byłam rozedrgana i w piekielnym lęku.
Pracowała nad tym latami. Nawet podczas zdjęć do „Matek pingwinów” reżyserki musiały ją czasem stawiać do pionu. Przypominały jej, że sama wykonuje wszystkie sceny, że wytrzymała treningi i restrykcyjną dietę, że dzieci na planie ją uwielbiają. – Myślałam wtedy: rzeczywiście, jestem z siebie dumna. Ale nadal nie umiałam tego poczuć w ciele.
Zamiast spokoju był „przykurcz”. „Dusiołek”, jak mówi, przywołując stwora z „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Jej prywatna nemezis.
Coś zmieniło się dopiero w ostatnich miesiącach. Po trudnych prywatnych doświadczeniach wróciła do terapii. Wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewała.
– Obie się zorientowałyśmy, że już się nie boję.
Przez całe życie bała się dorosłości. Wydawała jej się czymś strasznie wymagającym. – Dorosły był dla mnie figurą „boga z Olimpu”. Kimś, kto wszystko wie, jest spokojny i pewny.
Zrozumienie, że dorośli również improwizują i popełniają błędy, przyszło późno. – Po raz pierwszy usłyszałam z własnych ust: „Ja już nie chcę być dłużej dzieckiem. Chcę być dorosła”.
Nie dlatego, że musi. Po prostu chce.
Zdjęcia Yan Wasiuchnik
Stylizacje Karla Gruszecka
HMUA Łucja Siwek
Asystentka stylistki Alicja Czop
Produkcja Mila Zbińkowska
Więcej w tym temacie:
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
- Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu
- Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
- Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
- Z czego (nie) wypada się śmiać? Polskie poczucie humoru przez współczesną soczewkę
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.
Sylwetki
Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?
Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.
Sylwetki
Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Serial „Morfeusz” przyniósł Kamilowi Szeptyckiemu pierwszą główną rolę, a Mateuszowi Kmiecikowi kolejnego twardziela. Jednak najciekawsze wydarzyło się poza kadrem – obaj odkryli, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczali.
Sylwetki
Ignacy Liss. Duma i uprzedzenie
W konkursie głównym jednego z najważniejszych serialowych festiwali świata – Séries Mania – Grand Prix zdobył „Proud”, najnowsza polska produkcja HBO Max. Statuetkę dla najlepszego aktora odebrał odtwórca głównej roli – Ignacy Liss. Nagle, w ciągu jednego dnia, zrobiło się o nim głośno.
Sylwetki
Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu
Co musi się wydarzyć, żeby zwyczajny chłopak, skejt z Żoliborza, zaśpiewał w Metropolitan Opera albo na otwarciu letnich igrzysk olimpijskich, albo wystąpił z ASAP Rockym na prestiżowej gali Des Pièces Jaunes w La Défense Arena?
Sylwetki
Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
Jedna wiadomość od Paula Thomasa Andersona wystarczyła, żeby Jacob „Kuba” Bojsza znalazł się na planie „Jednej bitwy po drugiej”. Jednak historia operator obrazu o polskich korzeniach zaczęła się dużo wcześniej – od deskorolki, filmowania kolegów i pracy przy teledysku Radiohead. Dziś opowiada nam o Hollywood, rodzinie i o tym, jak wyglądało powstawanie jednego z najgłośniejszych filmów ostatnich lat.