PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?
Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.
Udostępnij

Niezależnie od percepcji sztuki i wizerunku Jeffa Koonsa nazwisko jego nazwisko coś nie tylko bywalcom galerii Autor zdjęcia: Bryce Anderson
Geniusz, wizjoner, hochsztapler, król kiczu i CEO sztuki – trudno wymówić na jednym wdechu epitety, którymi publiczność i krytyka przez dekady obdarzały Jeffa Koonsa. Jeszcze trudniej uznać je za spójną biografię, ale pasują do jednego z najbardziej wpływowych żyjących artystów jak do mało kogo.
Może to ten dysonans sprawia, że niezależnie od percepcji jego sztuki i wizerunku samo nazwisko mówi coś nie tylko bywalcom galerii. Jego prace trafiają zarówno do muzeów, jak i na listę aukcyjnych rekordów, a nawet – jak w przypadku projektu „Moon Phases” – poza orbitę Ziemi. On wydaje się szczerze wierzyć we własny sukces, misję i uczciwość. I może dlatego tak łatwo jest go nienawidzić – i tak trudno zignorować.

Jeff Koons wielokrotnie deklarował, że chce uwolnić widza od poczucia winy wobec własnych upodobań estetycznych. Autor zdjęcia: Bryce Anderson
Od Duchampa do milionów na koncie
Urodził się w 1955 roku w Pensylwanii. Studiował sztukę, interesował się malarstwem, próbował sił w nowojorskim świecie galerii. Szybko jednak się zorientował, że w epoce późnego kapitalizmu bardziej niż pędzel liczy się pomysł na widzialność. Jego pierwsze znaczące prace – jak seria „The New”, w której eksponował fabrycznie nowe odkurzacze w gablotach – nie tyle zachwycały formą, ile zmuszały do zadania pytania o to, czy powszedni atrybut konsumpcji może być obiektem kontemplacji.
Już wtedy jego dialog z Marcelem Duchampem był czytelny – tyle że Koonsa trudno byłoby uznać za antysystemowca. Choć w swoich pracach podkręcał ironię do maksimum i próbował grać na nosie krytykom, robił to w ramach narzucanych przez kapitalizm i logikę rynku, słusznie doprowadzając antyestablishmentowych konceptualistów do wściekłości. Ale wtedy – czyli w latach 80. – jeszcze nie było wiadomo, że Koons będzie sprzedawał rzeźby za dziesiątki milionów dolarów.
Uznanie w świecie sztuki zdobywał za sprawą takich serii jak „Equilibrium” z piłkami do koszykówki w roli głównej. Ale dopiero późniejsze słynne rzeźby – „Rabbit” czy „Balloon Dog” – które przypominają dziecięce zabawki – stały się wyznacznikami jego stylu i czymś, co przyciągało uwagę kolekcjonerów i galerzystów oraz prowokowało dyskusje o granicach sztuki i kiczu.
W 1991 roku Koons zaprezentował „Made in Heaven” – serię erotycznych prac z udziałem swojej partnerki, Ilony Staller. Krytycy zobaczyli w tym nie tyle odwagę, ile spektakl narcyzmu i cynizmu w taniej pornograficznej scenografii. On twierdził, że chodziło mu o zniesienie wstydu, akceptację, duchowość. Ta rozbieżność – między deklarowaną niewinnością a wywoływaniem skandalu – będzie mu towarzyszyć już zawsze i dostrajać się do sinusoidy fascynacji i odrzucenia przez świat sztuki.
Najntisowy kryzys zażegnał pracami wchodzącymi w cykl „Celebration” – gigantycznymi, perfekcyjnie wykonanymi obiektami przypominającymi balony, tulipany i zabawki. Ich produkcja niemal doprowadziła go do bankructwa, ale jednocześnie zdefiniowała jego status. Dziś to właśnie one osiągają rekordowe ceny.
Maksimum wszystkiego
Nie sposób mówić jednak o Koonsie bez jego pracowni. To nie klasyczne atelier, lecz system – fabryka, w której dziesiątki asystentów wykonują zaplanowane projekty. Koons niemal całkowicie odcina się od fizycznego aktu tworzenia. W tym sensie bliżej mu do CEO i technokraty niż do malarza, rzeźbiarza, rzemieślnika. Ale takie przesunięcie nie jest jego wynalazkiem – zapoczątkowali je artyści tacy jak Andy Warhol, do którego autor „Rabbita” bywa porównywany.
Koons po raz kolejny przeskalował cudzą ideę, doprowadzając do tego, że proces twórczy stał się działaniem niemal czysto koncepcyjnym. Dla jednych to naturalna ewolucja sztuki w epoce produkcji masowej, dla innych – jej ostateczna kapitulacja. Dzieło przestaje być zapisem indywidualnego doświadczenia, a staje się produktem zarządzanym, skalowalnym i kompatybilnym z rynkiem globalnym.
Koons rozumie mechanizmy tego rynku – aukcje, branding, współprace z luksusowymi markami (jak Louis Vuitton czy BMW) – i wykorzystuje je jako medium. Jego twórczość funkcjonuje równie mocno w salach muzealnych (rzeźba „Puppy” na stałe wita gości Guggenheim Museum Bilbao) co w raportach sprzedaży.
Krytyka artysty jest niemal tak samo znana co jego prace. Zarzuca mu się pustkę, kicz, podporządkowanie rynkowi, brak głębi. Nicolas Bourriaud nazwał jego twórczość „chromowanym koszmarem”, Mark Stevens stwierdził, że „dekadencki artysta” służący „kiczowatym bogaczom” to symbol epoki, w której sztuka stała się dodatkiem do portfela miliarderów. Retrospektywy Koonsa – jak ta w Whitney Museum of American Art w 2014 roku – ujawniły coś bardziej niepokojącego: obok dzieł wybitnych stały prace po prostu złe.
Na biegunach
Koons nie jest artystą równym. Jest artystą ekstremów. A jednak jego sztuka działa wbrew intencjom krytyków. Ogromna „Seated Ballerina” ustawiona w 2017 roku w przestrzeni miejskiej nowojorskiego Rockefeller Center potrafiła wywołać wzruszenie – nie dlatego, że była wyrafinowana, ale z uwagi na to, że wprowadzała moment bezruchu i kontemplacji w środku kapitalistycznego pędu. Redukowanie Koonsa do cynicznego przedsiębiorcy byłoby więc uproszczeniem.
Jego prace mają pewną przewrotną szczerość. Kluczowym pojęciem twórczości Koonsa jest „akceptacja”. Artysta uważa, że każdy ma prawo lubić to, co lubi, i nie musi się wstydzić swoich gustów. Wielokrotnie deklarował, że chce uwolnić widza od poczucia winy wobec własnych upodobań estetycznych. W tym sensie jego sztuka demokratyzuje doświadczenie – nie wymaga erudycji, operuje natychmiastową rozpoznawalnością i emocją. To gest, który można uznać za emancypacyjny, zwłaszcza w świecie sztuki często zdominowanym przez hermetyczne kody. Jednocześnie jednak ta otwartość okazuje się pozorna. Jego dzieła osiągają zawrotne ceny, stając się symbolami statusu raczej niż narzędziami refleksji. W efekcie sztuka, która udaje inkluzywną, zostaje zamknięta w obiegu luksusu.
Z kolei koonsowskie lustrzane powierzchnie, obecne od wczesnych prac po późniejsze serie „Gazing Ball”, włączają widza w dzieło dosłownie. Patrzy na nie i się w nim przegląda. Problem w tym, że żyjemy w epoce selfie – i to, co kiedyś mogło być gestem filozoficznym, dziś jest kolejną okazją do zrobienia zdjęcia na Instagram.
Koons jest więc kimś więcej niż artystą. Jest testerem – ale takim, u którego nie da się oblać ani zdać. Jego sztuka nie domaga się zgody ani sprzeciwu, tylko ujawnia warunki, w jakich reakcje na nią w ogóle są możliwe. I dlatego być może nie jest już prowokatorem. W świecie, który coraz mniej udaje, że jest czymś więcej niż błyszczącą powierzchnią, Koons okazuje się nie tyle jego krytykiem, ile najwierniejszym realistą.
Materiał oryginalnie ukazał się w specjalnym wydaniu GQ Poland The Art Issue
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Serial „Morfeusz” przyniósł Kamilowi Szeptyckiemu pierwszą główną rolę, a Mateuszowi Kmiecikowi kolejnego twardziela. Jednak najciekawsze wydarzyło się poza kadrem – obaj odkryli, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczali.
Sylwetki
Ignacy Liss. Duma i uprzedzenie
W konkursie głównym jednego z najważniejszych serialowych festiwali świata – Séries Mania – Grand Prix zdobył „Proud”, najnowsza polska produkcja HBO Max. Statuetkę dla najlepszego aktora odebrał odtwórca głównej roli – Ignacy Liss. Nagle, w ciągu jednego dnia, zrobiło się o nim głośno.
Sylwetki
Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu
Co musi się wydarzyć, żeby zwyczajny chłopak, skejt z Żoliborza, zaśpiewał w Metropolitan Opera albo na otwarciu letnich igrzysk olimpijskich, albo wystąpił z ASAP Rockym na prestiżowej gali Des Pièces Jaunes w La Défense Arena?
Sylwetki
Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
Jedna wiadomość od Paula Thomasa Andersona wystarczyła, żeby Jacob „Kuba” Bojsza znalazł się na planie „Jednej bitwy po drugiej”. Jednak historia operator obrazu o polskich korzeniach zaczęła się dużo wcześniej – od deskorolki, filmowania kolegów i pracy przy teledysku Radiohead. Dziś opowiada nam o Hollywood, rodzinie i o tym, jak wyglądało powstawanie jednego z najgłośniejszych filmów ostatnich lat.
Sylwetki
Alexander Zverev: Sportowe niebo, marketingowe piekło
Dlaczego tysiące kibiców wolały „kogokolwiek, byle nie Zverev”? Choć Alexander Zverev jest jednym z najlepszych tenisistów świata, oskarżenia o przemoc domową i kontrowersje wokół jego osoby sprawiły, że jego wizerunek pozostaje jednym z najtrudniejszych do sprzedaży w sporcie.
Sylwetki
Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
Jeden męskości nauczył się od dziadka. Drugi widzi jej fundament w przyjaźni, a za wzór uważa Jezusa. Trzeci twierdzi, że prawdziwy mężczyzna musi choć raz w życiu włożyć szpilki. Czym jest męskość dla współczesnych Romów?
Sylwetki
Adam Driver: Aktor, który nie znosi oglądać siebie na ekranie. Czy dlatego jest najlepszy na świecie?
Scorsese nazwał go najwybitniejszym aktorem swojego pokolenia. Nolan go obsadził. Spielberg też. A on wciąż wymyka się z premier, gdy gasną światła – żeby nie musieć patrzeć na samego siebie. Adam Driver to najbardziej intrygująca sprzeczność współczesnego Hollywood.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Sylwetki
Nosi na nadgarstku swoje wspomnienia. Mateusz Banasiuk o swoich zegarkach
Jako nastolatek mijał go niemal codziennie w przejściu podziemnym. Patrzył, odkładał pieniądze, marzył. W końcu kupił. I stracił w miejscu, gdzie najmniej się spodziewał. Dziś Mateusz Banasiuk ma kolekcję zegarków, z których każdy nosi historię ważnego momentu. Aktor Opowiada, dlaczego bez zegarka na nadgarstku nie wyjdzie z domu i czemu żadnego nigdy nie sprzedał.