PARTNERZY SERWISU

apartpl nohoone

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl nohoone

Sylwetki

Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi

Jeden męskości nauczył się od dziadka. Drugi widzi jej fundament w przyjaźni, a za wzór uważa Jezusa. Trzeci twierdzi, że prawdziwy mężczyzna musi choć raz w życiu włożyć szpilki. Czym jest męskość dla współczesnych Romów? 

Udostępnij

Trzy historie Romów

Historie Krzysztofa, Manuela i Piotra Autor zdjęcia: Weronika Kuryło i Daniel Adamski, kolaż GQ Poland

Cecylia Jakubczak
06.06.2026

KRZYSZTOF 

„Wskakuj” – mówił, a ja grzecznie wdrapywałem się na bagażnik jego bordowego roweru. Za pierwszym razem trochę się bałem. Dziadek powiedział, żebym trzymał się mocno – wspomina.

– Miałem 10 lat, kiedy zacząłem chodzić na lekcje rysunku do miejskiego domu kultury. Trasę z domu na rynek i z powrotem pokonywałem ze wzrokiem wlepionym w plecy dziadka. Dbał o to, żebym był na czas, a po skończonych zajęciach czekał na mnie przed wejściem. 

Otworzył mi nawet rachunek w kiosku Ruchu, który prowadził jego kolega. 

„Gdy przyjdzie do ciebie mój wnuk i poprosi o kredki albo blok, daj mu wszystko, czego będzie potrzebował” – poinstruował znajomego. Dzięki dziadkowi nigdy nie musiał się martwić, że zabraknie mi któregoś z kolorów.

Artysta Krzysztof Gil ze swoim obrazem

Krzysztof Gil na tle swojego obrazu „Widok z okna” Autor zdjęcia: Weronika Kuryło

Meksyk

Krzysztof wychował się w Meksyku. Tak mieszkańcy nazywali Osiedle Topolowe w Nowym Targu, na którym w latach 70. upchnięto większość romskich rodzin z okolicy. 

Czteropiętrowe beżowe bloki ze spadzistymi dachami otaczające zielony skwer. Na środku piaskownica pełna dzieci. Obok ławki pełne dorosłych. I młodzi chłopcy w białych koszulkach odsłaniających ramiona. 

Razem ze starszymi od siebie mężczyznami budowali mięśnie w piwnicach przerobionych na prowizoryczne siłownie. Ceglane ściany, zwisające z sufitów gołe żarówki, nieprzyzwoite plakaty ukryte za drzwiami zabitymi dyktą. Zamiast sklepowego sprzętu – stalowe pręty zakończone odlewanymi w wiadrach betonowymi ciężarami. I unoszący się na korytarzach zapach perfum Cuba.

Ćwiczyli nie po to, żeby wyglądać jak bohaterowie z kaset VHS – Terminator czy Rambo. Muskulatura była efektem ubocznym. Im siła służyła obronie bliskich.


Solą w oczy

„Za dwa dni was zaatakujemy” – wiadomość przekazana przez ogolonego na łyso chłopaka rozeszła się po Topolowym. W latach 90. bandy skinheadów regularnie napadały na domy romskich rodzin. Wiosną 1997 roku wtargnęli na osiedle 10-letniego wówczas Krzysia.

– Pamiętam, że dziadek pobiegł na policję, ale nie chcieli go słuchać. Pamiętam stojące w korytarzu kije gęsto nabite gwoździami. I uzbrojone w patelnie kobiety, które miały sypać solą w oczy skinheadów. Pamiętam też punkowców, którzy przyszli nam pomóc. Byłem zaniepokojony i podekscytowany jednocześnie. Co dokładnie się działo, kiedy po zmroku na osiedle wpadło kilkudziesięciu skinów – nie wiem. Razem z innymi dziećmi całą noc przesiedziałem zamknięty na poddaszu. Tylko potem na chodniku przed blokiem widziałem plamy krwi – wspomina.

Krzysztof Gil przedstawia romską tożsamość w swoim pracach

Krzysztof Gil na tle swojego obrazu „Savoir vivre” Autor zdjęcia: Weronika Kuryło

Spodnie w kant 

Z Nowego Targu wyjechał pięć lat później. Do liceum plastycznego w Krakowie. – Tata uważał, że powinienem zostać dentystą. Pewny zawód, dobre pieniądze. Ja chciałem rysować. Murem stanął za mną nie tylko dziadek, lecz także babcia. – Pomnisz moje słowa. Będzie z tego chleb – mówiła. 

Ze świata mężczyzn w spodniach w kant i chłopców spryskanych perfumami przeniósł się do internatu, gdzie sensację wzbudziło, że prasuje skarpetki. – U mnie w domu nie mogłeś wyglądać jak fleja. Podkoszulek mógł być pognieciony, ale koszula nigdy – wspomina. Mężczyźni z jego rodziny od pokoleń nosili się elegancko. Pradziadek miał perfekcyjne fale na włosach. Układał je spinkami rozgrzanymi na płycie kaflowego pieca. Dziadek był zawsze starannie ogolony i nie rozstawał się z grzebykiem i lusterkiem. Marynarka i koszula nie były dla nich strojem od święta. Ubierali się tak na co dzień.


Lucky Striki na do widzenia 

Choć w swojej sztuce nie eksploruje tematu męskości, nie unika malowania mężczyzn. Zanurza ich w emocjach. Bywa też, że nadaje im określone funkcje. Jak na obrazie „Widok z okna”, gdzie na pomarańczowej kanapie odpoczywa wtulone w siebie małżeństwo. Mają zamknięte oczy. Mężczyzna otacza ramieniem żonę, która wygodnie oparta o poduszkę trzyma na nim nogi. Obok stoi dziecko – wpatruje się bez ruchu w rodziców, jakby próbowało zapamiętać tę scenę, żeby móc wrócić do niej, gdy będzie dorosłe. Na wzorzystym dywanie porozrzucane zabawki – drewniany konik, kolorowe klocki, czerwona piłka. Wśród nich dwa czarne koty. Całość skąpana w ciepłym świetle zwisającej nad stolikiem lampy. Tylko po szybie spływa rozbite jajko, jakby ktoś przed chwilą rzucił nim w okno. 

Krzysztof Gil i jego praca „Kuźnia”

Krzysztof Gil na tle swojej pracy „Kuźnia” Autor zdjęcia: Weronika Kuryło

Do Nowego Targu Krzysztof już nie wrócił, ale Meksyk odwiedzał często. Dziadek witał go już w progu. Łapał pod rękę, żeby wprowadzić do kuchni. Tam czekała babcia z herbatą w szklance w koszyczku i kanapką z szynką na grubej warstwie margaryny. Na pożegnanie dziadek wciskał mu zawsze karton Lucky Strike’ów. – To straszna głupota tak późno zacząć palić – powtarzał.


MANUEL

„O 19 na Kwadracie”. Tyle wystarczyło, żeby zerwać się z kanapy, wsunąć stojące w korytarzu adidasy i wybiec z domu. Po co? O to nikt nie pytał. Miejsce i godzina oznaczało jedno – obecność obowiązkowa.

Manuel Dębicki organizuje festiwal Romane Dyvesa

Manuel Dębicki to muzyk i organizator festiwalu Romane Dyvesa Autor zdjęcia: Daniel Adamski

„Kółko psychologiczne” – tak o sobie mówią. Pięciu kuzynów, którzy trzymają się razem od dzieciaka. Plac Nieznanego Żołnierza, który Gorzowianie nazywają Kwadratem – tam spotykali się najczęściej. Spotykali, bo dzisiaj widują się głównie na FaceTimie. Nie z wygodnictwa, ale dlatego, że rozjechali się po Europie. Anglia, Niemcy, Szwecja. W Polsce został tylko Manuel. 


Zero tajemnic 

– Samotność bolączką współczesnych mężczyzn? Nie u nas. My Romowie trzymamy się razem – mówi Manuel, a na jego ramieniu siada biała gołębica Lalusia, z którą dzieli studwudziestometrowe mieszkanie na trzecim piętrze poniemieckiej kamienicy. Kiedyś mieszkał tu jego ojciec z rodzeństwem. Potem wprowadziły się ich żony, mężowie i dzieci. Drzwi do pokojów były częściej otwarte niż zamknięte. Trudno było o prywatność. 

Z Manuelem i kuzynami jest tak samo. – Wiemy o sobie wszystko. Zwierzamy się ze swoich największych problemów, znamy swoje lęki, choroby. Nawet stan naszych kont nie jest dla nas tajemnicą – wylicza kolejno. 

– Jeden z nas wpakował się kiedyś w hazard. Uzależnił się od blackjacka, a przed nami udawał, że wszystko jest OK. Szybko się zorientowaliśmy, że coś jest nie tak. Zwołaliśmy spotkanie, zadawaliśmy pytania, słuchaliśmy. Bo u nas, kiedy dzieje się coś złego, to wchodzimy sobie w życie w butach, nie pytając nikogo o zgodę. 


Kocham cię, bracie 

– Kiedy ojciec przedstawia ci kuzyna i mówi, że to twój brat, to dla nas oznacza trzy rzeczy: mamy być mu wierny, zawsze mówić prawdę i dbać o niego – wymienia Manuel. Nikt nie bierze pod uwagę, że widzą się pierwszy raz w życiu i nie mieli nawet okazji, żeby zbudować jakąkolwiek więź. To nie ma dla nikogo najmniejszego znaczenia.

Manuel Dębicki wierzy w solidarność Romów

„My Romowie trzymamy się razem” – mówi Manuel Dębicki. Autor zdjęcia: Daniel Adamski

Kuzyn, który jest najbliższy Manuelowi, nazywa się Denis. Ma dwa metry wzrostu i waży 120 kilogramów. Patrzysz na niego i myślisz: „W tył zwrot”. Tymczasem to od niego Manuel najczęściej dostaje SMS-y: „Kocham Cię, bracie”, „Tęsknię, bracie”, „Brakuje mi Ciebie, bracie”. Minimum trzy razy w tygodniu. 

To, że obaj są po czterdziestce, im nie przeszkadza. Podobnie jak pocałunek w policzek na przywitanie i przytulenie na pożegnanie. W świecie Manuela mężczyźni od zawsze witali i żegnali się w ten sposób. 


Połączenie wi-fi z Bogiem 

Romskie zwyczaje są dla niego ważne. Nadal przestrzega zasad, których nauczył się w dzieciństwie – w tym szacunku dla starszych. Coraz częściej jednak szuka odpowiedzi nie w tradycji, ale w rozmowie z Bogiem.

– To było 10 lat temu. Ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Może wiosna. Na pewno wieczór. Oglądałem film u rodziców w domu i usłyszałem głos Boga. Wiem, jak to brzmi, ale tak właśnie było – opowiada Manuel. – Zajmowałem się wtedy intensywnie ratowaniem zwierząt. Prowadziłem dom tymczasowy. Bywało, że pod opieką miałem 13 kotów. Wielu zwierząt nie udało się uratować. Żyłyby, gdyby nie okrucieństwo ludzi. Byłem załamany. I wtedy, tamtego wieczoru, u rodziców poczułem, że nie jestem sam. Że dobro istnieje. Że miłość istnieje. Że obok mnie jest Bóg. 

– Rozmawiam z nim codziennie. Wszędzie. Jakbym miał nielimitowane połączenie wi-fi z Bogiem – śmieje się. – Nie muszę iść do kościoła. Kiedy chcę za coś podziękować, o coś zapytać lub poprosić, to mogę zrobić to nawet w samochodzie.

Manuel Dębicki pielęgnuje romskie zwyczaje

Romskie zwyczaje są ważne dla Manuela Autor zdjęcia: Daniel Adamski

Wrócił też do czytania Biblii i na nowo odkrył Jezusa. Stawia go sobie za wzór męskości, ideał, którego nigdy nie osiągnie. – Pomagał potrzebującym, wspierał słabszych, stał murem za wyszydzanymi. Żył z sobą w zgodzie – nikogo nie udawał. Był wierny swojej prawdzie. Na przekór światu. Do końca. A co najtrudniejsze – potrafił wybaczyć swoim oprawcom – wylicza cechy, które podziwia u Jezusa.

Tymczasem na parkingu pod kamienicą, gdzie mieszka Manuel, stoi golf z napędem na 300 koni. Gdyby miał spełnić marzenie, to kupiłby Lamborghini Aventador. Dla dźwięku. – Mogę zajmować się ratowaniem ptaków i jednocześnie jeździć szybkim samochodem. Daje mi to radość, a Bóg chce, żebyśmy się cieszyli. Wiem jednak, że to tymczasowe i nigdy tego, co materialne nie stawiam ponad to, co żywe. 


PIOTR

Przysiad! Proste nogi! Skłon! I bach po obtartych kolanach. – Kiedy trener mówił „zapraszam, było jasne, że będzie bolało – wspomina Piotr, który gimnastykę sportową zaczął trenować już jako trzylatek.

Piotr Koprowski wystąpił w 13. edycji „Top Model”

Piotr Koprowski był uczestnikiem 13. edycji „Top Model” Autor zdjęcia: Weronika Kuryło

Z treningów wracał do domu i do rodziny. „Ty będziesz grał, a ja będę śpiewał” – oznajmił pewnego razu dziadkowi. Chwycił opakowanie mokrych chusteczek i wziął się za dekorowanie kanapy. Układał jedną koło drugiej. Gęściutko. – Chciałem, żeby scena, na której za moment damy popis, była śnieżnobiała – śmieje się Piotr. – Dziadek nie zgodził się od razu, ale też nie protestował. Z piwnicy przyniósł stary mikrofon, a ja pobiegłem po zasilacz. Gdy wszystko było gotowe, chwycił za kontrabas, a ja wskoczyłem na kanapę i zacząłem śpiewać. Co chwilę zmieniałem rytm i melodię, a on próbował za mną nadążyć.


Pompki z ręką w gipsie 

Pobudka – samochód – sala gimnastyczna – samochód – sen. Między treningami – szkoła. Żadnych zabaw na podwórku ani nocowanek u kolegów. Trening, trening, trening. Aż do kontuzji. – Trener na ostatnią chwilę zmienił sekwencję figur. Zjadł mnie stres. Zawisnąłem w powietrzu z ręką zaplątaną w liny. Przeraźliwy ból. Mama zabrała mnie do szpitala. „Podwójne pęknięcie kości” – powiedział lekarz. Byłem załamany. 

Po trzech tygodniach Piotr wrócił na salę. Robił te same ćwiczenia co inni. Nawet pompki. Tylko, że z jedną ręką. Kiedy w końcu zdjęto mu gips wrócił też na turnieje. Nie wykonywał już figury, przez którą doznał kontuzji. Noty u sędziów spadły. 

Wsparcia od trenera nie dostał. Od kolegów, z którymi ćwiczył od dziecka, też nie. „Co ty mnie dotykasz. Weź tę łapę” – usłyszał, kiedy opacznie odczytał gest starszego od siebie kolegi. Myślał, że chce zbić z nim piątkę. Nie chciał. 

Mama podjęła decyzję za niego. Z trenerem się nawet nie pożegnał.


Makijaż przed prysznicem 

Wszystko zaczęło się za zamkniętymi drzwiami łazienki podczas pandemii. Tam powstał pierwszy makijaż Piotra. Make up before shower – robił na twarzy cuda, bo wiedział, że kolorowe cienie spłyną za chwilę odpływem do kanalizacji. – To działo się stopniowo. Jak z paznokciami. Zanim pomalował całą dłoń zaczął od pierwszego. 

Piotr Koprowski uwielbiał trenować gimnastykę

Piotr trenował gimnastykę sportową Autor zdjęcia: Weronika Kuryło

Do eksperymentów na twarzy doszła zabawa z modą. – Pierwszy był płaszcz. Zielony do ziemi. Popularny wśród dziewczyn, kiedy jeszcze chodziłem na akrobatykę. Wybłagałem o niego mamę, ale nie odważyłem się na model z różowym kołnierzem. W okresie liceum trafiłem do szkoły, gdzie przy odpowiedniej argumentacji mogłeś wszystko. – Męskość budowałem z kobiecości. Miniówka i kozaki? W takim zestawie rozwiązywałem równania na lekcjach matematyki. 

– Raz ubrany po swojemu poszedłem na spektakl, w którym występował tata mojej przyjaciółki. Po wszystkim podbiegłem mu pogratulować. Przytuliłem, pochwaliłem. Nie poznał mnie i gdy odszedłem parę kroków, zapytał swojej córki: „Kim jest ta cygańska transwestytka?”.


Femme era

– Ja na tę męskość musiałem się na chwilę obrazić, żeby potem ją przygarnąć i pokochać na nowo – mówi Piotr. – Postawiłem wszystko na jedną kartę i pojechałem do Amsterdamu studiować projektowanie ubioru. To była moja „femme era”. Ubrania były dla mnie manifestem. Nie traktowałem ich jak kostiumu czy modowego kaprysu. Miały mówić: „Stoję murem za kobietami”.

– Raz, kiedy odwiedził mnie przyjaciel, kazałem mu włożyć obcasy. Zrobił to bez dyskusji. Zrobił jeden, drugi krok. Stopy zaczęły go boleć. Ściągnął je po chwili. „Każdy prawdziwy mężczyzna musi choć raz w życiu założyć szpilki” – to jego życiowa maksyma. 

Inspiracją dla Piotra był Dennis Rodman. W pamięci zapadł mu performance, kiedy koszykarz zapowiedział, że weźmie ślub i zaprosił mieszkańców na weselną paradę. Nie wspomniał tylko, że to on będzie panną młodą. Wyjaśniło się w dniu imprezy, na którą przyszedł w białej sukni. Dwumetrowy, wytatuowany facet w welonie. Do tego satynowe rękawiczki za łokieć. I bukiet lilii w dłoni.

Piotr Koprowski traktuje modę jako manifest

Piotr traktował ubrania jako manifest Autor zdjęcia: Weronika Kuryło

Szminka nie przekreśla męskości

Piotra w modzie najbardziej interesuje przekraczanie granic między tym, co żeńskie i męskie. Zabawa symbolami. Zapytany o ulubiony pokaz bez namysłu odpowiada – John Galliano, kolekcja męska, wiosna–lato 2004. Uważa się, że Brytyjczyk stworzył ją z myślą o „wyjątkowo męskich typach, czułych na punkcie swojej powierzchowności”. Modeli o wysportowanych sylwetkach ubrał w futra, odsłaniające tors poszarpane koszulki i spodenki bokserskie z charakterystyczną metką. Na twarzach wymalował im siniaki. Jakby dopiero zeszli z ringu. Do tego koronki, podwiązki i spódniczki w kwieciste wzory. Kobiece atrybuty służyły wzmocnieniu męskości chodzących po wybiegu modeli. 

– Szminka nie przekreśla męskości – mówi Piotr. – Męskość mam w sobie. Nikt nie jest w stanie mi jej zabrać. Nie da jej się zdjąć razem z ubraniem.

Więcej w tym temacie:

Czytaj więcej

Adam Driver to aktor nieprzeciętny

Adam Driver: Aktor, który nie znosi oglądać siebie na ekranie. Czy dlatego jest najlepszy na świecie?

Scorsese nazwał go najwybitniejszym aktorem swojego pokolenia. Nolan go obsadził. Spielberg też. A on wciąż wymyka się z premier, gdy gasną światła – żeby nie musieć patrzeć na samego siebie. Adam Driver to najbardziej intrygująca sprzeczność współczesnego Hollywood.

ARTYKUŁ PARTNERSKI Mateusz Banasiuk zegarki

Nosi na nadgarstku swoje wspomnienia. Mateusz Banasiuk o swoich zegarkach

Jako nastolatek mijał go niemal codziennie w przejściu podziemnym. Patrzył, odkładał pieniądze, marzył. W końcu kupił. I stracił w miejscu, gdzie najmniej się spodziewał. Dziś Mateusz Banasiuk ma kolekcję zegarków, z których każdy nosi historię ważnego momentu. Aktor Opowiada, dlaczego bez zegarka na nadgarstku nie wyjdzie z domu i czemu żadnego nigdy nie sprzedał.

Livka na Orange Warsaw Festival

Livka: „Chciałabym, żeby ludzie dalej marzyli”

Marzenia są po to, żeby je spełniać. Tak głosi słynne powiedzenie, a kariera Livki, która marzyła o występowaniu na scenie od dziecka, jest żywym dowodem na to, że wszystko jest możliwe.

Anthony Boyle w wywiadzie specjalnie dla GQ Poland

Aktor Anthony Boyle: od „Harry’ego Pottera” do antykapitalistycznego buntu w Cannes

Broadway, Spielberg, Netflix, Festiwal Filmowy w Cannes. Anthony Boyle jest wszędzie, ale nigdy nie zapomina, skąd przybył. Przy okazji festiwalowej premiery „I See Buildings Fall Like Lightning” irlandzki aktor opowiada GQ Poland o tym, co napędza jego bohaterów – i jego samego.

Robert Biedrzycki

Hojny kibic. Robert Dobrzycki nie tylko o piłce

Robert Dobrzycki jest wizjonerem. Nie miał nawet 30 lat, kiedy zaczął od zera budować w Europie potęgę Panattoni. Dziś jest współwłaścicielem i CEO firmy w Europie, Indiach i krajach Bliskiego Wschodu. Nie kupuje luksusowych dóbr, ale w czasie aukcji charytatywnych wydaje ciężkie miliony. Ostatnio rozbił transferowy bank Ekstraklasy, sprowadzając do Widzewa Łódź kilka prawdziwych gwiazd.

EN_01676939_0744

Kosmiczne marzenia Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego

Widok Ziemi z orbity go zachwycił. Przyznaje jednak, że tym bardziej tęsknił wtedy za rodziną. – Cieszę się, że jestem już z najbliższymi – mówi Sławosz Uznański-Wiśniewski, inżynier i astronauta, drugi Polak w kosmosie i pierwszy, który przebywał na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Martyna Wojciechowska

Wszystkie drogi Martyny Wojciechowskiej. Czy czuje się inspiracją dla młodych ludzi?

Po zdobyciu Everestu sporo się w jej życiu wydarzyło. – Chcę to opowiedzieć światu – zapowiada Martyna Wojciechowska, dziennikarka, podróżniczka. Jej najnowsza książka „Przesunąć horyzont. 20 lat później” właśnie ukazała się na rynku.

Paweł Dutkiewicz prowadzi urokliwe miejsce na Sycylii

Paweł Durakiewicz rzucił alkohol, korporację i buty. Dziś prowadzi najbardziej niezwykłe miejsce na Sycylii

Minus dziesięć stopni, śnieg i lód pod stopami. Paweł Durakiewicz biegnie boso przez półmaraton, zostawiając za sobą ślady krwi. Jeszcze kilka lat wcześniej codziennie pił alkohol i nie chciał żyć. Dziś mieszka na Sycylii, prowadzi ośrodek terapii uzależnień i mówi, że największym rekordem nie był Guinness, ale odzyskanie kontroli nad własnym umysłem.