Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
Jeden męskości nauczył się od dziadka. Drugi widzi jej fundament w przyjaźni, a za wzór uważa Jezusa. Trzeci twierdzi, że prawdziwy mężczyzna musi choć raz w życiu włożyć szpilki. Czym jest męskość dla współczesnych Romów?
Udostępnij

Historie Krzysztofa, Manuela i Piotra Autor zdjęcia: Weronika Kuryło i Daniel Adamski, kolaż GQ Poland
KRZYSZTOF
„Wskakuj” – mówił, a ja grzecznie wdrapywałem się na bagażnik jego bordowego roweru. Za pierwszym razem trochę się bałem. Dziadek powiedział, żebym trzymał się mocno – wspomina.
– Miałem 10 lat, kiedy zacząłem chodzić na lekcje rysunku do miejskiego domu kultury. Trasę z domu na rynek i z powrotem pokonywałem ze wzrokiem wlepionym w plecy dziadka. Dbał o to, żebym był na czas, a po skończonych zajęciach czekał na mnie przed wejściem.
Otworzył mi nawet rachunek w kiosku Ruchu, który prowadził jego kolega.
„Gdy przyjdzie do ciebie mój wnuk i poprosi o kredki albo blok, daj mu wszystko, czego będzie potrzebował” – poinstruował znajomego. Dzięki dziadkowi nigdy nie musiał się martwić, że zabraknie mi któregoś z kolorów.

Krzysztof Gil na tle swojego obrazu „Widok z okna” Autor zdjęcia: Weronika Kuryło
Meksyk
Krzysztof wychował się w Meksyku. Tak mieszkańcy nazywali Osiedle Topolowe w Nowym Targu, na którym w latach 70. upchnięto większość romskich rodzin z okolicy.
Czteropiętrowe beżowe bloki ze spadzistymi dachami otaczające zielony skwer. Na środku piaskownica pełna dzieci. Obok ławki pełne dorosłych. I młodzi chłopcy w białych koszulkach odsłaniających ramiona.
Razem ze starszymi od siebie mężczyznami budowali mięśnie w piwnicach przerobionych na prowizoryczne siłownie. Ceglane ściany, zwisające z sufitów gołe żarówki, nieprzyzwoite plakaty ukryte za drzwiami zabitymi dyktą. Zamiast sklepowego sprzętu – stalowe pręty zakończone odlewanymi w wiadrach betonowymi ciężarami. I unoszący się na korytarzach zapach perfum Cuba.
Ćwiczyli nie po to, żeby wyglądać jak bohaterowie z kaset VHS – Terminator czy Rambo. Muskulatura była efektem ubocznym. Im siła służyła obronie bliskich.
Solą w oczy
„Za dwa dni was zaatakujemy” – wiadomość przekazana przez ogolonego na łyso chłopaka rozeszła się po Topolowym. W latach 90. bandy skinheadów regularnie napadały na domy romskich rodzin. Wiosną 1997 roku wtargnęli na osiedle 10-letniego wówczas Krzysia.
– Pamiętam, że dziadek pobiegł na policję, ale nie chcieli go słuchać. Pamiętam stojące w korytarzu kije gęsto nabite gwoździami. I uzbrojone w patelnie kobiety, które miały sypać solą w oczy skinheadów. Pamiętam też punkowców, którzy przyszli nam pomóc. Byłem zaniepokojony i podekscytowany jednocześnie. Co dokładnie się działo, kiedy po zmroku na osiedle wpadło kilkudziesięciu skinów – nie wiem. Razem z innymi dziećmi całą noc przesiedziałem zamknięty na poddaszu. Tylko potem na chodniku przed blokiem widziałem plamy krwi – wspomina.

Krzysztof Gil na tle swojego obrazu „Savoir vivre” Autor zdjęcia: Weronika Kuryło
Spodnie w kant
Z Nowego Targu wyjechał pięć lat później. Do liceum plastycznego w Krakowie. – Tata uważał, że powinienem zostać dentystą. Pewny zawód, dobre pieniądze. Ja chciałem rysować. Murem stanął za mną nie tylko dziadek, lecz także babcia. – Pomnisz moje słowa. Będzie z tego chleb – mówiła.
Ze świata mężczyzn w spodniach w kant i chłopców spryskanych perfumami przeniósł się do internatu, gdzie sensację wzbudziło, że prasuje skarpetki. – U mnie w domu nie mogłeś wyglądać jak fleja. Podkoszulek mógł być pognieciony, ale koszula nigdy – wspomina. Mężczyźni z jego rodziny od pokoleń nosili się elegancko. Pradziadek miał perfekcyjne fale na włosach. Układał je spinkami rozgrzanymi na płycie kaflowego pieca. Dziadek był zawsze starannie ogolony i nie rozstawał się z grzebykiem i lusterkiem. Marynarka i koszula nie były dla nich strojem od święta. Ubierali się tak na co dzień.
Lucky Striki na do widzenia
Choć w swojej sztuce nie eksploruje tematu męskości, nie unika malowania mężczyzn. Zanurza ich w emocjach. Bywa też, że nadaje im określone funkcje. Jak na obrazie „Widok z okna”, gdzie na pomarańczowej kanapie odpoczywa wtulone w siebie małżeństwo. Mają zamknięte oczy. Mężczyzna otacza ramieniem żonę, która wygodnie oparta o poduszkę trzyma na nim nogi. Obok stoi dziecko – wpatruje się bez ruchu w rodziców, jakby próbowało zapamiętać tę scenę, żeby móc wrócić do niej, gdy będzie dorosłe. Na wzorzystym dywanie porozrzucane zabawki – drewniany konik, kolorowe klocki, czerwona piłka. Wśród nich dwa czarne koty. Całość skąpana w ciepłym świetle zwisającej nad stolikiem lampy. Tylko po szybie spływa rozbite jajko, jakby ktoś przed chwilą rzucił nim w okno.

Krzysztof Gil na tle swojej pracy „Kuźnia” Autor zdjęcia: Weronika Kuryło
Do Nowego Targu Krzysztof już nie wrócił, ale Meksyk odwiedzał często. Dziadek witał go już w progu. Łapał pod rękę, żeby wprowadzić do kuchni. Tam czekała babcia z herbatą w szklance w koszyczku i kanapką z szynką na grubej warstwie margaryny. Na pożegnanie dziadek wciskał mu zawsze karton Lucky Strike’ów. – To straszna głupota tak późno zacząć palić – powtarzał.
MANUEL
„O 19 na Kwadracie”. Tyle wystarczyło, żeby zerwać się z kanapy, wsunąć stojące w korytarzu adidasy i wybiec z domu. Po co? O to nikt nie pytał. Miejsce i godzina oznaczało jedno – obecność obowiązkowa.

Manuel Dębicki to muzyk i organizator festiwalu Romane Dyvesa Autor zdjęcia: Daniel Adamski
„Kółko psychologiczne” – tak o sobie mówią. Pięciu kuzynów, którzy trzymają się razem od dzieciaka. Plac Nieznanego Żołnierza, który Gorzowianie nazywają Kwadratem – tam spotykali się najczęściej. Spotykali, bo dzisiaj widują się głównie na FaceTimie. Nie z wygodnictwa, ale dlatego, że rozjechali się po Europie. Anglia, Niemcy, Szwecja. W Polsce został tylko Manuel.
Zero tajemnic
– Samotność bolączką współczesnych mężczyzn? Nie u nas. My Romowie trzymamy się razem – mówi Manuel, a na jego ramieniu siada biała gołębica Lalusia, z którą dzieli studwudziestometrowe mieszkanie na trzecim piętrze poniemieckiej kamienicy. Kiedyś mieszkał tu jego ojciec z rodzeństwem. Potem wprowadziły się ich żony, mężowie i dzieci. Drzwi do pokojów były częściej otwarte niż zamknięte. Trudno było o prywatność.
Z Manuelem i kuzynami jest tak samo. – Wiemy o sobie wszystko. Zwierzamy się ze swoich największych problemów, znamy swoje lęki, choroby. Nawet stan naszych kont nie jest dla nas tajemnicą – wylicza kolejno.
– Jeden z nas wpakował się kiedyś w hazard. Uzależnił się od blackjacka, a przed nami udawał, że wszystko jest OK. Szybko się zorientowaliśmy, że coś jest nie tak. Zwołaliśmy spotkanie, zadawaliśmy pytania, słuchaliśmy. Bo u nas, kiedy dzieje się coś złego, to wchodzimy sobie w życie w butach, nie pytając nikogo o zgodę.
Kocham cię, bracie
– Kiedy ojciec przedstawia ci kuzyna i mówi, że to twój brat, to dla nas oznacza trzy rzeczy: mamy być mu wierny, zawsze mówić prawdę i dbać o niego – wymienia Manuel. Nikt nie bierze pod uwagę, że widzą się pierwszy raz w życiu i nie mieli nawet okazji, żeby zbudować jakąkolwiek więź. To nie ma dla nikogo najmniejszego znaczenia.

„My Romowie trzymamy się razem” – mówi Manuel Dębicki. Autor zdjęcia: Daniel Adamski
Kuzyn, który jest najbliższy Manuelowi, nazywa się Denis. Ma dwa metry wzrostu i waży 120 kilogramów. Patrzysz na niego i myślisz: „W tył zwrot”. Tymczasem to od niego Manuel najczęściej dostaje SMS-y: „Kocham Cię, bracie”, „Tęsknię, bracie”, „Brakuje mi Ciebie, bracie”. Minimum trzy razy w tygodniu.
To, że obaj są po czterdziestce, im nie przeszkadza. Podobnie jak pocałunek w policzek na przywitanie i przytulenie na pożegnanie. W świecie Manuela mężczyźni od zawsze witali i żegnali się w ten sposób.
Połączenie wi-fi z Bogiem
Romskie zwyczaje są dla niego ważne. Nadal przestrzega zasad, których nauczył się w dzieciństwie – w tym szacunku dla starszych. Coraz częściej jednak szuka odpowiedzi nie w tradycji, ale w rozmowie z Bogiem.
– To było 10 lat temu. Ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Może wiosna. Na pewno wieczór. Oglądałem film u rodziców w domu i usłyszałem głos Boga. Wiem, jak to brzmi, ale tak właśnie było – opowiada Manuel. – Zajmowałem się wtedy intensywnie ratowaniem zwierząt. Prowadziłem dom tymczasowy. Bywało, że pod opieką miałem 13 kotów. Wielu zwierząt nie udało się uratować. Żyłyby, gdyby nie okrucieństwo ludzi. Byłem załamany. I wtedy, tamtego wieczoru, u rodziców poczułem, że nie jestem sam. Że dobro istnieje. Że miłość istnieje. Że obok mnie jest Bóg.
– Rozmawiam z nim codziennie. Wszędzie. Jakbym miał nielimitowane połączenie wi-fi z Bogiem – śmieje się. – Nie muszę iść do kościoła. Kiedy chcę za coś podziękować, o coś zapytać lub poprosić, to mogę zrobić to nawet w samochodzie.

Romskie zwyczaje są ważne dla Manuela Autor zdjęcia: Daniel Adamski
Wrócił też do czytania Biblii i na nowo odkrył Jezusa. Stawia go sobie za wzór męskości, ideał, którego nigdy nie osiągnie. – Pomagał potrzebującym, wspierał słabszych, stał murem za wyszydzanymi. Żył z sobą w zgodzie – nikogo nie udawał. Był wierny swojej prawdzie. Na przekór światu. Do końca. A co najtrudniejsze – potrafił wybaczyć swoim oprawcom – wylicza cechy, które podziwia u Jezusa.
Tymczasem na parkingu pod kamienicą, gdzie mieszka Manuel, stoi golf z napędem na 300 koni. Gdyby miał spełnić marzenie, to kupiłby Lamborghini Aventador. Dla dźwięku. – Mogę zajmować się ratowaniem ptaków i jednocześnie jeździć szybkim samochodem. Daje mi to radość, a Bóg chce, żebyśmy się cieszyli. Wiem jednak, że to tymczasowe i nigdy tego, co materialne nie stawiam ponad to, co żywe.
PIOTR
Przysiad! Proste nogi! Skłon! I bach po obtartych kolanach. – Kiedy trener mówił „zapraszam”, było jasne, że będzie bolało – wspomina Piotr, który gimnastykę sportową zaczął trenować już jako trzylatek.

Piotr Koprowski był uczestnikiem 13. edycji „Top Model” Autor zdjęcia: Weronika Kuryło
Z treningów wracał do domu i do rodziny. „Ty będziesz grał, a ja będę śpiewał” – oznajmił pewnego razu dziadkowi. Chwycił opakowanie mokrych chusteczek i wziął się za dekorowanie kanapy. Układał jedną koło drugiej. Gęściutko. – Chciałem, żeby scena, na której za moment damy popis, była śnieżnobiała – śmieje się Piotr. – Dziadek nie zgodził się od razu, ale też nie protestował. Z piwnicy przyniósł stary mikrofon, a ja pobiegłem po zasilacz. Gdy wszystko było gotowe, chwycił za kontrabas, a ja wskoczyłem na kanapę i zacząłem śpiewać. Co chwilę zmieniałem rytm i melodię, a on próbował za mną nadążyć.
Pompki z ręką w gipsie
Pobudka – samochód – sala gimnastyczna – samochód – sen. Między treningami – szkoła. Żadnych zabaw na podwórku ani nocowanek u kolegów. Trening, trening, trening. Aż do kontuzji. – Trener na ostatnią chwilę zmienił sekwencję figur. Zjadł mnie stres. Zawisnąłem w powietrzu z ręką zaplątaną w liny. Przeraźliwy ból. Mama zabrała mnie do szpitala. „Podwójne pęknięcie kości” – powiedział lekarz. Byłem załamany.
Po trzech tygodniach Piotr wrócił na salę. Robił te same ćwiczenia co inni. Nawet pompki. Tylko, że z jedną ręką. Kiedy w końcu zdjęto mu gips wrócił też na turnieje. Nie wykonywał już figury, przez którą doznał kontuzji. Noty u sędziów spadły.
Wsparcia od trenera nie dostał. Od kolegów, z którymi ćwiczył od dziecka, też nie. „Co ty mnie dotykasz. Weź tę łapę” – usłyszał, kiedy opacznie odczytał gest starszego od siebie kolegi. Myślał, że chce zbić z nim piątkę. Nie chciał.
Mama podjęła decyzję za niego. Z trenerem się nawet nie pożegnał.
Makijaż przed prysznicem
Wszystko zaczęło się za zamkniętymi drzwiami łazienki podczas pandemii. Tam powstał pierwszy makijaż Piotra. Make up before shower – robił na twarzy cuda, bo wiedział, że kolorowe cienie spłyną za chwilę odpływem do kanalizacji. – To działo się stopniowo. Jak z paznokciami. Zanim pomalował całą dłoń zaczął od pierwszego.

Piotr trenował gimnastykę sportową Autor zdjęcia: Weronika Kuryło
Do eksperymentów na twarzy doszła zabawa z modą. – Pierwszy był płaszcz. Zielony do ziemi. Popularny wśród dziewczyn, kiedy jeszcze chodziłem na akrobatykę. Wybłagałem o niego mamę, ale nie odważyłem się na model z różowym kołnierzem. W okresie liceum trafiłem do szkoły, gdzie przy odpowiedniej argumentacji mogłeś wszystko. – Męskość budowałem z kobiecości. Miniówka i kozaki? W takim zestawie rozwiązywałem równania na lekcjach matematyki.
– Raz ubrany po swojemu poszedłem na spektakl, w którym występował tata mojej przyjaciółki. Po wszystkim podbiegłem mu pogratulować. Przytuliłem, pochwaliłem. Nie poznał mnie i gdy odszedłem parę kroków, zapytał swojej córki: „Kim jest ta cygańska transwestytka?”.
Femme era
– Ja na tę męskość musiałem się na chwilę obrazić, żeby potem ją przygarnąć i pokochać na nowo – mówi Piotr. – Postawiłem wszystko na jedną kartę i pojechałem do Amsterdamu studiować projektowanie ubioru. To była moja „femme era”. Ubrania były dla mnie manifestem. Nie traktowałem ich jak kostiumu czy modowego kaprysu. Miały mówić: „Stoję murem za kobietami”.
– Raz, kiedy odwiedził mnie przyjaciel, kazałem mu włożyć obcasy. Zrobił to bez dyskusji. Zrobił jeden, drugi krok. Stopy zaczęły go boleć. Ściągnął je po chwili. „Każdy prawdziwy mężczyzna musi choć raz w życiu założyć szpilki” – to jego życiowa maksyma.
Inspiracją dla Piotra był Dennis Rodman. W pamięci zapadł mu performance, kiedy koszykarz zapowiedział, że weźmie ślub i zaprosił mieszkańców na weselną paradę. Nie wspomniał tylko, że to on będzie panną młodą. Wyjaśniło się w dniu imprezy, na którą przyszedł w białej sukni. Dwumetrowy, wytatuowany facet w welonie. Do tego satynowe rękawiczki za łokieć. I bukiet lilii w dłoni.

Piotr traktował ubrania jako manifest Autor zdjęcia: Weronika Kuryło
Szminka nie przekreśla męskości
Piotra w modzie najbardziej interesuje przekraczanie granic między tym, co żeńskie i męskie. Zabawa symbolami. Zapytany o ulubiony pokaz bez namysłu odpowiada – John Galliano, kolekcja męska, wiosna–lato 2004. Uważa się, że Brytyjczyk stworzył ją z myślą o „wyjątkowo męskich typach, czułych na punkcie swojej powierzchowności”. Modeli o wysportowanych sylwetkach ubrał w futra, odsłaniające tors poszarpane koszulki i spodenki bokserskie z charakterystyczną metką. Na twarzach wymalował im siniaki. Jakby dopiero zeszli z ringu. Do tego koronki, podwiązki i spódniczki w kwieciste wzory. Kobiece atrybuty służyły wzmocnieniu męskości chodzących po wybiegu modeli.
– Szminka nie przekreśla męskości – mówi Piotr. – Męskość mam w sobie. Nikt nie jest w stanie mi jej zabrać. Nie da jej się zdjąć razem z ubraniem.
Więcej w tym temacie:
- Z czego (nie) wypada się śmiać? Polskie poczucie humoru przez współczesną soczewkę
- Aktor Anthony Boyle: od „Harry’ego Pottera” do antykapitalistycznego buntu w Cannes
- Nicolas Cage, Spider-Man i jeden z najoryginalniejszych seriali ostatnich lat – w czerni i bieli
- Sztuka prowadzenia biznesu
- Matki i synowie: co naprawdę jest trudnego w wychowaniu chłopca? Marta Niedźwiecka odpowiada
- To nie jest męski biznes. Historia marki Sensum Mare
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Adam Driver: Aktor, który nie znosi oglądać siebie na ekranie. Czy dlatego jest najlepszy na świecie?
Scorsese nazwał go najwybitniejszym aktorem swojego pokolenia. Nolan go obsadził. Spielberg też. A on wciąż wymyka się z premier, gdy gasną światła – żeby nie musieć patrzeć na samego siebie. Adam Driver to najbardziej intrygująca sprzeczność współczesnego Hollywood.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Sylwetki
Nosi na nadgarstku swoje wspomnienia. Mateusz Banasiuk o swoich zegarkach
Jako nastolatek mijał go niemal codziennie w przejściu podziemnym. Patrzył, odkładał pieniądze, marzył. W końcu kupił. I stracił w miejscu, gdzie najmniej się spodziewał. Dziś Mateusz Banasiuk ma kolekcję zegarków, z których każdy nosi historię ważnego momentu. Aktor Opowiada, dlaczego bez zegarka na nadgarstku nie wyjdzie z domu i czemu żadnego nigdy nie sprzedał.
Sylwetki
Livka: „Chciałabym, żeby ludzie dalej marzyli”
Marzenia są po to, żeby je spełniać. Tak głosi słynne powiedzenie, a kariera Livki, która marzyła o występowaniu na scenie od dziecka, jest żywym dowodem na to, że wszystko jest możliwe.
Sylwetki
Aktor Anthony Boyle: od „Harry’ego Pottera” do antykapitalistycznego buntu w Cannes
Broadway, Spielberg, Netflix, Festiwal Filmowy w Cannes. Anthony Boyle jest wszędzie, ale nigdy nie zapomina, skąd przybył. Przy okazji festiwalowej premiery „I See Buildings Fall Like Lightning” irlandzki aktor opowiada GQ Poland o tym, co napędza jego bohaterów – i jego samego.
Sylwetki
Hojny kibic. Robert Dobrzycki nie tylko o piłce
Robert Dobrzycki jest wizjonerem. Nie miał nawet 30 lat, kiedy zaczął od zera budować w Europie potęgę Panattoni. Dziś jest współwłaścicielem i CEO firmy w Europie, Indiach i krajach Bliskiego Wschodu. Nie kupuje luksusowych dóbr, ale w czasie aukcji charytatywnych wydaje ciężkie miliony. Ostatnio rozbił transferowy bank Ekstraklasy, sprowadzając do Widzewa Łódź kilka prawdziwych gwiazd.
Sylwetki
Kosmiczne marzenia Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego
Widok Ziemi z orbity go zachwycił. Przyznaje jednak, że tym bardziej tęsknił wtedy za rodziną. – Cieszę się, że jestem już z najbliższymi – mówi Sławosz Uznański-Wiśniewski, inżynier i astronauta, drugi Polak w kosmosie i pierwszy, który przebywał na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
Sylwetki
Wszystkie drogi Martyny Wojciechowskiej. Czy czuje się inspiracją dla młodych ludzi?
Po zdobyciu Everestu sporo się w jej życiu wydarzyło. – Chcę to opowiedzieć światu – zapowiada Martyna Wojciechowska, dziennikarka, podróżniczka. Jej najnowsza książka „Przesunąć horyzont. 20 lat później” właśnie ukazała się na rynku.
Sylwetki
Paweł Durakiewicz rzucił alkohol, korporację i buty. Dziś prowadzi najbardziej niezwykłe miejsce na Sycylii
Minus dziesięć stopni, śnieg i lód pod stopami. Paweł Durakiewicz biegnie boso przez półmaraton, zostawiając za sobą ślady krwi. Jeszcze kilka lat wcześniej codziennie pił alkohol i nie chciał żyć. Dziś mieszka na Sycylii, prowadzi ośrodek terapii uzależnień i mówi, że największym rekordem nie był Guinness, ale odzyskanie kontroli nad własnym umysłem.