PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Paweł Durakiewicz rzucił alkohol, korporację i buty. Dziś prowadzi najbardziej niezwykłe miejsce na Sycylii

Minus dziesięć stopni, śnieg i lód pod stopami. Paweł Durakiewicz biegnie boso przez półmaraton, zostawiając za sobą ślady krwi. Jeszcze kilka lat wcześniej codziennie pił alkohol i nie chciał żyć. Dziś mieszka na Sycylii, prowadzi ośrodek terapii uzależnień i mówi, że największym rekordem nie był Guinness, ale odzyskanie kontroli nad własnym umysłem.

Udostępnij

Paweł Dutkiewicz prowadzi urokliwe miejsce na Sycylii

Paweł Durakiewicz na Sycylii odnalazł sens Autor zdjęcia: Jacek Poremba

Olivier Janiak, Grzegorz Kapla
17.05.2026

Półmaraton to 20 kilometrów z niewielkim okładem. Zdrowy człowiek po kilkunastu tygodniach trenowania powinien sobie poradzić z takim dystansem. Ale Durakiewicz biegł po lodowej skorupie i śnieżnej grudzie. Boso. Choćbyś miał naprawdę zahartowane stopy, nie unikniesz otarć i spękań. Na śniegu zostaje krwawy ślad. Czy to wysoka cena za pobicie rekordu Guinnessa w śnieżnym półmaratonie? 

Dwa miesiące później Durakiewicz stanął na starcie biegu maratońskiego. Znowu boso. Jak Abebe Bikila, chłopak z małej etiopskiej wioski, który na igrzyskach w Rzymie rzucił wyzwanie reprezentantom kolonialnych potęg. Abebe też biegł boso. Ale Durakiewicz biegł boso po śniegu i lodzie. To też było poważne wyzwanie. Rzucił je ograniczeniom własnego umysłu.

– Chciałem zmierzyć się z mitem mojego idola Wima Hofa – uśmiecha się. 

Paweł Durakiewicz rzucił alkohol i pobił rekordy

Paweł Durakiewicz przebiegł pustynię Namib Autor zdjęcia: Jacek Poremba

Rekord w bosym triathlonie

Legendarny Iceman Hof jest autorem kilku nieprawdopodobnych wyczynów. Przebiegł pustynię Namib bez korzystania z wody i spróbował wspinaczki na Everest w samych szortach. Dotarł do wysokości 7400 metrów n.p.m., po drodze włożył buty, bo do bosych stóp nie dało się przypiąć raków. Poza tym Hof organizuje biegi długodystansowe po śniegu i lodzie, w których zawodnicy startują na bosaka. Durakiewicz ma aktualne rekordy w maratonie i półmaratonie. Ma też rekord w bosym triathlonie i w najdłuższym bosym marszu odnotowanym w dziejach świata. 

Tę właśnie wyprawę, przejście Hiszpanii, ceni szczególnie. 

– Chodzenie to najbardziej naturalna czynność, ludzie wykonują ją od setek tysięcy, może od miliona lat. Wpływa na pracę mózgu. Steve Jobs prowadził rozmowy biznesowe, zabierając swoich partnerów na spacery. Te długie relaksują, a ja po całym bałaganie w życiu potrzebowałem tego. Po prostu iść. Jak najdalej. 

Najpierw myślał, żeby się wybrać do Santiago de Compostela, ale przeczytał, że na Camino może być sporo ludzi, a on chciał iść tak, żeby nikogo nie spotkać. Poszedł więc przez Alpy. Wtedy jeszcze w butach. 

– Okazało się, że to wcale nie jest łatwe. Trzeba było ryzykować, przeprawiać się pieszo przez rwące, górskie rzeki, wędrować wąskimi perciami, wchodzić naprawdę wysoko. Moja kondycja i fizyczna, i psychiczna bardzo się wtedy poprawiła. 

Potem poszedł już na rekord. Boso przez całą Hiszpanię. Pireneje, Kraj Basków, Galicję, a na deser – przez Portugalię. Okazało się, że to najdłuższy bosy marsz, jakiego dokonał człowiek.  

– Dokładnie nie wiedziałem, ile to zajmie czasu, ale to miała być prawdziwa wyprawa, a nie dwudniowy spacer. Miałem niepowtarzalne spotkania z ludźmi. Nie niosłem tabliczki z informacją, że biję rekord świata, nikt mnie nie znał, szedłem boso, ludzie myśleli, że to z biedy. Częstowali mnie jedzeniem, dawali mi buty, a ja mówiłem im, że nie potrzebuję, że chodzi mi o to, żeby ich nie mieć. Chciałem wyjść z własnej roli. Bo często wchodzimy w role określane przez to, co posiadamy. Ja przez pięć miesięcy i dwadzieścia dni byłem po prostu piechurem. Czasami oszczekały mnie psy albo we mgle o mało ktoś mnie nie najechał. Policja podjeżdżała sprawdzić, czy nie piłem albo nie brałem narkotyków. Widziałem ich zdziwienie i jak w tym zdziwieniu spadają im ich własne maski. A na koniec wiedziałem, że skoro dałem radę tego dokonać po dwóch operacjach kręgosłupa i po 25 latach uzależnienia od alkoholu, to mogę wszystko.

Paweł Durakiewicz odnalazł harmonię na Sycylii

Paweł Durakiewicz pokonał uzależnienie Autor zdjęcia: Jacek Poremba

Nie musi być szybki. I nie musi być boso

Od tamtej pory dba, żeby przynajmniej raz dziennie iść na spacer nie krótszy niż cztery kilometry. Nie musi być szybki. I nie musi być boso. Nie jest fundamentalistą: bez butów chodzi tylko wtedy, kiedy nie jest mu zimno w nogi. Na szczęście na Sycylii, gdzie mieszka i prowadzi ośrodek terapii uzależnień, zazwyczaj jest dość ciepło, żeby chodzić bez butów. Dziś, kiedy rozmawiamy, w Warszawie mgła i dwa stopnie powyżej zera. To dziesiąty z rzędu dzień bez słońca. Na Sycylii 20 stopni i ani jednej chmury. Majster z sąsiedniej wioski przyjeżdża naprawić bramę. Potem Paweł siada w słońcu i wyciąga przed siebie nogi. Stopy ma wygojone. 

– Skoro nie masz przymusu chodzenia boso, skąd ta potrzeba bicia rekordów w bieganiu po śniegu? 

– Dużo pracuję przez ostatnie lata. Uczę oddechu, jogi, medytacji. Z jednej strony chciałem pobić rekord Wima Hofa. Zrobiłem to i czekam, aż mi ktoś rzuci wyzwanie. Z drugiej strony chodziło mi o to, by sprawdzić, do jakiego stopnia potrafię kontrolować swój umysł. To było ważniejsze niż rekordy. 

– Co umysł ma do biegania? 

– Uważam, że umysł jest narzędziem, które można wziąć na smycz, a wtedy zacznie dla ciebie pracować. Oczywiście zanim zaczniesz biegać po lodzie, musisz przyzwyczaić stopy do różnego rodzaju nawierzchni. Muszą być twarde. 

– Ale to wcale nie chroni ich przed okaleczeniem. Widzieliśmy twoje zdjęcia – stopy pokrwawione, pocięte, poowijane ręcznikiem na mecie… 

– Tak, to wszystko dość bolesne. Dlatego musisz opanować umysł. On musi cię chronić. Kiedy postawisz bosą stopę na lodzie, wysyła silny impuls w postaci bólu. Daje ci w ten sposób znać, żebyś przestał. Skoro nie przestajesz, ten impuls bólowy narasta. W końcu staje się nie do wytrzymania. Kiedy biegłem maraton, mój umysł gadał mi o tym bólu gdzieś do ósmego, może dziewiątego kilometra. Dopiero wtedy, mimo że miałem zakrwawione stopy i świadomość, że ich stan się pogarsza, umysł się wyłączył. Uznał, że moja wola jest silniejsza od niego. W takiej sytuacji umysł zaczyna współpracować. Pomaga wykonać zadanie. Odkrywasz, że jest jedynie narzędziem, że jeśli mu się nie poddasz, możesz go w pełni kontrolować. A jeśli potrafisz kontrolować swój umysł, zaczynasz panować nad swoim życiem w stu procentach.

Paweł Durakiewicz boso przemierza świat

Paweł Durakiewicz koncentruje się na zadaniu Autor zdjęcia: Jacek Poremba

Co przed Guinnessem?

Zanim Paweł Durakiewicz został rekordzistą Guinnessa w długodystansowych biegach boso po śniegu, przez ćwierć wieku był alkoholikiem. Od 13. roku życia nie potrafił dogadać się ze swoim umysłem.

– Dziś wiem, że wtedy też umysł próbował mnie chronić. Chodziło o to, żeby się zrelaksować, trochę obniżyć tętno. Jeśli nie nauczysz umysłu, że są inne sposoby na uspokojenie organizmu, będzie podsuwał takie rozwiązania, jakie zna. Alkohol jest łatwiejszy niż półtoragodzinny trening biegowy. Efekt masz już po trzech minutach. 

– A dzisiaj? Jak sobie z tym radzisz? 

– Dużo pracuję z oddechem, jeśli trzeba. Ale ja po prostu dbam o to, żeby w moim życiu panował zdrowy balans, żeby nie potrzebować dużej dawki adrenaliny. Zachowuję sprawność fizyczną. Alkohol nie jest mi już potrzebny, żeby się zrelaksować. 

– Nie każdemu to wystarcza. 

– Ludzie mają często wygórowane oczekiwania, wydaje im się, że medytacja przeniesie ich w jakieś odmienne stany świadomości, a nie o to przecież w niej chodzi. Jednak jeśli znasz techniki medytacyjne, łatwo możesz wyrzucić z głowy niepotrzebne emocje. I to nie tak, że ja jestem jakiś wielki Paweł, bo mi się udało. Tylko skoro mnie się udało, to znaczy, że każdy może się podnieść. 

W otchłań alkoholizmu Paweł Durakiewicz zajrzał wcześnie. Był 13-letnim dzieciakiem na wakacyjnym obozie. Było słońce, towarzystwo starszych, doświadczonych już imprezowo chłopaków i długie noce, podczas których jeden jedyny wychowawca nie miał szans upilnować młodych, kiedy chcieli posmakować alkoholu. Po pierwszym piwie Paweł zrozumiał, że nie musi być tym wiecznie wycofanym, zalęknionym trochę chłopcem, który nie potrafi ponazywać własnych emocji ani odnaleźć się w towarzystwie. Odkrył, że wcale nie musi być nudny, że jest fajny. Wygadany, 

odważny, otwarty. Nie wiedział wtedy, czym jest gen alkoholizmu. Miał normalną, trzeźwą rodzinę, w której ludzie po prostu mało z sobą rozmawiali. Dopiero po latach miał się dowiedzieć, że alkohol piła jego babcia, że potem popadł w nałóg jeden z wujów. Na razie był nastolatkiem, rósł szybko, a alkohol nie był obojętny dla młodego organizmu. Pierwszy odwyk zaliczył jako 17-latek. Potem posłali go na porządną amerykańską uczelnię. Daleko od domu. Pepperdine University w Kalifornii, a potem MBA na Carlson School of Management. Tam znowu pił, ale po tym jak go przyłapali na zajęciach, już tylko w weekendy. Ćwiartka w piątek wieczorem, zanim koledzy zdążyli po niego przyjechać. Potem w klubie bania na całego. Po studiach został w Kalifornii i zaczął handlować winami, ale szybko okazało się, że prestiżowa uczelnia i znakomity networking otwierają mu drogę do spektakularnej, międzynarodowej korporacyjnej kariery. Ameryka, Indie, Kostaryka. Miał talent do zawierania grubych kontraktów. Potem oblewali to z klientami w najlepszych lokalach świata. 

– I nigdy nikt się nie zorientował?

– Przez długi czas nie. Dowoziłem zadania. Zarabiałem dla firmy poważne pieniądze. Może nie widzieli, może nie chcieli dostrzec. A ja przez lata nauczyłem się doskonale maskować. Kiedy sytuacja robiła się trudna, zmieniałem pracę. Miałem świetne wyniki, wszyscy mnie chcieli. Aż pewnego dnia odkryłem, że drżą mi ręce i nie potrafię wymówić skomplikowanych sformułowań – musiałem dokończyć prezentację, używając tylko prostych słów i krótkich zdań. A potem to już otchłań. Nie chciałem żyć. Nie to, że żyć tak jak dotąd. Nie chciałem żyć w ogóle. I to był ten dzień. Zrozumiałem, że trzeba to zmienić. Miałem małe dzieci. Nie chciałem, żeby myślały, że ich ojciec przegrał. Z dnia na dzień postanowiłem pojechać na terapię.

Odnalezienie pokoju

Potem była długa podróż po Ameryce Środkowej, kilkutygodniowy postój w ośrodku terapeutycznym Hirdaya Yoga, w którym wykorzystywano praktyki jogi i oddechu. Na początku wydało mu się to i obce, i mało efektywne, wyjechał z Meksyku, ale po kilku tygodniach wrócił. Obserwował najlepszych terapeutów i odkrywał skuteczność ich metod. Od roku już nie pił. 

Uważa za skrajnie niesprawiedliwe nazywanie ludzi niepijących czasami od lat „trzeźwymi alkoholikami”. Po tym, jaką pracę włożyli we własny rozwój, są według niego co najwyżej byłymi alkoholikami. 

W końcu postanowił założyć ośrodek terapii uzależnień. Najlepiej gdzieś w Ameryce Łacińskiej, ale wtedy była już żona zapowiedziała, że to bardzo utrudni kontakt z dziećmi. Zrozumiał, że jeśli coś ma z tego być – ośrodek musi być w Europie. Wybrał Sycylię. 

– Dlaczego?

– W sumie nie wiem, bo zanim postanowiłem, że to będzie Sycylia, nigdy wcześniej tu nie byłem. 

Jego miejsce na ziemi nazywa się Ranczo Salemi. Jest położone w zachodniej części wyspy, w słynącym z urody Salemi, które zdobyło tytuł najpiękniejszej włoskiej wsi. Jest tu też muzeum mafii cosa nostra. I tu też Garibaldi ogłosił wejście Sycylii do zjednoczonych Włoch. Wieś w czasach rzymskich nazywała się Alicia. To słowo pochodzi od „aletheia”, czyli prawda.

– Mam tu proste i szczęśliwe życie. Odnalazłem pokój, dom i chcę się dzielić z innymi tym, co dostałem. Tym doświadczeniem, że życie bez alkoholu może być piękne i że jest możliwe. Że nie musisz pić, żeby poczuć się dobrze. Możesz się nauczyć kilku oddechowych ćwiczeń. 

Durakiewicz ma do swojej misji biznesowe podejście. 

Wynajmował do pracy w Salemi najlepszych terapeutów 

zajmujących się uzależnieniami i podglądał to, co robią 

przez kilka lat. W końcu ułożył własny, autorski program pracy. Nie ma co kryć, to sławne miejsce. Niby dyskretne, ale jeśli popytać, okazuje się, że wiele osobowości ze świata rozrywki, mediów czy polityki doskonale wie, jak tam trafić. Niektórzy nie kryją, że to właśnie Ranczo Salemi postawiło ich do pionu. Przywróciło wiarę w sens. Że sami marzyli o tym, żeby otworzyć taki właśnie ośrodek. 

Kiedy o to pytamy, Paweł lekko się uśmiecha.

– Rozumiem ich. Sam przeszedłem przez ten etap, bo kiedy zaczynasz być czysty, trzeźwy, naprawdę chcesz się tym dzielić ze wszystkimi. 


Rzucenie alkoholu

Ale żeby wystartować z takim ośrodkiem, jak z każdym biznesowym pomysłem, potrzeba wiedzy, umiejętności, zdolności, no i kapitału. Z jakiegoś powodu sukcesu Salemi nikt dotąd nie potrafi powtórzyć. Za to odnieść sukces, rzucając alkohol i uwalniając się od uzależnienia, może każdy. 

– Co przyniosło to tobie?

– Przede wszystkim zdolność do odczuwania i rozumienia własnych emocji. Ja nie wiedziałem nawet, jak się czuję. W zasadzie nie pamiętam nawet swojego małżeństwa, bo byłem codziennie pijany. A teraz dziś każdy dzień jest prawdziwy. Czuję, żyję, wiem, kiedy jestem zły, kiedy smutny, a kiedy szczęśliwy. Czuję się dobrze. Nie dlatego, że mam te rekordy, ale dlatego, że jestem zdrowy. Alkohol jest trucizną w każdej ilości. Ludzki organizm odpoczywa od pierwszego momentu, kiedy jest trzeźwy. 

– Nie kusi cię, żeby tutaj, we Włoszech, sięgnąć po lampkę wina?

– Nie. Wiem, że to nie jest dla mnie dobre. 

– A bodźce? Nie poszukujesz tej adrenaliny, która towarzyszyła ci jednak w całym życiu? Nie masz przymusu, żeby bić kolejny rekord? 

– No właśnie nie. Przybywają tu czasami moi znajomi i widzę, że muszą cały czas trenować, pokonali jednego Ironmana, drugiego, muszą pokonać trzeciego… Ja nie muszę. Czytałem książkę Davida Gogginsa, w której opowiada o tym, jak biega z połamanymi nogami, jak musi sobie codziennie dać w kość, żeby w ogóle poczuć, że żyje, bo to mu daje siłę, żeby nie upaść. Ja zupełnie tego nie kupuję. Uważam, że w życiu chodzi o to, żeby w prostocie odnaleźć przyjemność istnienia. Więc nie muszę biec, nie szukam adrenaliny, zrobię rano delikatną jogę, popracuję z oddechem. I tyle. Nie musiałem jednego nałogu zastąpić innym. Nie muszę bić kolejnych rekordów, muszę się zająć naprawą bramy, nakarmić moje osły, zadbać o oliwki, wkrótce będziemy mieć zbiory. To są prawdziwe sprawy, to jest prawdziwe życie. Wystarczy nauczyć się, jak czerpać satysfakcję z drobnych, zwyczajnych rzeczy. Żeby pozbyć się przeświadczenia, że potrzebujesz być gdzieś indziej, żeby ci było lepiej. Żeby zrozumieć, że tu i teraz jest właśnie ten jedyny, naprawdę ważny moment twojego życia i że to jest twój najlepszy moment, bo jedyny, jaki masz. 

No tak – wzdychamy, myśląc o tym, że Durakiewicz wszystkiego już popróbował. Podróżował, kupował najlepsze ubrania i jeździł po Kalifornii najszybszymi sportowymi autami. Poznał szczęście posiadacza w epoce konsumpcjonizmu. Może sobie powiedzieć, że jest minimalistą. 

– Ale co z tymi, którzy jeszcze nie posiedli, nie mieli? 

– Szczęście przynosi nie posiadanie, ale świadomość, że tak naprawdę chodzi o ograniczenie liczby bodźców, jakie do ciebie docierają. Warto mieć parę spraw: dom, ogródek, mieszkanie, coś swojego, nieważne. Ważne, żeby sobie uświadomić, by nie tracić kilku lat życia na myślenie o tym, czego nie mogę mieć. Ludzie, pewnie 90 proc., jeśli nie więcej, wciąż myślą o tym, by dojść do jakiegoś poziomu materialnego, bo im się wydaje, że to zmieni ich psychikę, że staną się szczęśliwi. Ale to nieprawda. Poznałem kilku bogatych ludzi, nawet tych najbogatszych, i okazuje się, że są nieszczęśliwi. Że za tę krótkotrwałą satysfakcję ze swojego osiągnięcia muszą płacić cenę starania się bardziej i bardziej. Muszą wciąż wkładać wysiłek w pracę, dyscyplinować się, projektować, planować, myśleć. Ja już niczego nie muszę. Rozumiecie? Wystarczy, żebym dbał o relacje, nie psuł tego, co jest między ludźmi. I już. Szczęście. Spełnienie. Nie potrzebuję fajerwerków, ale prostoty relacji i prostych spraw: uprawiania oliwek, sadzenia pomidorów. Kiedy pracowałem w korporacji, zżerało mnie, że nie awansowałem nigdy na stanowisko prezesa. Wiceprezesem zdarzało mi się być, ale szefem szefów – nie. Zawsze miałem poczucie, że nie jestem najlepszy, bo szacunek do samego siebie filtrowałem przez tę pozycję społeczną. A teraz jestem zwyczajnym nauczycielem jogi. I czy to mi wystarcza? No właśnie tak.

Paweł Durakiewicz jest nauczycielem jogi

Autor zdjęcia: Jacek Poremba

– Uporządkujmy: dałeś sobie radę, bo miałeś kapitał. Zapracowałeś sobie, ale o twojej historii będą czytać ludzie, którzy nie mają kapitału. Co im powiesz? 

– Miałem kapitał, ale zgromadzony dzięki kredytom frankowym. Nie miałem wcale na koncie jakichś milionów. Trzy kredyty na nieruchomości, które warte były mniej niż te kredyty. To nie było najważniejsze. Najważniejsze było, żebym z sobą zrobił porządek. Gdyby nie to, zostawiłbym synom co najwyżej długi. A tak mogą powiedzieć swoim kolegom, że ich tata może i nie ma lamborghini, ale ma cztery rekordy Guinnessa. 

I jeszcze o tym, że ma swoją fundację. Diamond Soul Foundation organizuje w Ranczo Salemi turnusy dla dzieci z domów dziecka. 

– Pomysł był prosty: przekonać dzieciaki, że nie są problemem do naprawienia, tylko cudem do odkrycia. To problem niemal wszystkich ludzi. Wmawiają nam, że jesteśmy 

nie dość dobrzy, niewystarczający, nieadekwatni, że się nie dość staramy, za mało walczymy. Kiedy słyszysz to od małego, to mając siedem lat, myślisz o sobie, że jesteś problemem do naprawienia. Albo po prostu – problemem. Wstajesz z łóżka z takim przeświadczeniem. A mógłbyś wstawać z przekonaniem, że jesteś cudem do odkrycia, że świat daje ci mnóstwo możliwości. Tym się zajmuje Diamond Soul Foundation. 


Praca z innymi

Pracuje z młodzieżą w wieku 13–16 lat, bo w tym wieku sam Durakiewicz popadł w nałóg. Teraz chce pokazać młodym ludziom, że są inne drogi niż uciekanie. Że są inne wybory. W sprawach poważnych, a także najprostszych. Kiedy dzieciaki przyjeżdżają na Sycylię, okazuje się, że niektóre nie jedzą surówek. Pytają, czy są królikami, żeby jeść sałatę. Nigdy nie próbowały. Znają tylko kebab i hot dogi. Ale pizzy już nie. Nigdy nie były w prawdziwej pizzerii. Ba, nigdy nie podróżowały. Nigdy nie leciały samolotem. Przyjeżdżają z domów dziecka czy opieki i poznają okolicę. Uczą się podstaw jogi i oddychania. Bawią się z osłami. Mogą je karmić i czyścić. Ale przede wszystkim są tu po to, żeby rozmawiać. 

– Bo one nie mają żadnych autorytetów, czasami nie mają nawet jednej osoby, do której mogłyby iść z jakimś pytaniem, problemem. Nikt ich dotąd nie wysłuchał tak poważnie. Nikt się nie zainteresował, kim są. Jeśli chcą, to po osiągnięciu pełnoletności mogą wrócić do Salemi i popracować na zasadzie wolontariatu. Jeśli potrzebują pomocy w znalezieniu pracy – fundacja im w tym pomaga. Nie wszystkie tego oczekują, nie wszystkie chcą. Ale mają takie możliwości. Mogą zacząć zarabiać pieniądze, pracować w hotelu albo w restauracji, bo oni chcą pracować, ale nikt im dotąd nie pokazał, jak się starać o pracę. 

Pytamy jeszcze, po co Pawłowi Durakiewiczowi i Przemysławowi Matusiakowi jest w ogóle potrzebna jakaś fundacja. 

– Po pierwsze, wierzę w to, że dobro powraca, a to sprawia, że czujemy się dobrze. Lepiej. Po drugie, wierzymy, że można zmienić los drugiego człowieka. Kiedy pracowałem w korpo, sprzedając transformatory albo – dajmy na to – sprzęt geodezyjny, też robiłem coś dobrego, ale na zupełnie innym poziomie. Teraz nie chodzi o zysk, tylko o to, żeby świat stawał się odrobinę lepszy. Nie mam złudzeń. Ani nie mam ambicji, żeby ocalić wszystkie dzieci świata. Ale skoro mogę dwoje, pięcioro czy siedmioro, to właśnie to robię.

Paweł założył fundację na rzecz innych

Autor zdjęcia: Jacek Poremba

Gdyby ktoś potrzebował odwiedzić Ranczo Salemi, można zarezerwować tygodniowy lub dwutygodniowy pobyt, podczas którego Paweł potrafi postawić człowieka na nogi. Nie tylko pokaże drogę do tego, jak sobie radzić z uzależnieniem, wypaleniem zawodowym, depresją czy po prostu odnalezieniem sensu w tym szalonym świecie, zmuszającym do bezsensownej gonitwy pod dyktando algorytmów, które nie rozumieją, że człowiek musi oddychać, żeby mógł żyć jak człowiek.

Więcej w tym temacie:

Czytaj więcej

Borja Iglesias

Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias

„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.