PARTNERZY SERWISU
Sport
Wojciech Szczęsny: Żelazne ręce
„Jak Szczęsny mógł zrobić karierę z takim ciałem?” – spytał kiedyś Lewy, robiąc sobie jaja z kolegi, kiedy ten po meczu stał w szatni w samych slipach. Trener Michniewicz, który sam był bramkarzem, powiedział wtedy: „Stanie na bramce jest jak szachy. Niby grasz rękami, ale jednak głową”.
Udostępnij

Płaszcz Maciej Stańczak, koszula i szal Robert Kupisz, szorty Dolce & Gabbana/vitkac.com, skarpety Uniqlo, loafersy Kazar Studio Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek
Z Wojciechem Szczęsnym jest taki kłopot, że każdemu się wydaje, jakby go znał. Z telewizji, serwisów sportowych i plotkarskich, z okładek czasopism, filmu biograficznego, który bije rekordy oglądalności. Ostatnio wszędzie go pełno, wiedzieliśmy o tym, że tak będzie, a jednak reporterski nos i doświadczenia wcześniejszych spotkań mówiły nam, że to fasada, że pod wizerunkiem wyluzowanego, pewnego siebie bramkarza najlepszej klubowej drużyny świata kryje się tajemnica, której nie udało się dotąd nikomu przeniknąć.
Plan był taki, że porozmawiamy z bohaterem pierwszej okładki GQ przy okazji sesji fotograficznej. Początek września, warszawskie ulice, piękny dzień, Wojciech Szczęsny cierpliwie realizował nasze artystyczne pomysły. Najtrudniejsze były zdjęcia, na których miał zagrać rolę twardziela z ikonicznej reklamy pewnej marki tytoniu – co było jego marzeniem. Pech chciał, że kilka tygodni wcześniej w czasie spaceru z dzieckiem miał z końmi nieprzyjemne tête-à-tête i nabrał respektu wobec tego zwierzęcia. Widzieliśmy, jak ścierają się w nim lęk z instynktem, który każe mu podjąć ryzyko. I jaką dziecięcą radość sprawia mu zwycięstwo.
Co rusz ktoś podchodził prosić o autograf, wokół nas zagęściło się od dzieci, a on każde zagadywał i przybijał z nimi piątki. No więc nie pogadaliśmy.
Umówiliśmy się na inną rozmowę, w Hiszpanii, 2 października. Wylot z Warszawy 5.40, wywiad o 14.00, powrót sześć godzin później. Szybka piłka. Kilka dni wcześniej gruchnęła wiadomość, że Wojciech Szczęsny wraca do pierwszego składu FC Barcelona. W przededniu naszego spotkania Barca podejmowała PSG. Wielki mecz, niedoszły finał Ligi Mistrzów. Pomyśleliśmy, że dobrze byłoby to zobaczyć, poczuć te emocje, energię stadionu, zrozumieć okoliczności, w których funkcjonuje Wojtek. Niestety, wszystkie kontakty w Polsce okazały się niewystarczające – było zbyt późno, żeby zdobyć wejściówki. Tymczasem bilety przysłał nam Wojciech Szczęsny. Kiedy weszliśmy na stadion i okazało się, że to loża VIP, poczuliśmy się jak dzieciaki, którym przybijał piątki i podpisywał szaliki. Podczas meczu przekonaliśmy się, że dwóch gości z „żylety” warszawskiej Legii robi więcej hałasu niż 50 tysięcy kibiców Dumy Katalonii.
Następnego dnia odsypialiśmy po wieczornych wrażeniach, a Szczęsny wstał o świcie, żeby odwieźć syna do szkoły. I jak niemal każdego dnia w życiu pojechał na trening. Po 14 spotkaliśmy się na godzinę, przegadaliśmy prawie cztery i wyszliśmy z przekonaniem, że mało kto potrafi nas tak zaskoczyć… mądrością. To może zaskakujące słowo, ale pasuje idealnie. Szkoda tylko, że Barcelona nie wygrała z PSG. Sądziliśmy, że po przegranym meczu rozmowa będzie trudniejsza, ale Szczęsny zapewnił, że nie przeżywa nadmiernie ani zwycięstw, ani porażek.
– A wy macie tremę przed wywiadami? – zapytał.
Pan Lucjan
– Sami widzicie. Kompetencje budują w człowieku – w tobie, we mnie – pewność siebie. Wiem, że na boisku niczego mi nie brakuje. To kwestia wieku, liczby rozegranych meczów. Tyle razy już dostawałem w dupę, ale budziłem się następnego dnia i widziałem, że świat się nie skończył ani nawet nie zmienił. Kiedy widzę, jak moje dzieci się śmieją, wiem, że świat jest taki, jak należy.
Oczywiście nie zawsze tak było. W filmie Jamesa Poole’a Szczęsny przyznaje, że jego pewność siebie na początku była tylko grą. Pozą. Chłopak z grochowskiego blokowiska przy Łukowskiej, wychowywany z bratem przez samotną matkę i mierzący się od dziecka z mitem ojca, sławnego wówczas bramkarza stołecznej Legii, nie miał na boisku zbyt wielu atutów. Choć jak podkreśla, kiedy grali z bratem w piłkę na asfalcie pod domem, był pewien, że gdyby coś miało się jednak wydarzyć, to tylko jeden z nich ma szansę na światową karierę.
– Lucjan Brychczy dał mi tę lekcję. Najważniejszą. Nawet nie wiem, czy był tego świadom i niestety już go nie zapytam (Lucjan Brychczy, legendarny zawodnik, a potem trener Legii Warszawa, zmarł w grudniu ubiegłego roku –przyp. red.). Zobaczył, że idę ze spuszczoną głową, walnął mnie w łeb i mówi: „Głowa zawsze do góry. Jesteś zawodnikiem Legii, więc głowa do góry, klata do przodu. Po ulicy idziesz tak, jakbyś nie miał żadnych problemów”.
Na początku Szczęsny prostował się i wciągał brzuch, tylko kiedy widział pana Lucjana. Powoli stało się to nawykiem. Nie potrzebował nigdy terapeuty. Ta lekcja wykracza daleko poza boisko. Przyniosła mu w życiu nie tylko piłkarskie puchary.
Marina
Wojtek trafił na Marinę Łuczenko, przeglądając zdjęcia w internecie. Legenda mówi, że powiedział wówczas kolegom, że ta dziewczyna będzie kiedyś jego żoną. Skombinował numer, ale nie było łatwo umówić się z wokalistką w doskonałym momencie jej estradowej kariery. Poprosił, żeby nagrała życzenia dla jego kolegi, Roberta Lewandowskiego, ale piosenkarka zupełnie nie kojarzyła nazwisk. Wreszcie któraś z przyjaciółek wpadła na to, że to może być ten piłkarz. Ten Szczęsny, co z Kamilem Bednarkiem występował u Wojewódzkiego.
Kiedy się wreszcie umówili, pierwszy bramkarz Arsenalu był mocno zestresowany. Tydzień przed pierwszą randką obejrzał konferencję TED Talk pod tytułem „Fake it till you make it”, w której prowadzący przekonywał, że mowa ciała, nawet jeśli udawana, budzi u innych ludzi pożądane reakcje.
– Pani psycholog opowiadała o eksperymencie, w którym fotografowali kogoś najpierw pochylonego i skulonego, a potem kazali się tej osobie wyluzować, rozwalić w fotelu na pewniaka, i kiedy pokazywali zdjęcia tych samych osób w skrajnie odmiennych pozach, obcy ludzie wydawali opinie, a różnice w postrzeganiu były ogromne.
Przypomniało mu to lekcję Brychczego.
– Kiedy podjechałem pod jej mieszkanie i czekałem – Marina jest wiecznie spóźniona – drżały mi ręce. Widziałem, że jest słabo, więc sobie mówię: „No nie, nie mogę tak, bo zaraz będzie po zawodach”. Pomyślałem, że ona wie, że ludzie się przy niej stresują. Otworzyłem okno w samochodzie, puściłem głośno muzykę, zimny łokieć, zapaliłem papierosa i udawałem, że mnie to w ogóle nie stresuje. I weszło. Randka poszła bardzo dobrze.
Po latach Marina powie mu, że na pierwszej randce spodobał jej się właśnie dlatego, że był taki pewny siebie.

Koszula vintage, krawat Robert Kupisz, bluza projekt Robert Kupisz, wykonanie Jan Kardas, Radosław Smędzik Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek

Kurtka i dżinsy Levi's Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek
Żelazne ręce
W drużynie na Agrykoli chciał być napastnikiem, ale trenerzy uważali inaczej. Widać – mieli rację, bo chłopak okazał się świetny na bramce. Przeszedł do Legii, a niedługo potem poleciał do Londynu, żeby stanąć między słupkami juniorów Arsenalu. Był tam wtedy zupełnie sam. Bez kasy, bez języka, bez przyjaciół. Zamieszkał w wynajętej przez klub stancji u Bobbie Conway-Bick i przez długi czas znał tylko jedną trasę – z domu na boisko. Trenował, grał, jadł, spał.
We wrześniu 2008 roku został bramkarzem rezerw Arsenalu, a miesiąc później połamał na siłowni oba przedramiona, a sztanga przygniotła mu pierś. Minęła dłuższa chwila, zanim koledzy, którzy darli z niego łacha, zorientowali się, że to walka o życie.
– Kiedy obudziłem się w szpitalu po operacji, siedział przy mnie menedżer, bo w innym skrzydle budynku jego żona akurat rodziła. Dowiedział się, że mnie wybudzają z narkozy, więc przybiegł. I tak od 18 lat żona w dniu urodzin ich córki wypomina mu, że przegapił ten moment, bo siedział przy Szczęsnym.
Na jednym z naszych zdjęć Wojtek ma złote dłonie. Z jednej strony to dlatego, że należy do najskuteczniejszych bramkarzy w historii, z drugiej przez żelazne płytki, które wciąż łączą mu kości po tamtym złamaniu. Nigdy ich nie wyciągnięto, bo nigdy nie było okoliczności, które pozwoliłyby Szczęsnemu na kilkutygodniową przerwę w grze. Dzisiaj pewnie jest za późno, bo metal obrósł mięśniami, zresztą nadal nie ma czasu na kilka miesięcy pauzy.
– To był jeden z powodów, by skończyć karierę. Miewam naprawdę dość tego cierpienia. Na treningu przychodzi moment, kiedy całkiem tracę czucie w dłoniach i z bólu nie mam siły utrzymać nawet butelki z wodą. Wtedy sobie żartujemy z trenerami, że koniec treningu, bo znowu jestem kaleką. To nie jest nieustający ból, najgorzej jest w okresie przygotowawczym, w czasie bardzo obciążających treningów. W sezonie jest łatwiej, bo robisz dwa treningi, potem mecz, więc ręce odpoczywają i nie jest źle. To dziwny ból. Narasta od nadgarstka do łokcia. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy od wewnętrznej strony, czy bliżej blachy, czy bliżej dłoni... jakby wszystko, co jest wewnątrz ręki, próbowało mi wyjść na zewnątrz, jakby napierało od środka.
Piłka kopnięta przez dobrego zawodnika leci z prędkością 180 kilometrów na godzinę. Czasem więcej. Dopóki Szczęsny kontroluje interwencję, ból jest znośny. Ale kiedy broni przedramieniem mocny strzał z bliska…
– Nie życzę nikomu.

Wojciech Szczęsny Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek

Kapelusz, koszula Stars & Stripes/westernowo.com, czapsy Robert Kupisz, dżinsy Levi's, rękawice Mechanix DuraHide/westernowo.com Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek
Palacz
Żeby dosiąść konia w trakcie okładkowej sesji dla GQ Poland, Wojciech Szczęsny musiał pokonać lęk. Zażartował, że życie zaczyna się tam, gdzie kończy się strefa komfortu, i dodał, że czuje się bardziej kompetentny, kiedy ma bronić karnego, strzelanego przez Messiego, niż stając obok konia. Trener zwierzęcia dodał mu otuchy, uspokoił sytuację, a kiedy Wojtek znalazł się w siodle, poczuł się bezpiecznie. Zrozumiał, że przecież potrafi bezboleśnie upaść z wysokości dwóch metrów. To była idealna okazja, żeby zrealizować jego szczeniackie marzenie o występie w reklamie papierosów.
Palenie wyszło z mody, a w przypadku topowego sportowca budzi niedowierzanie. Do Wojtka przylgnęło w Hiszpanii przezwisko Fumador (Palacz). Bolesne?
– Siedzieliśmy niedawno z trenerem w saunie i zapytałem, co o tym myśli. Czy ten mój wizerunek nie stał się jakimś obciążeniem dla klubu? Trener odpowiedział, że liczy się tylko to, co robię na boisku. „Dopóki jesteś tam superprofesjonalny, możesz sobie zapalić nawet podczas parady, kiedy świętujemy zdobycie tytułu”.
W styczniu 2015 roku po trudnym meczu, kiedy Arsenal przegrał z Southhampton 0:2, Szczęsny zapalił pod prysznicem i został przyłapany przez trenera. Zapłacił grzywnę i został usunięty z pierwszego składu, a wkrótce potem wypożyczony do Romy. W Arsenalu rozegrał 181 spotkań, aż 72 razy zachowując przy tym czyste konto. Zdobył z klubem dwa Puchary Anglii oraz Tarczę Wspólnoty. Nie chciał wyjeżdżać. Cena za tamtego papierosa go przerosła.
– W Arsenalu był zakaz palenia w szatni. Trener Arsène Wenger wiedział, że paliłem. Paliłem po każdym meczu. Dzisiaj on twierdzi, że mi się tylko wydaje, że wiedział, bo on nie miał o tym pojęcia. Ja uważam, że wiedział, ale udawał, że nie wie, udawał, że się to nie dzieje. Wtedy zagrałem beznadziejny mecz, a kiedy zapaliłem, on to zobaczył. Odsunął mnie. Dziś by się to nie zdarzyło, bo wcześniej bym sobie zbudował z trenerem taką relację, która pozwoliłaby mi powiedzieć: „Arsène, sorry, ale ja mam potrzebę zapalenia w szatni, przepraszam, wiem, że ci się to nie podoba, rozumiem, będę palił na stronie, żeby nie dawać złego przykładu”.
Tylko jedna decyzja
W meczu Romy z Barceloną Szczęsny obronił karnego Neymara, ale choć Roma przegrała 1:6, to sezon miał należeć do Szczęsnego. Zachował czyste konto w 14 z 38 ligowych meczów, dwa razy broniąc karne. W całej Serie A żaden bramkarz nie miał lepszych wyników. Myślał, że to otworzy mu szansę powrotu do Arsenalu, ale usłyszał „nie”. W kolejnym sezonie usiadł na ławce jako zmiennik Gianluigiego Buffona już w Juventusie. Kiedy w decydującym momencie meczu z Realem Madryt Buffon dostał czerwoną kartkę, Szczęsny wyszedł bronić karnego. Ronaldo był lepszy, ale Wojtek i tak zaskarbił sobie szacunek Juve i do końca sezonu 2023/2024 był pierwszym bramkarzem klubu z Turynu.
– Juventus mnie zbudował, nauczył mnie dyscypliny, bo to zupełnie inaczej zorganizowana drużyna od tych, które znałem. Arsenal to piękna piłka, ale bez presji wygrania mistrzostwa. Roma pozwoliła mi posmakować sukcesu. Barcelona daje czystą przyjemność z bycia piłkarzem. Juventus to codzienna harówa pod maksymalną presją. Tam się liczy tylko i wyłącznie zwycięstwo. I ja się potrafiłem tego nauczyć. Stać się ważną częścią takiego klubu, to bardzo człowieka buduje. Rozumiecie? Mogłem zastąpić Buffona! Nie było większego wyzwania w bramkarskim świecie. Myślałem, że pogram dwa-trzy lata i znajdą kogoś młodszego, a okazało się, że przedłużałem kontrakty, aż zostałem najstarszym zawodnikiem Juventusu, z największą liczbą rozegranych meczów w zespole, z największym doświadczeniem i tym, od którego zaczynało się budować skład. Jedynym problemem była początkowo niechęć Mariny do przeprowadzki. Lubiła mieszkać w Londynie, w Rzymie. No, ale nagle jedziemy do Turynu. Pytała, gdzie w ogóle jest ten Turyn.
– I co zrobiłeś?
– Jak zauważyliście, jestem mądrym chłopakiem, więc w domu decyzje podejmuje żona. Ja często się z żoną nie zgadzam, tyle tylko, że nauczyłem się, że wcale nie potrzebuję mieć racji. Nie na tym życie we dwoje polega, żeby mieć zawsze rację. W naszym domu na tysiąc decyzji ja podejmuję tylko jedną – gdzie będę grał.

Wojciech Szczęsny Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek
Mama
Marinie w Barcelonie na szczęście się podoba. W pobliżu mieszkają znajomi, a to ważne. Przyjaciele, pogoda, spokój, plaża. Szczęsny nigdy dotąd nie mieszkał nad morzem, a teraz mają dom w pierwszej linii brzegowej. Każdego wieczora mogą wyjść na plażę i zobaczyć zachód słońca.
– Poczułem się jak u mamy.
O mamę dotąd nie zapytaliśmy.
– Nie potrafię zrozumieć, jak mogła być taka odważna. Po traumatycznym przeżyciu, jakim była śmierć mojej siostry (Natalia zmarła po tym, jak przygniótł ją trzepak), dała bratu i mnie tyle wolności i zaufania na niełatwym grochowskim podwórku. Jestem jej bardzo wdzięczny. Wracaliśmy do domu, dopiero kiedy piłki już nie było widać. Czasem pokrwawieni, bo biliśmy się z chłopakami, którzy byli od nas starsi. Kiedy patrzę na to z perspektywy rodzica, wiem, że bym się na obdarowanie dzieci taką wolnością nie odważył. Ale mama umiała w sobie znaleźć tę mądrość, żeby nas przetestowało podwórko, a potem sport.
Alicja Szczęsna urodziła Wojtka, mimo że jej małżeństwo z ówczesnym bramkarzem Legii, jej szkolną miłością, legło już wtedy w gruzach, mimo że uczyniła wszystko, co mogła, by je ocalić.
Dziś to ona jest największą fanką Wojtka. Z gazet wycina każdy skrawek z jego zdjęciem, a odkąd nauczyła się korzystać z internetu, udostępnia wszystkie wiadomości o synu, żeby i jej koleżanki były na bieżąco.
Ojciec
W filmie „Szczęsny” – do obejrzenia na Amazon Prime – jest przejmujący moment, w którym Wojtek opowiada, jak zadzwonił do ojca, by mu powiedzieć, że się zakochał, a ojciec, jak wiele razy wcześniej, w ogóle tego nie słyszy. Nie słucha, nie zauważa, jest zajęty tylko sobą. Od tego momentu w rodzinnej układance nie ma miejsca dla Macieja Szczęsnego.
– Jako chłopak po prostu się go bałem. Nie mówię o strachu przed bólem fizycznym, o tym, że mi da po dupie, mówię o tym, że potrafił w obecności obcych ludzi z premedytacją mnie publicznie ośmieszyć. Upokorzyć. Zostawić z pytaniem: „Tato, czemu ty mi to robisz?”.
Wojtek nie uważa, żeby jego kariera sportowa była symbolicznym pojedynkiem z ojcem. Na treningi chodził z przekonaniem, że będzie napastnikiem, a nie bramkarzem. O tym, że stanie między słupkami, zadecydowali trenerzy.

Koszula COS, krawat Ralph Marlin, spodnie AZ Factory/zalando.pl Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek

Kurtka Fendi, spodnie, chusta i pas smokingowy Robert Kupisz, tank top CDLP, mokasyny Naked Wolfe/eobuwie.pl Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek
Mocna ósemka
Mimo ważnego kontraktu z Juve, wbrew presji kibiców, odrzucając konkretne arabskie kontrakty, Wojciech Szczęsny nagle ogłasza, że czas na piłkarską emeryturę.
Trzy miesiące później dostaje propozycję z najlepszego klubu świata – FC Barcelony.
– To nie było tak, że nie miałem serca do piłki. Nie miałem serca do tych opcji, które były na stole, choć kluby z pierwszej dziesiątki składały mi propozycje. Nie chodziło o to, żeby podbijać cenę. Nie chciałem grać dalej tylko dla pieniędzy. Intuicja podpowiadała, żebym mówił „nie”. Trzy dni przed ogłoszeniem emerytury rozmawiałem nawet z Lewym i powiedziałem mu, że nie chcę grać już w żadnym klubie. No, chyba żeby to była Barcelona. Kiedy do mnie zadzwonił, mógł więc podejrzewać, że jest w stanie mnie namówić. Pierwszy sezon grałem za darmo. Kwota, którą dostałem od Barcelony, była dokładnie równa temu, co musiałem oddać Juve za wcześniejsze zakończenie kontraktu.
W czasie emerytury, jak powszechnie wiadomo – rekordowo krótkiej, Szczęsny wreszcie grał w golfa tyle, ile chciał. W czasie rozgrywek odstawia torbę z kijami, bo po golfie bolą go plecy. Mógł też jeść to, co chciał. Bo piłkarzom nie wolno przecież przytyć. Srogie kary finansowe są wpisane w kontraktach.
– A ja lubię jeść i choć udaje mi się utrzymać w widełkach, to i tak pobiłem rekord Barcelony, jeśli chodzi o tkankę. Nadmierną. Kiedyś Lewy, robiąc sobie ze mnie jaja w szatni reprezentacji Polski – byłem w samych majtkach – mówi: „Jak Szczęsny mógł zrobić taką karierę z tym ciałem?”. Trener Michniewicz, który sam był bramkarzem, powiedział wtedy: „Widzisz, Lewy, stanie na bramce jest jak szachy. Niby grasz rękami, ale tak naprawdę głową”. Od tamtej pory, jak ktokolwiek mi mówi: „Wojtek, idź na siłownię”, to ja odpowiadam: „Słuchaj, to są szachy”… Nigdy nie byłem zawodnikiem, który trenował ciężej niż inni, ale potrafiłem przez 18 lat kariery zachować ten sam wysoki poziom. To może nigdy nie była dziesiątka, ale też nigdy nie zszedłem poniżej ósemki. Gdybym grał na maksa, miałbym na przemian dziesiątki i szóstki, ale ja utrzymałem ósemkę przez cały czas i dzięki temu zrobiłem karierę.
Zimna woda
Marina powiedziała nam, że Wojtek po meczach cierpi na bezsenność. Mieliśmy 90 minut, by siedząc razem z nią na trybunach, obserwować, z jakim zaangażowaniem kibicuje mężowi: okrzyki, dramatyczne zrywanie się z miejsca w trudnych dla Szczęsnego momentach, nieustanne zaciskanie kciuków. Jakby dopiero co się poznali, jakby właśnie się zakochała. Usłyszeliśmy też trochę prywatnych opowieści, ale te choć wzruszające i ważne, zostaną między nami. Wiemy jednak, że ta jego bezsenność to kwestia adrenaliny, trzeba ją po meczu wystudzić. Nocami ostatnio układa puzzle. Dostał je w prezencie od jednego z kibiców. Puzzle z rodzinnymi zdjęciami Szczęsnych, układa więc rodzinę – Marinę, dzieci i siebie. Czasami układa klocki Lego, bo one pozwalają się skoncentrować na jednej czynności. Kiedy popełnisz nawet drobny błąd, po trzech godzinach okazuje się, że wszystko trzeba zaczynać od nowa.
Wojtek nauczył się medytować i z powodzeniem od lat to wykorzystuje. Medytuje codziennie po kilkanaście minut. Zawsze w autokarze w drodze na mecz. Zakłada słuchawki, bo lubi, kiedy speaker prowadzi medytacje ukierunkowane. Czasami potrzebujesz wyciszenia, czasem wręcz odwrotnie, medytacja pozwala mu pobudzić koncentrację. Resztę robi adrenalina. To dzięki niej jest dużo lepszym bramkarzem podczas meczów niż na treningu, dzięki niej sięga po rezerwy. Ale po meczu trzeba to wyciszyć. Szczęsny praktykuje medytację w zimnej wodzie. W domu zbudował nawet do tego specjalną balię.
– Nie umiem tego wyjaśnić, ale jest związek między oddechem a emocjami. Oddech się zmienia, kiedy jesteśmy źli albo szczęśliwi, spokojni albo zdenerwowani. Jeśli jesteś w stanie kontrolować oddech w ekstremalnych sytuacjach, to potrafisz kontrolować emocje. Możliwe, że to tylko gadanie, ale zacząłem trenować oddech w ekstremalnym cieple, ekstremalnym zimnie. I nauczyłem się nad nim panować. Kiedy zanurzasz się w wodzie o temperaturze sześciu stopni, masz odruch łapczywego łapania powietrza. To efekt szoku. Jeśli jednak głowa wygra z tym odruchem, łapiesz luz. Rytm serca spada do mniej więcej 35 uderzeń na minutę i wszystko spowalnia. Kiedyś przesadził z temperaturą i zanurzył się w czterech stopniach, zdecydowany wytrwać do końca założonego czasu treningu. Odcięło go, dostał dreszczy i drętwoty ciała, w ostatniej chwili podciągnął się i przewiesił przez krawędź balii. Nóg już nie dał rady wyciągnąć. Klocki Lego też są skuteczne, a zagrożenie dużo mniejsze.

Kapelusz Stars & Stripes/westernowo.com, tank top CDLP, płaszcz MMC Studio Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek
Pytamy, jakie są zagrożenia na bramce.
– Tam nie muszę się kontrolować. Działam automatycznie. Najgorsze, co możesz zrobić, to zacząć się zastanawiać nad decyzjami na boisku. Bo gdy zaczynasz się zastanawiać, to każda decyzja, jakakolwiek by była, będzie spóźniona.
Brawura
W styczniu tego roku Szczęsny wyszedł w pierwszym składzie przeciwko Realowi Madryt w meczu o Superpuchar Hiszpanii. Podciął Mbappé w polu karnym, co dało Realowi karnego. Barca wygrała 5:2, ale kibice zaczęli obstawiać: czy Szczęsny będzie grał dalej, skoro dostał czerwoną kartkę i naraził drużynę?
– Dostałem więcej czerwonych kartek niż inni bramkarze, ale to przecież dowód na to, że się nie boję podejmować ryzyka. Nie zostaję z tyłu, nie odpuszczam, żeby „nie być winnym”. Jeśli wszystko zawodzi i zostaję na posterunku tylko ja, to ja idę. Nie zatrzymasz mnie. Najwyżej się pomylę. W drużynie jest 11 zawodników, ale tego już nikt nie widzi. Widzą tylko mnie – tego ostatniego, który postanowił się poświęcić. Raz zarobisz karnego, raz się miniesz z piłką, a czasem wygrasz. Ja tego nie robię świadomie. To impuls. Instynkt. To jest silniejsze ode mnie… A zresztą tych czerwonych kartek nie było aż tak dużo. Ważne, żeby bilans był pozytywny.
Szczęsny zarobił cztery takie kartki. Jedną w reprezentacji Polski, dwie w Arsenalu i jedną w Barcelonie. Uważa, że to lepiej, niż żeby ktoś z drużyny pomyślał, że mógł pomóc, ale się schował. Tego by nie przeżył.
W filmie Arsène mówi: „Wojtek zawsze grał dużo odważniej, niż naprawdę miał tej odwagi”.
– Kiedy to nagrywali, słyszałem, bo byłem za drzwiami. I pomyślałem: „Ty dziadu! Nie lubię ci przyznawać racji, ale masz rację”. Naprawdę nie byłem taki kozak, ale wiedziałem, że jak będzie trzeba, zrobię tę minę, pójdę na faul i ogarnę.
Swetry i kapelusze
– Na modzie zna się Marina, a ja mam do siebie dystans, mam swój luz i nie boję się mody. Rozumiem, że aby fajnie wyglądać, musisz próbować, eksperymentować, a wtedy może się zdarzyć, że czasem wyglądasz źle. Ja lubię dobrze wyglądać, ale nie jestem modowym freakiem jak Jules Koundé. On się stylizuje na każdy trening. Nawet jak przyjdzie w czymś luźnym, swobodnym, to widzisz, że tam jest skarpetka dobrana idealnie, buciki dokładnie do outfitu i wszystko musi być kolorystycznie zgrane. Ja lubię kapelusze.
Wiedzieliśmy o tym, więc specjalnie do tej sesji zamówiliśmy dla Wojtka cztery projekty, które przygotowała i wykonała najlepsza w Polsce kapeluszniczka, Ola Wanatowicz. Przyjechała z nimi prosto ze swojej katowickiej pracowni. Szczęsny docenił. Zdjęcie z kapeluszami lubi tak samo jak to, na którym dosiada konia.
Wiedzieliśmy, że trudno go czymś zaskoczyć, więc nie poprzestaliśmy na gotowych projektach. W Londynie, Rzymie, Turynie, i Barcelonie zamówiliśmy kolekcję szalików i specjalnie na potrzeby tej sesji Robert Kupisz zaprojektował z nich bluzę. Dołożyliśmy też barwy narodowe.
To jedyna taka bluza na całym świecie. Ma przed sobą przyszłość. Marzy nam się, by trafiła na charytatywną licytację i przyniosła pokaźną sumę na jakiś szczytny cel. To nie była tania produkcja.

Garnitur Gucci/vitkac.com, pasek jako choker Robert Kupisz, kapelusz Wanatowicz Design Autor zdjęcia: Łukasz Ziętek
Mentor
Wojciech Szczęsny gra w jednym zespole z młodymi, superzdolnymi kolegami, takimi jak Lamine Yamal czy Pau Cubarsi. Są o połowę młodsi, w zupełnie innym miejscu życia, skupieni tylko na karierze. Nawet nie próbuje się z nimi dogadać. Nie lubi słowa „mentor” i nie próbuje wchodzić w tę rolę, pamięta bowiem siebie z tamtych czasów. Sam przecież powiedziałby na ich miejscu: „Gościu, ja wiem lepiej, bo mam 18 lat i gram w Barcelonie, a ty kim byłeś w moim wieku?”. Ale wie, że też może służyć za przykład. Kiedy dostaje czerwoną kartkę, nie jest załamany, po meczu świętuje z wszystkimi, żeby zobaczyli, że liczy się przede wszystkim drużyna. Kiedy w zeszłym roku przegrali półfinał Ligi Mistrzów, poszedł zapalić i zobaczył jednego z tych młodych zrozpaczonego, jakby mu ktoś złamał serce. To był chłopak, który jeszcze dwa lata wcześniej grał w czwartej lidze.
– Pytam: „Czemu płaczesz?”, a on na to, że przegrał półfinał. To ja mu wtedy opowiadam jego własną historię. „Gdzie byłeś dwa lata temu? Na byle jakich stadionach grałeś byle jaką piłkę. A dzisiaj, chłopie, zagrałeś półfinał Ligi Mistrzów! Ty jeszcze przegrasz sto ważnych meczów, jeszcze wygrasz kolejne sto. Ale zobacz, gdzie dzisiaj jesteś. Stary, to jest kibel na San Siro, a ty grałeś dzisiaj o półfinał Ligi Mistrzów”. On mówi, że przegraliśmy. „No, przegraliśmy, ale zobacz, jak ty daleko zaszedłeś”. Zaciągam się. Czekam. Musi przetrawić. W końcu widzę, prostuje się i mówi: „Kurwa, ja dzisiaj nawet asystę miałem!”. I on już nie płacze. On wie, kim jest. Z jego podania padła bramka w półfinale Ligi Mistrzów. I kiedy wychodzi z tego kibla, to tak właśnie o sobie myśli. Wie, że trzeba wypiąć klatę do przodu i głowę unieść wysoko do góry.
Artykuł oryginalnie ukazał się w pierwszym numerze GQ Poland.
Stylizacje: Robert Kupisz, Marcin Brylski
Makijaż: Gosia Macias/Van Dorsen Artists
Włosy: Tomasz Malcher Malcheroo
Scenografia: Jarosław Dutkiewicz
Asystent fotografa: Piotr Pantoni
Asystenci stylisty: Jakub Koper, Weronika Jeleń
Produkcja: Piotr Fiedler
Specjalne podziękowania za pomoc w realizacji sesji dla Athletic Scholarship Fundacja AAR.
Więcej w tym temacie:
- Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
- Clarence Seedorf: to nie ubranie czyni człowieka eleganckim [WYWIAD]
- Z czego (nie) wypada się śmiać? Polskie poczucie humoru przez współczesną soczewkę
- Aktor Anthony Boyle: od „Harry’ego Pottera” do antykapitalistycznego buntu w Cannes
- Wielcy nieobecni mundialu. Jakich znanych piłkarzy pominęli selekcjonerzy?
- Nicolas Cage, Spider-Man i jeden z najoryginalniejszych seriali ostatnich lat – w czerni i bieli
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sport
Życiowy sukces Mai Chwalińskiej. Od kwalifikacji po sam finał Roland Garros
Jeszcze kilka tygodni temu nikt nie zaryzykowałby stwierdzenia, że Chwalińska zajdzie tak wysoko w zawodach rozgrywanych na paryskich kortach. Chociaż nie udało się jej zwyciężyć w wielkim finale, to wynik nadal jest godny podziwu.
Sport
Clarence Seedorf: to nie ubranie czyni człowieka eleganckim [WYWIAD]
Podczas wyjazdu na finał Ligi Mistrzów UEFA z marką Pyszne.pl miałem możliwość przeprowadzenia rozmowy z prawdziwą legendą tych rozgrywek.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Sport
Tak się spełnia marzenia. Dlaczego każdy powinien doświadczyć finału Ligi Mistrzów?
Zobaczenie finału Ligi Mistrzów UEFA zawsze było moim marzeniem. Cieszę się, że dzięki wyjazdowi z Pyszne.pl udało mi się je spełnić.
Sport
Czarodziejka z Paryża. Maja Chwalińska występem w Roland Garros napisała nową historię tenisa
Na korcie spędziła najwięcej godzin ze wszystkich półfinalistek Roland Garrosa. Pokonała wielkie gwiazdy tenisa i nie zamierza się zatrzymywać. Maja Chwalińska jest absolutną sensacją French Open. Przed nią wielki finał Roland Garros 2026, ale w jej życiu to nie pierwsza bitwa, którą musi stoczyć.
Sport
Polski tenis ma nową bohaterkę. Maja Chwalińska w półfinale Roland Garros 2026!
Nikt nie dawał jej szans na taki wynik. Maja Chwalińska awansowała do półfinału Roland Garros 2026 i osiągnęła największy sukces w karierze. Polska tenisistka jest już tylko jedno zwycięstwo od wielkoszlemowego finału.
Sport
Maja Chwalińska dołączyła do Igi Świątek. Życiowy sukces Polki na Roland Garros 2026
Kilka lat temu zawiesiła karierę z powodu depresji. Dziś Maja Chwalińska jest jedną z największych sensacji Roland Garros 2026. Polka awansowała do czwartej rundy turnieju.
Sport
Roland Garros 2026 wywrócony do góry nogami. Turniej przejęły młode gwiazdy tenisa
Na Roland Garros 2026 zamiast kolejnego rozdziału historii Djokovicia czy Sinnera oglądamy narodziny nowych gwiazd tenisa, które nie zamierzają już czekać na swoją kolej.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Sport
Wyjątkowa strefa dla fanów koszykówki w samym centrum Warszawy
1-7 czerwca Plac Defilad zamieni się w przestrzeń, w której energia ulicznej koszykówki spotka się z estetyką świata LEGO®. LEGO® Basketball Experience to nowy koncept przygotowany przez LEGO – strefa łącząca sport, design i kreatywną zabawę w nowoczesnym, miejskim wydaniu.