Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.
Udostępnij

Hugh Jackman w kultowej roli Wolverine’a Autor zdjęcia: Disney
Jeśli kiedyś powstanie filmowa biografia Hugh Jackmana (co samo w sobie jest całkiem możliwe), to twórcy powinni nazwać ją „Facet od zadań specjalnych”. Dlaczego? Albowiem od kilkunastu lat gwiazda Marvela udowadnia, że odnajduje się nie tylko w blockbusterach, lecz także naturalistycznych dramatach, komediach familijnych, romansidłach czy – co najważniejsze – musicalach.
Facet od wuefu
Urodzony w 1968 roku Jackman od małego interesował się kinem. Kiedyś opowiedział, że aktorem został tylko po to, by jako fan serii „Piątek, trzynastego” wcielić się w Jasona Voorheesa (jeszcze się nie udało). Kręcił go też teatr. Już jako nastolatek wystąpił w sztuce „My Fair Lady” (na podstawie „Pigmaliona”), a później w adaptacji dramatu „The Memorandum”, napisanego przez samego Václava Havla.
W wieku 19 lat przez rok pracował nawet jako wuefista w jednej z angielskich szkół podczas swojego gap year. Kiedy zabrakło mu teatru, postanowił wrócić do Australii i dokończyć studia, by dalej spełniać marzenia. Długo zajęło mu jednak, by pewniej poczuć się ze swoim rzemiosłem. Jak przyznaje, potrzebował czasu i praktyki, dzięki którym wskoczył na właściwy tor i udowodnił sobie, że stać go na znacznie więcej. Wcześniej na każdym kroku towarzyszył mu syndrom aktorskiego oszusta.
Później jakoś już szło, choć były to małe kroczki. Zaczęło się od drobnych ról w serialach. W trakcie jednego z nich – zatytułowanego „Correlli” – Jackman pozna swoją przyszłą żonę, Deborrę-Lee Furness, z którą aktor niespodziewanie rozwiedzie się w 2025 roku. Następnie pojawią się kolejne angaże w australijskich filmach. Po latach warto przypomnieć sobie jeden z nich: chociaż „Bohater z okładki” (1999) dziś jawi się jako produkt swoich czasów, to wciąż pozostaje uroczy. Tę komedię romantyczną ogląda się z niespodziewaną lekkością, a sam Jackman imponuje werwą i aktorskim luzem. W sumie taki „filmowy harlequin” o autorze poczytnych harlequinów, który ukrywa swoje hobby, pracując jako kierowca ciężarówek – takie rzeczy tylko w najntisach.

Hugh Jackman jest nie do poznania w filmie „Robin Hood: Koniec legendy” Autor zdjęcia: A24
Bye, bye Australia
Powolne żegnanie się z Australią i podbój Europy rozpoczną się wraz z angażem w głównej roli w popularnym musicalu „Oklahoma!” na londyńskim West Endzie. Będzie to miało miejsce chwilę wcześniej, bo w 1998 roku. Najpierw da się poznać w Anglii, a rok później na całym świecie, kiedy do kin wejdzie filmowa wersja przedstawienia. Nagle popularność sztuki zaczyna przerastać wszelkie oczekiwania. Zastanawiano się nawet, czy „Oklahomy!” wraz z Jackmanem nie przenieść na Broadway, ale w wyniku pewnych zażaleń przystano na amerykańską obsadę. Tak czy siak od tego czasu dla aktora już nic nie będzie takie samo.
Tak jak facet od wuefu wpisuje oceny do dzienniczka, tak dziennikarz może pozwolić sobie na zapiski na marginesie. Dlatego w tym miejscu warto przytoczyć pewną anegdotkę, z którą wiąże się dawna praca aktora. Po latach Jackman trafi na jednego ze swoich byłych uczniów, ale spotkają się w zupełnie innej roli – ten drugi będzie przeprowadzał z nim wywiad na festiwalu w Zurychu. Zaskakuje nie tylko sam zbieg okoliczności, lecz także to, że Jackman w ułamku sekundy rozpoznaje swojego podopiecznego. Przede wszystkim dawny nauczyciel faktycznie wygląda na tego młodszego.
W sieci ten sympatyczny klip rozpoczął dyskusję o hollywoodzkich standardach oraz tym, że mężczyźni w branży starzeją się zupełnie inaczej niż zwykli szarzy ludzie – pozostaje jedynie pytanie, na ile to zasługa zdrowej diety i zespołu dietetyków, którzy dbają o daną gwiazdę, a na ile w grę wchodzą operacje plastyczne. Sam aktor (jak i jego fani) nieraz przypominają, że gwiazdor Marvela musiał przejść przez liczne operacje chirurgiczne Mohsa w celu leczenia raka skóry. Aktor jeszcze niedawno walczył z kolejnym nawrotem raka (a dokładniej – raka podstawnokomórkowego skóry), który – nawet jeśli nie jest śmiertelny – wciąż wiąże się z wymagającym leczeniem. Nic dziwnego, że Jackman już od wielu lat apeluje o stosowanie kremów z filtrem, bowiem, jak to skwitował w jednym z wywiadów, ta choroba to „normalna rzecz dla Australijczyka w jego wieku”.
Ale – nie zważając na same problemy zdrowotne – Jackman rzeczywiście prezentuje się jako były uczeń (a nie nauczyciel), co jedynie udowadnia, że Hollywood nie wybacza. I tak naprawdę nigdy nie wybaczało. Albo jesteś idealną wersją siebie, kontrolowanym przedłużeniem obrazka z młodości, który nieustannie musi o siebie zadbać, albo już za chwilę znajdą za ciebie zastępstwo
Facet od mordobicia (i nie tylko)
Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że kariera Jackmana tak naprawdę rozpoczęła się wraz z angażem do pierwszych „X-Menów” w 2000 roku. Mówiło się, że producenci znaleźli aktora, który wręcz urodził się do tej roli: Jackman uosabiał surowość, maczyzm i buzujące emocje komiksowego herosa, Jamesa „Logana” Howletta, dziś szerszej publiczności znanego jako Wolverine. Zadecydował jednak przypadek, pewien chichot losu, a nie kalkulacja producentów. Podobno Wolverine’em miał zostać Russell Crowe, ale ten polecił swojego młodszego kolegę po fachu (obaj od lat są bliskimi przyjaciółmi). Jego żona odradzała mu wzięcie tego projektu, ale Jackman zaufał swojej intuicji i tym samym casting niespodziewanie spełnił obietnicę: od 26 lat nikt nie zastąpił Australijczyka w tej roli.
Między kolejnymi hitami ze stajni Marvela (Jackman wystąpił jako Wolverine aż dziesięć razy!) pojawiały się przebłyski tego, że to nie jest wyłącznie facet od mordobicia. Wręcz przeciwnie – to aktor od dramatycznej roboty. Widzieliśmy go przecież u Christophera Nolana w „Prestiżu” (2006) – w filmie, o którym napisano już wszystko. W tym samym roku wystąpił również u Woody’ego Allena w komedii detektywistycznej „Scoop – Gorący temat”. To właśnie tam lawirował między dwiema rolami: brytyjskiego amanta i faceta podejrzanego o bycie seryjnym zabójcą. Swoją wrodzoną gracją (i udawanym na potrzeby fabuły filmu urokiem) przypominał Jamesa Stewarta w klasycznej amerykańskiej komedyjce „After the Thin Man” z 1936 roku. Jest ona utrzymana w podobnych klimatach śledztwa, więc można przypuszczać, że maniera Jackmana u Allena w świadomy sposób pełni funkcję czegoś w rodzaju duchowego hołdu. Być może nie była to jego najlepsza rola w karierze, ale spełnił swoje zadanie z nawiązką i świetnie wkomponował się w poczet allenowskich lowelasów.
Przyszły zdobywca Złotego Globu pojawił się nawet u Darrena Aronofsky’ego w poruszającym „Źródle” (premiera także w 2006 roku!), w którym jego bohater godzi się ze stratą, nawigując między trzema liniami narracyjnymi i ucząc się, czym tak naprawdę będzie dla niego miłość – w tym przypadku tzw. uczucie totalne, mogące przezwyciężyć nawet samą śmierć. No i nie zapominajmy o wręcz karkołomnym – z dzisiejszej perspektywy – projekcie zwanym „Australią” (2008 rok, reż. Baz Luhrmann). Sam film pozostaje efektowny, zaskakuje luhrmannowskim sznytem i epickim montażem, a w trakcie seansu Jackman po raz kolejny udowadnia, że urodził się, by wcielać się w pierwszoplanowych pożeraczy damskich serc. Niemniej następny przełom miał nastąpić dopiero w 2012 roku.
Facet od śpiewu i dramatu
Zdaje się, że otwarciem zupełnie nowego rozdziału w karierze są właśnie „Nędznicy”, czyli musical, za który zresztą Jackman otrzymał Złotego Globa i swoją pierwszą nominację do Oscara. Jako Jean Valjean robił tam ogromne wrażenie, na każdym kroku ukazując siłę swojego głosu (i charakteru). Jeśli ktoś śledził jego karierę, to doskonale wiedział, że był to jedynie powrót do teatralnych korzeni. Swoje wokalne popisy Jackman powtórzy jeszcze w kiczowatym „Królu rozrywki” (2017) i nieco zbyt niespiesznym „Song Song Blue” (2025).
Co ciekawe, już rok po „Nędznikach” mieliśmy okazję doświadczyć (być może) jednej z jego najlepszych ról w karierze. W „Labiryncie” Denisa Villeneuve’a Jackman wcielił się w zrozpaczonego ojca, który bierze sprawy w swoje ręce, gdy jego córka i jej koleżanka zostają uprowadzone, a policja okazuje się bezradna. Pracując nad rolą, aktor musiał spojrzeć w głąb samego siebie. „Wszyscy jesteśmy zakładnikami wszystkich naszych strachów”, opowiadał Jackman w trakcie promocji filmu (oryginalny tytuł to „Prisoners”). Od tego czasu chyba już nigdy nie mieliśmy okazji zobaczyć go w takim intymnym wydaniu. Ponadto przez kolejne lata bywało różnie: na każdy film z Wolverine’em przypadał lepszy lub gorszy tytuł. Aczkolwiek Australijczyk nigdy nie spadł z hollywoodzkiego olimpu – od parunastu lat gra wyłącznie w pierwszej lidze.
Starość Robin Hooda
Koniec końców teza, że Jackmana możemy nazwać „facetem od zadań specjalnych”, sprawdza się w szczególności w 2026 roku, jednym z ciekawszych momentów w jego całej karierze. To właśnie obok siebie premierę mają dwie – bardzo zróżnicowane – produkcje z udziałem aktora. Pierwsza to „Sprawiedliwość owiec”, czyli kino familijno-detektywistyczne skierowane do najmłodszych i zarazem jeden z cieplejszych seansów tego roku.
Druga zaś („Robin Hood: Koniec legendy”) oferuje zupełnie mroczniejszą interpretację klasycznego antybohatera, bazującą na XVII-wiecznej balladzie „Śmierć Robin Hooda”. „Dajemy widzom kompletnie nowe wyobrażenie mitologii o Hoodzie. Ten film to jedna wielka magia”, tłumaczył Jackman w niedawnym wywiadzie, promując swój najnowszy film, który w Polsce ukaże się już za chwilę (dystrybucja M2 Films). Co najważniejsze, to powrót do bardziej naturalistycznego Jackmana, znanego nam ze wspomnianego „Labiryntu”. Australijczyka zobaczymy w wydaniu brudnym, ociężałym, opierającym się na zmęczeniu i wieku jego bohatera. Jackman zawsze radził sobie z postaciami, które są zmuszone rozliczyć się z trudną przeszłością – producenci wiedzieli, na jakiego konia postawić.
Jackman wciąż redefiniuje się jako aktor. Kto wie, może już nigdy nie otrzyma drugiej nominacji do Oscara, ale jeszcze na długo zostanie w sercach widzów na całym świecie (brzmi jak banał, ale to przecież prawda – dzieciaki uwielbiają go za Wolverine’a, rodzice za „Nędzników”...). On już nic nie musi, a może – ze swoją obecną pozycją w branży – wszystko. Mimo wieku czy łatki superbohatera, której nie spieszy mu się zrywać. Ma czas. I wreszcie zdrowie: na ten moment jego rak jest w pełni wyleczony.
Dziś Robin Hood, jutro Wolverine (czy powróci w kolejnych „Avengersach”? Raczej tak!), pojutrze może znowu Broadway. Albo koncert w Hyde Parku, który w zeszłym roku został odwołany w ostatniej chwili. Tym samym Jackman chwilami przypomina P.T. Barnuma, tytułowego „Króla rozrywki”. Uśmiech na twarzy, dobra energia w rozmowach z prasą i tak dalej: przede wszystkim liczy się spektakl. Aktor ma ostatnio grafik wypełniony po brzegi. Ale co tam – on to chyba musi lubić.
Doktorant kierunku Film Studies na uczelni King's College London. Publikował m.in. w „Interview Magazine”, na portalu Collider, „Cineuropie”, „Schön! Magazine”, „The Upcoming”, „Talking Shorts”, „GQ Poland”, „Vogue Polska” oraz w serwisach internetowych, takich jak Onet, Interia Film, WP Film, a także w „Polityce”, „Rzeczpospolitej”, „Przeglądzie” i wielu innych miejscach.
Przeprowadził kilkaset rozmów i wywiadów, m.in. z George'em Clooneyem, Adamem Sandlerem, Madsem Mikkelsenem, Guillermo del Toro, Alejandro Gonzálezem Iñárritu, Amandą Seyfried, Joshem Brolinem, Oskarem Isaakiem, Jacobem Elordim, Andrew Scottem czy Glenn Close.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?
Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.
Sylwetki
Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Serial „Morfeusz” przyniósł Kamilowi Szeptyckiemu pierwszą główną rolę, a Mateuszowi Kmiecikowi kolejnego twardziela. Jednak najciekawsze wydarzyło się poza kadrem – obaj odkryli, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczali.
Sylwetki
Ignacy Liss. Duma i uprzedzenie
W konkursie głównym jednego z najważniejszych serialowych festiwali świata – Séries Mania – Grand Prix zdobył „Proud”, najnowsza polska produkcja HBO Max. Statuetkę dla najlepszego aktora odebrał odtwórca głównej roli – Ignacy Liss. Nagle, w ciągu jednego dnia, zrobiło się o nim głośno.
Sylwetki
Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu
Co musi się wydarzyć, żeby zwyczajny chłopak, skejt z Żoliborza, zaśpiewał w Metropolitan Opera albo na otwarciu letnich igrzysk olimpijskich, albo wystąpił z ASAP Rockym na prestiżowej gali Des Pièces Jaunes w La Défense Arena?
Sylwetki
Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
Jedna wiadomość od Paula Thomasa Andersona wystarczyła, żeby Jacob „Kuba” Bojsza znalazł się na planie „Jednej bitwy po drugiej”. Jednak historia operator obrazu o polskich korzeniach zaczęła się dużo wcześniej – od deskorolki, filmowania kolegów i pracy przy teledysku Radiohead. Dziś opowiada nam o Hollywood, rodzinie i o tym, jak wyglądało powstawanie jednego z najgłośniejszych filmów ostatnich lat.
Sylwetki
Alexander Zverev: Sportowe niebo, marketingowe piekło
Dlaczego tysiące kibiców wolały „kogokolwiek, byle nie Zverev”? Choć Alexander Zverev jest jednym z najlepszych tenisistów świata, oskarżenia o przemoc domową i kontrowersje wokół jego osoby sprawiły, że jego wizerunek pozostaje jednym z najtrudniejszych do sprzedaży w sporcie.
Sylwetki
Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
Jeden męskości nauczył się od dziadka. Drugi widzi jej fundament w przyjaźni, a za wzór uważa Jezusa. Trzeci twierdzi, że prawdziwy mężczyzna musi choć raz w życiu włożyć szpilki. Czym jest męskość dla współczesnych Romów?
Sylwetki
Adam Driver: Aktor, który nie znosi oglądać siebie na ekranie. Czy dlatego jest najlepszy na świecie?
Scorsese nazwał go najwybitniejszym aktorem swojego pokolenia. Nolan go obsadził. Spielberg też. A on wciąż wymyka się z premier, gdy gasną światła – żeby nie musieć patrzeć na samego siebie. Adam Driver to najbardziej intrygująca sprzeczność współczesnego Hollywood.