PARTNERZY SERWISU

apartpl

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl

Sylwetki

Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu

Co musi się wydarzyć, żeby zwyczajny chłopak, skejt z Żoliborza, zaśpiewał w Metropolitan Opera albo na otwarciu letnich igrzysk olimpijskich, albo wystąpił z ASAP Rockym na prestiżowej gali Des Pièces Jaunes w La Défense Arena?

Udostępnij

Jakub Józef Orliński

Jakub Józef Orliński w sesji okładkowej GQ Poland Autor zdjęcia: Dorota Szulc

Z bogami Olimpu to nie są żarty. Jakub Orliński ma w repertuarze role Atamasa, króla Teb, któremu Zeus uwodzi żonę, Orfeusza, który schodzi do Hadesu w poszukiwaniu Eurydyki, nawet Kupidyna. No i kilka innych, królewskich ról – rzymskiego wodza Ottona albo Didymusa, który woli umrzeć za wiarę, niż się jej wyrzec. To imponujące dokonania, choć tylko ułamek dorobku.

Trudno uwierzyć, że kiedyś był zwyczajnym nastolatkiem, który nie może doczekać się piątku, bo w piątek wiadomo – impreza za imprezą. Raz kupił sobie wtedy cienkie papierosy. Zapalił... Poczuł, jakie to cudowne, a zaraz potem postanowił, że musi zgasić. Natychmiast, zanim straci nad tym kontrolę.

Uff. Gdyby palił, nie miałby tego głosu, który przyniósł mu trzy razy Nagrodę Opus Klassik, BBC Music Magazine Awards (za płytę „Beyond”), International Classical Music Awards (za płytę „Anima Aeterna”), dwie nominacje do Grammy...

Jakub Józef Orliński

Sweter i koszula Louis Vuitton; stylizacja Karla Gruszecka Autor zdjęcia: Dorota Szulc

Najsławniejsi wokaliści powtarzają w wywiadach, że od dziecka mieli pewność, że będą śpiewać.

– Ja nie miałem. Lubiłem śpiewać, ale lubiłem mnóstwo innych rzeczy, rodzice pozwalali mi próbować różnych dziedzin, a mnie się wszystko podobało, nie wiedziałem, na czym się skupić. Jeździłem na rolkach, na deskorolce z całym żoliborskim skate’owym półświatkiem, śpiewałem w chórze, ale pasowały mi też narty i freestyle na snowboardzie. Uprawiał capoeirę i akrobatykę sportową. Do tego pianino, tenis. Przebudzenie było nagłe: na lekcji rysunku w pierwszej klasie liceum plastycznego okazało się, że Jakub Orliński kompletnie nie potrafi rysować. Kiedy skończyły się zajęcia, wszyscy otoczyli jego sztalugę i pękali ze śmiechu. Miało być tak już zawsze. Rysowali do czasu, aż ktoś rzucał: „Dawajcie zobaczymy, jak mu wyszło”.

– To było przykre?

– Mieli rację. Rysowałem strasznie. Najwyraźniej nie odziedziczyłem rodzinnego talentu. Mama – Bogna Czechowska-Orlińska – jest malarką i rzeźbiarką, ojciec grafikiem, dziadek architektem, babcia robi protezy, więc w zasadzie też jest trochę rzeźbiarką, no a świętej pamięci babcia ze strony mamy też była architektką. Miałem prawo pomyśleć, że ten talent mi się po prostu należy, ale nie wyszło. Miał jednak inny, i to unikatowy talent – do muzyki.

Jakub Józef Orliński

Sweter Kai Kotto, spodnie Dries van Noten/vitkac.com; stylizacja Karla Gruszecka Autor zdjęcia: Dorota Szulc

Podwójne życie Jakuba Józefa

– Byłeś skejtem, słuchałeś rapu, dlaczego poszedłeś w muzyce inną drogą?

– Mam dwa imiona: Jakub Józef, i naprawdę czułem wtedy, jakbym z tymi dwoma imionami miał dwa osobne życia. W pierwszym deskorolka, hip-hop i akrobatyka, w drugim muzyka chóralna. Rodzice, dziadkowie, wszyscy mówili do mnie Józek. I choć nie używałem wtedy tego imienia, w chórze Gregorianum śpiewał jednak Jakub.

Od ósmego roku życia przez jedenaście lat.

– Nie byłem nawet świadom, jak wiele będę temu chórowi zawdzięczał. Doskonali dyrygenci, Berenika Jozajtis i Leszek Kubiak, nauczyli mnie zasad bycia w grupie. Miałem osiem lat, a musiałem się porozumiewać z chłopakami, którzy mieli po szesnaście czy dwadzieścia, a potem ja miałem szesnaście i dogadywałem się z siedmiolatkami. Dziś jeżdżę po całym świecie i nie mam problemów w rozmowach z osobami w różnym wieku, z różnych krajów.

Kiedy był nastolatkiem nie chwalił się chórem, gdyby ktoś zobaczył go w koncertowej tunice, na podwórku nie miałby życia. Na Żoliborzu rządziła deskorolka, a szacunek zdobywało się ściganiem po dachach. Parkour był wtedy bardzo popularny. Na rok przed maturą poczuł, że nadeszła pora decyzji. Pierwsza myśl – skończyć z edukacją i zająć się modelingiem. Pracował już w tej roli dla Turbokoloru, streetwearowej marki Swanskiego, czyli Pawła Kozłowskiego. Orliński był także specjalistą ds. sprzedaży internetowej. Do dziś pamięta liczenie skarpetek, które przyjmował do magazynu. Kiedy decyzja dotarła do punktu granicznego, wybrał jednak muzykę.

– Muzyka to jest coś, co naprawdę mnie kręci. W chórze intuicyjnie wiedziałem, co i kiedy trzeba zrobić, kiedy ma być ciszej, kiedy głośno, jak wypełnić harmonię, jak się w tym wszystkim odnajdować. Miałem wewnętrzny kompas interpretacyjny i on mnie prowadził, mimo że nie miałem jeszcze do tego narzędzi, a głos był jeszcze nieoszlifowany.

W dniu, w którym zdecydował, że muzyka będzie jego drogą, zwyciężył Jakub. Ale cień Józka był długi. Kiedy Jakub zaczął starać się o stypendia i granty, odkrywał, że w różnych dokumentach figuruje jako Józef. Nawet w Polsce niełatwo było wytłumaczyć, że wymiennie korzysta z dwóch imion, a jak to wyjaśnić oceniającym wnioski w Komisji Fulbrighta?

A nóż, gdzie?

W 2014 roku ukończył studia w klasie dr Anny Radziejewskiej i pojechał zagrać Ruggiera, rycerza, którego Alcyna więzi na wyspie za pomocą magii. Czar każe chłopakowi zapomnieć, kim jest. Wszystko do nut Georga Friedricha Händla. To był wielki sukces.

– Uwielbiam występy na żywo, koncerty, teatr, tę ich niepowtarzalność. Nawet musicale, które gra się po siedem razy w tygodniu, nigdy nie wychodzą tak samo. Możesz być bardziej lub mniej zmęczony, możesz sobie pozwolić na taką lub inną grę ze swoim partnerem. Jedno wiem na pewno. Jeśli chcesz porwać widownię, sprawić, żeby każdy z tych ludzi przeżył to we własnym sercu, musisz na scenie dać z siebie wszystko. To musi być graniczne doświadczenie. Musisz płonąć od środka.

Wszyscy na scenie muszą płonąć – aktorzy, chór, orkiestra. Muszą dać z siebie sto procent. A co, jeśli ktoś się pogubi?

– Ja lubię, jak dochodzi do pomyłek, bo wtedy poznajesz siebie, jak reagujesz, ale też jak zareaguje dyrygent, orkiestra, aktorzy, chór. No i publiczność. Mam taką anegdotę: jest główna scena, trzeba kogoś zabić nożem, a tu okazuje się, że aktor go zapomniał. No po prostu nie ma tego noża. Cztery osoby na scenie nie wiedzą, co dalej. Zdaje ci się, że mijają miliony lat świetlnych, a tak naprawdę musisz zareagować w ułamku sekundy, bo przecież orkiestra gra swoje.

– No i co wtedy?

– Zabijasz bez noża, a publiczność myśli, że tak miało być.

Jakub Józef Orliński

Całość Dolce & Gabbana; stylizacja Karla Gruszecka Autor zdjęcia: Dorota Szulc

Ławka w Salzburgu

– Co było kamieniem milowym, że stałeś się ważny dla świata?

– To nie był jeden kamień. Jeździłem na konkursy. Uwielbiałem je, bo dobrze pracuję pod presją, kiedy mam deadline i wiem, że mam np. trzy miesiące, żeby przygotować materiał.

Jeździł do Niemiec, Hiszpanii, Francji. Odpadał w pierwszych rundach, czasem już w preselekcjach, ale wracał. Latał tanimi liniami, spał na podłodze na lotnisku w Monachium, a potem na przesłuchanie do Salzburga jechał pięcioma pociągami. Gdzieś musiał przeczekać noc, żeby złapać następny – poranny. Stacja była zamknięta. Położył się na ławce pod wiatą. Jacyś staruszkowie wypatrzyli go z okna po drugiej stronie torów i przynieśli mu prowiant.

Przesiedział tak do piątej nad ranem i pojechał do Salzburga, zaśpiewał, ale nie dość dobrze, żeby dostać angaż. Poszedł na dworzec i wracał, znowu pięcioma pociągami. Mógłby całą książkę wypełnić takimi wspomnieniami. To były lata prób. Aż wydał niemal wszystkie oszczędności. Wtedy, Alain Perroux, dyrektor prestiżowego Festiwalu Aix-en-Provence dał mu szansę.

– Wiesz, dlaczego to zrobiłem? – zapytał potem Jakuba.

– Bo jestem dobry – odpowiedział młody śpiewak.

– Dlatego, że widziałem cię na tylu konkursach, widziałem przez lata, że walczysz, odpadasz, czasami masz jakieś wyróżnienie, cały czas robisz progres. Wiem, że jak dam ci zadanie, to ty się nie poddasz. Ty to na pewno zrobisz.

Jakub Józef Orliński

Kurtka, top, pasek, buty Versace, zegarek Rolex, biżuteria własność bohatera; stylizacja Karla Gruszecka Autor zdjęcia: Dorota Szulc

Manhattan Transfer

Trudno uwierzyć, ale jeden z najlepszych śpiewaków świata nie został przyjęty na Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie ani za pierwszym, ani za drugim razem. Do trzech razy sztuka. Na nowojorską Juilliard School, najsławniejszą chyba akademię sztuki na świecie, dostał się za drugim razem. Trafił do klasy Edith Wiens.

– Nie miałeś łatwej drogi.

– No, nie miałem, ale to rzucanie mi kłód pod nogi wyrównało mi się dzięki osobom, które spotykałem po drodze. Ludzie to jest klucz do życia. Mam taką adoptowaną babcię w Nowym Jorku, poznałem ją w czasie, kiedy miałem tam problem z aklimatyzacją. Przychodziła na nasze juilliardowskie koncerty szkolne. Kiedyś porozmawialiśmy, okazało się, że jest z Francji, ale mieszka w Nowym Jorku od wielu lat. Zaprzyjaźniliśmy się i pomogła mi się odnaleźć w tym mieście. Teraz, kiedy tam jadę, to do niej.

Jakub Józef Orliński

koszula i dżinsy Versace/vitkac.com; stylizacja Karla Gruszecka Autor zdjęcia: Dorota Szulc

W 2016 roku w Carnegie Hall zaśpiewał partię altową oratorium „Mesjasz” Händla. To już światowa ekstraklasa. Trzy lata później znowu wystąpił w Carnegie, a „The New York Times” uznał, że jest kontratenorem milenium. Napisali, że w świecie muzyki klasycznej ma status gwiazdy.

Jak zasłużył sobie na takie recenzje?

– Siła muzyki polega na tym, że ona oddziałuje z emocjami słuchaczy. Ludzie baroku nie mieli telewizji ani radia. Najlepsi twórcy potrafili dopasować muzyczne narzędzia do emocji, jakie chcieli uzyskać. Wiedzieli, że przeskok między jedną nutką a drugą wywoła np. uczucie żalu. Albo że arie z trąbkami w oczywisty sposób nawiązywały do wojny. Te sposoby sprzed 300 lat wciąż działają.

– Ile masz w tej muzyce miejsca dla siebie, dla własnej inwencji?

– Arie barokowe są zbudowane w formie da capo, czyli zaczynasz od części A, przechodzisz do części B i wracasz do A. Musisz prawidłowo zaśpiewać część pierwszą, potem możesz po swojemu pokolorować, a kiedy wracasz do początku możesz zmieniać nuty, coś dorzucić, dodać to czy tamto. Musisz poznać zasady po to, żeby dobrze się w tym wszystkim poruszać i od czasu do czasu z całą świadomością je zakwestionować. Połamać.

Jak na płycie „#LetsBaRock”, na której Jakub Orliński i Aleksander Dębicz, wychodząc od barokowych standardów, idą w jazz, blues, rock czy nawet ciężkie, bardziej metalowe brzmienie.

Jakub Józef Orliński

Całoś Hermes; stylizacja Karla Gruszecka Autor zdjęcia: Dorota Szulc

Poszukiwacze zaginionej Arki

Na swoich nagradzanych w świecie płytach Jakub śpiewa kawałki, o których nie pamiętano przez stulecia. Tych nut w różnych archiwach i muzeach poszukuje mu Yannis François. Rozmawiają nocami przez internet o tym, jak znaleźć te skarby.

Kiedy już zdobył rozgłos, wytwórnie zaczęły proponować mu nagrania, ale były to pomysły w rodzaju „Händel Hits” albo

„Najlepsze arie Vivaldiego”. Odpowiedział „nie”. Warner Classics and Erato dali mu wolną rękę. Pomyślał o muzyce sakralnej. Od dawna interesowała go metafizyka kościelnego rytuału, kompozytorzy pisali, biorąc pod uwagę architekturę katedr, badali, jak dźwięk będzie się odbijał od sklepień... Na spotkaniu z Warnerem przedstawił pełny projekt. Co trzeba nagrać, z kim, jaką zrobić oprawę graficzną. Postawili stempel i wyłożyli kasę. Album „Anima Sacra” był nominowany do Fryderyka i zdobył Nagrodę Opus Klassik.

– Muzyka sprzed 300 lat podziałała. Kompozytorzy zostawiali sporo miejsca interpretatorom, więc możesz to zrobić po swojemu. Miles Davis uważał, że to ty w głowie decydujesz, który dźwięk jest trafny, a który jest błędny, bo to następna zagrana nuta definiuje to, czy poprzednia była pomyłką. Możesz wszystko wymalować tak, żeby poszło doskonale, ominąć błędy, jeśli ci się uda, powstanie piękna rzecz. W operze też tak jest, no chyba że się pomylisz, przestraszysz i zamilkniesz. Wtedy wszystko się wali.

Jakub Józef Orliński uważa, że trzeba nad muzyką pracować tak długo, aż uzyska się wolność. Tak właśnie działa z pianistą Michałem Bielem, Aleksandrem Dębiczem czy orkiestrą Il Pomo d’Oro. Przyjaźnią się i ćwiczą bez końca. A potem na koncertach pozwalają sobie na bardzo ryzykowne zagrania. Dlatego każdy z cyklu czterdziestu jest całkiem inny.

Jakub Józef Orliński

Garnitur i koszulka Boss, zegarek Rolex, biżuteria własność bohatera; stylizacja Karla Gruszecka Autor zdjęcia: Dorota Szulc

Integracja osobowości

Kontratenor to jest specyficzny głos, nazwa techniki – falsetto – oznacza fałsz, nieprawdę, ale Jakub traktuje swój głos jako coś bardzo naturalnego. Michael Jackson, Justin Timberlake i Prince używali tej samej techniki falsetowej, czyli śpiewania na brzegach strun głosowych, ale Orliński przeszedł jeszcze zaawansowane szkolenie techniki operowej. W odróżnieniu od wokalistów estradowych musiał pracować także nad głośnością. Kto śpiewa w Carnegie Hall, potrzebuje odpowiedniego wolumenu. Jeszcze trudniejsze jest piano pianissimo. Ten cichy śpiew musi przenieść się ponad orkiestrę. Cała sztuka w tym, żeby usłyszeli to też ludzie w ostatnim rzędzie.

O takich drobiazgach jak długie operowe nuty na jednym wydechu już nawet nie mówimy. To rzadka sztuka. Śpiewacy szkolą głos, wykonując tysiące godzin ćwiczeń. Do miejsc, do których dociera Jakub Orliński, rzadko komu udaje się doskoczyć.

– To jak podwójne salto w tył. Wiesz, że to jest możliwe, bo ktoś już tego dokonał, więc trenujesz, żeby przygotować na to swoje ciało, ale rzadko komu i tak się udaje.

Jakub wie, co mówi, jest przecież breakdancerem, choć to przecież sfera osobowości Józefa. Od dawna myślał o tym, żeby włączyć taniec do swoich przedstawień, ale słyszał tylko, że w ten sposób daleko nie zajdzie, bo breaking jest sztuką ekstremalną i powoduje wiele napięć, które w śpiewie są niewskazane.

– Nie lubię, kiedy mi mówią, że nie dam rady czegoś zrobić. Zacząłem analizować, jakie mięśnie pracują, kiedy śpiewam, jakie mięśnie, kiedy tańczę. W czasie występów z Aleksandrem Dębiczem pracujemy już z mikrofonami, to zupełnie inne użycie głosu. I w końcu wszystko zaczęło mi się jakoś splatać. Po wielu latach stałem się znowu Jakubem Józefem i traktuję to jako pełnię. Wreszcie odnalazłem siebie, człowieka, który wie, czego tak naprawdę chce, ale wciąż ma otwarte ramiona i gotów jest przyjąć wszystko, co nadchodzi. To bardzo

breakowe podejście – from crash to create, oznacza, że z upadku musisz stworzyć ruch, który sprawi, że widzowie pomyślą: „Tak miało być”. Uwielbiam używać tej zasady także w muzyce, kiedy gubię, dźwięk, muszę natychmiast wyprowadzić z niego nowy porządek.

Jakub Józef Orliński

Kurtka, koszulka, spodenki Dsquared2, zegarek Rolex; stylizacja Karla Gruszecka Autor zdjęcia: Dorota Szulc

Melodia przyszłości

Jakub Józef przebył kawał drogi od momentu, kiedy spał pod wiatą na alpejskiej stacyjce. Jego filmiki w sieci mają dziś po kilka milionów odtworzeń, wszystkie liczące się operowe sceny świata stoją przed nim otworem, luksusowe marki proponują mu ambasadorskie kontrakty. Rolex przez półtora roku wysyłał ludzi na koncerty i analizował każdą aktywność w sieci, żeby mieć absolutną pewność co do przymiotów charakteru.

– Jesteś spełniony?

– Absolutnie. Przez te 12 lat, które minęły od mojej pierwszej europejskiej realizacji, udało mi się sporo zrobić. Jestem szczęśliwy, mógłbym już sobie zostać na Żoliborzu.

To melodia przyszłości, bo właśnie jest w kolejnej trasie, nagrał płytę i przygotowuje drugą edycję festiwalu Break in Classic w podwarszawskim Otwocku Wielkim. Dyrektorzy artystyczni wydarzenia – Jakub Orliński i Aleksander Dębicz – postanowili zbudować scenę na wolnym powietrzu, obok barokowego pałacu.

– Chcemy zaprezentować muzykę klasyczną w mniej zobowiązujący sposób, stawiamy na luźniejszą, piknikową atmosferę. Uczestniczące w festiwalu gwiazdy przyjadą samochodami BMW – partnera wydarzenia – i będzie można je tam spotkać. Oczywiście będzie można też kupić wszystkie płyty.

Wśród nich pojawi się najnowsza płyta Jakuba „If music...”, nagrana wspólnie z przyjacielem, pianistą Michałem Bielem. Są na niej utwory Purcella, Händla, Fuxa i Bacha. Jakub zaśpiewał już ten materiał w Korei Południowej, Japonii i Singapurze. To początek światowego tournée – w sumie 23 koncerty.

Jednym słowem niełatwo spotkać Jakuba w Warszawie, festiwal w Otwocku Wielkim to wyjątkowa okazja. Trzydniowy program jest bogaty. Początek 31 lipca.

 

Zdjęcia Dorota Szulc

Stylizacje Karla Gruszecka

Makijaż Wilson/Division

Włosy Michał Pasymowski/Visual Crafters

Asystenci fotografki Jakub Czyszewicz, Otto Sot

Asystentka stylistki Paulina Tarnowicz

Produkcja Zbigniew Szymańczyk

Dziękujemy Hotelowi Bristol, a Luxury Collection Hotel Warsaw za pomoc w organizacji sesji zdjęciowej.

Więcej w tym temacie:

Czytaj więcej

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.

Jeff Koons

Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?

Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.

Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki kradną sceny w „Morfeuszu”

Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”

Serial „Morfeusz” przyniósł Kamilowi Szeptyckiemu pierwszą główną rolę, a Mateuszowi Kmiecikowi kolejnego twardziela. Jednak najciekawsze wydarzyło się poza kadrem – obaj odkryli, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczali.

Ignacy Liss bohaterem okładki GQ Poland

Ignacy Liss. Duma i uprzedzenie

W konkursie głównym jednego z najważniejszych serialowych festiwali świata – Séries Mania – Grand Prix zdobył „Proud”, najnowsza polska produkcja HBO Max. Statuetkę dla najlepszego aktora odebrał odtwórca głównej roli – Ignacy Liss. Nagle, w ciągu jednego dnia, zrobiło się o nim głośno.

Jacob „Kuba” Bojsza pracował z Paulem Thomasem Andersonem

Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson

Jedna wiadomość od Paula Thomasa Andersona wystarczyła, żeby Jacob „Kuba” Bojsza znalazł się na planie „Jednej bitwy po drugiej”. Jednak historia operator obrazu o polskich korzeniach zaczęła się dużo wcześniej – od deskorolki, filmowania kolegów i pracy przy teledysku Radiohead. Dziś opowiada nam o Hollywood, rodzinie i o tym, jak wyglądało powstawanie jednego z najgłośniejszych filmów ostatnich lat.

Dlaczego tysiące kibiców wolały „kogokolwiek, byle nie Zwierew”?

Alexander Zverev: Sportowe niebo, marketingowe piekło

Dlaczego tysiące kibiców wolały „kogokolwiek, byle nie Zverev”? Choć Alexander Zverev jest jednym z najlepszych tenisistów świata, oskarżenia o przemoc domową i kontrowersje wokół jego osoby sprawiły, że jego wizerunek pozostaje jednym z najtrudniejszych do sprzedaży w sporcie.

Trzy historie Romów

Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi

Jeden męskości nauczył się od dziadka. Drugi widzi jej fundament w przyjaźni, a za wzór uważa Jezusa. Trzeci twierdzi, że prawdziwy mężczyzna musi choć raz w życiu włożyć szpilki. Czym jest męskość dla współczesnych Romów?