PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

Udostępnij

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura opowiada o 40 latach pracy Autor zdjęcia: Aleksandra Dolny

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
11.07.2026

Trudno zdecydować, od czego zacząć opowieść o Cezarze Pazurze. Może od „Kilera”, komedii sensacyjnej, o której kultowości rokrocznie przypominają kolejne zestawienia. Można wspomnieć „Krolla” i „Psy” – stylizowane na Hollywood akcyjniaki powstające tuż po zmianie ustroju, kiedy to polska kinematografia i widownia były spragnione rodzimych macho manów. Jest jeszcze „13 posterunek”, pierwszy nasz sitcom, który z Pazury zrobił „głównego śmieszka Rzeczypospolitej”. Ogromna popularność sprawiła, że znalazł się w szufladzie, z której trudno było mu się wydostać. Przez ostatnie lata aktor wrócił w drugoplanowych rolach, wyróżniających się, napisanych po to, by z zaledwie kilku scen stworzyć serialowe złoto – to chociażby „Ślepnąc od świateł”, „Sexify” czy „Czarna śmierć”.

Od czterech sezonów jest gospodarzem i prowadzącym program „LOL: Kto się śmieje ostatni” na Prime Video, w którym dziesięcioro osób specjalizujących się w komedii próbuje rozśmieszyć siebie nawzajem, jednocześnie za wszelką cenę zachowując kamienną twarz. To właśnie Pazura czuwa nad przebiegiem rywalizacji, ogłasza decyzje, kto nie podołał i zaśmiał się pierwszy.

W wywiadzie rozmawiamy o tym, jak wygląda życie aktora po czterech dekadach kariery, dlaczego komedia w Polsce wciąż bywa traktowana po macoszemu i jak trudno uwolnić się od zaszufladkowania. Wracamy do fenomenu „Kilera”, „13 posterunku” i „Chłopaki nie płaczą”, rozmawiamy o prowadzeniu programu „LOL”, tremie, marzeniu, kolejnej wielkiej roli oraz o tym, dlaczego – mając 64 lata – wciąż czuje, że najlepsze zawodowe wyzwania są jeszcze przed nim.

40. lat w zawodzie

Cezary Pazura opowiada o czterdziestu latach pracy Autor zdjęcia: Aleksandra Dolny

Ostatnio przeczytałem pana wypowiedź z 2018 roku: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”. Nie zabrzmiało to optymistycznie.
Bo nie miało tak zabrzmieć. Po latach grania w komediach poczułem się wyciśnięty jak cytryna. Oczywiście wiele z nich bardzo lubiłem, ale z komedii niezwykle trudno wrócić do repertuaru dramatycznego. Koledzy z mojego pokolenia brylowali na czerwonych dywanach, podczas gdy ja wciąż funkcjonowałem jako „ten od wygłupów”. Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy nie utknąłem. Ta refleksja przyszła do mnie mniej więcej trzynaście lat temu, kiedy wróciłem do teatru. Zresztą za namową Marka Koterskiego. Powiedział mi wtedy, że aktor powinien od czasu do czasu wrócić do źródła. Przypomnieć sobie, po co w ogóle zaczął grać, jakie miał marzenia i aspiracje w szkole aktorskiej i co go kiedyś poruszało.

W bogatych kinematografiach, jak chociażby amerykańska, aktor komediowy dostaje szansę zagrania dramatu. U nas bardzo łatwo przykleić komuś łatkę. A przecież każdy chce się rozwijać. Do tego są potrzebne wędrówki między gatunkami. Aktorzy, którym przyszło tego spróbować, mówią, że komedia jest trudniejsza od dramatu…

Zgadza się pan z tym?
Tak, bo nie każdy potrafi rozśmieszyć. To jak z dowcipami. Dwie osoby opowiadają ten sam żart. Jedna rozbawia wszystkich, druga nikogo. Komedia jest dla wybranych.

A przecież zaczynał pan od ról dramatycznych – „Pogranicze w ogniu”, „Kroll”, „Psy” czy moja ulubiona „Polska śmierć”. Wiele z pana postaci pozostawała jednak na gatunkowym przełamaniu…
Zawsze uważałem, że najpiękniejszym gatunkiem jest tragikomedia. Śmiech przez łzy, jak to w życiu. Ktoś przewróci się na skórce od banana – jego boli, a my się śmiejemy. Śmiech i dramat bardzo często idą z sobą w parze. Właśnie dostałem scenariusz, o którym jeszcze nie mogę mówić. Jeśli wszystko się uda, będzie to rola, o jakiej marzyłem od lat. Poważna, ale z miejscem na wszystkie odcienie człowieka. Czarek, który potrafi się wygłupiać, a także niesie swój krzyż.

Co musi mieć scenariusz, żeby powiedział pan „tak”?
Zawsze odpowiadam żonie tak samo: musi być w nim mięso do grania. Czytam dialogi i od razu czuję, czy chcę je wypowiadać. Tak było z „Chłopaki nie płaczą”. Zachwyciłem się. Po kilku lekturach, znałem scenariusz niemal na pamięć. Jeszcze przed wejściem na plan odgrywałem znajomym cały film – wszystkie postacie, dialogi. Kiedy tekst naprawdę mnie porwie, zostaje w głowie. Dobra rola potrzebuje jeszcze bohatera, który się zmienia. Musi to być postać pełnokrwista.

Pamiętam rozmowy o „Ogniem i mieczem”. Wszyscy byli zgodni, że aktorsko ciekawszy jest Bohun niż Skrzetuski. Nie dlatego, że jest pozytywny czy negatywny, tylko dlatego, że jest bardziej skomplikowany. Bohun się zmieniał. O Skrzetuskim mówiło się, że jest jak mydło. Aktor chce mieć z czego budować postać.

Właściwie od tego zaczynałem. Grałem drugo- lub trzecioplanowe role, ale zawsze szukałem drobiazgu, który sprawi, że widz mnie zapamięta. Adam Hanuszkiewicz powiedział kiedyś, że to nazywa się „gra w faul”.

Na czym polega ta gra?
Kiedy najważniejsza akcja dzieje się na pierwszym planie, ty robisz na drugim coś tak ciekawego, że widz zaczyna patrzeć właśnie na ciebie. Oczywiście nie służy to scenie, bo odbierasz uwagę partnerowi. Mistrzynią takiej gry była Irena Kwiatkowska. Wystarczyło, że stała gdzieś z tyłu i zaczynała walczyć z muchą albo otrzepywać płaszcz. Nagle wszyscy patrzyli na nią.

Sam też faulowałem, bo chciałem zwrócić na siebie uwagę. Później czytałem o Chaplinie i okazało się, że na zdjęciach próbnych robił dokładnie to samo. Pakował się w kadr, wygłupiał się, robił miny. Dzięki temu go zapamiętano.

Wspomniał pan o Skrzetuskim i Bohunie. Mam wrażenie, że podobnie jak Michał Żebrowski i Aleksandr Domogarow świetnie partnerowali sobie w „Ogniem i mieczem”, tak pan i Mirosław Zbrojewicz w „Chłopaki…” zagraliście jeden z najbardziej charakterystycznych duetów polskiego kina.
Jestem stworzony do duetów! Świetnie pracowało mi się też z Bogusławem Lindą. Zaczynałem w czasach, kiedy cała Polska chciała nim być, na początku lat 90. Gdybym próbował go kopiować, przegrałbym na starcie. Bardzo szybko zrozumiałem, że trzeba szukać kontrastu. Jeśli partner gra oszczędnie, ja mogę być bardziej ekspresyjny. Jeśli on jest spokojny, ja mogę być żywiołowy.

Tak działają najlepsze duety. Jeden uzupełnia drugiego. Dokładnie tak też było z Mirosławem Zbrojewiczem. My po prostu dobrze się słyszeliśmy. Każdy wnosił na plan coś innego i dzięki temu powstawało napięcie, które widzowie zapamiętali. Aktor cały czas szuka takich rzeczy. Nie po to, żeby błyszczeć kosztem partnera, ale żeby wspólnie stworzyć coś, czego nie dałoby się osiągnąć w pojedynkę.

W latach 90. znała pana cała Polska. Powiedział pan kiedyś, że chwilami czuł się jak Beatles.
Moje dzieci mi nie wierzą, że byłem tak popularny! Ale faktycznie był taki moment, że znali mnie „normalni” ludzie, politycy… wszyscy, dosłownie wszyscy. W pewnym momencie mnie to przytłoczyło.

Wyczuwam gorycz. Nie było w tej popularności niczego przyjemnego?
Oczywiście, nadal jest to przyjemne. Przyzwyczaiłem się, że ludzie mnie zaczepiają, proszą o autograf, zdjęcie czy rozmowę. Na szczęście grałem głównie sympatycznych bohaterów, więc spotykałem się raczej z życzliwością. Nie każdy aktor ma tyle szczęścia. Henryk Talar opowiadał kiedyś, że po roli Niemca w „Polskich drogach” został pobity w tramwaju. Niektórzy widzowie naprawdę utożsamiają aktora z postacią. Sam tego nie doświadczyłem. Problem pojawił się później, kiedy popularność zaczęła utrudniać normalne życie.

Pisze pan o tym w swojej książce „Byłbym zapomniał…” jako o „przekleństwie ulubieńca”.
Bo dokładnie tym się stała. Po premierze „Kilera” jeździłem latem po Wybrzeżu z własnym programem. Pamiętam trasę z Władysławowa do Łeby. Zawsze przyjeżdżam na miejsce odpowiednio wcześniej. Tym razem przed wejściem stał taki tłum ludzi, że nie mogłem dostać się na własny występ. Sala miała może pięćset miejsc, a przed nią czekało kilka razy tyle osób. Wtedy pierwszy raz pomyślałem, że popularność potrafi być ciężarem, bo też przeszkadza w pracy.

Cezary Pazura prowadzi „LOL: Kto się śmieje ostatni”

Cezary Pazura z uczestnikami i uczestniczkami „LOL: Kto się śmieje ostatni” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Prime Video

Mam wrażenie, że kulminacją był 1997 rok. Wtedy nastąpił szczyt pana popularności. Premiery miały: „Sztos”, „Sara”, wspomniany „Kiler”, „Szczęśliwego Nowego Jorku” i oczywiście „13 posterunek”. Szaleństwo!
Przede wszystkim nie miałem wtedy na nic czasu. Myślałem, że tak będzie już zawsze. Leżałem w szpitalu po wycięciu migdałków i dostaję telefon: „Musisz być na premierze”. Poszedłem na przepustce. Prawie nie mogłem mówić. Tylko się uśmiechałem i kłaniałem. Tak wyglądało wtedy moje życie! Na premierę „Szczęśliwego Nowego Jorku” przyjechaliśmy amerykańskimi limuzynami. Wszyscy byli zachwyceni, a ja marzyłem tylko o tym, żeby wrócić do domu i się wyspać. Pamiętam, że było mi strasznie zimno.

Powiedział pan kiedyś, że po 1997 roku nie zagrał już pan nic równie ważnego. Jak to?
Co prawda było jeszcze „Show” (2003) Macieja Ślesickiego, ale rzeczywiście po 1997 roku zacząłem czuć, że coś się zmienia. Miałem zagrać Rzędziana we wspomnianym „Ogniem i mieczem”. Ostatecznie rolę dostał Wojciech Malajkat. Do dziś trochę tego żałuję. Coraz częściej miałem też pretensje do samego siebie. Chciałem grać poważniejsze role, ale byłem już mocno związany z komedią. Za szybko wyłożyłem wszystkie karty. Tym bardziej, że wtedy – jak pan zauważył – pojawił się „13 posterunek”. Pierwszy polski sitcom! Sam nie wiedziałem, czym właściwie jest ten gatunek. Maciek Ślesicki tłumaczył mi, że śmiech z taśmy nie podpowiada widzowi, kiedy ma się śmiać. On nadaje scenie rytm tak jak muzyka.

Zrozumiałem, jak precyzyjnie ta forma jest zbudowana. Nie kupiliśmy gotowego formatu. Zrobiliśmy własny serial. Bardzo świadomie. Tak naprawdę przenieśliśmy commedię dell’arte do współczesności. Pojawiły się archetypy postaci. Do tego w każdym odcinku prowadziliśmy trzy równoległe historie, które spotykały się w finale. To wymagało naprawdę dobrej konstrukcji.

Dorastałem w latach 90. i na początku 2000. Pamiętam, jakim wielkim wydarzeniem byli „Chłopaki nie płaczą” Olafa Lubaszenki. Myślałem, że jest pan osobą, która cały świat ma u swoich stóp!
Tak to wyglądało z zewnątrz. Chociaż „Chłopaki…” szły na fali, którą zapoczątkował „Kroll” i „Psy” – Polacy na nowo zakochali się w rodzimych filmach. Kino zaczęło brzmieć tak jak życie. Było szorstkie, prawdziwe. Tymczasem ja właśnie wtedy zacząłem się zastanawiać, co dalej. Na przykład dostałem propozycję zagrania tytułowej roli w filmie „Ciało” Tomasza Koneckiego. Odmówiłem. Nie chciałem grać trupa, który tylko leży przez trzydzieści dni zdjęciowych. Pomyślałem, że to może zagrać każdy. Film odniósł sukces, ale dla mnie był sygnałem, że zatoczyłem koło. Znowu proponowano mi coś, co już kiedyś robiłem, tylko w innym wydaniu. To był początek mojego kryzysu.

Na czym dokładnie polegał?
Miałem poczucie, że doszedłem do ściany, że wszystko już widziałem. Chodziłem do kina i po kilku scenach wiedziałem, jaka będzie puenta. Widziałem konstrukcję filmu, a nie samą historię. Przecież my takie rzeczy robiliśmy na drugim roku studiów! Zacząłem się buntować. Wtedy zrozumiałem, że muszę wrócić do naiwnego Czarka, który siadał przed telewizorem z otwartymi oczami i buzią w oczekiwaniu, jak kowboje i Indianie znowu zaczną do siebie strzelać. Spróbować zaakceptować, że nie możemy całe życie słuchać Mozarta. 

Komedia bywa nadal deprecjonowana.
Tanie komedie i telewizje, które sprzedawały watę zamiast treści, nauczyły ludzi rechotać. A mnie zawsze zależało, żeby widownia się śmiała. Rechotanie jest wywołane tym, że ktoś powie „dupa”, słowo na „k” lub na „ch”. Najłatwiej jest przecież rzucić przekleństwo albo prosty dowcip. Dużo trudniej skonstruować sytuację, która naprawdę bawi. Śmiech rodzi się w człowieku, kiedy łączą mu się synapsy. Kiedy rozumie abstrakcyjny żart, odkryje puentę, kiedy coś skojarzy, dopowie sobie i nagle wybuchnie śmiechem.

Ale „dupa” i przekleństwa przecież nie muszą wykluczać się ze śmiechu!
Tak, ale nie mogą być jedynym narzędziem, tylko jednym z wielu. Przez tę amatorszczyznę, która tak bardzo mnie frustrowała, obraziłem się na komedię.

Był konkretny moment?
Któregoś dnia usłyszałem od producenta: „Mamy scenariusz napisany specjalnie dla ciebie”. Przeczytałem go. Główny bohater był prymitywem. Wszystkie żarty polegały na tym, że zachowywał się jak półgłówek. Zacząłem się zastanawiać: „Jeżeli oni widzą mnie w ten sposób, to może właśnie taki obraz mają widzowie?”. Przeżyłem szok! Najgorsze dla artysty jest zostać źle odczytanym. Pamiętam rozmowę z Zenonem Laskowikiem. Tworząc „Z tyłu sklepu”, chciał pokazać absurd PRL. Tymczasem część widzów potraktowała ten program jak instrukcję życia. Mnie mogło spotkać dokładnie to samo. Może ludzie śmiali się z zupełnie czegoś innego, niż chciałem im pokazać? Jeśli tak, jak ktokolwiek mógłby chcieć obsadzić mnie w poważnej roli?

Moment zatrzymania?
To były refleksje, nie mogłem się zatrzymać. Musiałem dalej pracować. W Polsce nie mamy takiego komfortu, że gdy aktor osiągnie sukces, może do woli przebierać w scenariuszach. Wręcz przeciwnie. Bardzo łatwo może zostać odstawiony na boczny tor, a telefon przestaje dzwonić. Na szczęście miałem swój one man show. Dzięki nim cały czas pracowałem, ale z czasem usłyszałem od producentów: „Dopóki robisz kabaret, nie możemy cię obsadzić”, „Jest ciebie za dużo”. Odpowiadałem, że przecież jestem wszechstronny, a jedno nie wyklucza drugiego. Bez skutku. Faktycznie, kiedy wtedy spotykałem młodych ludzi, słyszałem, że znają mnie z kabaretu, a nie z kina. Pan sobie wyobraża coś takiego dla aktora filmowego?

To zderzenie ze ścianą musiało boleć.
Bardzo. Polska branża jest niewielka. Wszyscy się znają. Kiedy przestajesz być potrzebny, dowiadujesz się o tym bardzo szybko. Pozostaje cierpliwość. Pierwszą szansę dał mi Maciej Dejczer, proponując rolę w „Trzecim oficerze” (2008). To był policjant alkoholik, postać daleka od mojego komediowego wizerunku. Nawet wtedy wielu ludzi było zaskoczonych. Pamiętam słowa jednego z producentów: „Dobrze zagrałeś, ale widzowie wciąż pamiętają innego Pazurę. Musi minąć trochę czasu”. To była bardzo cenna uwaga. Publiczność też dojrzewa. Tak samo było z Januszem Gajosem. Przez lata wszyscy widzieli w nim Janka Kosa. Dopiero później przyszły role, które całkowicie zmieniły jego miejsce w polskim kinie. Na szczęście azylem jest teatr. Tam można się spełniać. Jeśli oczywiście zostanie się obsadzonym.

W rozmowach z panem wraca Hamlet. Czy zagranie tej postaci jest niespełnionym marzeniem?
Hamlet jest punktem odniesienia. W jednej roli możesz przejść przez cały wachlarz emocji. W szkole aktorskiej prowadziliśmy pojedynek, kto lepiej powie monolog! Kiedyś żyliśmy klasyką. Pamiętam sytuację z Adamem Hanuszkiewiczem. Jeden z aktorów zapytał go przed castingiem do „Wesela”, którego fragmentu mam się nauczyć. Hanuszkiewicza wmurowało. Odpowiedział: „»Wesela« się nie uczy. »Wesele« się zna”. Na wyrywki. Dzisiaj takie podejście spotyka się coraz rzadziej.

W podcaście Katarzyny Nosowskiej powiedział pan, że dziś często jest „dodatkiem do młodych” w filmach czy serialach. Pomyślałem o „Czarnej śmierci”. Zajdler to jedna z pana najlepszych ról od lat.
Spaliłem sobie włosy przez ich wybielanie właśnie do tej roli. Czasem trzeba ryzykować urodą dla efektów. Ale rola ordynatora Zajdlera przyniosła mi wielką satysfakcję. Musiałem nie tylko przejść metamorfozę, lecz także przenieść się w czasie. Na to zawsze czekam w aktorstwie. Co ciekawe, początkowo proponowano mi inną postać. Przeczytałem scenariusz i powiedziałem: „Chcę zagrać profesora!”. Tym bardziej że był po sześćdziesiątce, mniej więcej w moim wieku. Dzwonię do reżysera, Kuby Czekaja. Usłyszałem: „Jesteś za młody”. Odpowiedziałem: „Jestem od niego starszy o dwa lata”. Zapadła cisza. W końcu reżyser powiedział: „Ale nie wyglądasz!” (śmiech). Zrobiliśmy więc, żebym wyglądał. Zresztą w „Psach 3: W imię zasad” Morawiec jest niby w moim wieku, ale jestem tam starszy, niż się czuję. To Kubę przekonało. Widzi pan, trzeba walczyć o rolę. 

Ostatnio brałem udział w trzech castingach. Jeden się udał. Właśnie parę dni temu wróciłem ze zdjęć próbnych. Nie mogę doczekać się, jak wrócę na plan.

Cezary Pazura w szczerej rozmowie

Cezary Pazura w rozmowie z GQ Poland Autor zdjęcia: Aleksandra Dolny

Niesamowite, że po tylu latach pracy nadal pan chodzi na castingi.
Oczywiście. Choć są aktorzy, którzy nie chodzą, bo im nie wypada. Moja wspomniana przerwa zawodowa nauczyła mnie jednak pokory. Człowiek w pewnym momencie orientuje się, że czasu jest coraz mniej. Nie ma, co wybrzydzać i gniewać się na świat za to, że inne rzeczy ludziom się podobają.

Czy uważa pan, że komedia stała się dziś bardziej zachowawcza?
Nie wiem, czy zachowawcza, ale na pewno się zmieniają. Jedno jest tylko pewne – nic nie jest tak wymagające jak żart, który ma przecież swoją żelazną konstrukcję. Jeśli ta zostanie jakkolwiek zachwiana, żart nie zadziała. To jak z samochodem. Może pan mieć trzy koła dobre, ale jedno złe, to on nie pojedzie. Dlatego od lat podziwiam Brytyjczyków. Ostatnio oglądałem kilka razy całą serię „Bridget Jones”. Uświadomiłem sobie, jak znakomicie budują żart sytuacyjny. U nas częściej opieramy komedię na dialogu niż na tym, co naprawdę dzieje się między bohaterami. W angielskich komediach dialog jest tylko taką powtórką tego, co dzieje się na ekranie. W Polsce udało się to w serialu „1670”. Tam wiele scen bawi właśnie dlatego, że wynikają z sytuacji, a nie z dowcipu wypowiedzianego na głos. Szukam żartu sytuacyjnego w scenariuszu, czytając didaskalia – gdzie opisuje się, jak dana scena zostanie zrealizowana. Jeszcze tego nie opanowałem, bo byliśmy uczeni operowania dialogiem. Trzeba jednak iść z duchem czasu i też inaczej patrzeć na litery.

Widzę pewną rozbieżność – z jednej strony mówi pan, że dziś pewnie nie wszedłby tak mocno w komedię, ale jednocześnie mamy program Prime Video „LOL: Kto się śmieje ostatni”, w którym jest pan trochę Wielkim Bratem satyry. Czuje się pan ikoną polskiej komedii?
Coraz częściej mam takie poczucie. Kiedyś publiczność przychodziła na mój one man show przede wszystkim po to, żeby się pośmiać. Dzisiaj ludzie często klaszczą już na wejściu. Mam wrażenie, że przychodzą spotkać człowieka, którego znają od kilku dekad. Zrobić ze mną zdjęcie, zdobyć autograf. Oczywiście to bardzo miłe. Cały czas jednak zastanawiam się: jak ich mam teraz rozśmieszyć? Czasami zaczynam od żartu: „Czy przypadkiem przyjechaliście sprawdzić, czy umrę na scenie?”. Słyszę ich śmiech. To wystarcza. Ale wracając do „LOL”. Rzeczywiście zostałem wsadzony w fotel gospodarza programu i właśnie jako punkt odniesienia dla następnych pokoleń polskiej komedii.

Dobrze panu w tej roli?
Na początku zazdrościłem uczestnikom, że mogą z sobą walczyć na żarty, ścigać się. Sam chciałem znaleźć się po ich stronie. Dopiero kiedy zobaczyłem, jak trudne jest rozśmieszanie ludzi, którzy z założenia nie mogą się śmiać, zrozumiałem, że prowadzenie programu, czuwanie nad tym, co się dzieje, i przyznawanie żółtych i czerwonych kartek też jest ciekawym i dużo łatwiejszym zadaniem. Tym bardziej, kiedy w trzecim sezonie pojawiłem się jako Kapitan Złotozębny, poczułem presję. Moim zdaniem było musztrowanie uczestników i oczywiście próba ich rozbawienia. Wykorzystałem najlepsze numery. A oni nic. Komik jest przyzwyczajony do śmiechu jako reakcji. Tutaj nie dostaje żadnego sygnału zwrotnego. To bardzo dziwne uczucie. Powiem panu jednak, że będąc prowadzącym, z jednej strony jestem w komfortowej pozycji, z drugiej można nabawić się kompleksów…

Że oni są śmieszniejsi?
Że są wybitni! W obsadzie każdego z sezonów są naprawdę świetni aktorzy, komicy, a także standuperzy czy twórcy internetowi. Ze swojego stanowiska patrzę na ich tempo, improwizację i swobodę, z jaką się odnajdują w programie, i zastanawiam się, czy dzisiaj też potrafiłbym tak pracować. Z jednej strony myślę: „Dałbyś radę”. Z drugiej: „Może już nie”. Te wątpliwości to mój chleb powszedni. Może właśnie dlatego lepiej czuję się dzisiaj w roli gospodarza, który czuwa nad wszystkim.

Pana rola w „LOL” jest bardzo istotna, ale to nie pan, tylko uczestnicy i uczestniczki są w centrum każdego z sezonów. Rozmawialiśmy już trochę o drugim planie, na którym znowu pana oglądamy. Ostatnio to m.in. wspomniana „Czarna śmierć”, a także „Ślepnąc od świateł”, „Sexify” i „Aniela”. Nie marzy pan o głównej roli?
Pewnie, że marzę. Ale jestem uszyty z wątpliwości. Gram spektakl od kilkunastu lat, mam za sobą setki przedstawień, a przed każdym wyjściem na scenę zastanawiam się, czy dam radę. Nadal mam tremę. Dlatego modlę się o życzliwą publiczność i o to, żeby talent, który dostałem, mnie nie zawiódł, żebym go nie roztrwonił. Kiedy spektakl się uda, schodzę ze sceny szczęśliwy. Myślę sobie: „Znowu byłem gdzieś wyżej, w chmurach”. To jest przepiękne uczucie.

Pyta pan o drugi plan. Te role są bardzo wymagające…

„LOL: Kto się śmieje ostatni” ma już cztery sezony

Cezary Pazura jako prowadzący w „LOL: Kto się śmieje ostatni” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Prime Video

Nie twierdzę, że nie są!
Dlatego że są tak wymagające, a mnie ciągle towarzyszą wątpliwości, zastanawiam się, czy w ogóle podałabym pierwszemu planowi. Czy młodzi – a przecież to oni głównie chodzą do kina – chcieliby oglądać na ekranie faceta w moim wieku? Czym miałbym przykuć ich uwagę?

Pewnie to zależy od materiału.
Zgoda, musiałbym mieć dobry materiał, żebym mógł faktycznie trafić do młodych.

Powiedział pan, że jest „uszyty z wątpliwości”. Mam wrażenie, że jest pan też „uszyty z wyobrażeń”. Rozmawialiśmy o tym, że widzowie i widzki od lat noszą w głowie bardzo konkretny obraz Cezarego Pazury.
To prawda. Mają wobec mnie określone oczekiwania. Jeżeli ich nie spełnię, rozczarowanie jest większe. Ale chyba pogodziłem się już z tym, że tak wygląda ten zawód. Mam dziś poczucie, że ponownie zatoczyłem koło. Zaczynałem od niewielkich ról. Potem przyszła ogromna popularność. Potem wróciłem do źródeł, do teatru. Teraz znowu czuję, że coś się nowego otwiera. Dostaję ciekawe propozycje, spotykam świetnych reżyserów i znowu mam apetyt na granie. Może właśnie teraz zaczynam kolejny etap?

Rozmawia pan ze mną w bardzo szczególnym momencie – w październiku minie czterdzieści lat mojej pracy zawodowej…

Wszystkiego najlepszego! 
Dziękuję. Jest pan jedyną osobą, która złożyła mi życzenia. 

Na szczęście w pana przypadku czwarta dekada nie jest od podsumowań, tylko nowych początków.


Zdjęcia Aleksandra Dolny
Stylizacja Oliwia Choroszucha, Julia Górska
Make-up Magdalena Dybicz
Produkcja Mila Zbińkowska

Więcej w tym temacie:

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.

Jeff Koons

Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?

Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.

Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki kradną sceny w „Morfeuszu”

Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”

Serial „Morfeusz” przyniósł Kamilowi Szeptyckiemu pierwszą główną rolę, a Mateuszowi Kmiecikowi kolejnego twardziela. Jednak najciekawsze wydarzyło się poza kadrem – obaj odkryli, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczali.

Ignacy Liss bohaterem okładki GQ Poland

Ignacy Liss. Duma i uprzedzenie

W konkursie głównym jednego z najważniejszych serialowych festiwali świata – Séries Mania – Grand Prix zdobył „Proud”, najnowsza polska produkcja HBO Max. Statuetkę dla najlepszego aktora odebrał odtwórca głównej roli – Ignacy Liss. Nagle, w ciągu jednego dnia, zrobiło się o nim głośno.