PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Tomasz Ziętek z nagrodą Mastercard OFF CAMERA

Tomasz Ziętek został uznany najlepszym aktorem XIX edycji festiwalu Mastercard OFF CAMERA. Przypominamy naszą rozmowę z drugiego numeru GQ Poland.

Udostępnij

Tomasz Ziętek i aktorski escape room

Płaszcz Vistulą, sweter H&M Studio, spodnie Giorgio Armani vintage, pasek Massimo Dutti, buty Kazar Autor zdjęcia: Zbyszek Szymańczyk

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
14.03.2026

Tomasz Ziętek lubi rozwiązywać problemy. Właśnie tym dla niego jest aktorstwo. Plan zdjęciowy to życiowy escape room, a on jest graczem, który musi przejść od punktu A do punktu Z, po drodze główkując nad kolejnymi zagadkami. 

– Aktorstwo to ciągłe szukanie sposobów, jak daną scenę można zrealizować, jak opowiedzieć. Dlatego ten zawód jest tak techniczny – na performance aktorski wpływa m.in. sposób oświetlenia czy rodzaj obiektywu – opowiada mi Ziętek, kiedy pijemy kolejną kawę w knajpie w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.

Podczas naszego spotkania tryska młodzieńczą energią. Zanim zasiedliśmy do stolika, podczas sesji zdjęciowej kręcił się na pobliskiej karuzeli. Niczym kowboj nawigował dwa galopujące rumaki i patrzył w dal, za horyzont. Usiadł też za kółkiem plastikowego kabrioletu, wystawił „zimny łokieć” i pruł przed siebie w wyimaginowanym wyścigu po ulicach miasta. Manifestacją nieposkromionej radości absorbował uwagę zarówno moją, jak i przechodniów.

Podobną radość dostrzegam, kiedy opowiada mi o kunszcie aktorskim. Gdy go słucham, na myśl przychodzą mi słowa Tomasza Kota, który Ziętka spotkał po raz pierwszy w czeskiej Pradze przy produkcji „Świat w ogniu” dla BBC. „Byliśmy tam bardzo mocną reprezentacją aktorską. Sprawa poważna. Mocno skupieni – Kot napisał mi w mejlu. – I nagle dołącza do nas młodziutki, niezwykle energiczny człowiek, który był jak żywe srebro. Facet świecił, błyszczał – to było coś niesamowitego. Od tamtej pory, ile razy go spotykam, to patrzę właśnie przez ten filtr. Uwielbiam z nim pracować”. 

Tym razem aktorzy spotkali się na planie „Wielkiej Warszawskiej” w reżyserii Bartłomieja Ignaciuka. Ziętek gra dżokeja Krzyśka, który śni o sportowej karierze i zwycięstwie w tytułowej dorocznej gonitwie na warszawskim Służewcu. Wbrew woli ojca, byłego jeźdźca, z impetem wchodzi w środowisko wyścigów konnych, gdzie szybko natrafia na mafijne sieci powiązań i korupcję. Gdy zaczyna odnosić pierwsze sukcesy, jego droga krzyżuje się z ludźmi z półświatka, którzy nie zamierzają dać mu spokoju. Film jest duchowym spadkobiercą „Wielkiego Szu” i „Piłkarskiego pokera”, PRL-owskich hitów o nieczystej grze i hazardowych przekrętach. 

W przeciwieństwie jednak do blisko 50-letnich Jana Nowickiego i Janusza Gajosa, grających głównych bohaterów w poprzednich produkcjach, Krzysiek jest podlotkiem, dopiero wkraczającym w dorosłość, który nijak ma się do maczystowskiej męskości w „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze”. 

– Dziś kanony bardzo mocno się zmieniły – zauważa Tomek podczas naszego spotkania. Dodaje: – Widzisz, to jest o znalezieniu się w odpowiednim miejscu i czasie. Jest w tym oczywiście jakaś doza przypadkowości – że akurat takim osobom jak ja powierza się takie, a nie inne role. 

Ziętek ma na myśli swoją aparycję, która pozwala mu wiarygodnie wcielać się w nastolatków i dwudziestokilkulatków. – Na początku mojej drogi zawodowej, choć wyglądałem młodo, miałem już spore doświadczenie. To działało na moją korzyść – dodaje. 

Ma jednak wrażenie, że przez całą swoją karierę gra właściwie samo „coming of age”. W brawurowym horrorze „Demon” Marcina Wrony kradnie sceny jako Ronaldo, milczący chłopak z sąsiedztwa, który więcej widzi i wie, niż ktokolwiek się tego spodziewa. W sensacyjnym „Konwoju” Macieja Żaka jego żółtodziób Feliks przekonuje się, że sprawiedliwość policji można między bajki włożyć. W nominowanym do Oscara „Bożym Ciele” Jana Komasy, Ziętek wciela się w Pinczera, jednego z wychowanków zakładu poprawczego, jednocześnie przerażającego i kruchego, balansującego między agresją a potrzebą akceptacji. Wreszcie w „Żużlu” Doroty Kędzierzawskiej, swojej pierwszoplanowej roli, gra Lowę, młodziutkiego mistrza żużlowego o wyglądzie członka boysbandu.

Tomasz Ziętek i aktorski escape room

Sweter COS, szalik Massimo Dutti Autor zdjęcia: Zbyszek Szymańczyk

„Wielka Warszawska” też jest historią wkraczania w dorosłość. W czasie naszej rozmowy nie wyczuwam, by łatka „Piotrusia Pana polskiej kinematografii” specjalnie Tomkowi przeszkadzała. Jednak w pewnym momencie, wspominając swoją partnerkę w filmie Ignaciuka, Mary Pawłowską, podkreśla różnicę wieku. 

– Na ekranie zakochujemy się w sobie. Tymczasem w realu ona ma dwadzieścia parę lat, a ja czterdziestkę na karku – mówi. – Podczas kręcenia miałem tak – Tomek odnosi się do jednej ze scen, w której bohater i bohaterka flirtują, jedząc pączki, naśladuje głos podstarzałego wujcia – „Hej, słuchaj no koleżanko, dawaj tego pączka”.

Po tych słowach Ziętek wybucha śmiechem, a ja razem z nim. Trudno jest nie dać się uwieść jego opowieści i sposobowi bycia. Nie tylko mnie. Bartłomiej Ignaciuk napisał w mejlu, że „nie bez znaczenia jest niewymuszony wdzięk, który posiada Tomek. To sprawia, że z miejsca chcemy podążać za bohaterem”. Nawet podczas sesji zdjęciowej aktor kilkakrotnie usłyszał od osób z ekipy GQ Poland, że od dawna chciały z nim współpracować. 

Energiczność, entuzjazm, radość. Cechy, które mocno kojarzą się z młodością i z… Tomaszem Ziętkiem. Ale chyba nie tylko ich emanacja wpłynęła na jego wizerunek. Duża w tym zasługa „Kamieni na szaniec” Roberta Glińskiego. W swojej pierwszej głośnej roli filmowej Tomek grał Rudego, ledwie 22-letniego konspiratora z Szarych Szeregów, skatowanego przez gestapo.

– Ludzie kojarzą mnie głównie z „Kamieni…”. To lektura, a tym samym jej ekranizacja co roku jest puszczana w szkołach – zauważa Tomek. – Taka „dawka przypominająca” Ziętka – ponownie śmieje się w głos.

W wyobraźni widowni postać Rudego utrwaliła wizerunek aktora jako młodego, dzielnego i romantycznego bohatera, jakby zaklęła go na wieczność na taśmie filmowej. Być może również sprawiła, że Tomek kojarzy się z produkcjami historycznymi (choć tak naprawdę tych rozgrywających się współcześnie nakręcił więcej). Zresztą lubi w nich grać. Pozwalają mu na eksplorowanie nieznanych terenów. 

– Dostaję nowy zestaw klocków – komentuje. – Myślenie o kostiumach, rekwizytach, dawnych konwenansach i zdarzeniach z przeszłości uruchamia konteksty, które mnie napędzają. To rodzaj mentalnej gimnastyki. Współczesnością już się wybawiłem – w końcu w niej żyję.

Przy rozgrywającej się na początku lat 90. „Wielkiej Warszawskiej” ekscytujący był nie tylko powrót do przeszłości, lecz także dostęp do świata, z którym na co dzień Tomek nie ma styczności. 

– Bałem się koni! – wypala nagle, jakby chciał dodać swojej opowieści dramatyzmu. – Ale pomyślałem: gdzie mogę zmierzyć się ze swoim lękiem jak nie na planie filmowym?

Pomocne były treningi z przyszłymi dżokejkami na trenażerach imitujących ruch konia, a także intensywna półroczna nauka jazdy konnej. Wreszcie też Tomek sam patynował kostiumy. 

– Jeździłem w nich na treningi, żeby się naturalnie dostosowały, przetarły w tych miejscach, w których powinny – wspomina. – Grałem w dżinsach, w których naprawdę jeździłem konno. Rękawice były zniszczone od pracy w stajni. 

Gdy pytam Marcina Bosaka, bandziora Omara z „Wielkiej…”, o współpracę z Ziętkiem, podkreśla jego zaangażowanie w proces tworzenia postaci. – Szuka inspiracji w różnych przestrzeniach i na wielu poziomach przygotowuje się do powierzonych mu zadań – zauważa.

Również Bartłomiej Ignaciuk zachwyca się tym, z jaką świadomością i bez szarżowania Ziętek podchodzi do roli. – Jest tam dużo niuansów i dobrze pojętej prostoty, która dodaje autentyczności i mocy granym przez niego bohaterom – kwituje reżyser. 

Według Tomka cały proces robienia filmu przypomina działanie magnesu neodymowego. Przyciąga pojedyncze cechy i doświadczenia, później składające się na daną postać. Łowi tak nieustannie. Aktor dzieli się ze mną anegdotą: – Ostatnio byłem świadkiem niecodziennego zdarzenia. Osoba reagowała na bardzo złą wiadomość. Zorientowałem się, że obserwuję ją z takim nastawieniem, jak ja mógłbym odegrać wszystkie stadia, które ta osoba przechodzi.

Obserwowanie jest kluczowe. Kilkakrotnie wraca w opowieściach Ziętka. Na przykład na początku kariery, kiedy w epizodzie w „Czarnym czwartku. Janek Wiśniewski padł” Antoniego Krauzego, o masakrze na Wybrzeżu w 1970 roku, grał martwego 18-letniego stoczniowca niesionego przez tłum na drzwiach.

– Leżąc tak bez ruchu, znalazłem się w bardzo dogodnej pozycji, z której mogłem obserwować, jak realizuje się duble, jak wygląda zmiana obiektywu, jak kręci się szerokie, a potem bliskie plany. Było to moje pierwsze zetknięcie z profesjonalną pracą machiny filmowej – wspomina. 

– Aktorstwo jest studiowaniem człowieka i jego zachowań – Tomek rzuca bon motem.

Tomasz Ziętek i aktorski escape room

Kurtka i krawat Herse, koszula Bytom, spodnie Giorgio Armani vintage Autor zdjęcia: Zbyszek Szymańczyk

W knajpce w PKiN robi się coraz tłoczniej. Spędzamy z sobą już którąś godzinę. Zresztą sam obserwowałem, jak podczas sesji Tomek przeistaczał się w amanta w prochowcu niczym z filmów noir. Później miał na sobie garnitur, a na głowie zaczes, jak gdyby brał udział w castingu do „Niewinnych czarodziejów” Andrzeja Wajdy. Teraz siedzi przede mną w zupełnie współczesnej dżinsowej koszuli, na krześle wisi jego kurtka podszyta sztucznym futrem. Mógłby odgrywać którąkolwiek osobę z pobliskich stolików. Wtapia się. Pasuje. Zaczynam rozumieć, dlaczego piszą o nim „polski James Dean” albo o tym, że ma idealną twarz do II wojny światowej, że wygląda „jak chłopaki z PRL”, a teraz z lat 90. W uroku Ziętka jest coś niedokończonego, jakby w okresie formacyjnym napił się ze źródła wiecznej młodości.

Tomek rozumie, dlaczego aktorzy i aktorki są kategoryzowani przez widownię. – Szufladki to nasza naturalna potrzeba. W ten sposób porządkujemy rzeczywistość. Po części wynika z potrzeby bezpieczeństwa – musimy coś nazwać, żeby oswoić – mówi. 

Ale czy nie jest tak też z jego ekranową młodością? Zwłaszcza wtedy, kiedy przestaje być (tylko) etapem, a zaczyna funkcjonować jak etykieta?

W wywiadach nieustannie wraca do czasów nastoletniości, kiedy z kumplem grywali na gitarze najpierw na gigancie w nadmorskich Rowach, potem na ulicach Berlina i Wiednia. Nad Bałtykiem potrzebowali kasy, by rozwalać ją na automatach. Za granicą dorabiali w czasie wakacji. Rogi ulic miały być dla Tomka też świetnym – znowu! – punktem obserwacyjnym różnych charakterów i osobowości. W jego ustach to wspomnienie brzmi, jak gdyby już wtedy zbierał inspiracje do aktorskiego koszyczka (i muzycznego, wszak śpiewa solo i z zespołem The Fruitcakes). Z kolei późniejsze egzaminy do studium wokalno-aktorskiego przy Teatrze Muzycznym w Gdyni relacjonuje ze swadą, jakby przywoływał fabułę filmu przygodowego. 

W tych historiach opowiadanych w mediach wciąż na nowo i nadal z niegasnącym entuzjazmem jest wiecznie młody i cool. Pytam, czy niechcący sam siebie nie utrwala w konkretnym wyobrażeniu.

– Nie wiem. Dla mnie to po prostu część mojej historii – odpowiada. 

Teoretycznie Tomek Ziętek ma dla mnie tyle czasu, ile potrzebuję. Niekiedy jednak dyskretnie spogląda na zegarek. Nie chcę go dłużej zatrzymywać. Przed jego wyjściem rozmawiamy jeszcze o tym, czy ma szczegółowo zaplanowaną karierę. – Przemysł filmowy to wielki chaos, często przypadek – mówi. 

Czy ta niepewność go nie demotywuje? – pytam z kiepsko ukrywaną dezaprobatą. 

– Niepewność jest po prostu wpisana w zawód. Jest jednocześnie jego przekleństwem i największym urokiem. Utrzymuje mnie na powierzchni, sprawia, że jestem cały czas gotowy – stwierdza. Po chwili dodaje: – Uwielbiam te zaskoczenia! To jak w lumpeksie – nagle znajdujesz tam jakiś skarb. Tak samo jest w aktorstwie: znajduje mnie rola, która nigdy nie przyszłaby mi na myśl. 

Wybierając scenariusz, zdaje się na intuicję. Później ponownie wchodzi do escape roomu i rozwiązuje problemy. Mam wrażenie, że mógłby tak bez końca.

 

Zdjęcia Zbyszek Szymańczyk
Stylizacje Marcin Brylski
Grooming Iza Kućmierowska/Visual Crafters
Produkcja Piotr Fiedler

Więcej w tym temacie:

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

Borja Iglesias

Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias

„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.