Kolarscy zajawkowicze o tym, jak rower uratował im życie
PARTNERZY SERWISU
Sport
Kolarscy zajawkowicze o tym, jak rower uratował im życie
O czym marzy kolarz amator? O kolejnym, jeszcze lepszym i ładniejszym rowerze? Na pewno, bo rowerów nigdy za wiele. Można mieć szosę, gravela, MTB, ostre koło, składaczka, coś starego, ale ładnie wyremontowanego… Można też marzyć o nowym komputerku na kierownicy, lepszych lampkach, nowych ciuchach, butach, kasku, okularach. Ale najbardziej na świecie każdy kolarz marzy o tym, żeby mieć więcej czasu na rower.
Udostępnij

Ten sport potrzebuje dużo wolnego czasu i silnie uzależnia. Co daje i co odbiera? Autor zdjęcia: Szymon Kotowski
Kolarz nie szanuje innych rozrywek. Impreza lub koncert w piątkowy wieczór? Cienko, bo rano trzeba wstać na rower. Niedziela z rodziną? Tak, ale najwcześniej od 15.00. Nie jest łatwo być (z) kolarzem amatorem, bo sport ten potrzebuje dużo wolnego czasu i silnie uzależnia. Co daje i co odbiera? – pytam Kamila, Michała, Szymona i Mateusza.
Spotykam ich w lutym na Teneryfie – w Polsce wciąż poniżej zera, tam słońce, wiaterek i plus 20 – idealne warunki na rower.

Kamil Redestowicz Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Kamil Redestowicz jest dyrektorem kreatywnym i reżyserem trailerów do gier wideo. Wcześniej wiele lat robił w reklamie. Pracuje zdalnie, raz w miesiącu leci na tydzień do Frankfurtu nad Menem, gdzie mieści się jego firma. Od blisko czterech lat mieszka z żoną Agatą i dziećmi na Teneryfie. Kupili tutaj dom. Myśleli, że będą cały czas pływać na kajtach, ale żona Kamila spędza wolny czas, głównie jeżdżąc konno, on – na rowerze. Ma szosę i MTB, we Frankfurcie – ostre koło do jazdy po mieście.

Michał Szulhan aka Makitek Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Michał Szulhan zwany Makitkiem jest fotografem i informatykiem, a na Teneryfie od ponad 10 lat spędza każdą zimę. Za pierwszym razem przyjechał na klasyczny kolarski wyjazd i w amoku od rana do nocy jeździł na rowerze. A potem wrócił do Katowic i zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście musi być w Polsce zimą. Przecież może pracować skądkolwiek. Napisał do Adama Kolarskiego, z którym poznał się na wyjeździe, a ten mu odpisał, że właśnie szuka mieszkania na wyspie na przyszły sezon zimowy i może chce wynająć razem z nim. Na miesiąc. I pojedzie z nimi jeszcze jeden gość – Szymon.

Szymon Kotowski Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Kim jest Szymon Kotowski? Kolarzem? Fotograficznym poetą (znanym na Instagramie jako @szymonbike)? Domorosłym filozofem? Fanem kotów i psów? Pionierem kolarstwa romantycznego?
– Dzisiaj jestem po prostu bezrobotnym – mówi.
„Kolarz po przejściach” – trenował jako nastolatek, ścigał się do 23. roku życia. Dziś ma 38 lat i najbardziej na świecie lubi… jeździć na rowerze w górach. Osiem ostatnich lat spędził jako przewodnik rowerowy w Sierra Nevada. Brzmi jak praca marzeń kolarza? Niekoniecznie. Zwłaszcza jeśli masz kiepskiego szefa. Poza tym taka robota wymaga ciągłego kontaktu z ludźmi, a Szymon za nimi… nie przepada. Trzeba rozmawiać, opiekować się nimi, być miłym. A Szymon lubi być sam. Na rowerze. W górach. – Taka praca to w pewnym sensie zamach na pasję. Udało mi się jej nie stracić, ale miałem mnóstwo trudnych dni. Chcesz gdzieś skręcić, ale nie możesz – ciągle kręcisz te same rundki – opowiada.

Mateusz Krogulec Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Mateusz Krogulec jest szefem agencji zajmującej się influencer marketingiem. A właściwie był, bo firmę zdecydował się sprzedać. Mówi, że jako pierwszy w Polsce zaczął prowadzić blog biegowy, uprawiał triathlon, teraz wkręcił się w Hyrox, czyli bieganie połączone z ćwiczeniami fizycznymi. Buduje dom, rozkręca nową firmę, na rowerze odpoczywa.
Kiedy rozmawiamy w kawiarni, popijając typowe dla Wysp Kanaryjskich café leche y leche, Makitek uprzedza, że jego pracę w tej chwili wykonują agenci AI i jest duża szansa, że któryś z nich zadzwoni z jakimś problemem. Podczas godzinnej rozmowy żaden nie dzwoni.

Anka Krogulec Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Makitek mieszka niedaleko El Medano, razem z partnerką Dominiką i półtorarocznym synkiem. Życie mu się poprzestawiało, jak to z dzieckiem, ale jeździć nie przestał. Choć priorytety się zmieniły – nie jeździ od rana do nocy, bo jednak stara się być obecnym tatą i partnerem. Agenci AI dziecka nie wychowają. Ale bez dwóch, trzech godzinek na rowerze i fragmentu podjazdu pod wulkan Teide dzień byłby stracony. Na szczęście pracuje jako freelancer, a jego dziewczyna zakochała się w kolarzu – wiedziała, na co się pisze.
Szymon nie ma rodziny, dzieci, życie chciałby spędzić na rowerze. – W jakiej sytuacji zrezygnowałbym z roweru? Niedawno nie wyjechałem, bo mama trafiła do szpitala. Trzeba mieć w życiu priorytety. Kolarstwo to jest po prostu moja rzecz. Spełniam się w nim totalnie, z każdym rokiem coraz bardziej. Potrzebuję go, żeby żyć. Jeśli z jakichś powodów nie mógłbym jeździć, stałbym się nieszczęśliwym gburem. Gorszym niż teraz.

Kamil Redestowicz: „Jeździłem dużo, ale nie miałem się za kolarza. Śmiałem się z kolegów, którzy wkładali trykoty z lycry i kręcili kilkudziesięciokilometrowe pętelki bez celu” Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Skąd ten rower?
Do kolarskiego klubu WTC Szymona zapisał ojciec, a reszta potoczyła się, jak sportowa kultura nakazuje. Miał okazję wyjechać do Francji i jeździć jako zawodowiec, ale wybrał studia (AWF, potem SGGW), które jednak szybko rzucił – żeby móc jeździć po świecie. Na rowerze, oczywiście.
Makitek zaczął na studiach na góralu, bo trochę się wtedy wspinał w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i to był naturalny wybór. Potem przeprowadzka do Katowic, mniejszy dostęp do skałek, zaczęły się imprezy… – Dobrze, że w moim życiu pojawiła się wtedy szosa, bo nie wiem, jakby się skończyło. Wsiąkłem na całego. U mnie albo grubo, albo wcale – zawsze tak miałem. Nie zacząłem powoli, systematycznie. W dwa lata wskoczyłem na 20 tysięcy kilometrów rocznie i tak to trwa do dzisiaj.

Ulubiona droga na Teneryfie? Do Villaflor, w drodze na Teide – non stop pod górę. Godzina czterdzieści, szybki pit stop na kawę i jazda w dół. Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Kamil poznał i pokochał rower, gdy wyjechał do Holandii do pracy sezonowej przy kwiatach. – Miałem 35 kilometrów do szklarni z tulipanami i trzeba było tam jakoś dojechać. 70 kilometrów dziennie – bo w dwie strony – to sporo, ale na szczęście Holandia jest płaska – wspomina.
W czasie studiów, a potem, kiedy już pracował w Warszawie, wszędzie dojeżdżał rowerem. – Jeździłem dużo, ale nie miałem się za kolarza. Śmiałem się z kolegów, którzy wkładali trykoty z lycry i kręcili kilkudziesięciokilometrowe pętelki bez celu. Myślałem: „To bez sensu!”. Mieszkałem na Ochocie, pracę miałem „z widokiem na Łomianki” – tak sobie kilometry nabijałem. Przy okazji odwiozłem dzieci do przedszkola. Rower był dla mnie środkiem lokomocji.
Aż przyszła pandemia. – Jestem kolarzem covidowym – mówi Kamil. – Skończyło się jeżdżenie do pracy i kolega zaproponował, żebym włożył te obcisłe galoty i poszedł się z nim po prostu przejechać. Tak się zaczęło robienie pętelek.

Makitek: „Rower daje mi spokój, balans” Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Mateusz Krogulec biegał maratony, ale czuł, że to ciągle za mało. Przerzucił się na triathlony, zrobił pełnego Ironmana, a razem z tym przyszło kolarstwo. – W 2011 roku kuzynka przywiozła mi rower triathlonowy ze Stanów. A potem z przyjacielem Michałem pojechałem na Gran Canarię, wsiadłem na zwykłą szosę i oszalałem, kiedy poczułem, jakie to jest wspaniałe w takich okolicznościach przyrody – wspomina.

Szymon Kotowski: „Kolarstwo to jest po prostu moja rzecz. Spełniam się w nim totalnie, z każdym rokiem coraz bardziej. Potrzebuję go, żeby żyć” Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Liczy się karbon
Kamil mówi, że przeszedł klasyczną kolarską drogę. – Najpierw zapierasz się, że w życiu nie włożysz tego opinającego wdzianka, bo to okropne i naprawdę mało kto dobrze w tym wygląda. Gdy zaczynasz godzić się z tym, że może jednak ma to sens, pojawia się inny problem – obcisłe spodenki powinno wciągać się na goły tyłek. Ale jako to? Jeździć bez majtek?! No tak, bielizna przeszkadza, obciera, może zrobić dużo krzywdy.
Kamil twierdzi, że wystarczyła mu jedna dłuższa wyprawa w bibsach włożonych na bokserki, by następnym razem nie popełnić tego błędu. Ale nóg zgolić nie chciał (kolarze depilują nogi, żeby włosy nie przeszkadzały podczas masowania łydek i w razie ran lub otarć łatwiej było je opatrzyć. Oraz – a może przede wszystkim – bo tak jest ładniej i JEŹDZI SIĘ SZYBCIEJ). Drogiego roweru też nie miał zamiaru kupować. I tych rowerowych „baletek” wczepianych w pedały. Wszyscy tak mówimy na początku. Do czasu.

Szymon Kotowski osiem ostatnich lat spędził jako przewodnik rowerowy w Sierra Nevada Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Rower może kosztować tyle, co używany samochód. A taki podstawowy, porządny, choć bez żadnych bajerów i nieultralekki, to wydatek około 15 tysięcy złotych. Dlatego żaden kolarz swoich dwóch kółek bez opieki nie zostawia. Nawet jeśli ma dobre zapięcie. Same karbonowe koła potrafią kosztować kilka tysięcy złotych. Kolarkę trzyma się w domu, piwnica to zbyt duże ryzyko. Problem pojawia się w hotelach – każdy chce mieć swoją szosę w pokoju, a obsługa tego nie lubi. Kotowskiego na Teneryfie straszono policją i wyrzuceniem z hotelu, jeśli nie zgodzi się zostawić dwóch kółek w schowku na walizki.
Kolarze na punkcie rowerów mają fisia! W kółko je myją, czyszczą, smarują, zmieniają komponenty: siodełka, kierownice, korby. – Jedyny dźwięk, który może wydawać rower, to charakterystyczne cykanie bębenka – mówi Szymon. Żadnych trzasków, żadnego skrzypienia i piszczenia.

Makitek na drodze stosuje zasadę „zero zaufania”, bo na Teneryfie jeździ mnóstwo nieznających okolicy turystów, a miejscowi nie używają kierunkowskazów albo wrzucą prawy, a skręcą w lewo Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Oczywiście liczy się karbon – rama, koła, wszystko z włókna węglowego. O napędach nie ma co mówić, bo na ten temat toczy się nierozstrzygalna dyskusja – Shimano, Sram, a może jednak Campagnolo? Prawdziwy szpan to mieć rower, którego nie ma nikt. Z małej manufaktury albo markę pro (jak Pinarello Szymona) lub samodzielnie złożony – tak zrobił Kamil (ma szosę Enve Melee).
– Staram się kupować używane części i ciuchy rowerowe. Na świecie są tysiące osób, które kupiły drogie rowery, a potem się okazało, że to nie dla nich i puszczają je za ułamek ceny z przebiegiem 100 kilometrów. W ten sposób złożyłem wszystkie swoje rowery. Używane, ale nowe. Tym sposobem jeżdżę na rowerze za 10 tysięcy euro, ale mam go za dużo mniej.

Szymon Kotowski jest ambasadorem marki Pinarello Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Bez watów i napinki
Kiedy Szymon przestał się ścigać, zaczął szukać sensu gdzie indziej: czytał książki, wkręcił się w buddyzm i filozofię Wschodu. Rywalizacja przestała go cieszyć. Dlaczego? – Bo karmi ego, ale na dłuższą metę niewiele daje – mówi. Przestało mu odpowiadać, że źródłem szczęścia ma być fakt, że pokonał w wyścigu kolegów.
– Wolę się z nimi umówić i gdzieś sobie razem pojechać – zapewnia. – Nie chcę cieszyć się dlatego, że zdobyłem medal. Wolę się cieszyć tym, że jadę, że jestem w ładnym miejscu. Nie interesują mnie waty, dystans, średnia prędkość.

Kamil Redestowicz: „Można się tym kolarskim życiem zachłysnąć” Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Właśnie to Szymon nazywa kolarstwem romantycznym. Napisał o tym książkę, ale kiedy próbuję ciągnąć go za język, mówi o rzeczach, które brzmią jak te z książek o buddyzmie i filozofii Wschodu – o wzniosłych uczuciach, o emocjach, o życiu w zgodzie z sobą.
A potem dodaje: – Jak ktoś ci mówi, że był na rowerze i było super, nikogo to nie jara. Ale jak ktoś powie, że przejechał tyle i tyle kilometrów ze średnią prędkością 40 km/h albo że nie zsiadał z roweru przez 500 kilometrów – od razu jest wow! Doceniamy tylko wyczyny, a „zwykłe” jeżdżenie na rowerze już nie zasługuje na uznanie. Sami skazujemy się na ciągłe porównywanie: prędkości, cyferki, długości tras.
Te cyferki, waty, treningi nie przestały mu przeszkadzać z dnia na dzień – to był oczywiście proces. Najpierw zdjął komputer z kierownicy – nie lubi patrzeć na wykres trasy i widzieć, ile kilometrów zostało do końca. Finisz go nie interesuje, ważne jest tylko „tu i teraz”. Na tym podjeździe, z tymi ludźmi i z tymi widokami. Wieje wiatr, słońce świeci, pada deszcz – to nie ma znaczenia. Jest tylko on i rower.

Mateusz Krogulec: „Do działania motywują mnie tylko trudne do osiągnięcia rzeczy” Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Pytam Szymona, co przeszkadza mu w kolarstwie.
– Presja na wynik, napinka. Ludziom się wydaje, że nie mogą sobie po prostu jeździć, tylko od razu powinni być prosami. Że jak nie starasz się być najlepszy, poprawiać wyników, trenować, to nie możesz się nazywać kolarzem. A to jest wspaniały sport i każdy może z niego czerpać, ile chce i jak chce. Nie wszyscy musimy być w kolarstwie tacy sami – mówi, choć sam wygląda jak kolarski model do naśladowania. Noga ogolona i nasmarowana, skarpetka odpowiedniej długości, oczywiście biała, takie też buty. Ubrania, kask, okulary – wszystko elegancko dopasowane. Rower zawsze czysty, nasmarowany, kokpit – pusty. Żadnych zbędnych dodatków, lampek, liczników. Śmieje się z mojego: – Widać, że kokpit ultraski, tyle przyczepionego szpeju.
Kiedy robi zdjęcia, zawsze ustawia rower według niepisanych kolarskich zasad: napędem do aparatu, pedały ustawione równolegle do podłoża. – Jak się czemuś poświęcasz, musisz się o to postarać. Estetyka jest częścią tego starania – tłumaczy. – Poza tym to kolarska etykieta: nie kładziesz kasku na stole ani na ziemi, nie nosisz koszulek teamu, jeśli nie jesteś jego częścią, bidony – tylko półlitrowe, ubrania – dopasowane, kieszonki nigdy niewypchane na maksa.

Rower może kosztować tyle, co używany samochód. A taki podstawowy, porządny, choć bez żadnych bajerów i nieultralekki, to wydatek około 15 tysięcy złotych Autor zdjęcia: Fonsi Martin
O czym myślisz na rowerze
– Rower daje mi spokój, balans – mówi Makitek. – Ale nie jest tak, jak niektórzy twierdzą, że idą na rower, by przemyśleć sprawy. Nie umiem na rowerze niczego przemyśleć – po prostu jadę. Panuje spokój, nic się nie dzieje, jest tylko „tu i teraz”. To rodzaj medytacji, wyciszenia. Może dlatego, że trudno mi jechać wolno, zrobić spokojną przejażdżkę – przyznaje.
– Najchętniej nie myślę o niczym – mówi Szymon. – To tzw. stan flow, uważany za ideał – wszyscy za nim tęsknimy i go szukamy. Ale nie da się go poczuć, kiedy idziesz na rower na godzinkę. Trzeba w to włożyć trochę kilometrów i serca. Czytałem kiedyś o mnichach w Tybecie, którzy przeprowadzają hardcore’owe głodówki, żeby odciąć mózg od cukru i wpaść w psychodeliczny stan. Do tego właśnie chyba dążymy na rowerze – kiedy w krwi zaczyna brakować glukozy, wszystko wokół zwalnia i przestaje być ważne. Nie myślisz o problemach, o „sprawach”. Skupiasz się na tej konkretnej chwili, bo twój mózg nie ma siły zajmować się niczym więcej.
– Wjechanie na Pico de Las Nieves na Gran Canarii było przeżyciem niemalże mistycznym, religijnym – opowiada Mateusz. – Wspinasz się na tę górę, wciąż jedziesz i ten podjazd się nie kończy! Dopiero wtedy poczułem, o co chodzi z rowerem, jakie to może być wspaniałe. Sport zawsze czyścił mi głowę – przed pracą działa świetnie! A kiedy idę z kimś na rower w weekend, proszę, żeby dał mi czas – pogadamy za pół godziny, za godzinę. Najpierw muszę się zresetować.

Kolarze na punkcie rowerów mają fisia! W kółko je myją, czyszczą, smarują, zmieniają komponenty Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Kamil twierdzi, że dla niego też najważniejszy jest „element medytacyjny”. – Mam wrażenie, że na co dzień jestem pokryty jakąś melasą spraw codziennych, zmartwień i obowiązków. Idę na rower i wszystko magicznie odpuszcza. Z każdym kilometrem jest tego coraz mniej, a ja czuję się coraz lepiej. Nic innego tak na mnie nie działa – ani surfing, ani bieganie. Podoba mi się też element zdobywania: o, jest góra, muszę na nią wjechać. Na rowerze czuję się spełniony. I przeżywam nieustanny zachwyt nad światem. Bo nawet jeśli ciągle jeździsz tą samą drogą, to jednak za każdym razem chmury się inaczej układają, wiatr wieje z innego kierunku, przynosi inny zapach. Wspaniały sport dla kogoś, kto lubi ładne obrazki. Przestrzeń upaja. Jadę na rowerze, nie myślę o niczym, nikt niczego ode mnie nie chce, żadnych ekranów, wiadomości. Po prostu jestem. Wyciszenie. Spokój. Poczucie wolności. A że jestem facetem po czterdziestce, to jest w tym też element dumy. Wciąż mogę. Jestem w formie, daję radę.
Bardzo możliwe, że Kamilowi rower uratował życie. Kiedy pracował w reklamie, żył życiem człowieka reklamy: alkohol, narkotyki, imprezy. A w weekendy – do odcinki, do zerwania filmu. Nie znał innego życia, ale organizm w końcu się zbuntował. Stany lękowe nie dawały żyć, kiedy lądował w szpitalu, za każdym razem myślał, że to koniec. Aż poznał dziewczynę i prawie z dnia na dzień został straight edge’em – nie pije, nie pali, nie je mięsa. Jest świetnym rozmówcą – uważny, ma poczucie humoru i skłonność do refleksji nad światem.
Makitek dzięki rowerowi zaczął robić zdjęcia i dziś robi to zawodowo – jest fotografem i dyrektorem artystycznym „ETNH Gravel Magazine”, magazynu o rowerach. Na podjazdach poznał wielu ludzi, do których w innych warunkach nie miałby dostępu. Dzięki rowerowi koleguje się z „jedynym polskim kierowcą F1”, który jest też zapalonym kolarzem.

Kamil Redestowicz stosuje zasadę trzy razy „R”: rodzina, robota, rower. Autor zdjęcia: Fonsi Martin
Trening? Niekoniecznie
Szymon trenował jako nastolatek, ale formę wciąż ma mistrzowską – trudno go dogonić, jeszcze trudniej go wyprzedzić (szczególnie pod górę). Makitek nie ogląda się na kilometry, ale stara się codziennie zrobić przynajmniej 1500 metrów w górę. Jazda po płaskim go nie interesuje. Ulubiona droga na Teneryfie? Do Villaflor, w drodze na Teide – non stop pod górę. Godzina czterdzieści, szybki pit stop na kawę i jazda w dół. – Nie mam dnia odpoczynku od roweru, bo rower jest moim odpoczynkiem. Na nim się regeneruję. Jak jestem tak strasznie zmęczony, że ledwo nogami powłóczę, robię po prostu mniejszą rundkę – 500 metrów w górę.
Mówi, że jakiś czas temu podjął wyzwanie: trzy lata bez dnia przerwy od sportu. – Jak mi się o 23.30 przypominało, że niezrobione, wychodziłem przynajmniej dwa kilometry przejechać. Niby nie jestem zafiksowany na cyferki, wyniki i komy, ale jak jednego dnia zrobię tylko tysiąc metrów w górę, to następnego muszę zrobić dwa (śmiech). Cieszy mnie progres, bo nie młodniejemy. Jestem rocznik 1982, a co roku poprawiam czasy na segmentach.
Kamil w tamtym roku pracował z trenerem, bo taki prezent urodzinowy dostał od żony. Stwierdził jednak, że gdyby miał to dalej ciągnąć, to przestałby lubić jeździć na rowerze. – Trenowanie jest nudne. Wolę kolarstwo romantyczne. Jeżdżę, żeby jeździć. Stravy używam tylko dla siebie, bo wszystkie social media uważam za raka współczesnej cywilizacji. Nie chcę uczestniczyć w kulturze robienia rzeczy dla lajków. Jeżdżę dla siebie. Tak mi dobrze i to mi wystarczy.
W treningi wierzy Mateusz Krogulec. Żeby działać, musi mieć przed sobą jasny cel. – Jak to się mówi? „Big hairy audacious goal”. Wielki, zuchwały cel. Do działania motywują mnie tylko trudne do osiągnięcia rzeczy. Przebiec 10 kilometrów? Ja od razu muszę maraton. 100 kilometrów na rowerze? Wolę triathlon.
Rodzina zmienia wszystko
– Już się nie szlajam na rowerze od rana do nocy – mówi Makitek. – Dzień mam bardziej poukładany, pracę nadrabiam wieczorami i w nocy. Mniej czasu marnuję na głupoty, bardziej doceniam czas dla siebie. Mam swoją rutynę – o 7.30 spacer z synkiem, nad ocean mamy 200 metrów. Potem gramy w piłkę. Śniadanie jemy razem, odwlekam czas, kiedy zacznę odbierać mejle czy telefony, bo wtedy koniec. Jestem wielozadaniowy, skaczę po tematach, zazwyczaj mam kilkanaście na tapecie. Zawsze tak było – tłumaczy Michał.
– Można się tym kolarskim życiem zachłysnąć – przyznaje Kamil. – I zacząć ustawiać wszystko pod rower. Jak trenowałem, tak właśnie było. Pomyślałem: nie tędy droga, nie może tak być, rodzina jest najważniejsza. Złotych kalesonów i tak nie zdobędę. Dzisiaj wciskam rower w wolne chwile, a nie ustawiam pod niego życie. Makitek robi w roku 20 tysięcy kilometrów, ja – połowę tego. Ale nie chciałbym, żeby dzieci kiedyś powiedziały, że nie miały taty, bo jeździł na rowerze. Ile jest takich memów? „Przykro mi, rodzino, nie spędzę z wami świąt, bo muszę zrobić Rapha 500” (wyczyn polega na tym, by w czasie od Wigilii do sylwestra przejechać 500 kilometrów – przyp. red.). Rower jest dla mnie jak wakacje – muszę wiedzieć, że na niego zapracowałem. Wiem, że ludzie jeżdżą więcej, ale i tak mam wrażenie, że nic innego w życiu nie robię. A są jeszcze praca, dzieci.
Mateusz Krogulec na pierwszą randkę z żoną pojechał na 60-kilometrową rundkę do podwarszawskich Gass. Ona podobnie jak on trenowała triathlon. Kiedy kupił sobie nowego gravela, zażyczyła sobie takiego samego – nie chciała być tą, która jeździ na gorszym sprzęcie. – Ale przynajmniej nie muszę przed nią ukrywać cen sprzętu – śmieje się Mateusz. – Ona dobrze wie, że dobry rower musi swoje kosztować i że ta cena przekłada się na komfort jazdy. Rozumie, dlaczego mam trzy komplety kół i czym się różni mechaniczna przerzutka od elektrycznej.
Dla Szymona rower zawsze był i wciąż jest na pierwszym miejscu. – Jeśli słońce świeci, jest ładna pogoda i… jakiś pożar – najpierw pójdę na rower, a dopiero potem będę gasił. Mógłbym się martwić, że nie mam pracy, ale po co? Co mi to da? Będę się martwił, jak się skończą pieniądze. Wiem, że krążą o mnie plotki, że jestem rentierem, ale to… tylko plotki. Ja po prostu zawsze wybieram rower, chcę jeździć jak najwięcej i jak najdalej – najlepiej ciągle w nowe miejsca.
Świat strat
Na rowerze złamałam obojczyk i na zawsze zepsułam sobie łokieć. Przestałam chodzić na piątkowe imprezy, bo następnego dnia rano zamierzam iść na rower. Razem z imprezami zniknęła z mojego życia część znajomych. Kiedy Mateusz wyszedł na pierwszy trening na rowerze czasowym i położył się na lemondce (uchwyt na kierownicę, który pozwala na bardziej aerodynamiczną pozycję – przyp. red.), wyjechał mu niespodziewanie samochód, spadł z roweru i złamał obojczyk. Do tej pory ma krzywo zrośnięty, bo ortopedzi w szpitalu stwierdzili, że szkoda czasu na takie drobiazgi, sam się zrośnie, oni tam mają poważniejsze sprawy na głowie. Potem wyszła mu przepuklina w kręgosłupie. Operacja, rehabilitacja, powolne dochodzenie do siebie. Na długo wycięło go ze sportu.
Pozostali się nie połamali, ale leżeli nieskończoną liczbę razy. To po prostu statystyka – jeśli dużo jeździsz, coś musi się wydarzyć. Makitek na drodze stosuje zasadę „zero zaufania”, bo na Teneryfie jeździ mnóstwo nieznających okolicy turystów, a miejscowi nie używają kierunkowskazów albo wrzucą prawy, a skręcą w lewo. Szymon ma wiele blizn, na rowerze stracił dwie jedynki. – Takie rzeczy nie są w stanie mnie do tego sportu zniechęcić. Kiedyś miałem kraksę, rozciąłem kolano i nie mogłem jeździć przez tydzień. To było przerażające. Gdybym sobie coś złamał i nie mógł jeździć przez dwa miesiące, wpadłbym w taką depresję, że nie wyciągnęłyby mnie z niej żadne tabletki.
Kamil przyznaje, że stracił inne zainteresowania, bo nie ma już na nic czasu. – Trzy razy „R”: rodzina, robota, rower. Kiedyś grałem na gitarze w zespole, ale nie można mieć wszystkiego. Zamierzam być jednym z tych dziadków, którzy codziennie wychodzą na rower i jadą pod Teide. Rower jest łaskawy dla wieku. Jedyne, co wydaje mi się ważniejsze od roweru, to ludzkie sprawy.
Materiał oryginalnie ukazał się w trzecim numerze magazynu GQ Poland.
Więcej w tym temacie:
- Kub bilet, reszta się wyklepie. Janek Witczak o tym, jak naprawdę spełniać marzenia
- Magic: The Gathering – karty za miliony dla milionów
- CYCLING – aktywność dająca poczucie wolności
- Amatorskie kolarstwo. Wyjątkowa sesja zdjęciowa na Teneryfie w obiektywie GQ Poland
- Droga do siebie. Czy kolarska zajawka to oznaka kryzysu wieku średniego?
- Czesław Lang: „Sprzęt jest ważny, ale decyduje to, co masz w nogach, sercu i głowie”
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sport
W świecie Yamala i Olise nie zapominajmy o Sergio Ramosie
Hiszpania sięgnęła po mistrzostwo świata drugi raz w historii. Sergio Ramos doskonale zna słodki smak wygranej – 16 lat temu również wniósł wymarzony puchar.
Sport
Nie tylko Puchar i medale. Tak wyglądają pierwsze w historii mistrzowskie pierścienie FIFA
Początek nowej tradycji na mundialu? FIFA po raz pierwszy w historii wręczyła mistrzom świata mistrzowskie pierścienie. Podobny symbol triumfu mogą mieć również kibice.
Sport
Złoty cios w dogrywce! Hiszpania odzyskuje piłkarski tron
W finale rozegranym na New York New Jersey Stadium w East Rutherford Hiszpania pokonała Argentynę 1:0 po dogrywce. O losach spotkania przesądził Ferran Torres, który w 106. minucie wykorzystał składną akcję hiszpańskiego zespołu i pokonał Emiliano Martíneza. Dla „La Roja” to drugi tytuł mistrza świata w historii po triumfie w Republice Południowej Afryki w 2010 roku.
Sport
Najlepsze widowisko tego mundialu? Pięć momentów, które zapamiętamy z meczu Anglia – Francja
To miał być mecz, którego nikt nie chciał grać. Didier Deschamps otwarcie przyznawał, że jego piłkarze marzyli wyłącznie o finale. Thomas Tuchel mówił dokładnie to samo o Anglikach. Spotkanie o trzecie miejsce od lat budzi kontrowersje i często uchodzi za niepotrzebny dodatek do mundialu. Paradoks polega na tym, że właśnie ono okazało się najbardziej szalonym widowiskiem całego turnieju.
Sport
Ogień i woda. Luis De la Fuente i Lionel Scaloni walczą o zwycięstwo. Jaki czeka nas finał mundialu?
Jak wiele łączy dwóch selekcjonerów i dlaczego jeszcze bardziej magiczna jest relacja dwóch najlepszych piłkarzy Hiszpanii i Argentyny? Czy można się piękniej różnić, niż robią to finaliści tegorocznego mundialu? Przedstawiamy najciekawsze wątki niedzielnego meczu o mistrzostwo świata.
Sport
Djed Spence nie zagra w finale mundialu, ale i tak zapamiętamy go na długo
Chociaż prowadzili, finalnie ulegli niezłomnej Argentynie. Anglikom zostaje pocieszenie w postaci meczu o trzecie miejsce, ale jest piłkarz, który może być w pełni dumny po przegranym półfinale.
Sport
Mundialowy antygwiazdor. Mikel Oyarzabal to cichy zwycięzca turnieju
Nie wszyscy bohaterowie noszą peleryny. Kiedy oczy całego globu zwrócone były na Kyliana Mbappe, Leo Messiego czy Jude’a Bellinghama doskonałą robotę robił po cichu inny piłkarz.
Sport
Nikt nie ma tak unikatowej estetyki, jak Michael Olise
Francuski skrzydłowy momentalnie stał się jedną z gwiazd tegorocznego mundialu. Dostarczył nie tylko boiskowych popisów, ale także niespotykanego poziomu aury.