PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Zajawki

Magic: The Gathering – karty za miliony dla milionów

Skomplikowana rozgrywka. Piękne ilustracje. Karty potrafiące kosztować setki, tysiące, a w niektórych przypadkach nawet miliony dolarów. Światowy fenomen. Co takiego oferuje karcianka Magic: The Gathering, że fascynuje się nią mnóstwo osób?

Udostępnij

1920x1080_magic_gathering

Na czym polega fenomen jednej z najtrudniejszych karcianek na świecie? Autor zdjęcia: Getty Images/kolaż Klaudia Adamek

475278629_9895636673780321_5448954476310333560_n
30.06.2026

Zacznijmy od tego, że MTG, jak skrótowo zwykło się określać Magic, to rozrywka zupełnie inna od tego, co większość osób może kojarzyć z grami karcianymi typu poker. 

W tym przypadku mamy do czynienia z tytułem strategicznym, rozgrywanym między dwiema lub kilkoma osobami. Każda buduje w nim swoją własną talię z przepastnej liczby możliwych kart. Te domyślnie kupuje się w mniejszych lub większych paczkach, które najczęściej zawierają kompletnie losowe pozycje. Choć można kupić gotowe „decki” (a więc talie), to MTG należy do protoplastów tzw. TCG, czyli trading card games. Gier, których komponenty, najczęściej właśnie karty, trzeba kolekcjonować, wymieniać się nimi lub handlować.

29384756667_e09f5698bc_k Mikko Saari's photo, licensed as CC BY-NC-SA 2.0

Pomysł na karciankę, która ewoluowała w Magic powstał w głowie młodego matematyka z Filadelfii, Richarda Garfielda Autor zdjęcia: Mikko Saari

Równanie idealne

Pomysł na karciankę, która ewoluowała w Magic powstał w głowie młodego matematyka z Filadelfii, Richarda Garfielda, który już jako nastolatek pasjonował się projektowaniem gier planszowych. W 1991 roku jedną z nich (RoboRally) próbował sprzedać dość młodej wtedy firmie, Wizards of the Coast (WotC), założonej przez Petera Adkisona. Ten jednak odmówił, ale być może dostrzegając potencjał Garfielda, poprosił o coś mniejszego, bardziej kompaktowego, co dobrze sprawdziłoby się na konwentach. I tak narodziła się legenda.

W sierpniu 1993 roku na jednym z najważniejszych konwentów gier fabularnych i planszowych w USA, czyli Gen Conie, Magic: The Gathering trafiło do oficjalnej sprzedaży. Sukces przerósł wszelkie oczekiwania. Pierwszy nakład wyprzedał się na miejscu, a do końca roku w świat wypuszczono ponad 10 milionów kart. Garfield porzucił akademickie aspiracje i zatrudnił się w WotC, słusznie przeczuwając, że to dopiero początek czegoś naprawdę wielkiego.

Popularność MtG eksplodowała, a Wizards of the Coast starała się nadążać. Pojawiały się więc kolejne dodatki zawierające nowe karty, a w 1994 roku zorganizowano pierwsze mistrzostwa świata – jeszcze na niewielką skalę. Dwa lata później narodziło się Pro Tour, jedne z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze zawody w Magic na świecie, oferujące nagrody pieniężne, a także wielki prestiż (do tego jeszcze wrócimy). 

Przed końcem dekady Wizards ogłosiło, że sprzedano ponad dwa miliardy kart. Sama gra doczekała się międzynarodowego rozgłosu, finały Pro Tour transmitowała nawet telewizja. Kwestią czasu było, aż do drzwi gwałtownie rosnącego WotC zapuka ktoś jeszcze większy – tym kimś była firma zabawkarska Hasbro, która zakupiła właściciela MTG za blisko 325 milionów dolarów, wprowadzając grę w nowe milenium z nowymi pomysłami. Dla porównania blisko trzy dekady później, bo w 2025 roku, marka Magic zanotowała ponad 1,7 miliarda dolarów przychodu.

Magic_the_Gathering_-_Commander By Tourtefouille - Own work, CC BY-SA 4.0

Tomasz Lachowski: „Można zacząć grę, znając podstawowe zasady, ale trzeba mieć trochę własnej werwy, żeby ją poznawać” Autor zdjęcia: Tourtefouille

Tapuj lądy

Ale jak w ogóle się gra w Magic? Rozgrywka jest dość skomplikowana – ale nie ze względu na zasady, a raczej na liczbę możliwych kombinacji i losowość. Jak to wygląda w praktyce? W standardowej rozgrywce (a istnieją też różne wariacje), dwie osoby toczą pojedynek, mając do dyspozycji 60 kart i 20 punktów życia. W naprzemiennych turach dobiera się karty, wybrane zagrywa się na stół i aktywuje (bądź nie). Karty stworzeń czy zaklęć mogą zadawać obrażenia przeciwnikowi (lub jego kartom), ale do tego potrzebują many, którą czerpie się z innych kart, tzw. landów. 

Różne karty świetnie się uzupełniają, umożliwiając stosowanie często niezwykle zawiłych strategii. Jednak wykorzystanie takich opcji wymaga posiadania konkretnych jednostek czy czarów, rozumienia zasad ich działania, szczęścia w dobraniu ich z talii, a także świadomości tego, co może zrobić przeciwnik, by zepsuć nam szyki. A to tylko wierzchołek góry lodowej, co potwierdza jeden z moich rozmówców, Oskar Szczepański. 

To profesjonalny gracz i analityk rozgrywek cEDH, czyli Competitive Elder Dragon Highlander, specyficznego formatu rozgrywki, w którym zamiast 60 kart ma się ich w talii 100, a rozgrywkę prowadzi się między czterema osobami, każdy na każdego. Gra skupia się na maksymalizacji możliwych strategii – graniu najpotężniejszymi możliwymi kombinacjami w najbardziej zoptymalizowany sposób.

– Pod względem liczby zmiennych, które trzeba śledzić w trakcie gry, nie ma bardziej skomplikowanego systemu wśród gier i planszówek na świecie – twierdzi, powołując się na obliczenia Alexa Churchilla z Cambridge University i Stelli Biderman z Georgia Institute of Technology.

Wtóruje mu mój drugi rozmówca, Tomasz Lachowski, jeden z organizatorów stojących za inicjatywą cEDH Polska – a więc grupy entuzjastów promujących ten konkretny format gry, animator środowiska MTG w kraju, zawodnik.

– Uważam, że to jedna z gier z największą barierą wejścia. Można zacząć, znając podstawowe zasady, ale trzeba mieć trochę własnej werwy, żeby ją poznawać – mówi mi, kiedy pytam go, jak trudno jest zacząć grać. Jednocześnie zastrzega, że nie trzeba się tego obawiać: – Jeśli ktoś chce zacząć swoją przygodę z cEDH, to ma dość łatwą ścieżkę. Odzywa się do nas, wchodzi na cEDH Polska, na Facebooka, na Discorda, zjawia się na nasze cotygodniowe spotkania warszawskie, a my mamy dosłownie przygotowaną całą strukturę, żeby taką osobę wesprzeć. To bardzo otwarta i wspierająca społeczność.

magic-the-gathering-players-cf2c5e U.S. Air Force photo by Airman 1st Class Kyle Gese, CC.2.0

Na samym szczycie Magic od dawna bywa traktowane jak sport, z prawdziwymi zawodowcami, światowymi rankingami i pieniędzmi, które potrafią odmienić życie Autor zdjęcia: U.S. Air Force photo by Airman 1st Class Kyle Gese

SpongeBob kontra Gandalf

Wróćmy jednak do historii. W pierwszej dekadzie XXI wieku gra przechodziła różne zmiany, wprowadzając nowe edycje, dodając nowe rodzaje kart, modyfikując zasady. Prawdziwe trzęsienie ziemi przyszło jednak w 2021 roku, kiedy zapowiedziano tzw. Universes Beyond. Żeby zrozumieć jego wpływ, należy najpierw dodać, że wszechświat Magic ma całą swoją historię – postacie i wydarzenia, przedstawiane zarówno na kartach, jak i w książkach czy komiksach. 

Dla wielu osób stała się ona istotnym elementem tożsamości MTG. Kiedy więc wspomniane „Wszechświaty poza” weszły na rynek, wprowadzając do gry zestawy z innych franczyz, nie wszystkim się to spodobało. O ile karty z takich marek jak Władca Pierścieni czy Dungeons & Dragons mogą pasować do klimatu, o tyle takie jak Fortnite, Marvel czy SpongeBob już niekoniecznie. 
 

– W naszej społeczności wręcz się śmiejemy, że jest tzw. era pre-SpongeBob i post-SpongeBob – wspomina mi Lachowski i dodaje: – Wielu doświadczonych graczy denerwuje się, gdy nagle widzi Iron Mana na swojej karcie. Ale to nie jest tak, że przez to rzucają grę. Co najwyżej ponarzekają i na tym koniec. Ten sam zestaw, który nie odstrasza weteranów, przyciąga za to nowych ludzi. Universes Beyond są pod tym względem zdecydowanym sukcesem: część kupujących odstawi karty na półkę, bo lubią Final Fantasy, ale wielu dzięki temu naprawdę zaczyna grać.

Profesjonalny sport

Hasbro nie pozostało też bez wpływu na scenę profesjonalną. Jedną z najgłośniejszych decyzji było przejęcie formatu EDH (czyli bazy pod cEDH) pod skrzydła Wizards of the Coast. Była to epokowa wręcz zmiana, po raz pierwszy najpopularniejszym, dotąd „oddolnym" formatem zarządza komercyjna firma. Krytycy obawiają się, że działająca głównie dla zysku korporacja może „zepsuć” system, który przez lat wyrósł do jednego z najważniejszych w całej scenie Magic.  

Ta obawa bierze się stąd, że stawką jest znacznie więcej niż hobby. Na samym szczycie Magic od dawna bywa traktowane jak sport, z prawdziwymi zawodowcami, światowymi rankingami i pieniędzmi, które potrafią odmienić życie. Wspomniane już Pro Tour pozostaje sercem tego świata. Po kilku latach zawirowań i eksperymentów z formułą Wizards reaktywowało tę markę w 2023 roku, a najlepsi gracze planety wciąż jeżdżą za nią z kontynentu na kontynent, walcząc o prestiż i pule nagród, które na mistrzostwach świata sięgają miliona dolarów.

Brzmi efektownie, ale za tymi liczbami kryje się codzienność, która z luksusem ma niewiele wspólnego. Profesjonalny Magic to dziesiątki godzin tygodniowo spędzone na testowaniu talii, analizie metagry i graniu setek partii treningowych. O tym opowiada dokument „Enter the Battlefield – Life on the Magic: The Gathering Pro Tour”, który przedstawia losy kilku zawodników i jednej zawodniczki, walczących o najwyższe trofea w Pro Tour. Film podkreśla, jak wiele ludzie są w stanie oddać, żeby osiągnąć mistrzostwo. Niektórzy, jak Chris Pikula, starają się wrócić na szczyt po gorszym okresie, inni – jak 19-letni wtedy Shahar Shenhar – dominują mimo stosunkowo niewielkiego doświadczenia i muszą mierzyć się z wielkimi oczekiwaniami na przyszłość, a pozostali, jak Melissa DeTora, wychodzą naprzeciw stereotypom, że MTG to „męskie hobby”.

Polacy nie gęsi, swoje decki mają

A jak na tym tle wygląda Polska? Lepiej, niż mogłoby się wydawać, choć obraz jest niejednoznaczny i mocno zależy od formatu. O liczby zapytałem Oskara Szczepańskiego.

– Profesjonalna scena jeden na jeden jest u nas bardzo duża i mamy naprawdę dobrych graczy. Niektórzy grają w Magic od 20 lat i regularnie osiągają dobre wyniki na międzynarodowych turniejach – tłumaczy. Dużym, cyklicznym punktem na mapie kraju jest choćby szczeciński Paprykarz Open, gromadzący kilkaset osób, wśród których Magic jest zdecydowanie najliczniej reprezentowaną karcianką.

Skala robi się jednak wyraźna dopiero w zestawieniu z zagranicą. 

– Na największym europejskim turnieju w zeszłym roku było jakieś 250–260 osób. Nasze największe imprezy w Polsce są mniej więcej takie, jakie w Stanach odbywają się – jeśli zliczymy kilka miast na raz – co piątek – mówi Szczepański. 

IMG_6986

Najważniejszy nie jest portfel ani znajomość kart, lecz zwykła ciekawość Autor zdjęcia: archiwum Marcina Feltynowskiego

Różnicę widać też w twardych danych: w jednym sezonie polska reprezentacja dysponowała około 26 biletami na mistrzostwa Europy, podczas gdy Niemcy mieli ich blisko 70. Po części to kwestia historii i zamożności. Jak zauważa mój rozmówca, w Polsce wciąż jest stosunkowo niewielu właścicieli starych, drogich kart, bo Magic dotarł tu później niż na bogatszy Zachód, gdzie ludzie kupowali je od początku.

To jednak nie przeszkadza Polakom bić się o najwyższe lokaty. Szczepański wspomina rodaka, który uplasował się w okolicach pierwszej dziesiątki największego europejskiego turnieju pauperowego (tj. takiego, w którym dozwolone są wyłącznie karty o rzadkości „common”, czyli zwykłej), oraz polskiego gracza cEDH notowanego w okolicach setki światowego rankingu, na dziesiątki tysięcy sklasyfikowanych zawodników. 

– Poziom mamy naprawdę wysoki. Dla najlepszych z nas finały zagranicznych turniejów bywają łatwiejsze do ogrania niż mecze z dobrymi graczami w kraju – relacjonuje Szczepański. To, co według niego dzieli polskich zawodników od szczytu globalnych list, to nie umiejętności, lecz brak dużych, regularnych turniejów, które pozwalałyby punktować w międzynarodowym systemie.

Mimo tych ograniczeń obaj moi rozmówcy są zgodni, że scena Magic jest w Polsce po prostu bardzo mocna. Nie zmienia to jednak faktu, że nad popularnością gry wciąż trzeba pracować u podstaw.

– To nasza pasja, za darmo poświęcimy nowej osobie nie godzinę, ale tyle czasu, ile trzeba. Możemy grać z nią co tydzień i tłumaczyć tak długo, aż przestanie potrzebować wsparcia – mówi Lachowski. – W tym samym czasie budujemy scenę turniejową. Im większy turniej, tym lepiej dla nas wszystkich, bo tym więcej dobrej zabawy – dodaje.

IMG_6987

Najpiękniejsze w Magic jest właśnie to, że każdy może znaleźć tu coś dla siebie Autor zdjęcia: archiwum Marcina Feltynowskiego

Miliony za kartę

Dotąd mówiliśmy o Magic jako o grze, ale to tylko połowa tej historii. Jednych pociągają skomplikowane zagrywki i emocjonujące potyczki. Innych rozgrywka interesuje umiarkowanie albo wcale, bo dla nich liczy się co innego: posiadanie. Jednych wciąga czysta pasja zbierania, innych chłodna kalkulacja, bo na kartach da się też nieźle zarobić.

Coś o tym wie raper Post Malone, znany fan Magic, który w 2023 roku kupił unikatowy egzemplarz karty The One Ring, wydrukowany w jednej sztuce, płacąc za niego około dwóch milionów dolarów. Inny kolekcjoner zgarnął za to legendarnego Black Lotusa z pierwszej edycji, w doskonałym stanie, za bagatela trzy miliony. Właśnie to „idealne zachowanie” bywa kluczowe, bo o cenie decyduje gradacja, czyli niezależna ocena stanu karty zamkniętej potem w zaplombowanej kasetce. Ta sama pozycja w nieskazitelnym stanie potrafi być warta wielokrotnie więcej niż jej zwyczajny, „grany” odpowiednik.

Jak w to wejść, jeśli kuszą nas nie pojedynki, ale zbieranie? O to zapytałem Marcina Feltynowskiego, dla którego Magic jest hobby kolekcjonerskim. Jego przygoda zaczęła się w latach 90. i to bez ani jednej rozegranej partii. W mejlu pisze mi tak: „Nie znałem wtedy dobrze języka angielskiego, więc o graniu nie było mowy, ale podobały mi się arty i miałem zawsze duży pociąg do kolekcjonowania. To chyba po moim dziadku, który zbierał m.in. znaczki pocztowe z różnych stron świata”.

Z czasem postawił sobie cel brzmiący jak wyzwanie nie do spełnienia: zdobyć wszystkie karty, jakie powstały. – Zebranie wszystkich kart nie jest możliwe bez astronomicznych nakładów finansowych. Są karty występujące tylko w jednym egzemplarzu, jest wiele kart kosztujących dziesiątki tysięcy dolarów – tłumaczy Feltynowski. Mimo to jego zbiór liczy 63 tysiące różnych kart, kompletowanych latami przez wykupywanie całych kolekcji.

Początkującym radzi, by nie zbierać wszystkiego naraz, lecz wyznaczyć sobie realny cel. – Może to być konkretny typ kart, np. smoki czy anioły. Może to być pełny, konkretny dodatek czy też stare i trudniej dostępne karty z początków istnienia karcianki – dodaje.

A jeśli sami chcielibyśmy spróbować zagrać? Najprościej zajrzeć do lokalnego sklepu z grami, których w polskich miastach nie brakuje, i kupić gotowy zestaw startowy albo tzw. precon, czyli pełną, grywalną od ręki talię za mniej więcej 200 złotych. Większość sklepów organizuje też regularne rozgrywki, na które można przyjść bez własnych kart i nauczyć się podstaw na pożyczonej talii. Kto woli zacząć w domu, ma do dyspozycji darmową grę MTG Arena, która prowadzi za rękę przez pierwsze partie.

Reszta zależy już od nas samych. Jak przekonują moi rozmówcy, najważniejszy nie jest portfel ani znajomość kart, lecz zwykła ciekawość. Jak podsumował to Feltynowski w wiadomości do mnie, najpiękniejsze w Magic jest właśnie to, że każdy może znaleźć tu coś dla siebie – ktoś najsilniejszą talię na turniej, ktoś inny piękną kartę do kolekcji, a kolejna osoba po prostu wieczór dobrej zabawy ze znajomymi.

Więcej w tym temacie:

475278629_9895636673780321_5448954476310333560_n

Dziennikarz, twórca gier fabularnych, dawniej też scenarzysta komiksowy. Współpracuje m.in. z „Pismem” czy „CD-Action”, publikował i publikuje również m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, Dwutygodnik.com, „Nowej Fantastyce”, „Gazecie Wyborczej”, Spider's Web+ oraz innych miejscach w sieci i prasie. Prowadzi zajęcia z krytyki gier na Uniwersytecie SWPS. Prelegent i gość na festiwalach popkulturowych, gościnny komentator w Radiu TOK FM.

Czytaj więcej

ARTYKUŁ PARTNERSKI  Jeep® Compass

Nowy Jeep® Compass. SUV, który równie dobrze czuje się pod biurowcem, co poza miastem

Rzadko kończymy dzień o 17.00. Rano spotkanie z klientem, później szybki przejazd przez miasto, kilka telefonów po drodze, a wieczorem odbiór dzieci z treningu albo spontaniczny wyjazd za miasto. Granica między życiem zawodowym a prywatnym coraz bardziej się zaciera. Nic więc dziwnego, że zmieniają się także oczekiwania wobec samochodów.

Jak kolekcjonować koncertowy merch?

Nie tylko T-shirt. Jak kolekcjonować (nie tylko) koncertowe wspomnienia

Lato to czas muzycznych festiwali, podczas których koncertowy merch staje się dla fanów ważną pamiątką. O wyjątkowej „band tee” można dziś myśleć jako inwestycji albo modowej deklaracji, ale dla wielu to wciąż przede wszystkim nośnik wspomnień. Dziennikarz muzyczny Bartek Czarkowski opowiada o swojej kolekcji, w której koszulka za dwa tysiące dolarów sąsiaduje z tą, w której powitał na świecie syna.

ARTYKUŁ PARTNERSKI PMAX A390 - LANDSCAPE - V5

Alpine A390: Elektryzujący fastback, który uczy, jak czerpać czystą radość z jazdy

Są takie marki samochodów, na których wspomnienie serce mocniej bije, a przed oczami stają kręte, górskie przełęcze i zapach palonej gumy. Jedną z nich bez wątpienia jest francuskie Alpine. Legendarny model A110 udowodnił światu, że prawdziwy samochód sportowy nie musi być wielką, ciężką bestią - wystarczy, że jest lekki, zwinny i piekielnie posłuszny kierowcy. Ale świat się zmienia, a przyszłość należy do elektromobilności.

GTA VI preorder

Nadchodzi era GTA VI – gra dekady jest już dostępna w preorderze

Wiem, że lato w pełni i zaraz wakacje. Upalne dni, ciepłe wieczory, kolekcjonowanie wspomnień. Wypady nad jezioro, nad morze czy w góry. Wspaniały to będzie czas, ale…

AUDI BARCELONA F1

Hiszpańska przygoda z Audi RS 5: emocjonująca Formuła 1 i piękna Barcelona

W drugi czerwcowy weekend przeżywałem wielkie emocje związane z marką Audi. Wszystko w akompaniamencie dźwięków potężnych silników V6 o mocy ponad 1000 koni mechanicznych.

Turystyka festiwalowa

Urlop pod sceną. Pytamy festiwalowiczów o ich koncertową zajawkę

Nie spędzają wakacji w ciepłych krajach, nie robią sobie zdjęć pod palmami. To znaczy – może i pojechaliby w tropiki, ale tylko wtedy, gdyby w pobliżu odbywał się jakiś dobry koncert. Kim są i dlaczego tak to kochają?

ARTYKUŁ PARTNERSKI 106 HISENSE

Czy telewizory mogą jeszcze nas czymś zaskoczyć? Hisense twierdzi, że tak

Przez lata producenci telewizorów przekonywali nas, że przyszłość należy do coraz wyższej rozdzielczości. Najpierw HD, później 4K, następnie 8K. Przez chwilę wydawało się nawet, że wyścig technologiczny zmierza w stronę liczb, których większość widzów i tak nie dostrzega podczas wieczornego seansu. Dziś branża mówi o czymś zupełnie innym.

Centrum Logistyczne Amazon

Pojechałam. Zobaczyłam. Uwierzyłam. Centra logistyczne Amazon w Polsce to szwajcarska precyzja i amerykański power.

W sumie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wybierałam się do centrów logistycznych Amazon już od wielu lat. Zawsze chciałam przekonać się na własne oczy, czy jest jak w filmach promocyjnych, czy raczej jak w „Nomadland”. I przeżyłam lekki szok, a każdy z naszej kilkunastoosobowej wycieczki co jakiś czas wzdychał, że wiele osób pewnie by się zamieniło.