Od „Super Mario Bros.” do „The Last of Us”. Jak gry wideo podbiły Hollywood
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Od „Super Mario Bros.” do „The Last of Us”. Jak gry wideo podbiły Hollywood
Jeszcze niedawno były synonimem kinowej porażki. Dziś adaptacje gier biją rekordy oglądalności i przyciągają największe nazwiska branży. Co sprawiło, że Hollywood w końcu nauczyło się je robić?
Udostępnij

Ekranizacje gier stają się coraz bardziej prestiżowe Autor zdjęcia: kolaż GQ Poland
Kino z ciekawością spoglądało na gry wideo właściwie już od ich początku. Były ekscytującym elementem dekoracji, oknem w przyszłość rozrywki. W jednej ze scen „Zielonej pożywki”, thrillera SF z 1973 roku, w pełnej krasie widać Computer Space – pierwszy w historii (wyprodukowany w 1971 roku) automat do gier oraz pierwszą grę tego typu przeznaczoną na użytek komercyjny.
Pierwsze spotkania kina z grami: ciekawostka czy zapowiedź przyszłości?
Już dwa lata później Steven Spielberg umieścił Computer Space w jednej ze scen w „Szczękach” – automat widać w rządku innych mu podobnych, jednak stanowią jedynie tło dla nowszej gry, „Killer Shark” z 1972 roku, jednej z pierwszych w historii pierwszoosobowych strzelanek, w której gracz, używając przypominającego pistolet kontrolera, musi strzelać w poruszające się na ekranie rekiny.
Czuć było, że gry, na których punkcie oszalały ówczesne dzieciaki, to coś więcej niż chwilowa moda. W 1976 roku reżyser i scenarzysta Steven Lisberger po raz pierwszy zobaczył grę „Pong” – jedną z pierwszych gier w historii, prostą symulacją tenisa stołowego. Gra go zafascynowała. Od razu do głowy przyszedł mu pomysł na film. Bo jeśli gra może wchłonąć gracza metaforycznie, co by było, gdyby wciągnęła go literalnie?
Tak powstał „Tron” (1982) – choć nie jest to adaptacja żadnej gry, film z Jeffem Bridgesem pokazał przemysłowi filmowemu, jak wdzięcznym tematem dla Hollywood mogą być gry wideo. „Tron” nie stał się hitem z dnia na dzień.
Zarobił nieźle – 50 mln dolarów przy 17-milionowym budżecie, ale w rocznym zestawieniu box office zajął dopiero 22. Miejsce, ustępując pola m.in. „E. T.” Spielberga, „Tootsie” Sydneya Pollacka, „Rocky’emu III”, „Conanowi Barbarzyńcy” i „Rambo”. „Tron”, choć kin nie podbił, osiągnął kultowy status dzięki kasetom VHS i drugiemu obiegowi.
Dlaczego pierwsze adaptacje były tak złe?
Inną stronę gier wideo i rozwijającej się komputeryzacji pokazały „Gry wojenne” z 1983 roku – thriller, w którym młody haker z nudów poszukujący nowych gier przypadkiem stawia świat na skraju wojny nuklearnej.
„Gry wojenne” poradziły sobie lepiej niż „Tron” (piąte miejsce w box office), ale nie na tyle, by zainteresować duże studia tematem gier na dłużej. W kolejnych latach przebijały się tytuły takie, jak „Ostatni gwiezdny wojownik” (1984) o nastolatku zwerbowanym na pilota w kosmicznej wojnie dzięki pobiciu rekordu na tajemniczym automacie do gier i „Czarodziej” (1989) o cierpiącym na PTSD nastolatku, w którym starszy kolega odkrywa niebywały talent do gier wideo, a potem wraz z napotkaną dziewczyną ruszają w drogę na wielki turniej gier w Kalifornii.
„Czarodziej” zasłynął głównie dzięki product placementowi gier, konsol i gadżetów firmy Nintendo, wówczas już lidera na dynamicznie rozwijającym się rynku. To właśnie od Nintendo i ich flagowego produktu zaczęła się przygoda kina z adaptacjami gier.
„Super Mario Bros.” z 1993 roku to jeden z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Brzydki, niezabawny i nieporadnie zrealizowany, całkowicie niewykorzystujący potencjał skądinąd gwiazdorskiej obsady. Bob Hoskins wciela się tu w Mario, John Leguizamo jest Luigim, a Króla Koopę, czyli Bowsera, gra tu sam Dennis Hopper.
Scenarzyści Ed Solomon i Parker Bennett bardzo luźno podeszli do tematu z gier o Mario. Owszem, mamy braci hydraulików walczących z istotami przypominającymi żółwie, ale to w zasadzie tyle. Pogodną i wesołą grę przemieniono na dystopijne SF rodem z „Ucieczki z Nowego Jorku”. Hoskins i Leguizamo nie wiedzą, co mają grać, a Hopper szarżuje tak mocno, że gotów przebić głową ekran.
Era spektakularnych porażek
Film okazał się klapą i nie zwrócił się nawet w połowie. Rok później nieco lepszy (choć niewiele) los spotkał inną niesławną adaptację kultowej gry: „Street Fightera”. „Uliczny wojownik” z Jeanem-Claude’em Van Damme’em do dziś jest uważany za najgorszy film w karierze gwiazdora kina kopanego. A – umówmy się – jest tam z czego wybierać.
Na początku lat 90. hollywoodzcy producenci musieli stwierdzić, że mariaż popularnego wówczas kina sztuk walki z grami to najłatwiejszy sposób na adaptację tych drugich, bo poza „Street Fighterem” sięgnięto też po inny klasyk – „Mortal Kombat”.
Film z 1995 roku pod tym samym tytułem można ocenić jako o klasę lepszy od „Ulicznego wojownika”, ale dziś najlepiej jest wspominany z niego główny motyw muzyczny. Tracący na popularności Christopher Lambert, gwiazda „Nieśmiertelnego”, wcielał się tam w Raidena – boga piorunów i opiekuna Ziemi, który wybiera najlepszych wojowników na świecie, by wystawić ich w międzywymiarowym turnieju sztuk walki.
Wariacja na temat „Wejścia smoka” była jak na tamte lata najlepszym, co kino mogło zaoferować fanom gier. Nie była to oferta szczególnie hojna. Ale jej reżyser, Paul W.S. Anderson (nie mylić z Paulem T. Andersonem) wierzył, że fani gier to dobra publiczność, a same gry – temat na angażujące kino. Dlatego w 2002 roku stworzył „Resident Evil”, adaptację growego horroru z Millą Jovovich w roli głównej.
Paul W.S. Anderson i estetyka kina klasy B
Film nie był szczególnie udany, ale zarobił dość dużo, by Anderson postanowił stworzyć całą serię. Gwiazdę już miał, bo na planie połączyła ich z Jovovich wielka miłość. Małżeństwem są do dziś i stworzyli razem w sumie sześć filmów z serii. Jovovich zagrała też główną rolę w innej ekranizacji gry napisanej i wyreżyserowanej przez Andersona: fatalnym „Monster Hunterze” z 2020 roku.
Brytyjski filmowiec do dziś jest kojarzony z tym, co w kinowych adaptacjach gier wideo najgorsze: efekciarstwem, tandetą i niezrozumieniem materiału źródłowego. Choć jego filmy mają fanów, należą do nich zazwyczaj miłośnicy kina klasy B.
Tymczasem wraz z biegiem lat Hollywood zaczęło dostrzegać w grach potencjał, który dotąd im umykał, a same adaptacje zaczęły cieszyć się nie tylko rosnącą popularnością, lecz także uznaniem krytyków.
Ta zmiana nie nastąpiła z dnia na dzień. Zanim na ekrany trafiło choćby „The Last of Us”, czy „Fallout”, mieliśmy jeszcze nienajlepsze adaptacje „Tomb Raidera” z Angelina Jolie (2001 i 2003), potem nieco lepszy z Alicią Vikander.
Teraz jednak w przygotowaniu jest serialowa adaptacja z Sophie Turner w roli głównej. Jej scenariusz wyszedł spod pióra Phoebe Waller-Bridge, twórczyni „Fleabag” – jednego z najlepszych seriali w historii. Sam jej udział zwiastuje niebywały skok jakości i zupełnie nowe podejście do Lary Croft – jednej z największych ikon gier wideo.
Co Hollywood przez lata robiło źle?
Wspomniane przed chwilą „The Last of Us” i „Fallout” też miały świetne scenariusze. Ten pierwszy stworzyli Neil Druckmann – twórca growego pierwowzoru – i Craig Mazin, scenarzysta wybitnego „Czarnobyla”. Przy „Falloucie” pracowali zaś Jonathan Nolan, brat Christophera i współscenarzysta m.in. „Prestiżu”, „Interstellar” i „Mrocznego rycerza”.
Swoją nową, przyzwoitą odsłonę w 2021 roku dostał też „Mortal Kombat”, a niebawem na kinowe ekrany trafią jego druga część i nowa ekranizacja innej kultowej bijatyki, „Street Fightera”, z nadzieją na zatarcie wspomnień z koszmarku z Van Damme’em.
Ale to jeszcze nic. Kto w 2023 roku pamiętał o nieszczęsnym „Super Mario Bros.” z 1993 roku, musiał się nieźle zdziwić, gdy animacja „Super Mario Bros. Film” prześcignęła w box office „Oppenheimera”, „Strażników Galaktyki 3”, „Mission: Impossible” i o „zaledwie” 100 mln dolarów przegrała z „Barbie” stając się jedną z najbardziej dochodowych animacji w historii. W kinach rządzi właśnie jej druga część – „Super Mario Galaxy Film” i wiele wskazuje na to, że również sequel przygód braci hydraulików zmieści się w czołówce najlepiej zarabiających filmów roku.
Dlaczego nagle, mniej więcej po pandemii COVID-19, hollywoodzkie studia postanowiły wydawać na adaptacje gier wideo fortunę, a ich tworzenie nierzadko zlecać jednym z najbardziej utalentowanych twórców w branży? Do niedawna przecież z lekceważeniem spoglądały na dzieła filmowców pokroju Paula W.S. Andersona. Co się zmieniło?
Dlaczego „The Last of Us” działa, a wcześniejsze próby nie?
Gry już wcześniej zaczęły ewoluować w stronę filmów. Tytuły takie jak „The Last of Us”, „Uncharted”, nawet nasz „Wiedźmin 3” to w zasadzie interaktywne filmy, gdzie faza rozgrywki jest poprzecinana animowanymi scenkami o często bardzo wysokim poziomie zarówno aktorskim, reżyserskim, jak i scenariuszowym.
To takie gry, wyłączając produkcje skupione na grupowej rozgrywce multiplayer, zarówno najlepiej się sprzedawały, jak i były najczęściej nagradzane przez branżę. Wartko napisane, zagrane przez często świetnych aktorów już nie tylko w formie dubbingu, lecz także pełnego motion capture oddającego również mimikę twarzy, gry stały się łatwiejsze do przeniesienia na ekran niż kiedykolwiek wcześniej.
Od dekad sprzedaż pojedynczych gier przewyższała przychody z filmów, sygnalizując Hollywood, że rynek wirtualnej rozrywki ma ogromny potencjał. Jednak dopiero około 2018 roku branża gier jako taka wyprzedziła przychodami rynek filmowy i muzyczny. W kolejnych latach było tylko lepiej, do czego przyczyniła się też pandemia COVID-19.
Gry jako największy rynek rozrywki na świecie
Ludzie zamknięci przez kilka miesięcy w czterech ścianach nie mieli zbyt wiele do roboty. Sprzedaż gier zaliczyła w tym czasie ogromny wzrost – około 20 proc. w 2020 roku względem i tak zwyżkowego 2019. Był to jasny sygnał dla rynku filmowego, że trzeba sięgać do kieszeni graczy.
I tak w ciągu zaledwie kilku lat dostaliśmy świetnie przyjęte i oceniane seriale: „The Last of Us” i „Fallout”, animowane „Arcane” i bijące kinowe rekordy sprzedaży „Super Mario Bros. Film” i „Minecraft: Film”. Jedne, jak „The Last of Us” z Pedro Pascalem i Bellą Ramsey, były ekranizacjami niemal 1:1 przenoszącymi fabułę z gry. Inne, jak „Fallout” i „Arcane”, rozwijały znane z gier światy o nowe historie.
„Arcane” francuskiego studia Fortiche Production, oparte na popularnej grze online „League of Legends” zapoczątkowało zresztą boom na adaptacje animowane. Po sukcesie serialu swoje animacje dostały m.in. „Tekken”, „Splinter Cell”, „Devil May Cry” „Onimusha” i rodzimy „Cyberpunk 2077” w świetnym anime „Cyberpunk: Edgerunners”. Przykładów można wymieniać więcej.
Sukces niektórych adaptacji skłonił też do pracy nad adaptacjami czołowych reżyserów. Alex Garland, twórca „Civil War” i „Ex Machiny”, pracuje właśnie nad ekranizacją „Elden Ring” – hitu japońskiego studia FromSoftware. W obsadzie znaleźli się m.in. Kit Connor, Cailee Spaeny, Ben Whishaw, Nick Offerman, a projekt produkuje kojarzone z kinem artystycznym studio A24.
Garland w grze słynącej z wysokiego poziomu trudności i barwnie wykreowanego świata fantasy zakochał się właśnie podczas pandemii COVID-19 i sam zabiegał, by FromSoftware i jego szef Hidetaka Miyazaki zgodzili się powierzyć mu możliwość zekranizowana przebojowej gry.
Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Ale kto wie, czy po dekadach dominacji kina opartego na przygodach komiksowych superbohaterów to właśnie adaptacje gier nie miałyby stać się nowym standardem dla kinowych blockbusterów.
Więcej w tym temacie:
- Nadchodzi era GTA VI – gra dekady jest już dostępna w preorderze
- Polacy się nie zatrzymują – rodzima gra nagrodzona przez Apple!
- Tęsknisz za „Rycerzem siedmiu królestw”? Oto, co obejrzeć na kaca po finale serialu
- Fenomen Fallouta. Co nas kręci w świecie po nuklearnej zagładzie?
- Gry, które musisz nadrobić w święta
- Najlepsze gry planszowe dla par
Wieloletni dziennikarz kulturalny „Gazety Wyborczej” specjalizujący się w świecie kina, telewizji i szeroko pojętej popkultury. Współpracuje m.in. z radiową Trójką, portalami GQ Poland, Filmweb i Sprawdzamto.pl. Współprowadzący podcastu „Odcinek po odcinku” Polskiego Radia.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Jest nowy zwiastun serialowej „Lalki”! Nadchodzi przewrotna odsłona klasyki
Netflix zaprezentował drugi zwiastun serialu opartego na ikonicznej książce Bolesława Prusa. Kiedy obejrzymy produkcję?
Filmy i seriale
„The Bear” smakuje lepiej bez Carmy’ego. Przedpremierowa recenzja
Jeremy Allen White nadal jest twarzą „The Bear”, ale piąty sezon udowadnia, że serial Christophera Storera nie potrzebuje już nieustannego skupiania się na jego bohaterze. Gdy Carmy schodzi z pierwszego planu, więcej miejsca dostają inni, a „The Bear” odzyskuje smak.
Filmy i seriale
„Ród smoka” wraca. Harry Collett i Tom Glynn-Carney o nowym sezonie
„Ród smoka” właśnie powrócił z trzecim sezonem, a wraz z nim Aegon Targaryen, który próbuje poskładać się po własnym upadku, i Jacaerys Velaryon, coraz mocniej wchodzący w rolę przyszłego przywódcy. Tom Glynn-Carney i Harry Collett opowiadają o wojnie, traumach i o tym, dlaczego w Westeros największym zagrożeniem nigdy nie były smoki.
Filmy i seriale
Michał Sikorski o swoich ikonicznych rolach
Od przełomowej „Sonaty” po fenomen „1670” – Michał Sikorski opowiada o rolach, które ukształtowały jego aktorską karierę. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce rozpoczynamy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Dlaczego świat oszalał na punkcie „Backrooms”?
21-letni Kane Parsons zamienił internetową obsesję w filmowy fenomen. „Backrooms. Bez wyjścia” zarabia miliony, przyciąga młodą widownię i pokazuje, że przyszłość kina rodzi się dziś na YouTubie.
Filmy i seriale
Tom Holland i Zendaya wkraczają w nowy rozdział. Jest zwiastun „Spider-Man: Nowego początku”
Trudno powiedzieć, co dziś elektryzuje fanów bardziej: rekordowo popularny „Spider-Man: Nowy początek” czy fakt, że Tom Holland i Zendaya znów pokazują się razem. Nowy zwiastun tylko podgrzewa atmosferę wokół filmu, a świeżo upieczeni małżonkowie właśnie rozpoczęli wspólną trasę promocyjną, która potrwa jeszcze wiele miesięcy.
Filmy i seriale
„Ród smoka” wreszcie przestał być gorszą „Grą o tron”. Recenzja
Trzeci sezon „Rodu smoka” przynosi to, czego brakowało serialowi od początku: stawkę, emocje i bohaterów, których decyzje naprawdę mają konsekwencje. Produkcja HBO Max wreszcie nie sprawia wrażenia kosztownej imitacji. Westeros znowu wciąga.
Filmy i seriale
„1670” wraca z trzecim sezonem. Jan Paweł chce wysłać chłopa na Księżyc
Netflix zapowiedział trzeci sezon hitowego serialu „1670". Premiera 5 sierpnia, a fabuła zabierze widzów z błotnistej Adamczychy na królewski dwór i do Warszawy.