Czesław Lang: „Sprzęt jest ważny, ale decyduje to, co masz w nogach, sercu i głowie”
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Czesław Lang: „Sprzęt jest ważny, ale decyduje to, co masz w nogach, sercu i głowie”
Dziś trzeba mieć styl: obcisłe lycry, kosmiczne tkaniny w odpowiednich kolorach, kaski z EPS, odżywki, batony energetyczne. Kiedyś musiało wystarczyć pięć przerzutek, nogi i serce do walki. Czasem dwie kostki czekolady. O tym, jak zmieniało się kolarstwo, opowiada Czesław Lang, pierwszy polski zawodowy kolarz, wicemistrz olimpijski, twórca Tour de Pologne.
Udostępnij

Czesław Lang: „Musisz umieć marzyć i stawiać sobie cele” Autor zdjęcia: Filip Piotrowicz
Agnieszka Nieradzka, Grzegorz Kapla: Kolarska moda to technologiczny majstersztyk, a ty, patrząc na zdjęcia z czasów, kiedy zaczynałeś, tylko się uśmiechasz.
Czesław Lang: Wtedy jeździło się w bawełnianych rajstopach, jak zmokły, ważyły z pięć kilo. Spodenki też były z bawełny i miały tylko cienką wkładkę z irchy, która miała rzekomo uchronić przed otarciami. Wszystko się zmieniło, ale najbardziej rowery.
Na jakich rowerach jeździłeś na początku?
Zaczynałem się ścigać na damce mamy, to była Ukraina. Później jeździłem na Huraganie – ważył prawie 10 kilogramów. Na Ukrainie jechałem swój pierwszy Mały Wyścig Pokoju, w 1973 roku w Bytowie. Do tej pory mam ten rower. Wtedy wszyscy jeździli na tym sprzęcie, bo innego było. Tylko czasami widziałeś bardziej zakrzywioną kierownicę albo węższe koła. Chłopak, który wygrał tamten wyścig, miał właśnie taką sportową kierownicę, a ja na damce. I na podium we trzech stanęliśmy: dwa chłopy wielkie i ja, taki dzidziok malutki.
Długo ścigałeś się na Ukrainie?
Kiedy trener Euzebiusz Marciniak zapisał mnie do klubu, zacząłem jeździć na Huraganie. Pompka mocowana pod ramą, bidon na środku ramy, nikt nie myślał o aerodynamice. Koszulki miały kieszenie z przodu i z tyłu. Upychało się tam jedzenie, cukier, jabłka. Jak się pochyliłeś, kieszenie łapały wiatr. Kto się przejmował oporem powietrza. Do tylnych kieszeni upychaliśmy bidony, kieszeń się rozciągała i wisiała na kole.
A z czego były zrobione kaski?
Nie było takiego tematu i nikt nie gadał, że to niebezpieczne.
Jak to?
Trzeba było się nauczyć upadać. Na sali gimnastycznej mieliśmy ciężary, zajęcia siłowe, a potem ćwiczyliśmy przewroty, jak lecieć, jak rękoma chronić głowę podczas upadku. Trzeba było wyrobić sobie taki nawyk. Dlatego miewałem wybity bark, ale głowę zawsze całą. Później weszły kaski ze skórzanych pasów. Jak raz uderzyłem o krawężnik, paski się poprzecinały. Pierwsze prawdziwe kaski wprowadziła ekipa NRD, oni się wtedy koncentrowali na wyścigu drużynowym na 100 kilometrów.
Czterej zawodnicy muszą sobie dawać zmiany. Aerodynamika działa jak w ławicy ryb. No i ekipa NRD zaczęła pod to opracowywać sprzęt. Przednie koło zrobili mniejsze, wprowadzili węższą kierownicę, mieli opływowe koszulki ze śliskiego materiału. A my dalej w barchanach i z koszykiem z przodu. Ale walczyliśmy jak równy z równym, na sekundy i często wygrywaliśmy.
Wtedy Niemcy zrobili kaski w kształcie łezki?
Nie, nie, to później. Wtedy mieli plastikowe z otworami, w nieco wojskowej stylistyce. Jako drudzy innowacje próbowali wprowadzać Rosjanie – jeździli na włoskich rowerach Colnago, ale eksperymentowali z jedzeniem, odżywiali się jak kosmonauci. My jedliśmy jabłko, a oni kosmiczne tubki z proteinami. Rosjanie i Niemcy rozwijali medycynę sportową, mieli masażystów. My mieliśmy opiekunów, zwykle z zasadniczej służby wojskowej, i kiedy kończył się etap wyścigu, żołnierz podawał nam koc.
Za metą stały ustawione w rzędzie miski do mycia. Woda ciurkała z kraniku. Żołnierz podawał mydło. Byliśmy nieźle upierdzieleni po tym żużlu. I jak się już taki kolarz umył, pędził do wielkich kotłów, a tam gotowały się parówki. Do tego wielki kosz świeżych bułek. Biegliśmy więc po parówki, a Niemcy do Robura na analizy krwi, na kroplówki. Nie zbliżali się do parówek. Rosjanie czasem się skusili, ale Niemcy nigdy. Kto by dzisiaj jadł parówki w zawodowym sporcie?

Czesław Lang: „Siłę mam po tacie. Serce po mamie” Autor zdjęcia: Filip Piotrowicz
Kto by w bawełnianych rajstopach jeździł. A buty?
Zadrożniaki. Buty od Tadeusza Zadrożnego. Całe demoludy w nich jeździły. Bardzo dobre buty, skórzane, z wkładką metalową w środku. Pedał miał koszyk, takie paski i noski, a but – specjalne progi, w które zakleszczał się pedał. Od góry stopę trzymał pasek. Jak pasek pękł, to się z buta wyskakiwało.
No to teraz koła.
Dętki były klejone, po 10 kilometrach klej się zaczynał topić, wtedy wentyl się przesuwał i robiła się taka gula w kole i zaczynało dudnić. Musiałeś stanąć, przełożyć koło w drugą stronę, żeby wentyl powoli wracał na miejsce. Dziś mamy inne opony na deszcz, inne na czas. Wtedy wszyscy chcieli, by opona była jak najwęższa, w aluminiowych obręczach z centrowanymi szprychami. No a przerzutki!? Dziś są wygodne, elektroniczne, pod palcem. Wtedy dźwignia przerzutki była na ramie. Ryzykownie, bo jak trzymałeś jedną ręką kierownicę i patrzyłeś na drogę, a drugą sięgałeś do manetki, mogłeś włożyć tę rękę w szprychy.
Czy te rowery miały jakieś zalety?
Nie. To był koszmar. Jak pękła dętka, rozcinałeś żyletką oponę, wyjmowałeś dętkę, naklejałeś łatkę, wkładałeś do środka i zaszywałeś oponę. Każdy musiał sam zmienić dętkę, wycentrować koło, naprawić rower, przecież nie było mechaników. A na mecie trzeba było samemu wyczyścić łańcuch i sprawdzić cały rower.
Ramy i siodełka też zmieniały się na twoich oczach.
Najpierw zmieniły się siodełka. Kiedyś podstawą było siodełko angielskiej firmy Brox. Skóra – po deszczu potrafiła się ściągnąć. Było bardzo ciężkie. Teraz to włókno węglowe. Nic nie waży. Ramy też lekkie. Na łącznikach, na miarę. Mierzą ci rękę, nogę, wycinają karbon co do milimetra. Pierwszy rower z włókna węglowego zrobiła firma Colnago. Ernesto Colnago, mój przyjaciel, przyjaźnił się z Enzo Ferrarim. Siedzieli przy kawie i Enzo mówi: „Ernesto, robisz te rowery od lat takie same, zrób jakąś innowację”. Zaproponował, że jak Ernesto wymyśli kształt, to ekipa Ferrari pomoże go stworzyć z karbonu. No i tak powstała pierwsza rama karbonowa. Ale zaczynało się od ram stalowych, później przez moment były tytanowe, lżejsze, ale trudne w spawaniu. I w końcu weszło włókno węglowe. Lekkie i twarde. Rower musi być twardy, żeby moc nie uciekała na boki.
No a przerzutki?
Ukraina nie miała wcale. Rower, na którym jechałem Tour de France, miał pięć tarcz tylko z tyłu: 21, 19, 17, 15 i 13. Z przodu 46. Ale my i tak wszystko robiliśmy na twardo, nikt pod górę nie zrzucał. Gdzie tam mieć przełożenie z 46 do 38? To przecież rower w miejscu stoi. Wtedy było tak, jakbyś w samochodzie miał tylko piątkę i szóstkę. No to wystartuj pod górę z piątki i wyjedź z garażu. Ale myśmy trenowali siłę. To widać na zdjęciach. Wystarczy spojrzeć na nogi takich kolarzy jak Szurkowski, Suchoruczenkow.
Zostały jeszcze hamulce.
Dziś są tarczowe, a wtedy sami klocki hamulcowe wycinaliśmy z gumowców, z grubszej części obcasa, albo ze starej opony. Wycinaliśmy piłką do żelaza. I to robiło za klocek hamulcowy. Niestety, guma była zbyt miękka, szczególnie na górskie etapy, parę razy zahamujesz i po klockach. Najtrudniej było w czasie deszczu. Trzeba było w bardzo specyficzny sposób prowadzić rower podczas hamowania, pilnować, aż woda na obręczy wyschnie, i dopiero wtedy można było docisnąć. To była cała sztuka. No, a kiedy hamulce nie trzymają, to w zjeździe trzeba było się na zakręcie położyć i liczyć na to, że koła się nie poślizną. Nie kręci się kierownicą, tylko kładzie ciało na boki – lewa, prawa. A to wszystko w peletonie, bez kasków, bez okularów, oczy pełne deszczu i łez. Kiedyś – jeszcze byłem młodzikiem – ścigaliśmy się w Bieszczadach, po pierwszym zjeździe klocki mi powypadały. Więc jechałem z góry, hamując… nogą. Na dole podeszwy nie było. Jak ja wtedy marzyłem o dobrym rowerze!
No, ale w końcu trafiłeś do kadry.
To była selekcja! Najpierw było 2000 dzieciaków, bo zespoły sportowe były w każdym miasteczku. Tam wybierali tych najzdolniejszych, było ich 500, później 200. Na koniec były zgrupowania. Moje pierwsze było w Jeleniej Górze, ze 100 chłopaków miało zostać 20. To były trudne testy. Siłownia i sprawdzanie, ile razy wypchniesz nogami ciężar. Moi koledzy wypychali po 50 razy, jeden wypchnął 60, no a wtedy, kurde, ja usiadłem do tej maszyny i dojechałem do 240. Byłem nie do zajechania! Tak się wtedy szukało talentów. Tak znaleźli Szurkowskiego, Szozdę… I od razu byliśmy szkoleni na zwycięzców. Żaden z nas nie myślał, żeby wyścig przejechać, każdy myślał, żeby wygrać. Dziś niektórzy narzekają, że Polacy są słabi. Nie, nie są słabi, po prostu nie są wyszkoleni, nie są przygotowani do tego, żeby mentalnie podjąć walkę o zwycięstwo. Myśmy wkładali biało-czerwoną koszulkę po to, żeby zwyciężyć dla naszego kraju, a nie po to, żeby pomagać jakiemuś Włochowi, bo się jeździ na niego w klubie.
Mówisz, że liczy się tylko zwycięstwo.
Tak. Musisz umieć marzyć i stawiać sobie cele. Ja najpierw chciałem zostać mistrzem klubu. Potem mistrzem województwa. Potem mistrzem Polski, potem świata. W Montrealu na mistrzostwach świata przegrałem brązowy medal o 0,001 sekundy! Przegrałem z Włochem, Orfeo Pizzoferratą. Sędzią też był Włoch. Zapytałem go, skąd miał te tysięczne sekundy, skoro to na rękę było mierzone.
I maturę dałeś radę w międzyczasie zrobić.
Jako jedyny z całej naszej kadry się uczyłem. Chodziłem do dobrego ogólniaka w Bytowie. Matura była tydzień przed mistrzostwami Polski. Nie mogłem poświęcić treningom tyle czasu, co koledzy z zawodówek. Zdałem maturę i pojechałem na mistrzostwa. Klub był biedny, ale trener zdobył jakieś pieniądze, zamówił mi taksówkę z Bytowa. Przyjechała czarna Wołga, wsadziliśmy do niej rower. Pojechałem i rozwaliłem wszystkich. Podszedł do mnie szef związku, Józef Pachla. Przedwojenna inteligencja, wartości. Przytulił mnie i powiedział, że nie tylko tytuł mistrza Polski się liczy, lecz także matura. To ma znaczenie! W tamtych czasach nikt nie chciał, żeby sportowcy się uczyli. Im ktoś był głupszy, tym łatwiej było nim zarządzać.
I tak trafiłeś do Warszawy.
No tak, ale pierwszy przyjechałem do Warszawy na zaproszenie Polskiego Związku Kolarskiego. Budowała się kadra torowa Polski na igrzyska olimpijskie w Montrealu. W Warszawie był stary betonowy tor Dynasy na Pradze. Miałem 15 lat i nigdy jeszcze nie byłem w dużym mieście. Z Bytowa jechałem 24 godziny, dotarłem o piątej rano. Pytałem ludzi o adres i jakoś znalazłem ten PZK. Siedziałem na schodach cztery godziny, aż wreszcie otworzyli. Pani księgowa się mną zaopiekowała, powiedziała, gdzie kupić jakąś bułkę. Przyjechał Jan Magiera, wielki polski kolarz, legenda. Zajmował się młodzieżowcami. Powiedział, że musimy dobrać rower. Zeszliśmy do magazynu, a tam rowery Szurkowskiego, Szozdy, Mytnika!
Jakbyś był w niebie?
Jak w niebie! I ten zapach opon suszonych, bo opony trzeba było suszyć, żeby nie łapały kamyków, szkła. Magiera wybrał mi rower, jedziemy na tor, patrzę, a tam takie wysokie podjazdy. Magiera mówi: „Tu jedź dołem, później wiraż, podjedź do góry, tam zjedź, potem znowu do góry”. Poczułem, że to się nie uda. No, ale jadę, rozpędzam się, podjeżdżam do góry, ale przy zjeździe skręciłem, oponę mi zdjęło z koła i pierdut o beton! Siedzę cały poobijany i myślę „wracam”. Ale on mówi: „Po południu jest wyścig, cała Polska przyjeżdża, to może byś spróbował? Jechałbyś tylko dołem. Trzy kilometry”. Nie było gdzie się przebrać, zjeść, usiadłem więc pod drzewem i jadłem czereśnie. Patrzę, przyjeżdżają kluby, wypasy totalne, z trenerami, kolarze tacy zaopiekowani. A ja sam, pod tą czereśnią. Masa ludzi przyszła, no i wreszcie start. Pojechałem tylko dołem i pobiłem rekord Polski. I tak z tego stresu zdobyłem miejsce w kadrze.
To musiał być szok.
Pamiętam, jak organizowałem pierwszy turniej amatorski z wyścigiem otwartym dla kolarzy zawodowych. 33 lata temu. Zaprosiłem kolegów z Włoch, pięć drużyn, przyjechali jednakowo ubrani, jednakowe sprzęty, obrandowane samochody… A nasi? Podjechały stare nyski, rowery na górze paskami pozapinane. Za komuny, jak wyjeżdżaliśmy na Zachód, to dawali nam trzy dolary na pocztówkę, ale już na Coca-Colę nie starczało i patrzyliśmy z zazdrością na kolegów z innych krajów. Albo jogurt! Pamiętam, jak kumple z Poznania opowiadali, że jogurt jedli. Jaki jogurt? A po trzech latach w końcu i ja ten jogurt zjadłem.
Nie było kasy na sportowców, za to zawsze był tzw. kierownik imprezy, człowiek ze służb, zabierał nam paszporty, spisywał, kto z kim rozmawia, trzymał kasę. A myśmy to przecież dla kraju robili. I myśmy się naprawdę narażali. W wyścigu jedziesz z wielką prędkością. Ilu kolegów zginęło w Giro d’Italia czy Tour de France… Zapierniczasz na rowerze, w peletonie ciasno, pełna koncentracja, palce cały czas na hamulcach. Żeby nabrać swobody poruszania się, trzeba lat praktyki.
Peleton ma to do siebie, że jak się nie będziesz pchał, jak nie będziesz walczył cały czas, to po 10 kilometrach jesteś ostatni. A jak się peleton rozciągnie i ty na końcu, to już po herbacie. Cały czas musisz w tym peletonie żeglować. Głowa czujnie do góry przez 6–7 godzin i tak codziennie. W każdej pogodzie.
Kiedyś na przełęczy Gavia masa śniegu spadła, ale nikt wyścigu nie przerwał. My tam jeszcze z Piaseckim jakoś wdrapaliśmy się pod górę, ale zjazd do Bormio to był płacz. Ludzie nam kurtki oddawali, myśmy na pieszo szli, prowadziliśmy rowery w dół. Trzeba to kochać.
Dzisiaj kolarze mają słuchawki w uszach, trener mówi im, co mają robić. To sprawia, że przestają samodzielnie myśleć. Wtedy na starcie trener radził, na kogo uważać, ale kolarz sam musiał wszystko wykombinować. Teraz słuchawka mu mówi: „Tu odskoczysz, teraz spokojnie, nie gonimy, czekamy”. To zabija ducha rywalizacji. Czujesz, że mógłbyś właśnie tego dnia zawalczyć, uciec, ale masz inne wytyczne. Kiedyś jedyne, co słyszeliśmy, to: „Jeżeli uda ci się odjechać, to musisz wygrać”. Taktyka zmieniła się tak samo jak sprzęt.
A gdybyś wsadził takiego chłopaka zmotywowanego na sukces na stary sprzęt i dał mu tych parówek, a obok postawił współczesnego kolarza z nowoczesnym rowerem, to kto by wygrał?
Decydują nogi, sprzęt pomaga. Parę lat temu byłem na Kanarach i akurat były tam jakieś mistrzostwa w triathlonie. Ja chciałem pojeździć, wziąłem jakiś szrot z wypożyczalni, ciężki, 15 kilogramów, góral. Nie miałem butów, tylko w adidaskach. Jadę sobie, a tu wyścig! Co za koty! Te rowery, ten sprzęt, te stroje! Pomyślałem: „A, dobra”. No i cisnę na tym gruchocie za nimi. Ci z tyłu patrzą: „Co to za frajer?”. A ja nic. Jadę.
W końcu jeden nie wytrzymał, odpadł, cyk, potem drugi, no to ja kolejnemu na koło, i już jestem czwarty. Oni coraz mocniej, już mi obrotu brakuje, ale cisnę pod tę górę. No i odpadł następny i następny. W końcu zostałem z tym pierwszym. No, ale i on się ogląda, żebym mu dał zmianę. Dałem mu zmianę i… odjechałem. Później patrzyłem tylko, żeby zwiać im jakąś polną drogą. Sprzęt jest ważny, ale decyduje to, co masz w nogach. To, co masz w sercu i co masz w głowie.
Po kim ty masz serce?
Siłę mam po tacie. Serce po mamie. Pochodzili z Hrubieszowa, jak musieli stamtąd wyjeżdżać, ojciec zabrał żonę, teściową, babcię, prababcię i nocą pojechali na Ziemie Odzyskane. Tata miał papiery, że przed wojną zarządzał stadniną dla kawalerii, więc dostał w zarząd cały PGR. Był bardzo silny. Odziedziczyłem to. W wieku 14 lat potrafiłem podnieść 120 kilogramów. Konie też po nim kocham. Ale serce mam po mamie. Ona to było chodzące dobro. Ale waleczne serce. I ja zawsze nawet na najgorszych szrotach walczyłem.
Raz na starym gruchocie uciekłem peletonowi, miałem 5 minut przewagi, ale złapał mnie głód i zaczęli mnie doganiać. Patrzę – pole brukwi. Wyrwałem jedną, o rower otrzepałem i jem. No i się podniosłem. Nie dogonili. Dopiero potem podjechał trener, miał dwie kostki czekolady. Zadziałało! Jakbyś odpalił silnik. A w klubie stał taki piękny, złoty Campagnolo. Zawsze patrzyłem na ten rower, ale trener mówił: „Zapomnij, mamy 50 kolarzy w klubie, seniorzy, juniorzy, jeszcze się taki nie urodził, żeby ten rower dostał”.
No i po tym etapie na brukwi puka ktoś wieczorem do internatu, w którym spaliśmy po sześciu w pokoju, jedna łazienka na korytarzu, kibel zapchany… Patrzę, a trener z tym złotym rowerem stoi. Dla mnie, dla 15-letniego dzieciaka. Rozpłakałem się i ten rower wziąłem do łóżka. Jak wystartowaliśmy z Bytowa na drugi etap, to nawet minuty w peletonie nie spędziłem. A na mecie miałem 14 minut przewagi.
Materiał oryginalnie ukazał się w trzecim numerze magazynu GQ Poland.
Więcej w tym temacie:
- CYCLING – aktywność dająca poczucie wolności
- Amatorskie kolarstwo. Wyjątkowa sesja zdjęciowa na Teneryfie w obiektywie GQ Poland
- Droga do siebie. Czy kolarska zajawka to oznaka kryzysu wieku średniego?
- Milimetry w służbie watów. Przewodnik po bikefittingu
- Najlepsze trasy rowerowe w Polsce i na świecie
- Co daje jazda na rowerze? Kolarze-amatorzy w specjalnej sesji zdjęciowej dla GQ Poland
Prowadzi dział beauty drukowanego GQ Poland. Urodą i kulturą zajmuje się od ponad dwóch dekad. Pracowała i publikowała m.in. w magazynach: „Elle”, „Elle Man”, „Twój Styl”, „Viva!”, „Pani”, „Grazia”, „Sukces”. Wymyśliła i prowadziła cenione programy telewizyjne o kinie w TVP1. Pasję do kina realizuje, pracując nad scenariuszami filmowymi i formatami telewizyjnymi. Umie i lubi słuchać ludzi, zwierząt i muzyki. Kocha podróże – te po świecie i te od rozumu do serca.
Pisarz i podróżnik, autor ośmiu powieści i kilku innych książek reporterskich oraz podróżniczych. Pół życia zmarnotrawił na włóczęgę po świecie, utrzymując się z pisania reportaży do kobiecych magazynów albo m.in. prowadzenia ludzi po górach. Był redaktorem magazynów „Malemen” i „Elle Man”. Obszary zainteresowania – podróże, lifestyle, ludzie, rock i heavy metal.
Ma dar słuchania ze zrozumieniem.
Był w stu kilkudziesięciu krajach i jest bywalcem praskiego klubu bokserskiego Fenix. W dniu premiery GQ Poland świętuje premierę swojej najnowszej książki „Włóczęga z Archipelagu. Filipiny”.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.
Sylwetki
Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?
Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.
Sylwetki
Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Serial „Morfeusz” przyniósł Kamilowi Szeptyckiemu pierwszą główną rolę, a Mateuszowi Kmiecikowi kolejnego twardziela. Jednak najciekawsze wydarzyło się poza kadrem – obaj odkryli, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczali.
Sylwetki
Ignacy Liss. Duma i uprzedzenie
W konkursie głównym jednego z najważniejszych serialowych festiwali świata – Séries Mania – Grand Prix zdobył „Proud”, najnowsza polska produkcja HBO Max. Statuetkę dla najlepszego aktora odebrał odtwórca głównej roli – Ignacy Liss. Nagle, w ciągu jednego dnia, zrobiło się o nim głośno.
Sylwetki
Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu
Co musi się wydarzyć, żeby zwyczajny chłopak, skejt z Żoliborza, zaśpiewał w Metropolitan Opera albo na otwarciu letnich igrzysk olimpijskich, albo wystąpił z ASAP Rockym na prestiżowej gali Des Pièces Jaunes w La Défense Arena?