PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Hojny kibic. Robert Dobrzycki nie tylko o piłce

Robert Dobrzycki jest wizjonerem. Nie miał nawet 30 lat, kiedy zaczął od zera budować w Europie potęgę Panattoni. Dziś jest współwłaścicielem i CEO firmy w Europie, Indiach i krajach Bliskiego Wschodu. Nie kupuje luksusowych dóbr, ale w czasie aukcji charytatywnych wydaje ciężkie miliony. Ostatnio rozbił transferowy bank Ekstraklasy, sprowadzając do Widzewa Łódź kilka prawdziwych gwiazd.

Udostępnij

Robert Biedrzycki

Robert Dobrzycki: „Widzew Łódź jest klubem z ponadstuletnią tradycją, miejscem, w którym rozwijały się talenty legend polskiego futbolu. Wierzę w jego potencjał” Autor zdjęcia: Maksym Rudnik. Stylizacje: Marcin Brylski. Grooming: Katarzyna Sujka

Olivier_Janiak_GQ_RAMKA_v2
26.05.2026

Nie odziedziczył majątku, ale to ojciec uczył go przedsiębiorczości, zatrudniając do pomocy w prowadzeniu sezonowego baru w Rajgrodzie. W studenckich czasach Robert Dobrzycki pracował jako kierowca na trasie z Polski do Wielkiej Brytanii. Dało mu to praktyczną wiedzę o plusach i minusach biznesu logistycznego. Po ukończeniu studiów na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego zatrudnił się w polskim oddziale amerykańskiej firmy Menard Doswell & Co. Dostał przy Smoczej biurko młodszego księgowego. W ciągu sześciu lat przeszedł drogę do dyrektora zarządzającego. Prowadził poukładany, stabilny, pewny interes. Ale naszego bohatera napędza potrzeba nieustannego rozwoju. Dzień po dniu.

Kiedy więc Amerykanin Carl Panattoni poszukiwał partnera do wprowadzenia firmy na europejskie rynki, ktoś polecił mu 29-letniego wówczas Dobrzyckiego. Spotkali się trzy razy. Dobrzycki nie mówił jeszcze najlepiej po angielsku, ale Carla Panattoniego przekonała umiejętność natychmiastowej kreacji wizji rozwoju. Inwestor wyłożył pięć milionów dolarów, a Dobrzycki zostawił wszystko i zaczął od nowa. W ciągu kilku lat wywindował firmę Panattoni na pierwsze miejsce w Europie i rozpoczął ekspansję na rynki Azji. Dziś jest ona największym deweloperem nieruchomości przemysłowych i logistycznych w Europie. Buduje nowoczesne parki logistyczne, a także obiekty city logistics również poza nią – w USA, Indiach i innych obszarach Azji. To prawdziwy gigant.

Nie jest to jednak historia o determinacji, ambicji i tworzeniu kolejnych biznesowych bytów, tylko o wielkiej pokorze i potrzebie dzielenia się z innymi. Robert Dobrzycki mówi, że nie interesują go dobra materialne, ale ogromną satysfakcję sprawia mu uczestniczenie w radości tych, którym może pomóc. Dlatego kupił Widzew Łódź. Dlatego, choć nie jest kolekcjonerem sztuki, każdego roku licytuje w dobroczynnej aukcji dzieł sztuki TOP CHARITY. Licytuje wysoko. A Robert Dobrzycki Foundation zapewnia stypendia studentom Akademii Leona Koźmińskiego.

Pierwotny pomysł na sesję z Robertem Dobrzyckim był taki, by zorganizować ją w którejś z inwestycji Panattoni. On uznał, że lepiej opowiedzą o nim zdjęcia na stadionie Widzewa Łódź – jest jednym z kibiców. Tym, który klubowi pomaga bardziej niż ktokolwiek dotychczas, ale wzloty i upadki drużyny przeżywa tak jak inni. RTS Widzew Łódź to miejsce od dzieciństwa istotne w życiu Dobrzyckiego. Tu bije serce i miasta, i jego. Aby poznać człowieka, trzeba poznać to, co go napędza, zrozumieć motywacje nie tylko biznesowe, lecz także ludzkie. Dlatego spotkaliśmy się przy murawie.

Kiedy nagrywaliśmy tę rozmowę, Barcelona podejmowała na Camp Nou Newcastle, a Robert Lewandowski wyszedł w pierwszym składzie. Sprawdziliśmy, co piszczy w trawie, zanim włączyliśmy nagrywanie. My, kibice futbolu, musimy wiedzieć.

 

Robert Biedrzycki

Robert Dobrzycki: „Chcę być Polakiem, który pokazuje, że można to robić, że nie trzeba się bać, trzeba się rozwijać” Autor zdjęcia: Maksym Rudnik

 

Czym Stadion Widzewa Łódź, na którym się spotykamy, i wszystko, co się wiąże z klubem, jest dla pana?

Pewnie to spełnienie marzeń i trochę misja życiowa. Biznesowo to nie ma większego sensu, bo nie jest to biznes, to taka potrzeba.

 

Ale czy to nie może być biznes? Nie można klubu w Polsce poukładać tak, żeby był biznesem?

Można. Mam to z tyłu głowy, ale to nie jest główny cel. Widzew Łódź jest klubem z ponadstuletnią tradycją, miejscem, w którym rozwijały się talenty legend polskiego futbolu. Wierzę w jego potencjał.

 

Skąd wzięła się miłość do tego miejsca?

Z dzieciństwa. Gdy miałem siedem lat, obejrzałem pierwszy mecz Widzewa i zostałem ich kibicem. Wtedy, w 1982 roku i w kolejnym, osiągnęli wielkie sukcesy. To był taki ogólnopolski klub, lubiany w całym kraju.

 

Piłkarzem pan nie chciał być?

Chciałem, ale wiadomo, w tamtych czasach i w moim rejonie nie było za wiele możliwości, żeby trenować profesjonalnie. Ale ten sport, konkurencyjność i chęć wygrywania towarzyszą mi całe życie. Pojawiają się w biznesie. Człowiek ma bardzo dużą presję wewnętrzną, żeby zwyciężać, być lepszym. I nie chodzi o sam wynik, tylko o wygrywanie, więc non stop jest nowy mecz.

 

Jeśli pan mówi, że klub to nie jest biznes, to musi być zabawką.

Nie.

 

Misja – to lepsze słowo?

Misja dla społeczności, siebie, klubu, miasta.

 

Ta misja też jest związana z oczekiwaniami, z odpowiedzialnością. Co jest najtrudniejsze w kreowaniu i kierowaniu takim nie-biznesem?

Na pewno oczekiwania. Starałem się, by samo moje pojawienie się nie wzbudzało zbyt dużych. Chciałem zajmować się klubem z pokorą i uważam, że tak robię. Wiadomo, że te nasze akcje, transfery to zdecydowane działania i jak widać – generują oczekiwania. Jestem zaskoczony, jak bardzo są one duże. Ale nigdy się tego nie bałem. Wierzę, że w dłuższym okresie, jeśli będziemy pokornie robić swoją pracę, osiągniemy sukces.

 

Jest to też efekt poziomu inwestycji, na który pan sobie pozwolił. Niespotykany w polskiej Ekstraklasie zwłaszcza w okienku zimowym. Chyba żaden klub tyle nie wydał na wzmocnienia. Ile to milionów euro?

Kilkanaście.

 

Robert Biedrzycki

Robert Dobrzycki: „Chcę być każdego dnia dalej” Autor zdjęcia: Maksym Rudnik

 

Na stadionie jest napis: „Serce Łodzi jest tutaj”. Jak ważny jest ten klub dla tego miasta?

Bardzo ważny. W wielu miastach w Polsce, także w Warszawie, jest wiele różnych rozrywek i wydarzeń. W Łodzi być może jest ich mniej, więc ten klub to jedna z istotnych rzeczy dla społeczności. Zawsze był nie tylko łódzki, lecz także ogólnopolski. Uważam, że to jego olbrzymi potencjał, może być lubiany w całym kraju, i taki jest cel w dłuższym okresie. Do tego muszą dołączyć odpowiednie sukcesy i pokora, którą trzeba wzbudzić i w klubie, i w otoczeniu. Potrzebne jest zrozumienie, że w tej chwili jest trochę lepiej, bo mamy środki finansowe, ale musimy być pokorni, cierpliwi i pracowici. Widać, że to nie dzieje się z dnia na dzień.

 

Ta pokora może też wynikać z miejsca w tabeli. W dniu naszej rozmowy Widzew Łódź jest na przedostatnim w Ekstraklasie. Ma co prawda jeden tylko punkt straty do kolejnego zespołu, dwa do następnego i niewiele do piątego miejsca. Ale to mało i wiele zarazem.

Ta pokora – moja przynajmniej – była nawet wtedy, gdy mieliśmy wyższe miejsce w tabeli. Zrobiliśmy bardzo dużo ruchów i to w krótkim okresie nie pomaga. I pieniądze nie grają. Wiedziałem o tym, ale myślałem, że będzie trochę łatwiej. Tu potrzeba dużo pracy, zaangażowania i cierpliwości, o której już wspomniałem. Wszyscy są głodni sukcesów – i zespół, i kibice.

 

Dla żadnego klubu i właściciela, który inwestuje naście milionów euro w jednym okienku transferowym, widmo dołu tabeli, spadku do pierwszej ligi nie jest fajne.

Nie jest przyjemne.

 

Dopuszcza pan złe myśli?

Jestem pełny optymizmu. Te różnice są naprawdę nieduże, a kolejek jest jeszcze dziewięć. Wiem też, że nie przyszedłem na jeden, dwa sezony, by osiągnąć jakikolwiek sukces. Jestem w tym klubie długoterminowo, więc z tyłu głowy jest taka ewentualność.

 

Wspomniał pan, że to misja, przesłanie prospołeczne. Tu trzeba położyć wszystko na szali i powiedzieć: OK, robimy to razem, tu bije moje serce, tu jest moja energia. Wiele nocy pan nie przespał z powodu Widzewa?

Kilka na pewno. I to jest coś nowego, bo ja już sobie życie uporządkowałem na tyle, że dobrze spałem.

 

Paru biznesmenów na klubach straciło nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim energię. I sympatię kibiców, tych najbardziej zaangażowanych. Boi się pan tej presji kibiców? Na razie pana życzliwie przyjmują.

Nie boję się. Uważam, że przychodzę tu też jako kibic. Mam bardzo dobrą wolę i dla mnie to jest misja. Nie boję się rozmawiać z ludźmi, nie udaję kogoś innego, niż jestem. Chcę być jednym z kibiców, który akurat pomaga w ten sposób, że jest właścicielem klubu, a energię i środki finansowe przeznacza na niego w bardzo dużym stopniu. Największym z kibiców.

 

Hojny kibic?

Hojny kibic. I tak chcę być traktowany. Chcę być kibicem i nim jestem. Jestem jednym ze wszystkich kibicujących, tym, który kibicuje też jeszcze swoimi zasobami.

 

Kiedy ten moment przychodzi? Taki pomysł na marzenie, na taką inwestycję społeczną?

To marzenie, żeby pomóc Widzewowi, było zawsze. Chciałem to zrobić dużo wcześniej, ale nie byłem w takiej sytuacji, żebym czuł, że będę mógł spać finansowo. A w tej chwili finansowo śpię, ale sportowo nie śpię.

 

Robert Biedrzycki

Robert Dobrzycki: „Sztuka, kultura, nauka czy sport to składowe soft power każdego kraju” Autor zdjęcia: Maksym Rudnik

Co znaczy dla pana wygrywanie w biznesie? Bycie w dziesiątce, setce, wysoko w rankingach?

Nie. To nie chodzi o to, czy jest się w dziesiątce, czy w setce. Rzecz w tym, że człowiek się rozwija, jest lepszy od konkurencji, a to znaczy, że się rośnie, ma się większy wpływ na otoczenie. Oczywiście pieniądze są elementem, który pozwala zobaczyć, czy to jest sukces. Są jego miernikiem i dają trochę swobody w życiu i wolności w biznesie.

 

Podoba mi się to sformułowanie „trochę swobody”, zwłaszcza przy pana skali. Zapytam o cechy, które pomagają być skutecznym w biznesie. Wybrzmiewa nam tu trochę ambicja, element rywalizacji. Ale tej z samym sobą? Czy też z konkurencją, otoczeniem, innymi liderami?

Z samym sobą również, ale przede wszystkim z otoczeniem, że jest ta chęć wygrywania w człowieku. W tym człowieku.

 

Lubi pan siebie za to? Za tę ambicję?

Tak. Lubię tę cechę w sobie, ale nie wiedziałem, że ją mam. Wydawało mi się też, że wszyscy ją mają. Dopiero niedawno doszedłem do wniosku, że jednak jest inaczej, że człowiekowi się chce tam, gdzie być może innym już się nie chce.

 

Można ją oswoić? Uspokoić, zatrzymać na chwilę, dać jej zwolnić?

Na chwilę.

 

Z czego to wynika?

Z ambicji, motywacji, jakiejś wewnętrznej siły być może. Siły to źle powiedziane, ale takiej self-motywacji. Trochę po angielsku to zabrzmi, ale chodzi o to, że się wstaje i chce się być lepszym. I już praktycznie nie wiadomo, od kogo, ale na pewno od samego siebie z poprzedniego dnia. Każda inna postawa to stagnacja, która jest po prostu zabijająca.

 

Jeszcze do tego można dorzucić pewnie słowo „sprawczość”, bo muszą być efekty. Jaki to był moment, w którym pan, biznesmen, zrozumiał, że jest na ścieżce do spełnienia? Kiedy zaczął być pan z siebie zadowolony?

Nigdy nie jestem z siebie zadowolony tak naprawdę.

 

Naprawdę? W ogóle?

Są jakieś krótkoterminowe zadowolenia, ale nie jest tak, że coś się osiąga, wygrywa i celebruje to w dłuższym okresie. To jest chwila. Potem następny cel. Być może i jest to choroba, no ale tak jest.

 

Oswoił ją pan, umie z nią żyć?

Przynajmniej jestem świadom, że ją mam.

 

Jakie są analogie między biznesem a prowadzeniem klubu piłkarskiego?

Te biznesy są niezwykle podobne, tyle że klub piłkarski funkcjonuje pod presją czasu i otoczenia. W normalnym biznesie można lepiej planować długookresowo i przewidzieć różne rzeczy. W piłce jest to bardziej zaskakujące w krótkim czasie. W dłuższym dojeżdża się do tego samego punktu, ale po drodze są ogromne skoki emocjonalne i wielka presja. Można to porównać do giełdy – jak ktoś codziennie zagląda w notowania, to może podejmować emocjonalne i złe decyzje. Trzeba myśleć długoterminowo, fundamentalnie. Tak samo jest z klubem piłkarskim. Co poniedziałek jest inna emocja, ale nie można co tydzień podejmować innej decyzji. Po prostu jeżeli się wygrywa 3:0, to nie znaczy, że jest się aż tak dobrym, a później jak się przegrywa 0:3, to znaczy, że też nie jest się aż tak złym. Tak samo jest z kursami akcji na giełdzie – jeżeli spadają 10 proc., to nie znaczy, że ta firma jest o 10 proc. gorsza.

 

Z dnia na dzień.

To jest niemożliwe. To są podobne analogie, ale presja i emocjonalny charakter tego wszystkiego jest olbrzymi. Trzeba to wytrzymać. I tego akurat się uczę.

 

Kiedy pan zaczynał pracę zawodową po studiach, miał jasno określone cele? Gdzie chce być za 5, 10, 15 lat?

Nie miałem i to były początki, trudne początki. Nic nie wskazywało na to, że może to pójść w tak dobrym kierunku. Ciężka praca pomogła, bardzo ciężka praca.

 

Wielu ludzi ciężko pracuje, proszę pana, i nie ma miliarda dolarów aktywów albo więcej. Coś się musi zdarzyć w głowie, w determinacji, jakiś rodzaj szczęścia. Co sprawiło, że pan jest dzisiaj w tym miejscu?

W szczęście trochę nie wierzę. Uważam, że wynika ono z rachunku prawdopodobieństwa – chodzi o to, żeby umieć ocenić ryzyko w życiu i wybrać tę bezpieczniejszą drogę. To sprawia, że ma się więcej szczęścia. Cały czas mówię o dłuższym okresie – jeśli idziesz mniej ryzykowną ścieżką, czas zrobi swoje. I oczywiście codziennie trzeba mieć motywację, być konsekwentnym.

 

Są sytuacje, kiedy pan odpuszcza? Słowo „urlop” jest panu znane? Przerwa, chwila wolnego, balans...

„Urlop” to coraz lepiej znane mi słowo. Im bardziej jestem świadomy życia i tego balansu. Ale nie potrafię odłożyć pracy na 100 proc. Mój urlop z nią jest ciekawszy.

 

Nie przytłacza to pana? Nie można inaczej?

Pewnie można. Czasem dochodzę do takich wniosków, że trzeba sobie to jakoś uporządkować, ułożyć i ten telefon odkładać, nie brać go z sobą, być trochę mniej reaktywnym. To na pewno jest lepsze, zdrowsze i bardziej efektywne. Do tego trzeba dojść. Ja chyba jeszcze tam nie jestem. Mam nadzieję, że dotrę.

 

Zgodnie z biblijną przypowieścią o talentach będziesz rozliczony z tych opcji, które masz. Pan czasem tak myśli o swoim życiu, że to są jednak dary, umiejętności, talenty, których owoce mogą dotyczyć nie tylko pana bliskich czy pracowników, lecz także całej społeczności?

Projektuję sobie siebie za 20 lat i nie wybaczyłbym sobie, że pewnych rzeczy nie spróbowałem. Stąd też bierze się chęć rozwoju. W moim podstawowym biznesie w dalszym ciągu chcę dokładać dodatkowe do tego, co mam. Coraz więcej ludzi dla mnie pracuje i coraz więcej osób, mam nadzieję, jest szczęśliwych, że dostaje pracę. Generuję organizmy, których nie było wcześniej, a zatrudniają setki i dają możliwości, więc to jest takie trochę spełnienie. W tej chwili widzę, że umiem to ogarniać, że są następne przedsięwzięcia, które mogę formować i dzięki którym dawać ludziom szanse, a przy okazji sobie oczywiście większą swobodę działania i większą możliwość wpływania na otoczenie. Mam też ten element polskości. Podróżując po świecie, widziałem, że nasz kraj jest słabo postrzegany. Dlatego mam chęć udowodnienia światu, że Polak może i potrafi prowadzić biznesy na skalę globalną. I może być dużo lepszy, bardziej konkurencyjny niż Niemiec, Holender, Anglik czy Amerykanin. To też pcha mnie do przodu.

 

Robert Biedrzycki

Robert Dobrzycki: „Nie jestem zwolennikiem dóbr materialnych, mnie one nie cieszą” Autor zdjęcia: Maksym Rudnik

 

Kiedy był pan z siebie dumny?

Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale raczej bardzo rzadko jestem z siebie dumny tak naprawdę. Uważam, że zawsze mogę zrobić więcej. Tak do tego podchodzę.

 

Duma, spełnienie pojawiają się rzadko, to w jaki sposób pan siebie nagradza?

Na pewno szczęściem i sukcesem otoczenia. Samo to, że widzę, że coś mi się udaje – następny biznes wychodzi, mecz jest wygrany – to jest nagroda. Moment, w którym doznaję satysfakcji. Może nie dumy, ale satysfakcji. Rzeczywiście czuje się wtedy szczęście i pewnie o to szczęście chodzi.

 

Ten element szczęścia i poczucia się potrzebnym, sprawczym pojawia się też pewnie wtedy, gdy wydaje pan parę milionów złotych, podnosząc rękę na aukcji charytatywnej i mówiąc: kupuję to dzieło sztuki, bo wiem, że wspieram? Sam byłem świadkiem niejednej licytacji, w której pan zrobił całą aukcję, napędzając wynik i innych.

W pewnym momencie przychodzi do człowieka taka myśl, że dlaczego by nie zacząć pomagać innym i w wielu przypadkach nie trzeba dużo, a wpływ jest olbrzymi. Do takich wniosków i ja dochodzę. Te aukcje i licytacje to są takie chwile, kiedy czuję się... Można powiedzieć, że wtedy wynagradzam sobie wszystkie wyrzeczenia tym, że mogę się podzielić. Nie jestem zwolennikiem dóbr materialnych, mnie one nie cieszą. Może to zabrzmi górnolotnie, ale jeśli coś sobie kiedykolwiek kupiłem, cieszyłem się sekundę.

 

A co to było? Samolot, Bentley, zegarek?

Załóżmy, że samochód. Doszedłem do wniosku, że potrzeba posiadania kompletnie nic mi nie daje w życiu. Wyzbyłem się tego pragnienia. Mam tylko to, co jest niezbędne. Dobieram sobie rzeczy, których naprawdę potrzebuję, a nie te, które np. wyglądają ładnie. Wolę pomóc komuś i widzieć uśmiechnięte twarze, zadowolenie ludzi dookoła, którzy są dzięki temu szczęśliwi.

 

Kupiłby pan sobie jacht lepiej.

Tak. I człowiek by sobie siedział sam na tym jachcie, i... I co?

 

I patrzył poza horyzont.

I... wszyscy by zazdrościli? To nie ma żadnej wartości, kompletnie nie ma żadnej wartości.

 

Kiedy człowiek zaczyna to rozumieć? Jak już miał, było go stać, kupił i wie, że to nie zmienia percepcji na dłużej?

Właśnie, własnej percepcji, że to nie pomaga, że człowiek słabo z tym się czuje, a bardzo dobrze się czuje, gdy 18 tysięcy ludzi jest zadowolonych, szczęśliwych, że... ktoś strzelił bramkę.

 

To jest dużo?

To lepsze niż jakikolwiek jacht.

 

Koledzy z biznesu patrzą na pana z lekką zazdrością, na to, jak rozwija pan firmę, jaki ma gest, licytując wybitne dzieła sztuki. Skąd takie wyczucie, także w odniesieniu do projektów, które realizuje pan w swojej fundacji?

Przede wszystkim jestem biznesmenem, a oboje wiemy, że sztuka prócz aspektów emocjonalnych czy estetycznych to również inwestycja. Fakt, rozpoznaję rynek i ofertę, zanim coś hojnym gestem zlicytuję (śmiech). Sztuka, kultura, nauka czy sport to składowe soft power każdego kraju. Misja mojej fundacji – promocja Polski i wzrost jakości życia – wyrosła z biznesu, z rynku nieruchomości, gdzie przez ostatnie dwie dekady nasza branża dość samodzielnie zachęcała zagranicznych inwestorów czy klientów do lokalizacji biznesu w Polsce. Zbieraliśmy dane, układaliśmy narrację, pokazywaliśmy perspektywy. Dlatego dziś mamy ten mandat w działaniach fundacji. Lubię stwarzać możliwości wzrostu.

 

Stąd stypendia i Nagrody Kolibra.

Ubolewam, że Polacy sami o sobie nie potrafią dobrze mówić, doceniać się. Na co dzień operuję danymi, stąd współpraca z ekonomistą prof. Marcinem Piątkowskim, który doskonale opowiada o fenomenie gospodarczym, jaki zbudowaliśmy my, Polacy. Znam siłę marketingu i PR i dlatego zapraszamy do Polski międzynarodowe media. Jako fundacja zrealizowaliśmy film „Poland. Mission Confidence”. W 20 minutach ujęliśmy ponad 10 powodów do dumy i radości. Polecam, można zobaczyć m.in. na kanale YT Robert Dobrzycki Foundation.

 

Widzimy dziś w Polsce nowe pokolenie przedsiębiorców, którzy redefiniują filantropię, angażując się odważniej niż dotychczasowe ikony biznesu. Pana zdaniem to oni dziś powinni wyznaczać kierunek czy raczej podążać za doświadczeniem poprzednich pokoleń?

Wzrost zaangażowania w filantropię polskich przedsiębiorców to świetny dowód rozwoju gospodarczego naszego kraju. Z państwa na zupełnym dorobku, ba, wychodzenia z zadłużenia i kredytów, wkraczamy w fazę dzielenia się i wspierania innych. Solidarność od dawna jest postrzegana jako cecha charakterystyczna Polaków, wspaniale, że od adhockowej reaktywności doszliśmy do działań długofalowych. Moim zdaniem nie ma jedynego słusznego czy uniwersalnego podejścia do filantropii. Pamiętajmy, że motywacja zawsze jest indywidualna, podobnie jak okoliczności i potrzeby konkretnych czasów. Ja pomagam, bo lubię i mogę. Jako fundacja prowadzimy działania sami, a także w partnerstwach z instytucjami publicznymi, darczyńcami prywatnymi czy NGO.

 

Jest coś, czego pan się obawia, boi? Nie tylko w tym sportowym wydaniu, lecz także w biznesowym.

Zawsze jest strach, strach przed porażką, przed powrotem do słabszych dni, które już prawdopodobnie nie nastąpią.

 

Ponieważ poziom zabezpieczenia jest właściwy.

Właściwy, to prawda. Ale ten strach zawsze był. Dalej jest w głowie, że... że można wrócić do tych złych dni i od tego się ucieka, ucieka się do przodu. Niektórzy mają dużo i się nie martwią, a niektórzy mają dużo, bardzo się martwią i dzięki temu mają więcej.

 

Kiedy ryzyko jest już za duże? Kiedy to jest brawura, a kiedy odwaga inwestycyjna?

Ta odwaga się pojawia, gdy rozumiemy ryzyko, to, ile ono kosztuje. Niektórzy ludzie podejmują ryzyko nieświadomie, czasami im się udaje, ale w dłuższym okresie to ryzyko ich dogania. I jest też druga kwestia – niektórzy chcą coś zarobić, a inni chcą się rozwijać. To jest spora różnica, bo przy rozwoju nie patrzy się na krótkoterminowe wzrosty, zyski, tylko na postęp, a zyski pojawiają się jako efekt uboczny. Jak ktoś koncentruje się pierwszego dnia na zysku, to wielokrotnie nie dociera tam, gdzie chce.

 

To jaki jest pana cel?

No właśnie, ja nie mam takich celów. Po prostu chcę być każdego dnia dalej.

 

Czyli kolejne firmy, które pan kreuje i są pączkującymi ogniwami? W którą stronę teraz chce się pan rozwijać?

Prowadzę biznes deweloperski, który buduje nieruchomości przemysłowe. Coraz bardziej globalny, do którego dołączam nowe projekty. W wielu krajach Europy i w tej chwili świata. I on jest tym podstawowym, a dookoła niego są tworzone takie, które mogą współistnieć i dawać różne nowe możliwości.

 

To zwykłemu odbiorcy, który nie jest zorientowany biznesowo, wytłumaczmy proszę, na czym to polega.

Budujemy nieruchomości i w większości przypadków wynajmujemy je. Te wynajęte albo trzymamy przez pewien czas, albo sprzedajemy funduszom inwestycyjnym. I na tym po prostu zarabiamy. Robimy to w olbrzymiej skali. I potem...

 

...kolejne i kolejne.

Budujemy naraz wiele nieruchomości. W większości przypadków zarządzamy nimi, ale ich nie obsługujemy. Praktycznie wszystko, co nas otacza w życiu, jest gdzieś składowane. I pewnie w naszym magazynie. Nie tylko w Polsce czy Europie. Nowym miejscem, gdzie rzeczywiście chcemy się rozwijać, jest Arabia Saudyjska, co ze względu na sytuację w regionie jest obecnie skomplikowane. Mamy inne nowe kierunki azjatyckie: Japonia, Korea. A także Australia. To są następne miejsca, gdzie chcielibyśmy działać w najbliższym roku lub dwóch latach.

 

Brzmi niesamowicie, bo to znaczy – i tu wracamy do początku naszego spotkania – że to jest ta radość, odwaga i chęć pokazywania w świecie, że Polak potrafi jak nasz Lewandowski. Który właśnie strzelił drugiego gola. Chce pan być Lewandowskim biznesu?

Na pewno jest to olbrzymie osiągnięcie, żeby być na takim światowym poziomie jak Robert w swojej dziedzinie.

 

Chciałby go pan tu ściągnąć? Kończy mu się kontrakt za chwilę?

Jeszcze chyba za drogi jest.

 

Sądząc po tych szaleństwach, które uskuteczniał pan w zimowym oknie transferowym, myślę, że by starczyło.

No tak, tak.

 

Na jego wypłatę roczną.

To prawda. Na wypłatę roczną.

 

Ten rodzaj misji, potrzebę propagowania polskiego biznesu, polskiej gospodarki na świecie miał pan od początku czy to pojawiło się na jakimś etapie?

Obserwując, jaka jest percepcja Polski, działając w biznesie w różnych krajach, zrozumiałem, że promocyjnie wiele jest do zrobienia, bo nie wszyscy nawet wiedzą, gdzie Polska jest na mapie. To uświadomiło mi, że jest duża, duża robota do wykonania.

 

Ale po co? Dla kogo?

Dla Polski. Interesuję się historią, wiem, jaką drogę przechodził nasz kraj. Przez wieki nie mieliśmy szczęścia, w tej chwili robimy ciekawe rzeczy, rozwijamy się. Możemy konkurować z innymi nacjami na świecie. Chcę być Polakiem, który pokazuje, że można to robić, że nie trzeba się bać, trzeba się rozwijać. To jest moja olbrzymia motywacja w działaniu, także dla innych Polaków. Można, będąc z Polski, rozwijać się w Azji, w Europie Zachodniej. I można to robić z sukcesem. A potem się nim podzielić.

 

Materiał oryginalnie ukazał się w specjalnym wydaniu The Art Issue GQ Poland. Magazyn już w sprzedaży!

Więcej w tym temacie:

Czytaj więcej

Borja Iglesias

Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias

„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.