PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Filmy i seriale

Polskie kino jej potrzebowało. Emi Buchwald przyszła w odpowiednim momencie

Reżyserka „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, Emi Buchwald, o tym, jak ma się z łatką „nadziei polskiego kina”, kręceniu filmów autorskich i zarzutach o portretowanie uprzywilejowanej warszawki.

Udostępnij

Polskie kino jej potrzebowało. Emi Buchwald przyszła w odpowiednim momencie

Autor zdjęcia: Janusz Szymański

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
09.01.2026

To czas pełny sukcesów dla Emi Buchwald. Pełnometrażowy fabularny debiut w jej reżyserii, „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, zgarnia wyróżnienie za wyróżnieniami. Najpierw była nagroda za reżyserię na ubiegłorocznym Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, po której rozpętało się istne szaleństwo. Wydawało się, że każdy chciał „Nie ma duchów…” zobaczyć i wydać opinię.

„Nie ma duchów…” to historia rzadko opowiadana, bo dotycząca młodego rodzeństwa, dość uprzywilejowanego, które rozbija się po Warszawie w poszukiwaniu nie uciech, ale sensu – w życiu i w relacjach. Buchwald snuje swoją opowieść powoli, na zmianę skupiając się to na Janie, Benku, Nastce i Franku. Nie ucieka od fantazjowania (pojawia się Dusiołek z plakatu filmu, który na myśl przywodzi wyimaginowanych przyjaciół z dzieciństwa, ale jednocześnie symbolizuje też traumy dorastania). Przede wszystkim jednak przygląda się rodzeństwu. Jest w tym portretowaniu czułość i brak oceny. Być może to zasługa wrażliwości, obranej poetyki, a może – nauki zaczerpniętej z krótkometrażowych dokumentów, od których wraz z krótkimi fabułami artystka zaczynała swoją reżyserską karierę.

Spotykam się z Emi Buchwald na tydzień przed ogłoszeniem Paszportów „Polityki”, do których została nominowana w kategorii „Film”. W dzień nominacji trójki z czwórki filmowego rodzeństwa (Bartłomieja Deklewy, Karoliny Rzepy i Izabelli Dudziak) do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Wyróżnienie dla młodych, szerzej nieznanych aktorek i aktora to moment przełomu. „Nie ma duchów…” uruchomił dyskusję o nowym języku w polskim kinie. Kiedy składam gratulacje, widzę, że Emi Buchwald promienieje radością. Zaczynamy rozmawiać, zanim reżyserka zdąża zdjąć płaszcz.
 

Polskie kino jej potrzebowało. Emi Buchwald przyszła w odpowiednim momencie

Autor zdjęcia: Janusz Szymański

Piszą o tobie „nadzieja polskiego kina”. Chyba duża presja?

Tak, czuję pewną presję. Ale muszę powiedzieć, że odkąd po Gdyni zaczęły pojawiać się recenzje, czytam je z ciekawością. Interesuje mnie, co ludzie odnajdują w naszym filmie. Jednocześnie mam poczucie, że tego rodzaju nagłówki w ogóle nie są o mnie.

Jak nie o tobie, to o kim?

Nie wiem (śmiech). Odsuwam od siebie te duże stwierdzenia i koncentruję się na tych szczegółowych analizach „Nie ma duchów…”. Jest to bardzo satysfakcjonujące, kiedy ktoś zauważy elementy, które miały dodawać się do siebie, żeby zbudować świat i znaczenia w filmie.

Możesz nazwać te elementy?

„Nie ma duchów…” nie operuje wielkimi tematami. Skupia się na wielu małych, które przez cały czas się z sobą przeplatają – pojawiają się, znikają i wracają. Zastanawiałam się, czy te niuanse zostaną zauważone. Mam na myśli zarówno wątki relacyjne, jak i te związane z kontaktem człowieka z rzeczywistością, niekoniecznie namacalnym i werbalnym, czasem intuicyjnym, a nawet metafizycznym. Z moim współscenarzystą Karolem Marczakiem splatamy wątki nie na zasadzie klasycznej dramaturgii, tylko raczej wokół stanów i emocjonalnych zderzeń. Do tego dochodzi wszystko to, co składa się na opowiadanie filmowe, kostiumy Hanki Podrazy czy dźwięk, nad którym pracowałam z reżyserką dźwięku, Olą Landsmann – tempo, rytmy, kolory, cisza, muzyka, miejsca, twarze. Wszystko, co widzimy na ekranie, jest decyzją, tych elementów jest sporo. Dobrze wiedzieć, że odbiorcy się w nich zanurzają. Dlatego sukcesem nazywam nie to, że nazywają mnie „nadzieją polskiego kina”, tylko że nasz film się przyjął.

Kontrolujesz każdy aspekt produkcji filmowej. Może to też jest tak świeże?

Robię kino autorskie, więc znam ten film najlepiej ze wszystkich. Piszę ze współscenarzystą, ale pomysł wynika ze mnie, jest bardzo osobisty. Jestem pedantką i perfekcjonistką, co czasem pomaga, a czasem przeszkadza, ale nie wyobrażam sobie, żebym mogła nie dbać o każdy aspekt. Dla mnie właśnie na tym polega praca reżysera.

Żyjemy w czasach, w których mój zawód w pewnym sensie zaczyna tracić swoje dawne znaczenie. Nie chodzi mi oczywiście o XX-wieczne kino i reżyserów tyranów, którzy nadużywali swojej władzy, choć bywali też wizjonerami. Jednak panuje przekonanie, że wystarczy chcieć robić filmy, wejść na plan, usiąść na krześle i „to wszystko jakoś się zrobi”. Nie, nie zrobi się, jeśli nie masz pomysłu. Do tego dochodzą nowe technologie, które wspierają takie myślenie.

Przychodzisz z pomysłem i co dalej?

Wprowadzam w niego innych ludzi. Oni wnoszą swoje umiejętności, wiedzę i talent, ale tylko reżyser ma w głowie cały film. Musi dać współpracownikom tyle pomysłów i impulsów, żeby zaczęli z nim funkcjonować w tym świecie i potrafili go wspólnie poszerzać. Nie wyobrażam sobie pracy bez tych pomysłów i narzędzi. To fundament.

Niecodzienny jest również temat „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Dzięki niemu polska kinematografia przypomniała sobie, że rodzeństwo i relacja między braćmi i siostrami istnieje.

Ten temat był mi bliski od zawsze. Wynika z tego, że sama mam pięcioro rodzeństwa, z którym wychowywaliśmy się poza zgiełkiem miasta, w domu na uboczu małej wsi. Na pewno wpłynęło to na moją uważność i wrażliwość. Przez wiele lat relacje z braćmi i siostrami były najważniejszymi bliskimi relacjami z rówieśnikami. Zawsze sporo czytałam i oglądałam, więc naturalnie zaczęłam szukać opowieści, które dotykają podobnych tematów. Faktycznie było ich niewiele.

Polskie kino jej potrzebowało. Emi Buchwald przyszła w odpowiednim momencie

Autor zdjęcia: Janusz Szymański

Co cię inspirowało?

Pracując nad „Nie ma duchów…”, odkryłam „Cienie” Johna Cassavetesa, ale myślałam też m.in. o „Good Time” braci Safdie. Istotny był również Jim Jarmusch i jego „Kawa i papierosy”, do którego nawiązujemy w scenie śniadania z Dusiołkiem. Niedawno zobaczyłam „Wartość sentymentalną” Joachima Triera. Pojawia się tam relacja dwóch sióstr. Pomyślałam, że być może twórcy zaczynają dojrzewać do tego, by zająć się tematem rodzeństwa. Może najpierw musieliśmy przepracować nasze związki z rodzicami.

W „Nie ma duchów…” rodzice są nieobecni. W jednej ze scen nawet sugerujesz, że dom rodzinny dla rodzeństwa być może nie jest do końca bezpieczną przestrzenią…

W moim domu rodzinnym było dużo trudnych tematów, relacyjnych, pokoleniowych, ale tak samo dużo dobrego. Dlatego nie chciałam, żeby dom w moim filmie był wyłącznie nośnikiem traum, ale też tego, co pozwoliło zbudować rodzeństwu tak silną więź.

„Nie ma duchów…” otwiera długie, steadicamowe ujęcie. Przejeżdżamy przez całe mieszkanie. Słyszymy dźwięki z przeszłości. Zaczynamy od kadru na świetlnego zajączka poruszającego się na ścianie. To ważny element – jasność, coś dobrego. Migoczące, drgające światło budzi skojarzenia z dzieciństwem. Później jednak przejeżdżamy przez całe mieszkanie, trochę jak przez całe życie. I lądujemy w pokoju z Dusiołkiem, czyli tymi wszystkimi doświadczeniami, przygnębieniami, które zebraliśmy po drodze. Negatywne rzeczy niekoniecznie pochodzą tylko z domu rodzinnego.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że przy debiucie trzeba zrobić coś osobistego. Po co?

Bardzo cenię kino osobiste, a kino autorskie zazwyczaj takie właśnie jest. Nawet jeśli twórca nie opowiada jeden do jednego własnej historii, i tak mówi o czymś, co go porusza, wkurza, nie pozwala mu spać. Na takich filmach się wychowałam. Chciałam kręcić podobne. Nie mam na myśli tego, że mogę opowiadać wyłącznie historie, które sama przeżyłam. Raczej takie, które poruszają mnie na tyle, że jestem w stanie żyć z nimi przez kolejne lata produkcji.

Jednocześnie to, jak „Nie ma duchów…” wygląda, nie wynika wyłącznie z tego, co przeżyłam. Żyję i pracuję w Polsce, obserwuję kino i wiem, czego mi w nim brakuje. Mój film jest próbą zapełnienia tej luki.

Pojawiają się zarzuty, że portretujesz uprzywilejowanych z warszawki. Dlaczego twoi bohaterowie i bohaterki nie myślą o finansach, kryzysie? Przecież powinni! 

Dlatego że ten film akurat nie jest o tym. Moi bohaterowie jakoś sobie radzą – pracują w knajpach, studiują, pracują freelancersko w obszarze projektowania. Ale w filmie zdecydowałam się skupiać na momentach, w których radzą sobie z sobą nawzajem, a nie z tym, czy wystarczy im pieniędzy do końca miesiąca. Chociaż niewykluczone, że poza ekranem też sobie z tym muszą poradzić. Ciekawe, że pojawia się u nas coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. Chcemy innego spojrzenia i wyboru bohaterów w polskim kinie, ale kiedy taka propozycja się pojawia, część widzów podważa istnienie takich ludzi, takiej wizji mieszkańców naszego kawałka świata. Jestem za tym, żeby opowiadać o różnych rzeczywistościach: o prowincji i o dużych miastach, o wojnie i pokoju, o tym, co bliskie i co bardzo odległe. Kino jest pojemne. Wrzucajmy do tego worka jak najwięcej, po to, żebyśmy mogli zobaczyć świat w całej jego złożoności.

Może „Nie ma duchów…” nie mówi o obecnie trudnych i niestabilnych czasach, ale na pewno też nie należy do gatunku feel-good!

Może nie mówi o rozedrganiu czasów, ale o rozedrganiu ludzi, którzy żyją w tych czasach. Powstaje mnóstwo filmów o wielkich sprawach – o konfliktach i kryzysach w najbardziej zapalnych punktach świata. Jednocześnie nie powinniśmy zapominać także o tym, co dzieje się bliżej nas, w tych najmniejszych komórkach społecznych. Pewnie, że moi bohaterowie i bohaterki są uprzywilejowani, żyją w bezpiecznym świecie, w Warszawie. Ale przecież są osoby, które żyją podobnie i na ekranie chcą zobaczyć jakiś wiarygodny obraz siebie, który da im do myślenia.

Brzmi bardzo niekoniunkturalnie…

Nie szukam tematów na filmy, one same przychodzą. Wtedy wiem, że to jest to i że muszę się tym tematem zaopiekować. Ciężko mi sobie wyobrazić, że robię film, zastanawiając się, czy temat jest wystarczająco na czasie albo czy będzie gdzieś pasował. Wiem, co jest dla mnie ważne i o czym potrafię opowiedzieć w danym momencie życia. To jest dla mnie bardziej istotne niż koncentrowanie się na oczekiwaniach. Byłaby to prosta droga do szaleństwa.

Polskie kino jej potrzebowało. Emi Buchwald przyszła w odpowiednim momencie

Autor zdjęcia: Janusz Szymański

Mam też wrażenie, że dziś, portretując młodych ludzi, reżyserzy i reżyserki bardziej podkreślają rodzinę z wyboru niż tę „z krwi”. Zauważasz ten trend? 

Tak. Dlatego zależało mi na tym, żeby nasz film o rodzeństwie działał na poziomie symbolicznym, dawał szerokie pole do interpretacji. Żeby postacie stały się figurami, które widzowie mogą podstawić pod swoje własne życie. Nie musisz mieć rodzeństwa, żeby odnaleźć się w historii portretowanej w „Nie ma duchów…”. Mogłeś przeżyć coś bardzo podobnego z przyjaciółmi. Może nie spotkałeś Dusiołka, ale możesz zrozumieć rodzaj lęku, z którym mierzy się Benek. Może nie jesteś artystką jak Jana i nie spłonęła ci wystawa, ale znasz to uczucie, kiedy zaangażowałeś się w coś, co finalnie się nie udało, a ty masz wrażenie, jakby rozsypało się twoje całe życie.

Film zaczynasz od głosów-powidoków dzieciństwa osób bohaterskich. Skojarzyło mi się to z finałem twojego krótkiego metrażu „Heimat”. Roman, brat i syn, idzie do swojego starego pokoju w rodzinnym domu i kładzie się w miejscu, w którym niegdyś stało łóżko. Zostają nam tylko wspomnienia, sentyment?

Na pewno jestem sentymentalną osobą. Ale ciekawe i ważne jest dla mnie to, jak czas działa na miejsca, jak w nich współistnieją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wychowywałam się w domu, w którym żyli moi przodkowie. Dorastałam otoczona wspomnieniami i opowieściami z przeszłości, dlatego widzę, jak doświadczenia wcześniejszych pokoleń wpływają na moje życie. Wierzę, że w przestrzeniach – nawet po kolejnych remontach, ścianach pokrytych kolejnymi warstwami farby, wymienionych podłogach – ślad po poprzednich pokoleniach jest ciągle obecny. Jednocześnie następne generacje dokładają nowe warstwy. Te wszystkie porządki się przenikają.

To te tytułowe duchy?

Pewnie też. Duchy w naszym filmie dotyczą przede wszystkim naszych strachów i niepokojów. Ale odnosząc się bezpośrednio do Dusiołka – niezależnie od tego, w jakiej formie się pojawiają i z jakimi wierzeniami są związane – czy ze słowiańską mitologią, czy z chrześcijaństwem, które przecież leży u podstaw naszej kultury – mamy potrzebę przywoływania duchów. Nawet jeśli go wypieramy, ten świat metafizyczny nam towarzyszy.

Więcej w tym temacie:

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

ARTYKUŁ PARTNERSKI KA518830_Peugeot_HighRes Light

Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota

Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.

"Katastrofa w duecie": Marcin Dorociński i Ryan Reynolds w jednym filmie

Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV

Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.

Matt Damon i Zendaya w filmie „Odyseja”

„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]

Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.

„Jedyna” zdobyła wiele nominacji do Emmy

Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent

Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.

Oto najlepsze seriale 2026 roku

Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy

Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.

„Projekt Hail Mary” to nowość na Amazon Prime Video

Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video

Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.

„Wielki Łuk” to film oparty na faktach

„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń

Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.