PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Muzyka

Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo

– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.

Udostępnij

Smolik w sesji dla GQ Poland

Andrzej Smolik: „Moje zadanie jest proste – wychodzę i gram. Mogę schować się za muzyką” Autor zdjęcia: Kuba Dąbrowski

Grzegorz_Kapla_GQ_RAMKA
04.07.2026

Andrzej Smolik jest kompozytorem, producentem, multiinstrumentalistą. Dwukrotnie szefował muzycznej Orkiestrze Męskiego Grania i właśnie dlatego projektu skomponował dwa kultowe hity: „Elektrycznego”, który Brodka śpiewała z Dawidem Podsiadłą, i „Armaty” wykonywane przez Melę Koteluk i Fisza. Oba utwory stały zbudowały renomę Męskiego Grania. Skąd się bierze wyjątkowość tego przedsięwzięcia?

 

Grzegorz Kapla: Jesteśmy z pokolenia, które pamięta świat polskiej muzyki sprzed Męskiego Grania. Jakie znaczenie ma Męskie Granie dla naszej popkultury?

Andrzej Smolik: Pomiędzy tym, co kiedyś było alternatywą, undergroundem i rewoltą, a popem, istniał wyraźny podział, który z czasem się rozmył. I właśnie to zacieranie granic w Męskim Graniu lubię najbardziej. Cieszę się, że taki projekt powstał i brałem w nim udział. MG stało się międzypokoleniowym pomostem dla artystów – miejscem spotkań sześćdziesięciolatków z dwudziestolatkami i czterdziestolatkami. Mogliśmy zagrać na jednej scenie, w tym samym repertuarze, sięgając zarówno do starszych epok, jak i współczesności. 

Męskie Granie to cenna, działająca w obie strony wymiana doświadczeń, która pozwoliła nam okazać sobie wzajemnie uwagę i szacunek. Przez chwilę w jednym miejscu: na leżaczkach przed namiotami, na poletku, gdzie wszyscy się spotykają, wychodzą ze swoich garderób, mieszają się, gadają, planują nowe projekty, dzielą się ze sobą różnymi rzeczami, mogliśmy pobyć muzyczną rodziną. To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie.

Smolik w sesji dla GQ Poland

Andrzej Smolik: „Lubię zaglądać w płyty ludziom, z którymi gram” Autor zdjęcia: Kuba Dąbrowski

 

Byłeś dyrygentem tej Orkiestry, musiałeś za wszystkich tych indywidualności zbudować zespół czy drużynę, która mogłaby zagrać razem. To chyba wymagające?

Słowo drużyna jest w tym przypadku lepszym określeniem. Wszyscy bowiem zdają sobie sprawę, że to wakacyjna przygoda na osiem koncertów, po których być może nigdy więcej się już nie spotkamy. Niektórzy z nas dopiero tutaj się poznali. Nie bałem się tych indywidualności, bo uważałem, że uda się wszystkich przekonać, by zagrali do jednej bramki. 

Silne, wyraziste osobowości powodują, że ludzie stają się ciekawi swoich partnerów z drużyny, a to lepiej działa dla wszystkich. Najlepszą konfiguracją, jaką sobie można wyobrazić, jest zbiór osobowości z krótkim terminem użycia. W długim terminie to by pewnie nie zadziałało, bo mnożyłyby się sytuacje, w których każdy chciałby postawić na swoim. 

Artyści, którzy mają za sobą poważne dokonania, nauczyli się już swojej autonomiczności, nie boją się mówić „nie”. Nie chcą zmieniać swojej skóry. Robią to co najwyżej na krótko i na potrzeby przedsięwzięcia, stając się na próbach i podczas koncertów kolegami, bliskimi sobie ludźmi. To jest dosyć silna emocjonalnie przygoda. Wszyscy w jakiś sposób łamią sobie kilka kości, żeby dopasować się do wspólnego naczynia, ale robią to z własnej woli i może nawet bezboleśnie.

 

Jakie masz najlepsze wspomnienie z tej przygody?

Najlepsze wspomnienia mam są z grania muzyki na żywo, czyli z koncertów. Szczególnie wyjątkowe są zwłaszcza te momenty, w których wszystko, co działa na ciebie, działa też na innych. Generuje się wówczas swoista międzyludzka energia. Coś, czego nie potrafię łatwo nazwać i co nie zależy od precyzji, formy, przygotowania i tych wszystkich rzeczy, które u artysty mogą być lepsze czy gorsze danego dnia. Na tę wyjątkową chwilę czeka się tak samo, jak wędkarz na wielką rybę. Na Męskim Graniu parokrotnie przytrafiło mi się takie przeżycie. To ogromne imprezy i naprawdę czuje się, jak energia wraca od ludzi, ten charakterystyczny pomruk tłumu.

Lubię też fakt, że publiczność Orkiestry Męskiego Grania tworzą w pewnym sensie przypadkowe osoby. To nie jest stała publiczność konkretnego artysty, więc nie oczekuje niczego konkretnego. Nie wie, co ją spotka – szczególnie podczas pierwszego koncertu, bo skąd ma wiedzieć, jaki będzie repertuar, jak to będzie brzmiało i wyglądało. Ludzie przychodzą przede wszystkim po wspólne przeżycie. Części utworów mogą nawet nie znać, a jeśli mimo wszystko zadziała, satysfakcja jest podwójna, bo udaje się przekonać do siebie nowych słuchaczy. Takie spotkania z nieznanym zdarzyły mi się kilka razy i za każdym razem przychodziły zupełnie niespodziewanie. Czasem wystarczał jeden utwór albo zaledwie kilka chwil, żeby nagle poczuć ciarki.

Poza tym Męskie Granie dało mi okazję zagrać z ludźmi, z którymi być może w innych okolicznościach nigdy nie spotkałbym się na jednej scenie, a których bardzo lubię i cenię. Dla muzyka nie ma nic cenniejszego niż spotkanie drugiego artysty, którego podziwia i z którym może spędzić chwilę „muzycznej rozmowy” na scenie. Nie wystarczy słuchać czyichś płyt ani nawet z kimś porozmawiać. Jeśli naprawdę chcesz kogoś poznać, musisz z nim pomuzykować. To pozwala w bardzo krótkim czasie czegoś się nauczyć, przejąć trochę jego sposobu myślenia i muzycznego warsztatu. W muzyce działa energia płynąca od człowieka do człowieka i właśnie ten przepływ jest dla mnie najcenniejszy – ponad wszystko inne w tej zabawie.

 

Czyli o metafizyce muzyki teraz trochę mówimy.

Nie wiem, czy to aż metafizyka. Może raczej chodzi o jakiś pierwotny sposób uczenia się – taki, jaki mają dzieci, obserwujące rodziców, albo ludzie uczący się od swoich współplemieńców. To najbardziej naturalna forma przekazywania wiedzy. Nie trzeba nikogo sadzać w fotelu i tłumaczyć: „Słuchaj, gram tak dlatego, że…”. Wystarczy chwilę porobić coś razem i już wychodzi się z tego spotkania odrobinę innym.

 

Ciągle to masz? Mimo swojego doświadczenia?

Tak, mózg jest na tyle chłonny, że pozwala przyjmować wszystkie lekcje od innych.

 

Nad czym pracujesz teraz?

Mam teraz bardzo intensywny czas. Nie mogę mówić o projektach, które, nie ujrzały światła dziennego, ale mogę powiedzieć, że piszę muzykę do dwóch filmów i aż czterech albumów, czyli pracuję z wieloma różnymi artystami jednocześnie.

 

Czyli nie masz szans na chwilę ciszy.

Cisza jest w muzyce bardziej istotnym parametrem niż sam dźwięk. Jest oczekiwaniem na to, co tak naprawdę się wydarzy.

 

A cisza przed koncertem, kiedy musisz się koncentrować?

Kiedyś rzeczywiście się stresowałem, dziś już nie. Koncert jest dla mnie radosnym momentem, więc ani się nie denerwuję, ani nie czuję napięcia. Mam wrażenie, że większą ekscytację odczuwam po występie niż przed nim. Nie potrzebuję też żadnych szczególnych rytuałów ani skupienia. Nie gram muzyki tak formalnie wymagającej jak ktoś, kto wykonuje współczesne etiudy albo gra z jazzowym kwintetem rzeczy balansujące na granicy ludzkich możliwości. Nad swoją muzyką panuję i raczej niewiele może się tu rozsypać.

 

Ale zawsze to jest moment, kiedy musisz skonfrontować z publicznością to, co myślisz o muzyce.

Mam przekonanie, że ludzie przychodzą z dobrymi intencjami. Chcą posłuchać właśnie ciebie i dostać od ciebie to, co masz do zaoferowania. Trudno się tego bać. Zresztą największy ciężar spoczywa na wokalistach. Muszą stanąć w świetle reflektorów i nikogo nie obchodzi, co mają akurat w głowie, co dzieje się w ich życiu ani jaki mają dzień. Wychodzą na scenę, a publiczność chce się bawić. Żeby to się udało, wokalista musi wyzwolić ogromną ilość energii. Moje zadanie jest prostsze – wychodzę i gram. Mogę schować się za muzyką. Może ktoś to wyczuje, ale nie zobaczy. Zresztą dziś bardziej czuję się producentem i kompozytorem niż instrumentalistą.

 

No ale nuty słuchają właśnie ciebie. Wydaje się, że tworzenie przychodzi ci bez wysiłku. Skąd to to się bierze?

Może chciałem w ten sposób obejść własne niedoskonałości na innym polu. Czasem człowiek odkrywa swoją mocną stronę właśnie dlatego, że w czymś innym nie jest najlepszy. Jeśli nie chcesz bić się na podwórku, musisz pokazać, że masz dość rozumu, żeby nie robić tego, co wszyscy. Musisz być naprawdę dobry w czymś innym – zostać erudytą, grać na instrumencie albo umieć naprawiać silniki.

 

To nie jest chyba takie proste, są przecież znakomici instrumentaliści, którzy komponować nie potrafią. Wszystko mogą zagrać, ale muzyka jakby ich nie słucha.

Rzeczywiście często nawet najlepsi muzycy nie potrafią zbudować struktury. Ja zawsze miałem jakiś dar do dobierania kolorów w muzyce, do znajdowania brzmień czy nowego motywu – czegoś prostego, a jednak niebanalnego. Na pewno przydaje mi się edukacja muzyczna, osłuchania. Od dzieciństwa słuchałem bardzo dużo bardzo różdnorodnej muzyki. 

Lubię zaglądać w płyty ludziom, z którymi gram. To wcale nie jest częste, by ktoś miał porządny zbiór płyt. Nie mówię, że od razu cztery tysiące, bo wtedy możesz tam znaleźć pewnie wszystko, ale lubię wiedzieć, gdzie się słucha naprawdę. I jeszcze żeby ten zbiór był eklektyczny Qtedy widać, że nie boimy się różnorodności. Jeśli masz na półce New Romantic, japoński hardcore i brazylijski funk  to wiadomo, że traktujesz muzykę bez podziałów i ścian.

 

W latach dziewięćdziesiątych tę twoją otwartość miałem raczej za słabość. Wszyscy się jakoś określali, a ty jakbyś wszystkie drzwi miał zawsze otwarte. Dziś otwartość to znacząca cecha twojej muzyki.

Otwartość może być kluczem. Bywa siłą, ale czasem okazuje się też słabością, bo słuchacze nie wiedzą, jak cię zaklasyfikować ani na której półce postawić. Mieliśmy taką historię z Tomkiem Stańką. Zaprosił mnie do projektu Peyotl. Chcieliśmy na nowo odczytać tę słynną płytę („Peyotl – Witkacy” z 1986 r. – przyp. red.) i ją zreinterpretować. Wydawało nam się, że odniesiemy wielki sukces – ja byłem wtedy na fali, a Tomek właściwie zawsze na niej był. Okazało się jednak, że publiczność tego nie kupiła. Nie wyprzedaliśmy praktycznie żadnej sali, choć muzyka była naprawdę znakomita. Moi słuchacze nie chcieli chodzić na jazz, a jego publiczność nie była zainteresowana Stańką grającym z kimś, kto nagrywa płyty z Krzysztofem Krawczykiem. W efekcie ten projekt nie trafił w oczekiwania żadnej z tych grup.

 

Ale to był świetny dialog pomiędzy doskonałymi muzykami, co wydaje się wartością samą w sobie. Kiedy zaczynałeś grać, nie myślałeś, że muzyka jest na sprzedaż.

Dalej tak nie myślę. Mówię o zjawisku kategoryzowania muzyków. Jeśli słuchacze nie wiedzą czego się spodziewać, nie przychodzą na koncerty. Pracowaliśmy nad tym projektem mnóstwo czasu, stworzyliśmy duży zespół i zagraliśmy zaledwie osiem koncertów.

 

Wielką publiczność miałeś wkrótce potem na Męskim Graniu.

Wiesz jak to jest. Niektórzy artyści zawsze chcą więcej. Kiedy wypełnią Stodołę, chcą Torwar, jak wypełnią Torwar, chcą Stadion, bo wtedy czują adrenalinę i to, że robią postęp oraz wciąż walczą. Ja tak nie mam. Zawsze myślę też o organizatorze, który musi wykonać ogromną pracę, żeby taki Torwar wypełnić, i dobrze byłoby, żeby na tym nie stracił. Poza tym wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich, którzy gadają w trakcie grania.

Grzegorz_Kapla_GQ_RAMKA

Pisarz i podróżnik, autor ośmiu powieści i kilku innych książek reporterskich oraz podróżniczych. Pół życia zmarnotrawił na włóczęgę po świecie, utrzymując się z pisania reportaży do kobiecych magazynów albo m.in. prowadzenia ludzi po górach. Był redaktorem magazynów „Malemen” i „Elle Man”. Obszary zainteresowania – podróże, lifestyle, ludzie, rock i heavy metal.

Ma dar słuchania ze zrozumieniem.

Był w stu kilkudziesięciu krajach i jest bywalcem praskiego klubu bokserskiego Fenix. W dniu premiery GQ Poland świętuje premierę swojej najnowszej książki „Włóczęga z Archipelagu. Filipiny”.

Czytaj więcej

Sebastian Murphy z Viagra Boys podczas festiwalu Open'er 2026

Co po samcu alfa? Męskość według Nicka Cave'a i Viagra Boys

W tłumie różnej maści wynalazców nowej męskości na skomplikowane czasy, okazuje się, że nie trzeba wymyślać koła na nowo. Wystarczy sięgnąć po prostotę wrażliwości i antymaczystowskiego luzu – tak, jak robią to Viagra Boys i Nick Cave. Nie sądzę jednak, by którykolwiek z nich uważał się za autorytet. Całe szczęście.

Andrea Bocelli koncert 2026

Andrea Bocelli zaśpiewał na Placu Świętego Marka w Wenecji. Pokazał, że wszystko zaczyna się od odwagi, by zmienić własną historię

Wenecja to Włochy w pigułce. Miasto zbudowane na wodzie, pełne pałaców, mostów i legend sprzed setek lat. Wydaje się miejscem, w którym czas płynie inaczej. Ale właśnie tu, gdzie przeszłość mówi do nas bogactwem sztuki na każdym kroku – usłyszałam ciekawą opowieść o przyszłości. Nie o sztucznej inteligencji. Nie o cyfryzacji. Nawet nie o technologii. Opowieść zmianie, do której prowadzą determinacja, odwaga i wiara we własne możliwości. Wyśpiewał ją sam Andrea Bocelli.

ARTYKUŁ PARTNERSKI Vito Bambino gwiazdą festiwalu Erste Letnie Brzmienia 2026

Rusza Erste Letnie Brzmienia 2026. Kogo usłyszymy w aż pięciu polskich miastach?

Jest taki moment w lecie, który trudno dokładnie nazwać. Miasto trochę zwalnia, światło robi się miękkie, a dźwięki niosą się dalej niż zwykle. Siedzisz gdzieś na trawie albo stoisz pod sceną i nagle łapiesz się na tym, że wszystko się zgadza.

Te płyty usłyszymy na polskich festiwalach w 2026 roku

Soundtrack lata 2026. Te płyty usłyszysz na koncertach w Polsce

Festiwale to świetna okazja do usłyszenia premierowych albumów na żywo. Do jakich płyt będziemy tańczyć? Przy których utworach się wzruszać? Oto muzyka, która w tym sezonie przejęła rodzime imprezy muzyczne.

Igor Herbut opowiada o muzyce

Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu

„Przede wszystkim jestem tatą” – mówi Igor Herbut. Wokalista LemON, kompozytor i gwiazda tegorocznego Męskiego Grania opowiada o muzyce jako autoterapii, o szczerości i o tym, jak sześciolatek uczy go patrzeć na świat z zachwytem i ciekawością.

Buslav-Singiel

Buslav wraca z nowym singlem. Chce więcej niż niewiele

"Wiem, że nie wypełnisz tego, czego sobie dać nie mogę. Jeśli będzie miało być to po prostu będzie sobie", śpiewa Buslav w nowym singlu "Nie chcę". Miła dla ucha letnia propozycja, która pod chwytliwą melodią kryje dojrzały przekaz.

Vito Bambino

Umiar w byciu miłym. Vito Bambino o powrocie do Męskiego Grania

Vito Bambino jest jednym z najmilszych chłopaków w branży, ale widzi, że za bycie miłym płaci się cenę. I umie o tym opowiadać.

meskie_granie_1

Zalia, Vito Bambino, Igor Herbut i inni artyści w sesji dla GQ Poland

Igor Herbut, Zalia, Vito Bambino, czyli Orkiestra Męskiego Grania 2026, oraz Ofelia Iga Kreft, Leon Krześniak, Kasia Lins, Tomasz Organek i Smolik w obiektywie Kuby Dąbrowskiego.