PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Muzyka

Co po samcu alfa? Męskość według Nicka Cave'a i Viagra Boys

W tłumie różnej maści wynalazców nowej męskości na skomplikowane czasy, okazuje się, że nie trzeba wymyślać koła na nowo. Wystarczy sięgnąć po prostotę wrażliwości i antymaczystowskiego luzu – tak, jak robią to Viagra Boys i Nick Cave. Nie sądzę jednak, by którykolwiek z nich uważał się za autorytet. Całe szczęście.

Udostępnij

Sebastian Murphy z Viagra Boys podczas festiwalu Open'er 2026

Frontman Viagra Boys, Sebastian Murphy, podczas pierwszego dnia festiwalu Open'er w Gdyni Autor zdjęcia: Karol Makurat/Reporter/East News

Paulina_Januszewska
04.07.2026

Nie sądziłam, że w środku festiwalowej gorączki, dotrę do odświeżającej refleksji nad kondycją współczesnego mężczyzny (albo po prostu człowieczeństwa), ale stało się.

Pomarszczona skóra rocka

Choć tegoroczny Open’erowy line up grał na mocno nostalgicznej nucie, w pokaźnej reprezentacji gitarowych brzmień próżno było szukać świata, z którym około rockowy kalejdoskop gatunków jest kojarzony najbardziej. Nie chodzi mi o to, by ejdżystowsko pastwić się nad starodziaderstwem, które mniej lub bardziej słusznie przypisuje się ciężkiemu graniu. W końcu to nie metryka ma tu znaczenie, tylko mental.

Nie da się jednak przejść obojętnie nad tym, że skazywane już przez wszystkich wiele razy na śmierć punk czy rock mimo swoich wywrotowych korzeni mocno splotły się z toksycznym maskulinizmem. Oczywiście mam tu na myśli dosyć szerokie spektrum, w którym w najlepszym razie pocieszny wychowanek Trójki tłumaczy wyższość swojego muzycznego gustu nad dziewczyńskim popem (i wszystkim innym), a w najgorszym – ultraprzemocowe bożyszcze nie przebiera w używkach i groupies.

Wiem, co zaraz powiecie. Mieliśmy Davida Bowiego i Roba Halforda, którzy rozkruszali ten beton, a kolejne dekady ewolucji gatunkowych, wykształciły całe hurmy wrażliwych chłopaków, którzy po prostu lubią porzępolić struny i nie robią nikomu krzywdy. Ba, nawet w heavy metalu działały siły, które rozsadzały od środka normatywne wyobrażenia o płci i dominacji, a queerowość – jak pisała antropolożka dr Amber Clifford-Napoleone – była faktem, nie zaś mirażem, w przeciwieństwie do migotliwego obrazu męskości uparcie interpretowanego jako rzeczywistość.

Kłopotem rockistowskiego świata nigdy nie była więc sama muzyka, którą wielu tak bardzo chce oddzielić od wszystkiego innego, dość naiwnie przekonując, że na twórczość nie można patrzeć przez pryzmat polityki i społecznych tarć. Problem tkwi w micie, który przykleił się do niej jak druga skóra i przez lata podpowiadał, że wielka sztuka rodzi się z przekraczania siebie, że przemoc jest tylko kolejnym odpałem ekscentrycznego geniusza, a kobiety istnieją głównie po to, by inspirować, zaspokajać chuć albo znikać z kadru.  

W efekcie nie tylko normalizowano konkretne zachowania, ale też zawężano wyobraźnię, wmawiając mężczyznom, jacy powinni być, a wszystkim pozostałym – że nie są godnymi bohaterami tej muzycznej albo jakiejkolwiek historii. A przecież właśnie kultura dostarcza wzorców, z którymi próbujemy się utożsamiać i/lub które prowokują refleksję nad relacjami ze sobą i światem nie tylko u wannabe-rockstar, ale też zwykłego pracownika banku czy warsztatu samochodowego.

Warto więc spojrzeć na to w szerszym kontekście. Nie dlatego, że na siłę szukam połączeń ideowych w muzyce. Sądzę raczej, że może być ona silną, bo pozbawioną publicystycznej dydaktyki przeciwwagą dla monopolizujących dziś wyobrażenia o współczesnej męskości influencerów manosfery i ich naśladowców. W końcu rock i punk od dekad upominają się o niezależność i wyrastają z wolnościowo-równościowych haseł.

Takie też radykalne gesty wykonało dwóch facetów, którzy na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jeden paraduje na scenie z gołym brzuchem, krzyczy coś do mikrofonu o krewetkach, małpach i robakach, drugi od czterdziestu lat ubrany w czarny garniak wygląda jak kaznodzieja końca świata. 

Obaj jednak wywodzą się z tej samej podejrzanej punkowo-rockowej tradycji, w której znaleźli sposób na niebycie dupkiem. Sebastian Murphy i Nick Cave pokazali na Open'erze coś, czego współczesna (pop)kultura desperacko potrzebuje: męskości autentycznej, ludzkiej i takiej, która nie musi pomniejszać kobiet lub kogokolwiek, by istnieć.

Czuły, rewolucyjny smutek

Wprawdzie koncertujący z Bad Seeds książę ciemności ma na swoim koncie pieśni, w których kobiece ciała stawały się ekranem dla męskich obsesji. „Murder Ballads” pozostaje czymś więcej niż literacką zabawą gotycką konwencją. Z dzisiejszej perspektywy trudno nie dostrzec, jak swobodnie romansuje z estetyzacją patriarchalnej przemocy. Wystarczy przypomnieć utwór „Stagger Lee”, gdzie brutalność staje się niemal elementem scenicznego spektaklu, albo „Where the Wild Roses Grow”, w którym zamordowana kobieta istnieje przede wszystkim jako obiekt męskiego spojrzenia. 

Cave nie był w tym zresztą wyjątkiem. Raczej jednym z najwybitniejszych kronikarzy wyobraźni, którą rock przez dekady uznawał za swoją naturalną narrację.

Może właśnie dlatego dzisiejszy, dojrzalszy Cave jest o wiele bardziej niż wtedy przekonującym artystą. Czy się ustatkował i porzucił rockandrollowy temperament? Dwugodzinny koncert na Open'erze był dowodem czegoś odwrotnego. Niemal siedemdziesięcioletni Cave wciąż potrafi stworzyć ze sceny miejsce ekstatycznego uniesienia, które wielu nazwałoby po prostu majestatyczną czarną mszą. Zmieniło się jednak źródło tej energii, która zamiast z triumfalizmu i megalomanii, płynie z gotowości do odsłonięcia własnej bezradności.

Nie sposób oddzielić tej przemiany od osobistych tragedii, które dotknęły Cave’a. Śmierć dwóch synów dawałaby mu pełne prawo do uderzania w moralizatorskie tony, ale wydaje się, że żałoba rozbiła tu figurę wszechwiedzącego rockmana-mędrca. 

Albumy od „Skeleton Tree”, przez „Ghosteen”, aż po „Wild God” (i ich doskonałe, koncertowe, zaprezentowane na festiwalu aranżacje) opowiadają o mężczyźnie, który przestał kontrolować świat i narrację, ale wciąż ma o nich coś interesującego do powiedzenia. To zapis życia po katastrofie, w którym odpowiedzi ustępują miejsca pytaniom, a pewność – czułości okazywanej wobec siebie i innych. W Gdyni zwłaszcza ta druga stała się namacalna. Bliskość, jaką Cave zbudował z co i raz wzruszającą się publicznością jest niepowtarzalna.

Wyciągnięte dłonie, przedłużone spojrzenia i reagujące na „tu i teraz” wypowiedzi pomiędzy utworami – to wszystko sprawiło, że ów dawny kaznodzieja apokalipsy coraz częściej przypomina kogoś, kto nie tyle przemawia z ambony, ile tworzy wspólnotę i staje się jej częścią. Mimo rozbrajającej wrażliwości unika przy tym szantażu emocjonalnego i epatowania cierpieniem. Przekonuje raczej, że w dzisiejszym świecie smutek bywa rewolucyjny, ale jednocześnie wykazuje napawającą optymizmem wolę życia, która chyba najmocniej wybrzmiała w „Joy”. 

Na wzmiankę zasługuje też nowa interpretacja przeboju oryginalnie wykonywanego z PJ Harvey. W Gdyni piosenkę „Henry Lee” Cave zaśpiewał z właścicielką urzekającego głosu Janet Ramus, której właściwie oddał wówczas scenę, nie tracąc przy tym jednaksiebie. Ten gest mówi zresztą więcej o muzyku niż niejedna deklaracja. Nie chodzi o galanteryjne przepuszczenie kobiety przodem ani rycerski odruch, lecz o świadomą rezygnację z pozycji jedynego bohatera spektaklu.

To wygląda jak głębokie zrozumienie dążeń do równości czy feminizmu, które nigdy nie był przecież projektem wymiany jednego wzorca męskości na drugi. Nie chodzi o stworzenie „miłego faceta” jako nowej normy, lecz o rozbrojenie systemu, w którym męskość definiuje się przez władzę nad kimś: kobietą, słabszym mężczyzną, własnym ciałem czy emocjami.

Beka z macho

Sebastian Murphy frontman Viagra Boys wykonuje podobną pracę, tylko używa zupełnie innych narzędzi. Punkową, pochodzącą ze Szwecji grupę początkowo błędnie odczytywano jako kolejną zgraję prymitywnych smalców alfa, podczas gdy ich twórczość jest jedną z najcelniejszych satyr na maczyzm i nieuznający porażek męski perfekcjonizm. 

To wyraźnie słychać w piosenkach. Podmiot liryczny „Sports” kompulsywnie wylicza dyscypliny, samochody, suplementy i markery statusu, bezskutecznie próbując przekonać samego siebie, że z odpowiednio dużą liczbą gadżetów i osiągnięć uda mu się zbudować osobowość. W „Troglodyte” Murphy kpi z biologicznego determinizmu sprzedawanego jako życiowa filozofia, a „Man Made of Meat” rozbraja fantazję o mężczyźnie jako perfekcyjnie zaprojektowanej maszynie.

W wywiadach Murphy wielokrotnie podkreślał, że interesują go postaci, które desperacko próbują wyglądać na silniejsze, mądrzejsze i bardziej kontrolujące sytuację, niż są naprawdę. To dlatego bohaterowie piosenek Viagra Boys tak często przypominają internetowych guru od samodoskonalenia, facetów obsesyjnie liczących kalorie, powtórzenia na siłowni i wzwody

Zespół nie wyśmiewa jednak samej potrzeby dbania o siebie, lecz moment, w którym troska o własne ciało i życie zamienia się w niekończący się konkurs. Murphy zdaje się mówić, że współczesny samiec alfa nie musi już siedzieć w barze i tłuc kufli – może równie dobrze nagrywać podcast o produktywności, biohackingu i „męskiej energii”.

To samo dzieje się na scenie. Murphy nie buduje swojego autorytetu na niedostępności ani fizycznej perfekcji. Spocony, z odsłoniętym, pozbawionym kaloryfera brzuchem, tańczy beztrosko jak ktoś, kto zupełnie nie przejmuje się tym, jak wygląda i odbiera męskości jej najważniejszą walutę – powagę. 

Na całe szczęście nie próbuje być mentorem, który proponuje nowy ideał, bo te nie istnieją. Pokazuje natomiast, że performans udowadniania męskości jest bardziej niż absurdalny. Kiedy więc w Gdyni próbował robić pompki na scenie, musiało się to skończyć deklaracją: „wymiękam i teraz będę śpiewał, leżąc i dysząc do mikrofonu”. W ustach większości rockowych frontmanów byłby to żart, natychmiast skontrował jakimś scenicznym, nadludzkim wyczynem. U Murphy’ego zabrzmiało jak manifest przeciwko obowiązkowi nieustannego udowadniania swojej sprawności.

Co ciekawe, Murphy często mówi też o własnych słabościach z rozbrajającą szczerością, dzięki czemu odmawia bycia nieomylnym liderem albo stojącym ponad tłumem oświeconym outsiderem. Opowiada o uzależnieniach, lękach i momentach życiowego chaosu bez budowania wokół nich romantycznej legendy. To ważna różnica wobec tradycyjnego rockowego etosu, który przez lata zamieniał autodestrukcję w dowód artystycznej wyjątkowości. 

W świecie Viagra Boys słabość nie jest ani powodem do dumy, ani do wstydu – jest po prostu częścią ludzkiego doświadczenia, a także pretekstem do tworzenia starego dobrego punka – muzyki jednocześnie brudnej, tanecznej i momentami zaskakująco wyrafinowanej. Motoryczne riffy, pulsujący groove i kompletnie odjechany saksofon Oskara Carlsa (tak, piszę to jako zagorzała przeciwniczka tego instrumentu) brzmią tak dobrze, że czekam na kolejny koncert, choć na żywo Viagra Boys widziałam już kilka razy.

Do teraz zastanawiam się też, jak zupełnie różne przecież występy Cave'a i Viagra Boys tak dobrze ze sobą rezonowały i spuszczały powietrze z męskiego nadęcia. Jeden rozmontował mit rockowego patriarchy prawdziwymi łzami, drugi wysadził go w powietrze śmiechem. Obaj pokazali, że wartość mężczyzny mierzona zdolnością do panowania nad rzeczywistością zwyczajnie nie ma sensu. 

To szczególnie wyraźny kontrapunkt wobec kultury , która niezależnie od gatunku wciąż nagradza podobne fantazje. Cave i Murphy nie wypierają się jednak swoich korzeni i męskości. Odrzucają uprzedmiotowienie i pokazują, że prawdziwa siła zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba nieustannego nią epatowania. 

 

Doświadczenie prawdziwej męskości i muzyki na żywo było możliwe dzięki zaproszeniu od Alter Alt, organizatora festiwalu Open’er.

Paulina_Januszewska

Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.

Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.

Czytaj więcej

GettyImages-2279888878

Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?

Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.

Smolik w sesji dla GQ Poland

Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo

– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.

Andrea Bocelli koncert 2026

Andrea Bocelli zaśpiewał na Placu Świętego Marka w Wenecji. Pokazał, że wszystko zaczyna się od odwagi, by zmienić własną historię

Wenecja to Włochy w pigułce. Miasto zbudowane na wodzie, pełne pałaców, mostów i legend sprzed setek lat. Wydaje się miejscem, w którym czas płynie inaczej. Ale właśnie tu, gdzie przeszłość mówi do nas bogactwem sztuki na każdym kroku – usłyszałam ciekawą opowieść o przyszłości. Nie o sztucznej inteligencji. Nie o cyfryzacji. Nawet nie o technologii. Opowieść zmianie, do której prowadzą determinacja, odwaga i wiara we własne możliwości. Wyśpiewał ją sam Andrea Bocelli.

ARTYKUŁ PARTNERSKI Vito Bambino gwiazdą festiwalu Erste Letnie Brzmienia 2026

Rusza Erste Letnie Brzmienia 2026. Kogo usłyszymy w aż pięciu polskich miastach?

Jest taki moment w lecie, który trudno dokładnie nazwać. Miasto trochę zwalnia, światło robi się miękkie, a dźwięki niosą się dalej niż zwykle. Siedzisz gdzieś na trawie albo stoisz pod sceną i nagle łapiesz się na tym, że wszystko się zgadza.

Te płyty usłyszymy na polskich festiwalach w 2026 roku

Soundtrack lata 2026. Te płyty usłyszysz na koncertach w Polsce

Festiwale to świetna okazja do usłyszenia premierowych albumów na żywo. Do jakich płyt będziemy tańczyć? Przy których utworach się wzruszać? Oto muzyka, która w tym sezonie przejęła rodzime imprezy muzyczne.

Igor Herbut opowiada o muzyce

Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu

„Przede wszystkim jestem tatą” – mówi Igor Herbut. Wokalista LemON, kompozytor i gwiazda tegorocznego Męskiego Grania opowiada o muzyce jako autoterapii, o szczerości i o tym, jak sześciolatek uczy go patrzeć na świat z zachwytem i ciekawością.

Buslav-Singiel

Buslav wraca z nowym singlem. Chce więcej niż niewiele

"Wiem, że nie wypełnisz tego, czego sobie dać nie mogę. Jeśli będzie miało być to po prostu będzie sobie", śpiewa Buslav w nowym singlu "Nie chcę". Miła dla ucha letnia propozycja, która pod chwytliwą melodią kryje dojrzały przekaz.

Vito Bambino

Umiar w byciu miłym. Vito Bambino o powrocie do Męskiego Grania

Vito Bambino jest jednym z najmilszych chłopaków w branży, ale widzi, że za bycie miłym płaci się cenę. I umie o tym opowiadać.