PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Aleksander Kwaśniewski. Bez rozlewu krwi

O miłości, wojnie i sztuce kompromisu z Aleksandrem Kwaśniewskim rozmawia Oliwier Starczewski.

Udostępnij

Aleksander Kwaśniewski. Bez rozlewu krwi

Prezydent Aleksander Kwaśniewski w sesji do GQ Poland Autor zdjęcia: Rafał Milach

Oliwier Starczewski
15.02.2026

Godzinę po oblanym egzaminie na prawo jazdy odbieram telefon. Redaktor naczelny GQ Poland dzwoni. Pyta, czy chciałbym zrobić wywiad z prezydentem. Z którym? Pytam. Z najlepszym.

Do tej pory nagrywałem osobiste komentarze o polityce, a tu nagle poważny wywiad, pierwszy w moim życiu, od razu dla prestiżowego magazynu i z takim rozmówcą. Spore ryzyko dla redakcji, skok na głęboką wodę dla mnie. „Muszę to zrobić” – odpowiedziałem. Niedługo później usiedliśmy naprzeciwko siebie. Aleksander Kwaśniewski i ja.

On 10 lat pełnił tę funkcję i wciąż jest jedyny, który wygrał wybory prezydenckie w pierwszej turze i wzbudzał powszechny szacunek. I tak jest do dziś. Ja mam 18 lat i nie pamiętam tej prezydentury. Nie było mnie jeszcze na świecie wtedy. Ale to właśnie ludzie tacy jak on stworzyli rzeczywistość, którą odziedziczyło moje pokolenie.

Panie prezydencie, jaki był najważniejszy dzień w pana życiu?

Kiedy to oceniam z perspektywy lat, chyba ten, kiedy się ożeniłem. Z kolei zawodowo to wygrane wybory prezydenckie i wszystko, co nastąpiło później: inauguracja prezydencka, rozpoczęcie pracy. To jest coś zupełnie niepowtarzalnego.

Czyli z perspektywy czasu ocenia pan, że to rodzina jest najważniejsza?

Tak. Uważam, że rodzina jest potrzebna, także w działalności, którą ja prowadziłem, czyli politycznej. Polityka jest niezwykle stresująca, zmienna, nieprzewidywalna i każdy potrzebuje stałych punktów odniesienia. Takim punktem jest rodzina. Dzięki rodzinie jest dokąd wracać i dzięki niej można wysłuchać uczciwych opinii, a o takie nie jest łatwo w życiu polityka. Bardzo sobie ceniłem, że mogłem wrócić do domu i usłyszeć, co sądzą o mojej pracy żona i nastoletnia córka, która też miała już swoje zdanie. I choć często się z nimi nie zgadzałem, to jednak otrzymywałem poważny sygnał, żeby wziąć pod uwagę inny punkt widzenia. Uważam, że polityk, który posiada ten rodzinny grunt, jest lepszym politykiem niż taki bez rodziny. I nie czynię tu do nikogo żadnej aluzji.

Czterdzieści sześć lat małżeństwa oznacza, że za cztery lata prezydent Nawrocki pogratuluje wam złotych godów.

Zgodnie z ustawą powinniśmy otrzymać odznaczenia za długie pożycie małżeńskie. Jednak prezydent Nawrocki prowadzi teraz bardzo swoistą politykę odznaczeniową, jednych odznacza, innych nie chce, więc żadnej pewności nie mam.

Jako młody mężczyzna nie miał pan zbyt wiele czasu dla rodziny.

Na początku musiałem powalczyć o moją przyszłą żonę – miała chłopaka, więc nie było to takie proste. Poświęciłem temu sporo czasu i wysiłku. Później, kiedy już staliśmy się małżeństwem, przeprowadziliśmy się do Warszawy. Zacząłem pracę zawodową, moja żona również, więc ze znalezieniem wolnego czasu bywało różnie.

Ukułem sobie tezę, iż udane małżeństwo polega na tym, że mężczyzna nie narzuca się ze swoją obecnością. W latach 80. rzeczywiście ja się zbytnio w domu sobą nie narzucałem. Miałem wiele obowiązków, ale starałem się to odrobić w okresie prezydentury. To był czas, kiedy byliśmy bardzo blisko. Mieszkaliśmy w pałacu, wyjeżdżaliśmy wspólnie. Teraz to wszystko jest zupełnie naturalne. Jesteśmy blisko, ale jednocześnie szanujemy pewne strefy wolności, które musi każdy człowiek mieć, żeby bliskość nie oznaczała „pressingu na całym boisku”. Mamy przestrzeń na własne hobby i znajomości. Cieszę się, kiedy żona wychodzi na spotkanie z koleżankami, a ona nie ma pretensji, gdy ja oglądam mecz piłki nożnej.

Zyskał pan opinię polityka koncyliacyjnego, a małżeństwo to sztuka kompromisu. W życiu prywatnym kierował się pan tymi samymi zasadami co w polityce?

Kompromis to słowo, które w Polsce ma nienajlepsze konotacje, a niesłusznie. Kompromis kojarzy się Polakom z czymś zgniłym i niedobrym. A ja twierdzę, że to jest fundamentalna wartość, która umożliwiła ludzkości przetrwanie.

Gdybyśmy wszyscy od początku byli bezkompromisowi, to wyrżnęlibyśmy się już ładnych parę tysięcy lat temu. Z ludźmi trzeba rozmawiać. Trzeba zrozumieć drugą osobę, jej interesy i wrażliwość. Dopiero kiedy się rozmawia, można zrozumieć odmienne racje. Jak się rozumie różne racje, pojawia się przestrzeń do porozumienia na rzecz wspólnego dobra. Kompromis w małżeństwie i polityce jest konieczny. Trzeba przywrócić jego znaczenie jako mądrości, a nie porażki.

Brakuje tej mądrości dzisiaj w Polsce?

Brakuje nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Poszliśmy w stronę walki i to jest bardzo niebezpieczne. Myślenie w kategoriach „wszystko musi być takie, jak chcę, a kto uważa inaczej, jest moim wrogiem” polaryzuje społeczeństwo i jest źródłem wielu konfliktów. Od konfliktów do wojen jest krótka droga.

Uczestniczył pan w obradach okrągłego stołu, który jest symbolem dialogu i kompromisu. Dziś moje pokolenie żyje w świecie, gdzie kompromis to oznaka słabości. Czy taką Polskę chciał nam pan zostawić?

Nie, ale mam nadzieję, że jeszcze się wszyscy ockniemy. Okrągły stół doprowadził do rzeczy niesłychanej. Dla pańskiego pokolenia to prehistoria. Wtedy przez dwa miesiące, bez rozlewu krwi, drogą ewolucyjną, doprowadziliśmy do prawdziwej rewolucji, która zmieniła ustrój polityczny, przyniosła Polsce suwerenność, zmieniła system gospodarczy, bo staliśmy się gospodarką wolnorynkową, w czego konsekwencji weszliśmy do Unii Europejskiej. I to wszystko udało się bez jednego wystrzału.

Teraz po latach mówi się, że ileś tam rzeczy można było zrobić lepiej. Naturalnie, można było, tylko że wtedy nikt z nas tego nie wiedział. Byliśmy przecież pionierami. Pierwsi w świecie zdobyliśmy się na taki eksperyment. To jest metoda warta powtarzania od czasu do czasu. Dzisiaj w obliczu polaryzacji, której nie potrafimy przezwyciężyć, znowu pojawiła się na to przestrzeń, znów moglibyśmy zorganizować okrągły stół choćby po to, żeby porozmawiać o wymiarze sprawiedliwości.

Co pan jako były minister ds. młodzieży doradziłby politykom?

Żeby otworzyli partię ukierunkowaną na młodych ludzi. To jest coś nienormalnego, że już od tylu dekad rządzą nami ci sami, starsi politycy. Istnieją młodzieżowe organizacje, NGOsy i bardzo bym zachęcał, by tam otworzyć miejsce kontaktu z młodymi ludźmi. Nie powinno chodzić o etykiety partyjne, tylko o problemy do rozwiązania. Zresztą są takie inicjatywy, niektóre dość skrajne, np. ten ruch ekologiczny. Może niekoniecznie trzeba rozwiązań tak radykalnych, niekoniecznie od razu trzeba przyklejać się do asfaltu, ale trzeba rozmawiać o ważnych problemach.

Demografię mamy taką, że większość wyborców to są ludzie po pięćdziesiątce. Czy politykom opłaca się zainteresowanie młodzieżą?

Musi się opłacać. Ci, co mają 50 lat, za chwilę będą mieli 70, jakaś zmiana musi następować. Współpracuję blisko z Uzbekistanem, tam wyborców do 30. roku życia jest 60 proc. Więc oczywiście ich głos i ich protesty znaczą dużo, dużo więcej. W Polsce mamy za to taką przewagę, że młode pokolenie jest dobrze wykształcone, więc ten jego głos jest ważny. Trzeba jedynie się do niego przebić.

W wyborach prezydenckich wyborcy do 21. roku życia zagłosowali na Mentzena i Zandberga. Gdyby to zależało od młodych, to właśnie ci dwaj znaleźliby się w drugiej turze. 

Młodzi ludzie zawsze są w kontrze wobec zastanego porządku, więc to nie jest żadne zaskoczenie. Zawsze tak było. Pytanie, jak długo te partie będą utrzymywać poparcie młodych ludzi i czy będą reprezentować ich poglądy. Słyszę, że młode kobiety głosują na Mentzena i na Konfederację, chociaż te ugrupowania propagują taki model rodziny, w którym kobieta rodzi mnóstwo dzieci, nie odzywa się zbyt często i nie ma własnych pieniędzy, tylko jest utrzymywana przez męża. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tym kobietom, młodym dziewczynom, które sprzyjają Konfederacji, taki sposób myślenia odpowiada. Wydaje mi się, że nie.

Na Konfederację głosują głównie młodzi mężczyźni. Co ich przyciąga do tej partii?

Maczyzm. Świat jest dziś zagmatwany, więc naturalną potrzebą jest poszukiwanie kogoś, kto ma na wszystko gotową odpowiedź. Przykładem absolutnie skrajnym są Stany Zjednoczone. Na fali populizmu zbudował swoją pozycję Donald Trump, który świetnie odnalazł się w serwowaniu ludziom prostych odpowiedzi na skomplikowane problemy. On jest od urodzenia samcem alfa i to się ludziom podoba. Moim zdaniem to błędna droga. Jeśli ktoś mówi, że zna wszystkie rozwiązania, to nie znaczy, że je zna, ale często sam staje się problemem.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski w obiektywie Rafała Milacha

Prezydent Aleksander Kwaśniewski Autor zdjęcia: Rafał Milach

Gdyby dzisiaj był pan znowu młodym chłopakiem, wszedłby pan do polityki?

Pewnie tak. Nie oceniam świata polityki aż tak źle, żebym uznawał, że całe moje życie nie miało sensu. Polityka jest interesująca i może przynieść realną sprawczość. Nie wykluczam, że gdybym dzisiaj miał ponownie 20 lat – szkoda, że tego nie da się zrobić – wszedłbym do tego świata.

Gdyby jednak dało się to zrobić, jakie byłyby pańskie życiowe i polityczne wybory? 

Moje życie jest wyjątkowo udane. Osiągnąłem niezwykle dużo zarówno w życiu prywatnym, jak i polityce. Zdobyłem szacunek wśród ludzi, którym cieszę się do dzisiaj. Gdy zastanawiam się, co mógłbym zmienić, to obawiam się, że na moje pretensje czy żale pan Bóg – zakładając, że tam na górze jest – powiedziałby po prostu: „Chłopie, co ty narzekasz, tobie się akurat wszystko udało”. Miałem oczywiście kilka zakrętów, kiedy życie mogło potoczyć się inaczej. 

W „Przypadku” Kieślowskiego młody Linda gra bohatera, którego losy układają się zupełnie inaczej w zależności od tego, czy wsiada do pociągu, czy jednak się spóźnia. Ja też miałem kilka takich momentów. Mój wuj, który zmarł w tym roku, dożywając 102 lat, był wybitnym architektem i bardzo chciał, żebym poszedł w jego ślady. Podjąłem więc pewne wysiłki, uczyłem się rysunku, zdawałem na architekturę na Politechnice Gdańskiej, ale na szczęście rysowałem chyba nienajlepiej i nie dostałem się. Czy byłbym dobrym architektem? Trudno powiedzieć. W jakimś sensie architektem i tak zostałem, bo polityka to też jest jakiś rodzaj architektury, tylko w innym wymiarze.

Drugi taki moment nadszedł, kiedy w 1976 roku wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Przewoziliśmy z kolegą samochody z jednego wybrzeża na drugie. To były trzy miesiące, które traktuję jako wielki uniwersytet życia. To był zresztą najlepszy czas Ameryki, nigdy później już taka fajna nie była. Mogłem tam wówczas zostać na stałe. Jakby się wówczas potoczyło moje życie

Prezydentem by pan nie został. 

Zgodnie z amerykańską konstytucją nie mógłbym.

Dobrze pan wspomina tę podróż? 

Mieliśmy po 21 lat, a typowy dla tego wieku brak wyobraźni okazał się atutem, ponieważ gdyby człowiek wyobrażał sobie wszystkie problemy, to by się nie odważył. Polecieliśmy do Nowego Jorku, znając tylko jeden adres na Greenpoincie, niezwykle smutnej wtedy dzielnicy. Ktoś nam powiedział, że agencja ubezpieczeniowa szuka kierowców do odprowadzania samochodów na długie dystanse. Trafiliśmy tam na przyzwoitych ludzi. Nie bali się zaufać chłopakom z Polski.

Urzędnik zapytał nas tylko, czy w Polsce są samochody, więc obrażeni odpowiedzieliśmy, że naturalnie. Wtedy on zapytał, czy mają automatyczną skrzynię biegów. Bezczelnie odpowiedzieliśmy, że tak, choć nigdy takiego samochodu nie widzieliśmy na oczy. Trzecie pytanie dotyczyło trasy. Jak daleko możemy pojechać. Spojrzałem na mapę. Los Angeles! Mój kolega rzucił się na mnie: „Co ci przyszło do głowy?”. A ja na to, że na razie nie ma samochodu, więc nie ma co się przejmować. Minęły dwa dni, zadzwonili, że jest samochód z Long Island do Los Angeles.

Chcieli sprawdzić, jak prowadzę, a ja nie miałem zielonego pojęcia, jak działa automatyczna skrzynia. Ale patrzę, są tylko dwa pedały, myślę: „Gaz, hamulec – łatwizna”. Ruszyliśmy. Nie wiedziałem, co to jest naprawdę wspomaganie kierownicy. W Fiacie 125p mojego taty o takiej opcji można było pomarzyć. Dojeżdżam do znaku „stop”, naciskam hamulec, a właściciel obiema rękami ląduje na przedniej szybie! Byłem przekonany, że to koniec, ale okazało się, że był Estończykiem i uznał, że Polakom trzeba dać szansę.
I tak prowadziliśmy samochody z jednego krańca Ameryki na drugi. Odwiedziliśmy ponad 30 stanów, mimo że prawie nie mówiliśmy po angielsku. W drodze uczyliśmy się języka. Wszystko zrobiliśmy na czas, nie było żadnych wypadków.

Żadnej rysy?

Absolutnie. Ameryka była wtedy niezwykle przyjazna. Polska była dla nich jakimś egzotycznym krajem, nieznanym, ale byli dla nas bardzo otwarci. Zagadywali na stacjach benzynowych. Pytali, gdzie będziemy nocować. Bywało, że spaliśmy w samochodzie, a oni wtedy zapraszali nas do siebie. Nakarmili, pozwolili zrobić pranie i je wysuszyć. To było wielkie doświadczenie samodzielności i zaradności. Niedawno byliśmy z żoną w Nowym Jorku i Miami. Mówię do żony, że sam na siebie patrzę z podziwem, bo przecież myśmy jeździli po tym Nowym Jorku bez GPS. Mieliśmy tylko papierową mapę. Dzisiaj miałbym gęsią skórkę, wtedy brak wyobraźni naprawdę był nam pomocą.

Aleksander Kwaśniewski w sesji dla GQ Poland

Aleksander Kwaśniewski to jedyny prezydent III RP, który wygrał wybory w pierwszej turze Autor zdjęcia: Rafał Milach

Czy podróże na Zachód w czasach PRL o zamkniętych granicach zmieniły pańską perspektywę?

Ogromnie. Nie sposób było później wierzyć w tę propagandę, że to Związek Radziecki jest najlepszym modelem państwa, ani że realny socjalizm rozwiązuje ludzkie problemy. Widzieliśmy, jak to wygląda w świecie demokracji i wolnego rynku. W Londynie mieszkałem u Polaka pracującego w fabryce Rovera. Mieszkał w bliźniaku, miał ogródek i samochód. Wiedziałem, na jaki standard życia mógł wtedy liczyć robotnik w Polsce.

Kiedy zrozumiał pan, że trzeba Polskę liberalizować?

Studiowałem na Uniwersytecie Gdańskim, a miasta portowe są bardzo otwarte, mają kontakty ze światem. Moi profesorowie byli przekonani, że system wymaga zmian. Jedynym ograniczeniem była geopolityka: Związek Radziecki i blok wschodni. O reformowaniu mogliśmy myśleć tylko w tych wąskich ramach.

Wasze pokolenie walczyło o otworzenie się na demokrację, czy moje pokolenie będzie musiało walczyć o jej utrzymanie?

Obawiam się, że tak. Zagrożenie dla tradycyjnej demokracji jest bardzo duże. Nie możecie bronić demokracji pod hasłem powrotu do tego, co było. Trzeba szukać nowych form, nie tracąc z oczu głównych wartości. Demokracja to wybór większości i zgoda na decyzje większości. A także szacunek dla mniejszości, praw człowieka i odrębności. Musicie mocno zastanowić się nad tym, jak demokracja będzie wyglądała w nowych warunkach geopolitycznych. Sztuczna inteligencja może być w tym pomocna, ale z drugiej strony jej wpływ na rząd dusz może budzić nowe zagrożenia. Nowe technologie powinny prowadzić np. do jak najszerszego wykorzystywania instytucji referendum. Musimy włączać ludzi w procesy podejmowania decyzji, a później te decyzje szanować. Dzięki temu obywatele przestaną mieć wrażenie, że na nic nie mają wpływu.

Brał pan udział w ostatnim referendum?

No nie... ale wie pan, polskie referenda poza konstytucyjnym i tym o Unii Europejskiej nie miały większego sensu. To ostatnie, proponowane przez PiS, było częścią ich kampanii wyborczej. Istnieją jednak pytania, które należy zadawać. Na przykład czy organizować igrzyska olimpijskie? Albo czy będziemy w naszym mieście budować szkołę, czy jednak ośrodek opieki dla osób w podeszłym wieku? Politycy będą się oburzać na wzrost znaczenia demokracji bezpośredniej, ale w końcu zrozumieją, że im więcej ludzi bierze udział w podejmowaniu decyzji, tym lepiej, bo przyjmują na siebie odpowiedzialność.

Czy gdyby dziś zaczynał pan karierę, stawiałby pan taki postulat?

Byłby jednym z najważniejszych. Upowszechnienie demokracji obywatelskiej, udział obywateli w decyzjach. Trzeba stworzyć wiarygodny i bezpieczny mechanizm referendalny, bo dzięki temu wiele gorących kwestii można by tak rozstrzygnąć. Na przykład kwestię małżeństw partnerskich. Warto zapytać o to ludzi. Zaskoczyli mnie Szwajcarzy, bo to konserwatywne społeczeństwo, ale w referendum dotyczącym małżeństw homoseksualnych i adopcji dzieci prawie 60 proc. odpowiedziało „tak” na oba pytania.

W Szwajcarii społeczeństwo jest bardzo świadome, w Polsce dobrze sprzedaje się rosyjska propaganda. 

Nie ma w tej chwili kraju wolnego od manipulacji informacyjnych. To jest wielki problem, bo obrona przed kłamstwem jest niezwykle trudna. Bardzo liczę na to, że wasze pokolenie, które jest biegłe w korzystaniu z nowych technologii, znajdzie jakieś rozwiązania, by skutecznie rozpoznawać, co jest w sieci fałszem, a co prawdą. Dam przykład z własnego doświadczenia. Parę miesięcy temu sekretariat byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki zadzwonił, że polityk chciałby ze mną porozmawiać na Zoomie. Rozmowa trwała z pół godziny. Nie powiedziałem nic, czego bym się wstydził, ale po paru tygodniach okazało się, że to był fejk zorganizowany przez rosyjskich speców od internetu. Na ekranie widziałem Poroszenkę i słyszałem jego głos. Znam go, spotkaliśmy się z 50 razy, znam jego poczucie humoru. I nie byłem w stanie rozpoznać oszustwa. Żyjemy w nieustannym zagrożeniu. Jak z tego wybrnąć? Ja liczę na was, młodych.

Czy to na pewno była fejkowa rozmowa?

Oczywiście. Rosjanie się tym pochwalili. Wkręcili zresztą nie tylko mnie, lecz także Radosława Sikorskiego i Emmanuela Macrona.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski wywiad i sesja GQ Poland

Aleksander Kwaśniewski był Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej przez dwie kadencje, w latach 1995–2005 Autor zdjęcia: Rafał Milach

Żyjemy w niepewnych czasach. Od działań Trumpa po wojnę na Ukrainie. Jakie są konsekwencje życia w tej niepewności?

Historia ludzkości składa się z wojen, nieszczęść i konfliktów. Okresów „złotych”, szczęśliwych, było niewiele. Wszystkie pokolenia są wystawiane na próby i łatwego życia nikt nigdy nie ma. W obecnych czasach niepokój budzi tempo zmian. Silnik parowy zmieniał gospodarkę przez sto lat, internet zmieniał przez dziesięć, a AI zmieniło świat w niespełna rok. Zmiany są szybkie, a konsekwencje są głębokie. To budzi niepokój. Ludzie nie mają czasu, by zaadaptować się w nowej rzeczywistości. Stąd frustracje, stany depresyjne, wysoki poziom samobójstw.

Sport jest lekarstwem na depresję, uprawia pan jeszcze sport?

Jeżdżę na nartach, pływam, chodzę do gymu, spaceruję. Staram się być aktywny, ale już nie na poziomie wyczynowym.

Kiedyś trenował pan lekkoatletykę.

To było dawno temu. Lekkoatletyka była piękna. Biegałem na setkę i na dwieście metrów, ale musiałem przerwać karierę, kiedy złamałem nogę. Sporo grałem w tenisa, dopóki nie musiałem poddać się operacji kręgosłupa. Teraz moim ulubionym jest narciarstwo. To piękny sport, a ja mimo operacji kolana jeżdżę na nartach całkiem dobrze.

Jeździł pan z prezydentem Dudą?

Nie, ale wiem, że prezydent Duda jest zapalonym narciarzem. Kiedy się z nim rozmawia o nartach, okazuje się, że to zupełnie inny człowiek, pełny emocji. No i on naprawdę dobrze jeździ.

Sport przydaje się w polityce?

Jest pomocny. Daje znakomite odprężenie psychiczne. Na przykład grając w tenisa czy jeżdżąc na nartach, musisz się naprawdę skoncentrować. Przez te parę godzin nie myślisz o niczym innym. Jeśli zaczniesz myśleć o robocie – leżysz albo przegrywasz kolejne piłki.

Bieganie się nie sprawdza, bo kiedy już wyregulujesz oddech, w głowie zaczyna ci się wyświetlać ten film zmartwień. Najmniej odpoczywa się w czasie pływania w basenie, bo to jest nudne i myślisz o robocie.

Sport wzmacnia wspólnotę?

Oczywiście. To całkowicie naturalne, że wspólnie cieszymy się, gdy wygrywają rodacy.

Problemem jest hejt, kiedy nie zwyciężają. Z Igi Świątek powinniśmy być dumni. Ze sportem jest tak, że raz się wygrywa, a raz przegrywa. Hejt, który ona osobiście bardzo przeżywa, jest absolutnie nieakceptowalny. Kiedy hejtowano Roberta Kubicę, można było odnieść wrażenie, że każdy, kto ma prawo jazdy, ścigałby się w F1 lepiej od niego. Albo hejt na Małysza! Daję gwarancję, że 99 proc. ludzi miałoby zawał, gdyby tylko stanęło na szczycie skoczni.

Powinniśmy się cieszyć sukcesami innych ludzi. To w Polsce nie jest takie oczywiste. Sukces wymaga szacunku, bo jest okupiony talentem i ciężką pracą. Nie przychodzi przypadkowo.

Pan może się cieszyć ze swojego sukcesu, 20 lat minęło od pańskiej prezydentury, a wciąż budzi pan ogromne zainteresowanie. Jak się panu udało tak dobrze zestarzeć?

Dobrze się zestarzeć – dobre określenie. Trzeba było wykonać swoją robotę tak, jak trzeba. Starać się robić rzeczy dobre, a nie złe. Nie krzywdzić ludzi. Wciągać ich do różnych działań, żeby mieli poczucie współautorstwa. Jeżeli człowiek jest życzliwy, to się lepiej starzeje, bo ta jego gęba jest mniej zaciekła. Niektórzy źle się starzeją, dlatego że jest w nich za wiele żółci, złości.

Lubi pan życie byłego prezydenta?

Wszystko ma swój początek i koniec. Nie możesz mieć życia byłego prezydenta, nie będąc wcześniej prezydentem. Kiedy jesteś prezydentem, stajesz się reżyserem, scenarzystą i głównym aktorem wydarzeń. Masz wszystkie instrumenty wpływu. Kiedy zostajesz byłym prezydentem, stajesz się jakby dekoracją. Trzeba to rozumieć jako nowe zadanie, nową rolę do odegrania. Ja dziś czerpię satysfakcję z roli byłego prezydenta. Mogę spotykać się z ludźmi, pisać artykuły, doradzać, a przy okazji zarobić parę groszy. Dlatego w najmniejszym stopniu nie zobaczycie we mnie frustracji. Raczej zadowolenie, satysfakcję i optymizm.

Czy istnieje jeszcze szansa na prezydenta wszystkich Polaków?

W tej sytuacji, jaką mamy – nie. W Polsce obowiązuje zasada polaryzacji, w której trudno znaleźć kogoś, kto będzie wszystkich łączył. Boleję nad tym. Od prezydenta należy oczekiwać, że będzie dla wszystkich łącznikiem i moderatorem. Niestety, nie widzę dzisiaj szansy na taką prezydenturę. Obecny prezydent nakręca spiralę polaryzacji. W konstytucyjnym zamyśle prezydent miał być arbitrem, moderatorem, człowiekiem niepartyjnym, który potrafi rozmawiać z jednymi i drugimi, szukając najlepszych rozwiązań. Boleję, że od tego odeszliśmy.

Prezydentem wszystkich Polaków być się nie da, bo zawsze będą jacyś niezadowoleni, ale starać się trzeba. Polaryzacja ogranicza kapitał społeczny. Jeżeli ma się do dyspozycji prezydenta wszystkich Polaków, można wykorzystać około 80 proc. naszego wspólnego kapitału. Kiedy społeczeństwo jest spolaryzowane, nie ma szansy, żeby wykorzystać więcej niż 50 proc. Połowa jest zaangażowana, ale druga jest obrażona lub wykluczona. A to w trudnych momentach może być dla Polski poważnym osłabieniem. Dlatego chciałbym, żeby prezydent starał się być prezydentem wszystkich Polaków.

Skoro nie ma ucieczki przed polaryzacją, czy mamy się obawiać przemocy?

Jeżeli politycy nie przesadzą, konfrontacji fizycznej unikniemy. Zagrożenie ze strony Rosji może być czynnikiem, który osłabi tę polaryzację. Liczę na to, że w obliczu zagrożenia nastąpi otrzeźwienie. Rok 2026 to będzie pierwszy rok bez wyborów, które zawsze podnoszą temperaturę sporu. Chciałbym, by zarówno prezydent Nawrocki, jak i premier Tusk wzięli zimny prysznic i spróbowali w kwestiach zasadniczych nawiązać dialog. Ale szansy na to na razie nie widać.

I jeszcze pytanie: czy moje pokolenie będzie musiało stanąć do walki z bronią w ręku?

Nie jesteście pierwszym pokoleniem, które musi być gotowe. Niestety, ryzyko i zagrożenie dziś jest większe niż 20 lat temu. Ale też nie należy żyć w przekonaniu, że wojna musi się zdarzyć, bo nie musi.

Wywiad oryginalnie ukazał się w drugim numerze GQ Poland.

Aleksander Kwaśniewski jest gościem pierwszego odcinka wideo podcastu „Między Pokoleniami” Oliwiera Starczewskiego. Do obejrzenia i przesłuchania poniżej!

Więcej w tym temacie:

Oliwier Starczewski

Publicysta i dziennikarz młodego pokolenia, związany z GQ Poland. W swoich mediach społecznościowych komentuje politykę z perspektywy generacji, która odziedziczy skutki dzisiejszych decyzji. Autor podcastu Między Pokoleniami – rozmów, w których doświadczenie i wpływ spotykają się z pytaniami o przyszłość. Wierzy, że perspektywa młodych ludzi w debacie publicznej jest niezbędna.

Czytaj więcej

Borja Iglesias

Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias

„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.