Smutek jest sexy. Marcin Maciejczak o dojrzewaniu w blasku reflektorów
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Smutek jest sexy. Marcin Maciejczak o dojrzewaniu w blasku reflektorów
Marcin Maciejczak redefiniuje, co dziś znaczy być młodym mężczyzną w muzyce – intymnym, stylistycznie niepokornym i kompletnie niewzruszonym tym, co wypada. W jego głosie jest tyle samo odwagi, co czułości.
Udostępnij

Produkcja: OFF THE RECORD Autor zdjęcia: Jan Wasiuchnik
Jeszcze kilka lat temu odgrywał koncerty Ariany Grande, z projektorem ustawionym na półce w pokoju w rodzinnym Bartochowie. Dziś jego głos wypełnia już nie cztery ściany, lecz kluby, festiwale i playlisty, a on sam ma za sobą więcej doświadczeń, niż przewiduje jakikolwiek podręcznik dorastania. Marcin Maciejczak, który w wieku 13 lat wygrał „The Voice Kids” i błyskawicznie stał się jednym z najbardziej charakterystycznych głosów młodego pokolenia, przeszedł drogę od nieśmiałego nastolatka do artysty świadomego własnego stylu i emocji. A także ceny, jaką płaci się za widoczność.
Jest w Marcinie coś z melancholijnego romantyka, coś z performera i z dziecka, które musiało zbyt szybko dorosnąć. W rozmowie wraca do napędzającego go mroku i wolności, którą dało mu przejście do niezależnej wytwórni Off The Record. W 2025 roku pod tym labelem wydał dwie płyty, „Destroy Me, Today” i „8 piosenek o miłości”. Ta druga powstawała zaledwie w trzy miesiące. – Był to czas bardzo intensywny! Choć jednocześnie naprawdę beztroski, szczęśliwy i radosny. Może dlatego w albumie jest tak mało smutku? – zastanawia się podczas naszego spotkania.
Rozmawiamy w ważnym dla niego momencie. Niebawem skończy 20 lat. Choć wciąż szuka swojego miejsca, jedno jest pewne: to dopiero prolog. Ciąg dalszy jego kariery dopiero zaczyna rozgrywać się na naszych oczach.
Pamiętasz, jak to jest nie być na świeczniku?
To zabawne, ale zawsze wysuwano mnie na pierwszy plan. W szkole podstawowej byłem jedyną osobą, która śpiewała na wszystkich apelach, dożynkach czy Dniach Matki. Regularnie brałem też udział w konkursach i festiwalach muzycznych. Co ciekawe, nie zawsze stawałem na podium, bo moje pierwsze porażki właśnie tam się zdarzały. Ale zdarzało mi się też wygrać. Jednak nie lubiłem chwalić się swoimi osiągnięciami. Pamiętam, że pani od muzyki zawsze się śmiała, że o moich sukcesach dowiadywała się pocztą pantoflową.
Czyli łatwo wszedłeś w buty gwiazdy?
Nie! (śmiech) Moje życie zmieniło się o 180 stopni, ale nie tak, jak sobie to wyobrażałem. Od małego wizualizowałem sobie, jak by mogło wyglądać moje życie na scenie. Oczywiście było to tylko w sferze marzeń. W końcu poprosiłem tatę, żeby kupił mi projektor. Zacząłem odtwarzać na ścianie koncert Ariany Grande – odgrywałem cały, dwugodzinny występ dla samego siebie, w pokoju. Była pełna choreografia, ruchy, wizualizacje. Nie spodziewałem się, że to marzenie spełni się tak szybko! Wtedy byłem przekonany, że na zawsze zostanę w tym pokoju, z projektorem, w mojej małej miejscowości. A dziś cieszę się, że mogę stać na prawdziwej scenie, z publicznością.

Produkcja: OFF THE RECORD Autor zdjęcia: Jan Wasiuchnik
Początek twojej kariery był zdominowany przez hejterskie komentarze na temat twojego ciała i wyglądu. Jak się z tym czułeś?
Było to bardzo trudne przeżycie zarówno dla mnie, jak i dla moich rodziców. Nie potrafiliśmy jeszcze odsiewać tych negatywnych komentarzy od pozytywnych. Miałem 14 lat. Nie byłem przygotowany na falę hejtu. Nikt mnie nie nauczył, jak sobie z tym radzić, jak z tym żyć. Dlatego odbyłem wtedy poważną rozmowę sam z sobą. Postanowiłem, że skupię się na pozytywnych komentarzach, przecież ich było równie wiele. Z czasem nauczyłem się – przynajmniej do pewnego stopnia – ignorować hejterskie głosy i nie pozwalać, by mnie one niszczyły.
Dziennikarze w wywiadach też skupiali się na tym, jak wyglądasz. Podkreślali, że z takim ciałem możesz robić karierę za granicą…
Mamy w Polsce duży problem z ocenianiem ludzi i z przyklejaniem im łatek. Zauważyłem, że od kiedy jakieś sześć lat temu wszedłem w świat muzyki, co jakiś czas ktoś porównuje mnie do innej amerykańskiej gwiazdy. I to się zmienia jak w kalejdoskopie: raz jestem „polskim Conanem Grayem”, innym razem przypominam Troye’a Sivana czy Olly’ego Alexandra z Years & Years. Byłem też porównywany do Ralpha Kamińskiego czy Michała Szpaka. Ciekawi mnie, że zawsze pojawia się ta sama potrzeba, by mnie do kogoś „przykleić” jako punkt odniesienia. Te porównania zwykle dotyczą artystów, którzy mają swój niepowtarzalny styl, wyróżniają się, nie są zbyt komercyjni. Najprościej jest umieścić kogoś w schemacie.
Ale jakoś to na ciebie wpływa?
W pierwszych latach mojej kariery, kiedy zaczęto mnie porównywać do różnych znanych artystów, oczywiście było mi bardzo miło. Byłem 14-15-letnim chłopcem, mieszkałem w Bartochowie i sądziłem, że zostanę w nim na zawsze. Takie słowa były dla mnie ogromnym wyróżnieniem, czymś nierealnym.
Nie był to przymus tego, jak masz się prezentować jako facet, artysta?
Byłem dzieckiem i nastolatkiem bardzo nieśmiałym, spłoszonym, tymczasem w jednej chwili stałem na scenie „The Voice Kids”, a następnie nagrywałem płytę w studiu, gdzie byli sami dorośli! Chwilę później stałem już na scenach największych festiwali i byłem najmłodszym artystą w ich historii. Dlatego sam musiałem szybko dorosnąć.
Nieśmiały, spłoszony, ale jednak śpiewający…
Zdecydowanie od rozmowy z kimkolwiek łatwiej przychodziło mi śpiewanie. Pierwsze wywiady były dla mnie katorgą! Mamrotałem coś pod nosem, a dziennikarze musieli wyciągnąć ze mnie jakiekolwiek informacje (śmiech). Początkowo pomagali mi rodzice, pomogli mi podpisać umowę z moim managementem. Dzięki temu miałem już profesjonalną opiekę i wszedłem na tory bardzo poważnego przygotowania do życia w show-biznesie. Pierwsze, co mnie uderzyło, to zupełnie inne cechy, umiejętności, które mają ludzie w Warszawie.
Jakie?
Na przykład asertywność. Nie wyniosłem jej z domu. Podobnie punktualność. W wieku 14 lat miałem problem z organizacją czasu. Zdarzało się, że spóźniłem się czy to do studia, czy na wywiad. Nikt wcześniej nie wymagał ode mnie takiej samodzielności.
Wspomniałeś, że pochodzisz z Bartochowa, wsi, która jest oddalona o 15 km od moich rodzinnych Błaszek. I choć dzieli nas 20 lat różnicy, a świat się zmienia, patriarchalny model męskości w małych miejscowościach nadal trzyma się mocno. Masz też takie doświadczenie?
Zdecydowanie. Dorastałem w czasach, kiedy noszenie rurek było hejtowane. Ale zawsze szedłem pod prąd. W czwartej klasie podstawówki zaczęło mi naprawdę modowo „odwalać”. Chciałem się wyrazić, wyróżnić, ubierać inaczej. Zacząłem zamawiać ubrania przez internet, zamiast kupować je w czwartek na rynku z kartonu (śmiech). Bardzo lubiłem eksperymentować ze stylem, ale jednocześnie czułem frustrację. Zawsze miałem drobną budowę, więc wiele rzeczy z sieciówek z działu męskiego było dla mnie za dużych. Marzyłem wtedy, żeby urosnąć.
Wielokrotnie też koledzy z klasy zwracali uwagę na to, jakie ciuchy noszę. Fioletowa czapka wystarczyła, by zrobił się „temat”. Mimo to nie poddawałem się, bo wyrażanie siebie przez styl do dziś daje mi ogromną satysfakcję.
Te wszystkie sytuacje doprowadziły mnie do takiego momentu, w którym zrozumiałem, że moda jest częścią mnie. Nigdy nie pozwoliłem się zaszczuć, nie robiło na mnie wrażenia, że ktoś krzywo na mnie spojrzał za to, jak wyglądam, i z ekscytacją oglądałem kolejne pokazy Gucci czy Chanel. Ciągnęło mnie tam, czułem, że moje miejsce, jeśli chodzi o wygląd, charakter, wizerunek, jest w świecie wielkiej mody, że moje aspiracje nie kończą się w mojej społeczności. W międzyczasie naturalnie nabrałem też świadomości ciała i tego, jak należy z nim pracować, żeby widzieć się takim, jakim chcę.
W jednym z wywiadów powiedziałeś, że odczuwałeś na sobie ciężar tego, że z małej miejscowości akurat ty zostałeś zauważony, dlatego musisz się bardziej postarać, dobrze wyglądać…
Cały Bartochów celebrował moją wygraną w programie. To było ogromne wydarzenie. Pamiętam, że po powrocie z Warszawy zorganizowano ze mną spotkanie w remizie. Przyszła cała wieś. Do dziś, kiedy spotykam ludzi, którzy wspominają tamten wieczór, mówią, że płakali przed telewizorem, że dokładnie pamiętają te emocje. Było to bardzo miłe. Wtedy czułem, że muszę być wdzięczny, że pochodzę z tej małej miejscowości, że mój sukces wiele dla niej znaczy. I rzeczywiście, moje korzenie są dla mnie bardzo ważne. Ale wiem też, że na wszystko zapracowałem sam. Żaden burmistrz ani prezydent miasta mi tego nie dał. Moja mama woziła mnie co wtorek na lekcje śpiewu samochodem, który psuł się prawie co tydzień. Tata pracował wtedy w Niemczech, mama nie miała stałej pracy, a mimo to zawsze znajdowała sposób, by zapłacić za te zajęcia. Pamiętam, że czekała wtedy na mnie w teatrze i słuchała za ścianą, jak śpiewam. Był to wyjątkowy czas.

Produkcja: OFF THE RECORD Autor zdjęcia: Jan Wasiuchnik
W Warszawie czujesz większą wolność?
Tak, na scenie trzymam się eklektycznego stylu, lubię nie tylko klasykę, lecz także modę z wybiegów. Sporo podróżuję, inspiruję się ulicami Mediolanu, Paryża, Londynu. Cieszę się, że mam dostęp do prawdziwej mody, że w tak młodym wieku mam możliwość współpracować z agencjami modowymi z całej Europy. Mój styl cały czas ewoluuje, podobnie jak muzyka, którą tworzę. Wiesz, zarówno to, co śpiewam, jak i to, jakie ubrania noszę, nawet mój kolor włosów – wszystko jest częścią procesu dojrzewania. Jego poszczególne etapy są widoczne na płytach. Każdy mój album odzwierciedla emocje, które były dla mnie ważne w danym momencie.
Podasz przykład?
Na mojej drugiej epce „hypno” inspirowałem się Berlinem. Byłem wtedy bardzo mroczny, miałem długie włosy…
Skąd ten mrok u nastolatka?
Mam go w sobie. Smutek jest sexy. W moich tekstach dużo jest ciemniejszych emocji, pojawia się nostalgia. Może dlatego, że urodziłem się w Blue Monday, czyli najsmutniejszy dzień w roku?
Co jest sexy w smutku?
Romantyzuję go, dzięki temu mną nie zawładnął. Pozwoliło mi to też zobaczyć plusy smutku.
Plusy?
Tak, bo jeśli czujemy smutek, to znaczy, że w ogóle czujemy. Boję się momentu, w którym przestanę mieć jakiekolwiek emocje, że coś przestanie mnie poruszać. Życie to przecież wieczna amplituda, pełna wzlotów i upadków, radości i frustracji. Ale kiedy ta linia się prostuje, kiedy wszystko staje się obojętne, to wtedy naprawdę dzieje się coś złego.
Jak ci u progu dwudziestki?
Szczerze mówiąc, bardziej stresuję się dwudziestką niż osiemnastką. Wielokrotnie słyszałem, że po przekroczeniu progu dorosłości stanie się coś magicznego. Tymczasem mam wrażenie, że to, co miałem przeżyć, wydarzyło się wcześniej za sprawą mojej kariery muzycznej. Dwudziestka na pewno jest pożegnaniem z jakąś częścią siebie. Zaczynam nowy etap, który mnie ekscytuje, ale i nieco przeraża.
Stajesz się „prawdziwie” dorosły?
Tak i zwiększają się oczekiwania, też moje własne. Myślę o tym, by wreszcie zrobić prawo jazdy, co odkładam z braku czasu. Zastanawiam się też, czy uda mi się odłożyć wystarczającą ilość pieniędzy, by móc na stałe przeprowadzić się do Warszawy. W tym roku wydałem dwie płyty. Może w końcu uda mi się wziąć za to, co zaległe?
Nie słyszysz: kiedy rodzina, dom, dzieci?
Na szczęście nie. Ale marzę o domu. Bo mój dom z dzieciństwa był bardzo ciepły i pełny miłości, którą dostałem od rodziców i cały czas noszę w sobie. Chciałbym kiedyś to ciepło odtworzyć dla innej osoby. Dodam jednak, nie widzę siebie w roli ojca. Widzę siebie raczej z psami, w moich własnych czterech ścianach. Czasem próbuję to sobie wizualizować i zastanawiam się, czy naprawdę uda mi się w pełni żyć z muzyki. Czy znajdę w sobie wystarczająco odwagi i samozaparcia? Ale co innego mógłbym robić? Potrzebę śpiewania czuję w ciele. Chcę to robić do końca życia. To moja misja.
W twoim podcaście „Destroy Me, Today” mówisz, że generacja Z jest delusional. Ty, jako jej przedstawiciel, również?
Pewnie! Jestem osobą, która bardzo idealizuje relacje z innymi. Mam w sobie przekonanie, że każdy człowiek jest niesamowity, że wszyscy tryskają energią, radością, dobrem. Niestety – życie szybko weryfikuje moje „urojenia”. Ludzie są różni, o czym przekonuję się na własnej skórze. Mam też tendencję do dopowiadania sobie nieistniejących historii. Zresztą gdyby nie one, nie miałbym chyba takiego funu z życia. Stamtąd też płyną moje inspiracje.
Czy bycie „delulu” ma swoją datę ważności? Możesz wizualizować, że jesteś Arianą Grande, ale życie w końcu wprowadzi swoje poprawki.
Mieszkam i tworzę w Polsce. Wiem, że nie wszystko mogę tu osiągnąć, bo mam określone możliwości. Ale moją małą Arianę Grande w sobie pielęgnuję. Niezależnie, czy występuje w pokoju, czy na wielkiej scenie.
Więcej w tym temacie:
- Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
- Skepta to kluczowy raper świata mody – jak do tego doszło?
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.