PARTNERZY SERWISU
Muzyka
Rosalía w swojej erze oświecenia
Rosalía, urodzona w Katalonii wokalistka, to jedna z niewielu współczesnych artystek tworzących wyłącznie na własnych zasadach – kompletnie inaczej od reszty.
Udostępnij

kadr z teledysku do „Berghain” Autor zdjęcia: źródło YouTube
Rosalía jest fascynująca. Anielski głos i głowa pełna pomysłów. Zdolność do kompletnej wizerunkowej transformacji. Mieszanie często skrajnych uniwersów bez ryzyka oskarżeń o artystyczne bluźnierstwo. Hiszpańska artystka to unikat.
Jeśli obserwowało się jej karierę od początku, circa 2017–2018, miejsce, do którego Rosalía dotarła na najnowszym albumie „Lux”, nie powinno być zaskoczeniem. Przełomowym momentem była płyta „El mal querer” – odkurzenie klasycznego flamenco i przedstawienie go milionom słuchaczy. Pomogły w tym akademickie wykształcenie, wspierająca rodzina i kompletnie autorska wizja, która towarzyszy rodowitej Katalonce po dziś dzień.
Wprowadziła flamenco na salony
W tamtym czasie był to nieprzystający do niczego innego materiał. Byłem absolutnie zachwycony tym, co Rosalía wymyśliła na drugim wydawnictwie. Już wtedy był wyczuwalny ogromny potencjał. Nieoklepane kompozycje, porywające melodie i wysokie repeat value. Utwory na tej płycie są wybitnie zaaranżowane. Odpalcie sobie „Pienso en tu mirá” czy „Di mi nombre”, żeby zrozumieć, jak to brzmi w pełnym wymiarze. To, jak katalońska gwiazda operuje głosem, wykracza poza klasyczne normy pojmowania popowego wokalu. Niezależnie, czy jest to krystalicznie czysty śpiew, czy celowo doprawiony autotune’em. Czy w akompaniamencie chóru, czy zupełnie a cappella. Czy oparty na tanecznym beacie, czy rytmicznych wystukiwaniach kastanietów.
Tak erudycyjny i skomplikowany album, jak „Lux” momentalnie stał się crowd pleaserem – to kolejny fenomen, jaki udało się wytworzyć Rosalíi.
Kiedy wszyscy spodziewali się rozbudowanego follow-upu – siostrzanego brzmieniowo, ale z rozwinięciem podejmowanych tematów – na „Motomami” Rosalía wjechała cała… w negliżu. Z anielskiego wizerunku pozostały strzępy. Słuchając singli z rewolucyjnego trzeciego longplayu – z pominięciem dość spokojnego „La Fama” – można było poczuć się jak po dowolnym seansie filmu Wojtka Smarzowskiego. Zostać z zapartym tchem jeszcze długo po odsłuchu. Zarówno „Saoko”, jak i „Chicken Teriyaki” stanowiły mocną stylistyczna woltę w stronę eksperymentalnego reggaetonu i miejskiego rapu. Ofensywne brzmienie, które waliło prosto w czerep – przynajmniej tych, którzy spodziewali się po wokalistce kontynuacji poetyckich uniesień.
Rosalía tak naprawdę nigdy nie wyszła ze swojej awangardowej ery. Zmieniał się tylko materiał źródłowy, wokół którego oplatała szaleńcze inspiracje. Zaczynając od przebojowego flamenco, idąc przez zderzenie z futurystycznym latynoskim popem, bachatą i R&B na „Motomami”, wreszcie – dobijając do opartego na dekonstrukcji operowego brzmienia „Lux”.
Wkroczyła w erę oświecenia
Z perspektywy czasu dychotomia „Motomami” objawia się jako prolog do tego, co słychać na „Lux”. Poprzednia płyta została podzielona na część „Moto”, w której muzyka Rosalíi powalała energią porównywalną do vibe’u Perfidii Beverly Hills z ostatniego dzieła Paula Thomasa Andersona. Odsłona „Mami” skłaniała się w stronę łagodności, kobiecej wrażliwości kontrastującej z feministyczną przewózką serwowaną na „Bizcochito” czy „CUUUUuuuuuute”.
W Rosalíi zawsze drzemały dwa wilki. Balansowanie między granicami klasyki i awangardy, delikatności i potęgi, przystępności i eksperymentu, feminizmu i maskulinizmu. Odpalając „Lux” – moim zdaniem lekko na wyrost okrzyknięte ponadczasowym arcydziełem – ten dualizm i wszechstronność słychać po pierwszej nutce. Otwierający całość utwór „Sexo, Violencia y Llantas” już w tytule zaprasza do zabawy z kontrastami: seks, przemoc i… opony. Hiszpanka wchodzi w nim do dwóch równoległych realiów: przemocy i uniesienia. A im dalej w „Lux”, tym Rosalía mocniej rozdziera się tematycznie. Liczne wątki biblijne i duchowe przenikają się z ludzkim hedonizmem i pożądaniem. Queerowość jest zderzona z religijnym ascetyzmem i oddaniem Bogu. Przyziemne pragnienia konkurujące z wniebowstąpieniem. I tak dalej.
Co ciekawe, na „Lux” Rosalía pozycjonuje się jako swoiste medium dla wielu kobiecych historycznych postaci. Wchodzi w rolę pewnego rodzaju rzeczniczki i przedstawia perspektywę Joanny d’Arc, św. Rozalii z Palermo, Rabi’y al-Adawijji czy św. Olgi Kijowskiej. Między innymi z tego powodu na płycie słychać aż 13 różnych języków, w tym ukraiński, włoski, portugalski, mandaryński czy dialekt sycylijski.
Artystka poszła w pełny maksymalizm i celowo zrezygnowała z futurystycznego, beatowego brzmienia, które cechowało „Motomami”. Nie oznacza to jednak, że „Lux” jest archaiczny. To nadal świeża i odkrywcza interpretacja gatunków, które były kultywowane od stuleci. Czy to muzyka klasyczna, czy operowa suita, czy estetyczny pop.

okładka płyty „Lux” Rosalíi Autor zdjęcia: materiały prasowe
Przeprowadziła szturm na rankingi
W kwestii liczb „Lux” jest bezlitosne dla rywali. Kto nie słyszał chociaż intro z „Berghain” podłożonego pod rolkę czy inną karuzelę na Instagramie. No właśnie. Rosalía pobiła rekord wśród hiszpańskojęzycznych wykonawczyń – 42 miliony odtworzeń płyty na Spotify w trakcie pierwszej doby. Album zdominował dotychczasowe rankingi w kontekście topowego albumu 2025 roku. Na surowym, opartym na społeczności serwisie Rate Your Music okupuje 10. miejsce. Najpopularniejsze agregatory muzycznych ocen, Metacritic czy Album of The Year, wyliczyły albumowi imponującą recenzencką średnią powyżej 90/100.
Trzeba przyznać, że tak erudycyjny i skomplikowany album, który momentalnie stał się crowd pleaserem, jest kolejnym fenomenem, jaki udało się wytworzyć Rosalíi. I całej ekipie pracującej przy „Lux”, bo nie sposób pominąć prestiżowej Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej, a także branżowych grubych ryb: Pharrella Williamsa, Noaha Goldsteina czy Caroline Shaw. Ten album to dowód na wielomiesięczny, kolektywny sukces. Katalonka zawsze miała nosa do budowania znakomitych i efektywnych zespołów. W końcu każdy satysfakcjonujący i jakościowy blockbuster cieszy. Nie inaczej jest w tym przypadku.

Rosalía w warszawskim Barze Rusałka Autor zdjęcia: źródło Instagram @rosalia.vt
Nie przestaje się rozwijać
Urodzona w Katalonii wokalistka to jedna z niewielu współczesnych artystek tworzących wyłącznie na własnych zasadach – kompletnie inaczej od reszty. Być może przyczyn takiej postawy należy szukać w wychowaniu w rodzinie o artystyczno-technicznym zapleczu. Dorastała w klasie średniej: ojciec zajmował się sektorem przemysłowym. Matka pracowała w marketingu i wzornictwie, od początku wspierając córkę w budowaniu kariery. Z siostrą zawsze miała bliską relację. Pili Vila Tobella – pseudonim Daikyri – jest jej personalną stylistką i pomaga w wykreowaniu wyróżniającej się wizji estetycznej.
Kompletna kreatywna autonomia to rzadkość wśród gwiazd znajdujących się w totalnej czołówce, jeśli chodzi o mainstreamową popularność. Ta z kolei stanowi ewenement, bo muzykę Rosalíi spokojnie można umieścić w szufladce sztuki wysokiej. Chociaż nie jestem fanem takiego podziału – przyda się na potrzeby zaznaczenia, że autorka „Berghain” stoi w opozycji do papki, jaką serwuje np. Taylor Swift czy wytwórnie ścigające się, kto ugotuje większy pozbawiony duszy viral.
Rosalía globalnym sukcesem „Lux” odhaczyła główne zadanie w A.D. 2025. A za rogiem czają się już kolejne, mniejsze lub większe, side questy. Światowe tournée promujące album, które z pewnością będzie wykraczać poza tradycyjne koncertowe doświadczenie. Co jeszcze? Została twarzą jesiennej kampanii Calvin Klein. Zaliczy aktorski debiut w trzecim sezonie „Euforii”, który może stanowić furtkę do Hollywood. W Warszawie – gdzie z udziałem polskiej ekipy powstawał teledysk do „Berghain” inspirowany twórczością Krzysztofa Kieślowskiego – zostało jeszcze kilka barów mlecznych do sprawdzenia. A co dopiero poza stolicą pięknego kraju schabowym i zasmażaną kapustą stojącego.
Tutaj kierujemy się do kolejnego ważnego podpunktu. Rosalía Vila Tobella – bo tak brzmi pełne nazwisko Hiszpanki – stała się wzorem artystki na maksa cool. Wyluzowanej ziomalki, turbointeligentnej i wysoce utalentowanej. W 2024 roku wszyscy chcieli biegać ze szlugiem w ustach i rozlewać aperol po klubowym parkiecie – być „brat”, bo tak zarządziła Charli XCX. Część osób mocniej podatnych na działanie trendów zdecydowanie skręci teraz w stronę oświecenia serwowanego przez Rosalíę. Hiszpanka z pewnością zagarnie też neofitów, którzy skuszeni awangardą i ambicją twórczyni „Lux” z przyjemnością sięgną po ten album.
Mimo że niekiedy trudniejszy w odbiorze od poprzednich, a nawet momentami przytłaczający rozmachem, może stanowić paradoksalnie przystępne intro do świata zdekonstruowanego flamenco, reggaetonu czy podniosłej opery. Parafrazując legendarną Patti Smith, której wypowiedź pojawia się w outro „La Yugular”: „Głód sięgania dalej nie kończy się na jednym kroku – nawet milion drzwi nie wystarczy, gdy naprawdę chcesz przebić się poza granice tego, co znane”. Obrzucona płatkami magnolii Rosalía ma tego pełną świadomość.
Więcej w tym temacie:
- Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!
- Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
- Skepta to kluczowy raper świata mody – jak do tego doszło?
- Nadchodzi era GTA VI – gra dekady jest już dostępna w preorderze
- Raperzy, aktorzy i sportowcy – gwiazdy na pokazie Louis Vuitton w Paryżu
- Fakemink ubiera się w Gucci. Artysta jest uosobieniem nowego kierunku marki
Dziennikarz popkulturowy GQ Poland z dekadą doświadczenia w branży. Charakteryzuje go wszechstronność – mimo że od lat kojarzony głównie z muzyką, tworzy także treści lifestyle’owe: o modzie, kinie, motoryzacji czy gamingu. Porusza tematykę związaną z męskością: od psychologii, przez zjawiska społeczne, po self-care.
Wcześniej przez wiele lat był związany z medium newonce, gdzie pełnił funkcję redaktora naczelnego. Obecnie współpracuje również z CLOUT Festival, gdzie odpowiada za komunikację. W przeszłości pisał dla m.in. Going., Noizz, 4the20s, „Aktivist” czy Electronic Beats. Uwielbia wszystko, co związane z Japonią. Jest fanem ambientu, relaksuje go gotowanie, a jego ulubionym napojem jest zielona herbata.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Muzyka
Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins
To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Muzyka
Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami
Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.
Muzyka
Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!
Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.
Muzyka
Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię
Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.
Muzyka
Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.
Muzyka
Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu
Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.
Muzyka
Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?
Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.
Muzyka
Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo
– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.