Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins
PARTNERZY SERWISU
Muzyka
Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins
To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.
Udostępnij

Kasia Lins: „Nie było jednego momentu na osi czasu, w którym uświadomiłam sobie, że chcę zajmować się muzyką” Autor zdjęcia: Kuba Dąbrowski
Grzegorz Kapla: Co trzeba zrobić, żeby się znaleźć w Męskim Graniu?
Kasia Lins: To raczej pytanie do organizatorów, bo każdy z nas ma swoją własną drogę. W moim przypadku zadecydowały przede wszystkim konsekwencja i determinacja. To efekt wielu małych kroków – może niepozornych, ale takich, których rezultaty słychać i widać z każdą kolejną płytą. Cały czas się rozwijam i myślę, że w pewnym momencie zostało to po prostu dostrzeżone.
Miałam okazję już kilkukrotnie występować na Męskim Graniu – zarówno w zbiorowych projektach, jak i jako Kasia Lins. W ubiegłym roku na scenie festiwalu zadebiutowała „Obywatelka K.L.”. Dwa pierwsze koncerty zagrałam jeszcze przed premierą albumu, więc był to dla mnie naprawdę wyjątkowy moment.
Po wielu latach obecności na scenie poczułam wtedy stres, jakiego nie doświadczałam od bardzo dawna. I paradoksalnie było to niezwykle ożywcze. Nie mówię tego z przesytu czy rutyny – po prostu przez lata klasyczny stres ustąpił miejsca adrenalinie i ekscytacji, które zwykle towarzyszą mi przed koncertami. Tym razem było inaczej. Byłam naprawdę bardzo zestresowana, ale jednocześnie te występy wspominam z ogromną przyjemnością.

Kasia Lins: „Trzeba uważnie obserwować świat i ludzi, pielęgnować w sobie ciekawość” Autor zdjęcia: Kuba Dąbrowski
Projekt „Obywatelka K.L.” to reinterpretacje utworów Grzegorza Ciechowskiego. Dlaczego go wybrałaś?
A może to on wybrał mnie? Tego wciąż nie wiem. Wydaje mi się, że chodzi o pewien rodzaj chemii między artystami, coś, co niektórzy nazwaliby metafizyką. Z twórczością Grzegorza Ciechowskiego jestem związana od wielu lat. Najbardziej cenię go jako autora tekstów, poetę, ale także jako artystę, który potrafił świadomie kreować własny świat, tożsamość i wizerunek.
Myśl o zaśpiewaniu jego piosenek dojrzewała we mnie bardzo długo. Rosła powoli, niemal niezauważalnie, aż w końcu znalazła ujście w postaci całej płyty. Dopiero kiedy album był gotowy, zrozumiałam, że właściwie nie mogło wydarzyć się inaczej. Nie chcę mówić o przeznaczeniu, bo taki sposób myślenia nie jest mi bliski. Była to raczej wewnętrzna potrzeba, która z czasem urosła do tego stopnia, że w końcu musiała znaleźć swoje spełnienie.
Być może przez lata nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo bliski jest mi ten artysta, jak silnie jego twórczość mnie kształtuje i formuje. Dlatego dziś myślę, że to było po prostu nieuniknione.
To ciekawe, że kobieta sięga po to, co męskie.
Wydaje mi się, że „Obywatelka K.L.” i cały mój projekt stały się odpowiedzią na to, czym naprawdę jest Męskie Granie. To festiwal, który pokazuje płynność i trangresję pomiędzy płciami. Najciekawsze jest odkrywanie, że męskość wcale nie musi odpowiadać stereotypowym wyobrażeniom. Tego doświadczenia nie da się łatwo zamknąć w sztywnych definicjach ani wyznaczyć mu jednoznacznych granic.
Co Twoje pokolenie myśli o Męskim Graniu? Zanim ten projekt się pojawił, wszyscy w Polsce woleliśmy słuchać raczej zagranicznych artystów.
No właśnie. Męskie Granie to właściwie jedyny festiwal, który tak konsekwentnie postawił sobie za cel promowanie polskiej muzyki – i sprawił, że ludzie naprawdę chcą jej słuchać. Co więcej, uczynił słuchanie polskich artystów czymś modnym.
Dla mojego pokolenia ma to szczególne znaczenie, bo kiedy dorastaliśmy, polska muzyka praktycznie nam nie towarzyszyła. Słuchaliśmy przede wszystkim zachodnich zespołów – britpopowych i amerykańskich. Rodzima scena wydawała się nie istnieć, a jeśli już się do niej wracało, to raczej we wspomnieniach o latach osiemdziesiątych. Brakowało współczesnych polskich wykonawców, z którymi moglibyśmy się utożsamiać.
Męskie Granie to zmieniło. Sprawiło, że słuchanie polskiej muzyki stało się czymś naturalnym i oczywistym. I właściwie tak jest do dziś.
Jak to się stało, że postanowiłaś zostać artystką?
Nie było jednego momentu na osi czasu, w którym uświadomiłam sobie, że chcę zajmować się muzyką. Od siódmego roku życia chodziłam do szkół muzycznych i ukończyłam wszystkie ich stopnie, więc muzyka była ze mną właściwie od zawsze. Nigdy nie przeżyłam jakiejś inicjacji, ale też ani przez chwilę nie myślałam o tym, żeby obrać inną drogę. To wszystko działo się bardzo naturalnie.
W szkole podstawowej był fortepian, w gimnazjum i liceum – również. Jestem zawodowym muzykiem. Później studiowałam wokalistykę jazzową na Akademii Muzycznej w Gdańsku, ale fortepian nadal był ważną częścią mojej edukacji i do dziś pozostaje moim podstawowym instrumentem. To właśnie dzięki niemu mogę tworzyć piosenki i być songwriterką.
Dlaczego użyłaś anglojęzycznej formy?
Bo w języku polskim właściwie nie ma dobrego odpowiednika słowa „songwriting”. Dla mnie oznacza ono głęboko autorskie podejście do tworzenia muzyki. Chodzi o sytuację, w której cały fundament utworu powstaje w głowie jednej osoby – to ona układa harmonię, tworzy melodię, pisze tekst i często sama sobie akompaniuje. Innymi słowy, cały szkielet piosenki jest dziełem jednego autora.
W głowie najpierw słyszysz słowa czy melodię?
Zawsze muzykę, zawsze melodię. Dopiero potem tekst.
Czyli słyszysz akordy?
Tak. Siadam do fortepianu, gram i szukam właściwych dźwięków. Nie jest tak, że słyszę gotową muzykę, jak – podobno – słyszeli ją Beethoven czy Mozart, którzy mieli ją po prostu zapisywać. Ja raczej dochodzę do niej metodą prób i poszukiwań. Kiedy w końcu znajduję to, czego szukam, zaczynam pisać tekst. Zwykle właśnie tak wygląda mój proces twórczy.
Oczywiście zdarzają się wyjątki. Czasem najpierw powstaje tekst i dopiero później dochodzę do wniosku, że potrzebuje odpowiedniej melodii. To jednak rzadkość. Najczęściej podążam klasyczną ścieżką: najpierw harmonia, potem melodia, następnie tekst, a na końcu aranż.
A teksty? Co cię inspiruje?
To są wyimki rzeczywistości – nagłe myśli, przebłyski wspomnień, ślady ważnych chwil. Żeby pisać, trzeba być czułym na to, co dzieje się wokół. Trzeba uważnie obserwować świat i ludzi, pielęgnować w sobie ciekawość. Wydaje mi się, że to właśnie ona jest najważniejsza. Umiejętność przełożenia tych obserwacji na język sztuki jest już kolejnym wyzwaniem, ale bez tej pierwotnej ciekawości nic nie może się wydarzyć. Mam poczucie, że właśnie jej we mnie nie brakuje.
Powiedziałaś o osobie songwriterka, a o Ciechowskim poeta. Dlaczego?
Ciekawe spostrzeżenie. Przede wszystkim sama nie nazwałabym siebie w ten sposób. Jezu, byłoby to dla mnie strasznie krępujące
Ale wychodzisz na scenę przed tysiącem ludzi, potem dwoma tysiącami, potem przed całym stadionem. To nie jest krępujące?
Nie, to jest dla mnie absolutnie naturalne. Natomiast nazywanie samej siebie poetką, definiowanie się w ten sposób czy opisywanie własnej twórczości jest dla mnie krępujące. Wydaje mi się, że takie oceny powinny należeć do publiczności.
Żyjemy w epoce autokreacji.
Autokreacja to jedno z moich ulubionych zajęć związanych z muzyką, bo właśnie wtedy tworzę swoją sceniczną postać. Nie oznacza to jednak, że muszę o tym opowiadać czy nazywać ten proces. Nie zajmuję się pisaniem recenzji samej sobie – to pozostawiam słuchaczom
Wróćmy jeszcze do Ciechowskiego. To bardzo dojrzałe i bardzo trudne teksty.
One są po prostu piękne. Robią coś z trzewiami, budują napięcie, uruchamiają pozawerbalne emocje, które intuicyjnie z nich odczytujemy. Powstały w latach osiemdziesiątych, ale ja przeżywam je dzisiaj. Mam poczucie, że te historie są uniwersalne – opowiadają o miłości, relacjach, napięciu, silnym erotyzmie. To nie są tematy zamknięte w tamtej epoce. Korzystam z tego i staram się wydobyć oraz zaakcentować te stany emocjonalne, które są mi najbliższe, a następnie przełożyć je na język brzmieniowy czytelny dla współczesnego słuchacza.
To była ubiegłoroczna trasa. Co zaśpiewasz na tegorocznym Męskim Graniu?
Wystąpię z zespołem Janka Młynarskiego Warszawskie Combo Taneczne.
Co będziesz śpiewać?
Jeszcze zobaczymy. To będzie spontaniczna decyzja.
Po ubiegłorocznym doświadczeniu, które zaowocowało serią koncertów oczekiwania wobec twojego występu na Męskim Graniu są wysoko zawieszone.
Nie mogę o tym myśleć. Gdybym skupiała się na oczekiwaniach, pewnie nigdy nie odważyłabym się nagrać płyty „Obywatelka K.L.”. Gdybyś był pisarzem, czy paraliżowałaby cię świadomość, że ktoś wcześniej napisał „Czarodziejską górę”? Nie ma sensu myśleć w ten sposób.
Robimy to, co jest dla nas oczywiste i naturalne, bo mamy silną potrzebę tworzenia. Sama potrzeba oczywiście nie jest miarą jakości, ale ciągłe porównywanie się z innymi do niczego nie prowadzi. Ważniejsze jest, żeby mieć głęboką świadomość własnych możliwości. To także kwestia intuicji – albo się ją ma, albo nie. Jeśli ją masz, podpowiada ci, ile warte jest to, co robisz. I tyle. To naprawdę bardzo proste.
Pisarz i podróżnik, autor ośmiu powieści i kilku innych książek reporterskich oraz podróżniczych. Pół życia zmarnotrawił na włóczęgę po świecie, utrzymując się z pisania reportaży do kobiecych magazynów albo m.in. prowadzenia ludzi po górach. Był redaktorem magazynów „Malemen” i „Elle Man”. Obszary zainteresowania – podróże, lifestyle, ludzie, rock i heavy metal.
Ma dar słuchania ze zrozumieniem.
Był w stu kilkudziesięciu krajach i jest bywalcem praskiego klubu bokserskiego Fenix. W dniu premiery GQ Poland świętuje premierę swojej najnowszej książki „Włóczęga z Archipelagu. Filipiny”.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Muzyka
Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami
Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.
Muzyka
Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!
Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.
Muzyka
Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię
Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.
Muzyka
Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.
Muzyka
Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu
Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.
Muzyka
Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?
Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.
Muzyka
Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo
– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.
Muzyka
Co po samcu alfa? Męskość według Nicka Cave'a i Viagra Boys
W tłumie różnej maści wynalazców nowej męskości na skomplikowane czasy, okazuje się, że nie trzeba wymyślać koła na nowo. Wystarczy sięgnąć po prostotę wrażliwości i antymaczystowskiego luzu – tak, jak robią to Viagra Boys i Nick Cave. Nie sądzę jednak, by którykolwiek z nich uważał się za autorytet. Całe szczęście.