Historia pewnego designu i fortepianu. Rozmowa z Robertem Majkutem
PARTNERZY SERWISU
Sztuka i design
Historia pewnego designu i fortepianu. Rozmowa z Robertem Majkutem
Robert Majkut stworzył polski język designu, zanim to słowo weszło do słowników. Autor słynnego fortepianu Whaletone opowiada, skąd czerpie inspiracje i dlaczego najlepiej mu się pracuje wśród drzew.
Udostępnij

Robert Majkut: „Nie jestem w stanie myśleć o rzeczywistości inaczej niż w sposób naprawczy” Autor zdjęcia: Łukasz Klimek
Grzegorz Kapla: Czy to możliwe, żeby ten proces kiedyś się zakończył?
Istotą naszego zawodu jest zmiana. Redefiniowanie przyszłości wedle zasady, że zawsze można zrobić coś lepiej. I nie da się tego wyłączyć. Nie jestem w stanie myśleć o rzeczywistości inaczej niż w sposób naprawczy. Pośród natury mogę ochłonąć, bo ona jest absolutnie doskonała. To jedyny obszar, w którym nie uruchamia mi się potrzeba zmiany.
Ewolucja wymagała milionów lat, żeby drzewa i ptaki były takie, jakie są.
Feniks, który się rodzi raz na tysiąc lat, przenosząc jedno ziarnko piasku i tworząc tak bezkres pustyni, jest niczym wobec wieczności. Rzeczywiście to, co robimy, jest niczym wobec działań natury... Ostatnio pracowaliśmy nad projektem poświęconym wodzie. Bardzo głęboko weszliśmy w temat historii, powodów, dla których woda w ogóle pojawiła się na Ziemi. W tym kontekście masz poczucie, że jesteś naprawdę znikomym elementem w całej historii. Ale mierzenie się z tematami o takiej skali czy zasięgu jest niezwykle otwierające. Między innymi dlatego to robimy. I to już trzydzieści lat.
Dobry moment na podsumowania.
Tyle że przeszłość mnie już nie interesuje. Jest cenna o tyle, na ile pozwala się uczyć, wyciągać wnioski, które mnie konstruują w teraźniejszości. Istotą mojego zawodu jest patrzenie w przód, a przyszłość jest na tyle absorbująca i paliwożerna, że zajmowanie się przeszłością jest kompletnie nieistotne. Przeszłość nas kształtuje, ale wyzwania, z jakimi się mierzymy, są dzisiaj. Pewnie dlatego nie ma konserwatystów między designerami. Są może jacyś tradycjonaliści, ale projektant musi być progresywny. Nie da się iść do przodu tyłem. Niektórzy chcieliby pewnie powiedzieć, że to lewicujący zawód, bo wymaga myślenia prospołecznego i dbałości o zasoby planety, ale wraz z doświadczeniem docierasz do refleksji, że w pewnym momencie już nie chodzi o ciebie, a jest pokusa w tym zawodzie, żeby się realizować.
Wydawało mi się, że chodzi o ludzi, którzy będą żyli potem. To, co robicie, ma długi termin przydatności, często dłuższy niż życie.
W architekturze to jest jeszcze mocniej widoczne, dla wnętrz czy rzeczy, którymi się zajmujemy, czas jest mniej wyrozumiały. Staramy się z tym mocno walczyć, bo produkt, który można naprawiać, odnawiać i pozwolić mu się ładnie starzeć, jest bardziej proekologiczny.
Wnętrza Wersalu zestarzały się idealnie.
Dobry przykład. A to był śmiały projekt na tamte czasy, na przekór całkiem kosmopolitycznej europejskiej konwencji. Socjotechniczny. Dzisiaj, jeśli chodzi o obowiązujący styl, żyjemy w czasach kilkudziesięciu równoległych narracji. Wszystkie się bronią. Nie ma argumentów na to, jakie coś powinno być, nie ma jednego rozwiązania, jednej marketingowej matrycy, którą trzeba tylko wzmacniać, podkręcać i nadawać jej siłę. Pamiętam czasy, kiedy pewne rzeczy były formalnie przewidywalne, trzeba było trzymać się w trendach. Dziś jest czas kreatywnej obfitości.
Przestaliśmy być krajem na dorobku, ocieramy się o G20 i to zobowiązuje, żeby na każdym poziomie inwestować w rzeczy piękne, trwałe i użyteczne.
Dodałbym do tego jeszcze jakość. To jest właściwość rzeczy, która stanowi często o luksusie, co jest nieporozumieniem, bo jakość powinna być zdemokratyzowana. Jesteśmy w stanie tworzyć rzeczy jakościowe, niekoniecznie drogie, taka zresztą jest tradycja europejskiego rzemiosła. Nie wolno nam już dzisiaj robić tych byle jakich.
A gdybym cię jednak skłonił do tego, żebyś popatrzył w przeszłość, na te trzydzieści lat. Jakie widzisz kamienie milowe swojej drogi?
W latach 90. skakało się wielkimi susami po kamieniach na środku jeziora. W designie wtedy wszystko było pierwsze. Ostatnio usłyszałem, że jesteśmy jak fregata otoczona przez rój małych szybkich skuterków. Przewieźliśmy wszystkich przez wzburzony ocean, a teraz na spokojnej wodzie harcują wokół nas swoimi łódeczkami i pytają głosem Lindy z „Psów”: „Co ty tam wiesz o oceanie?”. No trochę wiem, więc z rozczuleniem słucham, jak odkrywają sprawy, które dawno rozwikłaliśmy i zdążyliśmy o nich zapomnieć.
Mam cichą satysfakcję, że zbudowaliśmy jako firma, która w tamtym czasie startowała, fundamenty rynku: sposób myślenia, zasady, procedury, metody, które do dzisiaj funkcjonują. Na początku był ugór, ryliśmy ślady w dziewiczej skale, zaczynając od kwestii językowych, terminologicznych, kończąc na świadomości, czym jest design. Wszyscy, a było nas wtedy kilkunastu, którzy budowaliśmy ten rynek, wpływaliśmy na siebie, tworząc go od zera.
Kiedy zaczynaliśmy, w czasie kontraktu wchodziliśmy do internetu w Szwajcarii, żeby sprawdzić pocztę, przez te buczące skrzynki łącząc się na pięć minut, bo kosztowało to krocie. To były zupełnie inne narzędzia, nie było telefonów komórkowych. Wymyśliliśmy, jak w Polsce mają wyglądać multipleksy, jak ma wyglądać pierwszy salon private banking, napisaliśmy pierwsze manuale implementujące design standards dla korporacji, tworzyliśmy podstawy brandingu w polskim wydaniu.
Uczyliśmy się ekspresowo od doświadczonych partnerów zza granicy, ale musieliśmy wymyśleć lokalny koncept. Nie istniał nawet termin „design”. W książkach telefonicznych Yellow Pages – to był taki wydrukowany internet – musieliśmy w centrali wywalczyć własną kategorię i na stronach „design użytkowy” była tam jedna, jedyna firma – nasza. A w urzędowych rejestrach działalności gospodarczej byliśmy wpisani w kategorii „usługi inne” razem z burdelami. One jednak lepiej zarabiały. Nie musiały tłumaczyć, czym się zajmują.
Pamiętasz, kto zadzwonił pierwszy?
Oczywiście. To była Grażyna Kulczyk i zamówiła projekt salonu rowerowego, potem salon samochodowy. Tak się zaczęło. Wkrótce potem projektowaliśmy multipleksy dla ITI. Czołówka polskiego biznesu identyfikowała nas jako tych, którzy niosą z sobą tę konceptualną siłę i wiedzę, bo dowoziliśmy zadania, nawet kiedy trzeba było iść od początku, czasem po omacku, ale w ryzach zapewniających i kreatywność, i dyscyplinę. Efekty były widzialne, sprawdzalne, a to jest w tej pracy bardzo ważne. Nie chodzi o chwilowy zachwyt, weryfikuje nas funkcjonalne trwanie. Naszym odbiorcą nie jest nasz klient, tylko jego klienci.
A kiedy myślisz o swoich najważniejszych projektach, co lubisz? Do czego wracasz myślą?
Lubię Multkino w Złotych Tarasach. Dwadzieścia lat, wszystko w tym czasie się zmieniło w świecie, a ono trwa i wciąż robi wrażenie. Lubię je dlatego, że przypomina o tych czasach w polskim biznesie, kiedy inwestorom chciało się bardziej. Nie wystarczało, żeby było dobrze, szukało się rozwiązań, które całemu światu miały coś udowodnić, pokazać nowy poziom, przekroczyć granice oczywistości i zbudować coś naprawdę ambitnego.
Wtedy na całym świecie stawiało się po prostu pawilony z salami projekcyjnymi. Granatowe blaszaki z plakatem i popcornem. Nie chcę, żeby to brzmiało przesadnie, ale wtedy realnie zmieniliśmy obraz kin na świecie. To było możliwe, bo właściciele ITI jasno zakomunikowali, że trzeba stworzyć miejsce, w którym będą się odbywały premiery kinowe światowego formatu. Wtedy w Polsce takiego miejsca nie było. Miało być, jakby to się dzisiaj powiedziało – instagramowe, widowiskowe na tyle, żeby zapamiętały to światowe gwiazdy. Z taką ambicją podeszliśmy do tego projektu.
Niektóre elementy nie zostały wdrożone, np. lądowisko dla helikopterów, rozkładane schody czy barometr nastroju w rotundzie, który miał pokazywać, jak dobrze ludzie się bawią i jaka jest intensywność emocji w czasie projekcji, wielki zapętlony ledowy ekran w holu... Nieproporcjonalnie drogo kosztowało to wszystko w porównaniu z obiektami, jakie powstawały wtedy w USA czy Anglii, ale my odbudowywaliśmy magię kina na poziomie operowym.
Podniosłość, zanurzanie się w świat kina zaczynało się od samego progu. Wychodziłeś z realnej rzeczywistości w narrację fikcyjności, teatralności, obfitości. Mieszkać byś tam nie chciał, ale ta spektakularność miała ci się udzielić – inna akustyka, inny zapach. Efekt przerósł nasze oczekiwania, bo to, co się wydarzyło po tym projekcie, było absolutnie niezwykłe – z całego świata zaczęli przybywać inwestorzy z tej branży, żeby się od nas uczyć – z Chin, Rosji, Bliskiego Wschodu, Anglii, Ameryki. Odmieniliśmy oblicze kin – to się wydarzyło.
Rok później na świecie – od Hongkongu po Nowy Jork – multipleksy zaczęły być radykalne. Nawet niewielkie koncepty zaczynały szukać swojej tożsamości. Ten trend wyhamował dopiero, kiedy streamingi podkopały siłę tego biznesu. Ten projekt był ważny w historii naszego studia, bo przyniósł nam rozgłos i zaczęliśmy realizować zlecenia na całym świecie.
Myślałem, że to był Whaletone.
O tak, Whaletone namieszał mocno, ale w innej branży. Historia jest nieprawdopodobna. Zacznijmy od tego, że to nie było zlecenie. Jesteśmy na wakacjach, płyniemy katamaranem po otwartym morzu, siedzę na burcie, macham nogami i tuż obok wynurzają się z oceanu wieloryby: matka i młode. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem wieloryba na żywo. Doświadczyłem – nie wiem, jak to nazwać – majestatu. Nie spotkałem dotąd stworzenia tej wielkości.
W pierwszej chwili tego nie ogarniasz. One nie odpływają. Są zaciekawione tak jak ja. Musiałem to przeżyć na tyle silnie, że tej samej nocy przyśnił mi się wieloryb, który wyskakuje z wody i zmienia się w fortepian. Budzę się rano i mówię do Eli: „Słuchaj... coś zajebistego mi się przyśniło. Fortepian, ale nie uwierzysz, coś absolutnie odlotowego: obły, miękki, kompletnie inaczej wymyślony”. Ela mówi: „Narysuj”. Ale ja na wakacjach, więc celowo nie uzbroiłem się w szkicownik, niczego nie zabrałem z sobą z roboty. Od tamtej pory zawsze mam, nigdy nie wiadomo, co się przyśni.
Zacząłem więc sobie czytać, dlaczego od trzystu lat, w czasie których dorożki zmieniły się w nowoczesne samochody, fortepian to wciąż ta brzydka, nieforemna trumna na trzech nogach. Tak sobie nadpisałem tą wiedzą sens mojego pomysłu, że kiedy chciałem w końcu narysować fortepian ze snu, nie potrafiłem go sobie przypomnieć. Toksyczna walka z sobą samym trwała rok. Coś tam pamiętałem, rysowałem, ale to nie było to, bo próbowałem naginać to wspomnienie do tego, czego nauczyłem się o fortepianach. W końcu odpuściłem.
Pewnego dnia, zupełnie bezwiednie, w czasie rozmowy telefonicznej coś bazgrałem. Zrobiłem kilka kresek i okazało się, że to jest to. Ręka poza kontrolą ze świadomością podsunęła mi to sama. Wtedy pomyślałem, że nie mogę tego tak zostawić, że to dar, znak. Półtora roku i dużo, dużo pieniędzy później mieliśmy gotowy, ręcznie, żmudnie wyrzeźbiony prototyp. Zdecydowaliśmy się go gdzieś pokazać. Zespół się zmobilizował, podzwoniliśmy i 15 lat temu, w kwietniu, pojechaliśmy z nim do Mediolanu, do NH Hotel, żeby ustawić ten jebutnie ciężki, przykręcony do podestu prototyp w lobby.
Wieźliśmy go na przyczepie przez całą Europę. Ustawiliśmy i czekamy, co się wydarzy. Reakcje ludzi wynagrodziły nam cały ten wysiłek, bo okazało się, że to ich po prostu rozbraja, coś w nich odblokowuje. Dzieci się do niego tuliły, ludzie siadali, żeby grać. Ci, którzy umieli grać – płakali. Do klasycznego fortepianu nikt się przecież nie przytula, ludzie raczej się go boją, nie czują się godni, adekwatni, Whaletone to przełamywał. No i cóż było robić? Założyliśmy firmę i do dziś je produkujemy.
Widziałem, że Whaletone jest ujęty w projekcie domu na pustyni i wcale nie jest czarno-biały.
Tak. Oliwkowożółty... A projekty takie jak dom na pustyni to od trzech lat nasza nowa aktywność, nowy silnik kreatywny. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy dużo więcej do powiedzenia o świecie, widzimy rozwiązania w obszarach, w których inni utknęli gdzieś w utartych przyzwyczajeniach, mamy zaparkowanych i rozwijanych kilka takich tematów.
Dom na pustyni jest mieszaniną bardzo nowoczesnych technologii z tradycyjnymi. Łapacze wiatru stosowano już w starożytności do wentylowania pomieszczeń i chłodzenia, łączymy je z transparentnymi ogniwami solarnymi, szarą wodą, zamkniętym obiegiem energetycznym. To dom pasywny, łączący zdolności ludzkie z różnych obszarów i doświadczeń w historii w spójny produkt. Jest totalnie nasz.
Drugim jest Muzeum Wody. Obecnie pracujemy też nad projektem bezpiecznych budynków na terenach sejsmicznych. Jesteśmy na to technologicznie gotowi, tak jak dziesięć lat temu byliśmy gotowi na samochody autonomiczne – wystarczyło połączyć w jeden system czujniki parkowania, nawigację, autoparkowanie, kontrolę pasa ruchu, odczytywanie znaków. Wszystko istniało i tylko kwestią czasu było zintegrowanie tego.
Mamy na Ziemi sporo takich tematów. To frapujące zagadnienia i lubimy się nimi zajmować. Japończycy wiedzieli setki lat temu, jak budować wielopoziomowe domy, żeby się nie zawalały. To było bardzo proste rozwiązanie, które wzięli z natury – jedna oś, na której jak oliwki na patyczek są ponadziewane autonomiczne kondygnacje, które nie są z sobą zespolone. My poszliśmy jeszcze dalej... Czasami taki projekt zajmuje nam rok. Między tymi komercyjnymi realizujemy właśnie takie.
Realizujecie swoją wolność.
No właśnie.
Materiał oryginalnie ukazał się w czwartym numerze GQ Poland. Magazyn w sprzedaży!
Pisarz i podróżnik, autor ośmiu powieści i kilku innych książek reporterskich oraz podróżniczych. Pół życia zmarnotrawił na włóczęgę po świecie, utrzymując się z pisania reportaży do kobiecych magazynów albo m.in. prowadzenia ludzi po górach. Był redaktorem magazynów „Malemen” i „Elle Man”. Obszary zainteresowania – podróże, lifestyle, ludzie, rock i heavy metal.
Ma dar słuchania ze zrozumieniem.
Był w stu kilkudziesięciu krajach i jest bywalcem praskiego klubu bokserskiego Fenix. W dniu premiery GQ Poland świętuje premierę swojej najnowszej książki „Włóczęga z Archipelagu. Filipiny”.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sztuka i design
Więcej niż muzyka. Jak widać festiwale?
Przelotne miłości, koncertowe uniesienia czy po prostu dobry czas spędzony z przyjaciółmi. Podczas kilku dni festiwalu można nazbierać wspomnień i zainspirować się na cały rok. Zwłaszcza gdy z muzyką współgra warstwa wizualna.
Sztuka i design
David Hockney nie żyje. Malarz, który nauczył świat patrzeć inaczej, miał 88 lat
Brytyjski artysta David Hockney zmarł w wieku 88 lat. Przez ponad sześć dekad zmieniał sposób, w jaki patrzymy na obrazy, nieustannie uciekając przed zaszufladkowaniem. Malował baseny, portrety i krajobrazy, eksperymentował z Polaroidem i iPadem, a przy łóżku trzymał kartkę z napisem: „Wstań i natychmiast zacznij pracować”.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Sztuka i design
Teatr Słowackiego odzyskuje blask. Zakończyła się wielka modernizacja krakowskiej perły
Nie tylko smok wawelski jest symbolem stolicy Małopolski, ale także to wyjątkowe miejsce, jakim jest Teatr im. Juliusza Słowackiego. Swoją działalność rozpoczął w 1893 roku i trwa do dziś.
Sztuka i design
Kto jest kim? Nowe zawody i zjawiska w sztuce
Świat sztuki zmienia dynamikę. Już nie tylko kurator, kolekcjoner i artysta, nowe zawody i sposoby działania tworzą bardziej demokratyczny porządek. Lepiej dopasowany do rzeczywistości wokół nas.
Sztuka i design
Gierowski i Nwagbogu. Wspólnota eteru
Wybitny kurator wystaw i juror liczących się konkursów fotograficznych od World Press Photo po Leica Oskar Barnack Award, jedna ze stu najważniejszych osób w świecie sztuki, przyjechał do Polski. Azu Nwagbogu przygotowuje wystawę Stefana Gierowskiego.
Sztuka i design
Architekt Wnętrz 2026: kreatywność bez chaosu, więcej biznesu, neuronauki i narzędzi AI
Po co architektowi wnętrz neuronauka? Jak uczciwie wyceniać swoją pracę? Gdzie prowizja generuje konflikt interesów? I czy AI rzeczywiście zmienia sposób projektowania? O tym rozmawiano podczas drugiej edycji Next Design Summit, który 29 maja odbył się w Muzeum Historii Polski w Warszawie.
Sztuka i design
Polacy się nie zatrzymują – rodzima gra nagrodzona przez Apple!
Cytując klasyka: „Polska gurom!”. Jedna z najlepszych produkcji w historii wirtualnej rozrywki z kolejnym sukcesem.
Sztuka i design
Hollywood podpala świat, Zachód pragnie spokoju, a ciało nie daje o sobie zapomnieć. Na jakie wystawy warto wyjść w ten weekend?
Jeśli szukacie pomysłu na kulturalny weekend, warto zwrócić uwagę na trzy wyjątkowe wystawy w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. „Szapocznikow. Osobista” opowiada o ciele, pamięci i przemijaniu, „Wschód słońca na Zachodzie” o życiu pomiędzy kulturami i potrzebie wewnętrznego spokoju, a warszawski „Oddech” bez filtrów rozprawia się z modą na „estetyczne” palenie wracające do popkultury. To wystawy, które nie tylko świetnie się ogląda, ale też długo zostają w głowie.