PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Muzyka

Jak tu nie kochać Olivii Dean

Olivia Dean właśnie zdobyła swoją pierwszą statuetkę Grammy! Kim jest dziewczyna, która została uznana za najlepszego nowego artystę roku?

Udostępnij

Jak tu nie kochać Olivii Dean

Olivia Dean Autor zdjęcia: materiały prasowe

Kinga Nowicka
02.02.2026

Na płycie „The Art of Loving” Olivia Dean odmienia miłość przez wszystkie przypadki. To jeden z najbardziej udanych muzycznych projektów z pogranicza popu, soulu i R&B w tym roku. Brytyjka wystąpi na Orange Warsaw Festival 2026 jako headlinerka.

„Gdybym nie zajmowała się muzyką, byłabym nauczycielką angielskiego, dogsitterką albo florystką” – mówi Olivia Dean. O wizji siebie w kwiaciarni napisała nawet piosenkę („I Could Be a Florist”) i to właśnie układanie słownych bukietów wychodzi jej wybitnie, czego dowodem jest pierwsza w karierze Brytyjki nominacja do nagród Grammy 2026 w kategorii najlepszy nowy artysta. Minionej nocy zamieniła ją na statuetkę!

Wyróżnień ma więcej. Za klip do „Nice to Each Other” – pierwszego singla z drugiej studyjnej płyty „The Art of Loving” – zdobyła nagrodę UK Music Video Awards. Została też pierwszą brytyjską artystką od czasów Adele, która jednocześnie zajęła pierwsze miejsce na liście albumów i singli w Wielkiej Brytanii – z „The Art of Loving” i singlem „Man I Need”, oraz pierwszą w historii kobiecą artystką solową, która jednocześnie umieściła cztery utwory w pierwszej dziesiątce brytyjskiej listy Official Singles Chart Top 100. „Bycie na listach przebojów nigdy nie było moim celem i wyznacznikiem tego, czy utwór jest dobry, czy nie (…) ja po prostu kocham robić muzykę” – mówi sama zainteresowana.

Fałszywa skromność? Nie w tym przypadku. 26-latka jest bezpretensjonalnie urocza i na wskroś szczera. By się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć pierwszy z brzegu wywiad z jej udziałem. Na przykład ten dla stacji radiowej Capital, w którym opowiada, jak na London Stadium, gdzie występowała razem z Samem Fenderem (z którym nagrała piosenkę „Rein Me In”), została wybuczana przez fanów Newcastle, bo jest zdeklarowaną kibicką West Ham United. Dean to nie tylko dziewczyna, w której łatwo się zakochać, lecz także w pełni świadoma swoich umiejętności wokalistka, która zna własną wartość i nie wstydzi się otwarcie cieszyć muzyką. Ale nie zawsze tak było.


Cześć, jestem Olivia

W szkole musiała odnaleźć się w rzeczywistości bycia jedyną dziewczyną o mieszanym pochodzeniu w klasie – jej ojciec jest Brytyjczykiem, a matka ma korzenie jamajsko-gujańskie. Przez długi czas miała poczucie, że jest „inna”. Dziś na koncertach podchodzą do niej fani i mówią: „Sprawiasz, że czuję się dobrze z tym, że jestem osobą o mieszanym pochodzeniu”.

W wywiadach mówi, że bardzo długo mierzyła się też z syndromem oszustki. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczęła nagrywać pierwsze utwory z ludźmi, głównie starszymi od niej mężczyznami, których kompletnie nie znała, a mówiącymi jej, kim ma być i jak powinna pisać piosenki. „To wszystko jest bardzo dezorientujące, zwłaszcza dla młodych kobiet w branży. Masz wrażenie, że wszyscy inni wiedzą – albo wydaje im się, że wiedzą – lepiej od ciebie”.

Dziś, wchodząc do studia nagraniowego z podniesioną głową, mówi: „Cześć, jestem Olivia”. Nauczyła się również asertywności w kwestii doboru ludzi, z którymi pracuje – jeśli czuje, że nie odbiera z kimś na tych samych falach, nie brnie dalej. To podejście nie zmieniło się jednak z dnia na dzień. W wywiadach mówi o ciężkiej pracy, jaką nad sobą wykonała. „Od dawna chodzę na terapię, fascynuje mnie mój własny umysł – to, jak rozumiem samą siebie, a także kim jestem dla innych i jak mogę być dla nich lepsza”.

Ekstremalna perfekcjonistka i nonkonformistka

Dean przyznaje, że sztuka odpuszczania nie przychodzi jej łatwo, bo określa siebie skrajną perfekcjonistką. Uwydatnia się to szczególnie podczas pisania tekstów piosenek. „Czasami musisz napisać dziesięć złych wersji, z których nie będziesz zadowolona, by w końcu ta jedenasta okazała się właściwa”. To pokazuje, ile zaangażowania Brytyjka wkłada w proces twórczy. Kiedy wchodzi w jakiś projekt, robi to na 100 procent. To dotyczy także osób, które „dopuszcza” do swoich piosenek. Olivia podkreśla, że lubi współpracować z innymi artystami, jednak swoje albumy, które traktuje jako bardzo osobiste przedsięwzięcia, świadomie pozostawia bez featuringów. Jej płyty są dla niej opowieścią, która ma przypominać intymną rozmowę z odbiorcą, więc obecność innego głosu wydawałaby się po prostu nienaturalna. Duety zostawia na osobne wersje i pojedyncze utwory. Gdy już się na takie projekty decyduje, musi czuć prawdziwą fascynację czyjąś twórczością – tak było choćby w przypadku specjalnej wersji „The Hardest Part” nagranej z Leonem Bridgesem.

Choć kontrola nad każdym detalem jest dla niej ważna, równie mocno zależy jej na tym, by efekt końcowy pozostał możliwie szczery i w jej stylu, a nie dopasowany do cudzych oczekiwań. Nie lubi też, jak sama mówi, „leniwych porównań” do innych artystek – Jorji Smith, Celeste, Raye, Joy Crookes czy Rachel Chinouriri, z którymi jest nieustannie zestawiana. Takie zabiegi uważa za zbędne, „bo to tak, jakby słuchano muzyki oczami, a nie uszami”. Nie znosi również narracji, według której sukces jednej artystki umniejsza osiągnięcia innej: „Nikt nie liczy, ile jest białych męskich zespołów indie, więc myślę, że jesteśmy w stanie udźwignąć to, że kilka kobiet odnosi sukces jednocześnie”.

Olivia Dean okładka albumu  „The Art of Loving”

Okładka albumu „The Art of Loving” Autor zdjęcia: materiały prasowe

Szkoła Pocahontas

Olivia Dean dorastała w Walthamstow we wschodnim Londynie. Mimo że nie pochodzi z rodziny o muzycznych tradycjach, muzyka zawsze była w jej domu obecna. Rodzice słuchali Steely Dan, Ala Greena, Jill Scott, Angie Stone czy Lauryn Hill, na której cześć Olivia dostała drugie imię. Przygodę ze śpiewaniem Dean rozpoczęła w wieku ośmiu lat i zanim trafiła na weekendowe zajęcia w teatrze muzycznym, dawała upust swojej pasji, zamykając się w pokoju – w wywiadach często wspomina, że była nieśmiałym dzieckiem. Do tego stopnia, że podczas pierwszego występu na scenie wykonała utwór „Tomorrow” z musicalu „Annie”, stojąc tyłem do widowni (co nie przeszkodziło jej w zdobyciu wówczas drugiego miejsca w konkursie).

Po instrumenty – gitarę i pianino – Olivia sięgnęła, mając 15 lat, i wykonywała utwory ulubionych artystek, takich jak Carole King czy Amy Winehouse. Wkrótce zaczęła też tworzyć pierwsze teksty – już wtedy autobiograficzne, np. o koleżance ze szkoły, która nie chce się z nią zadawać, bo ma nowego chłopaka. I tak jej zostało. „Nie jestem w stanie śpiewać zmyślonych historii. Czułabym się wtedy tak, jakbym wszystkich okłamywała” – mówi Dean.

Przełomowym momentem było podjęcie nauki w The BRIT School – jednej z najbardziej prestiżowych szkół artystycznych w Wielkiej Brytanii. Na początku wybrała kierunek „Musical Theatre”, co było dość oczywistą decyzją i efektem ówczesnych fascynacji Olivii. Do dziś uwielbia ścieżkę dźwiękową z „Króla Lwa”, „Pocahontas” czy „West Side Story”, a w wywiadach przyznaje, że to właśnie musicale nauczyły ją, jak opowiadać historie w tekstach.

Potrzeba pisania piosenek była w niej tak silna, że po dwóch latach postanowiła zmienić kurs na ten stricte związany ze śpiewem i z songwritingiem. Jednocześnie bała się, że nie jest wystarczająco dobra, a ewentualna porażka oznaczałaby skreślenie z listy studentów. Tak się oczywiście nie stało. Muzyczny warsztat w BRIT School doskonaliła w tym samym czasie co Lola Young czy Raye, które – podobnie jak Olivia – królują dziś na listach przebojów. To tam poznała też muzyków, którzy dziś tworzą jej zespołu, Finna i Dana. Dean mówi, że to miejsce otworzyło przed nią zupełnie nowy świat, pozwoliło poznać ludzi myślących podobnie jak ona i mających podobne doświadczenia.

(Nie)doskonała

Podczas finałowego koncertu w BRIT School poznała Emily Braham, swoją przyszłą menedżerkę. Ta pracowała wtedy z Rudimental, więc szybko zaaranżowała przesłuchanie, po którym Dean dołączyła do grupy jako wokalistka w chórkach i zagrała pierwsze duże koncerty, m.in. na Sziget Festival i V Festival w 2017 roku. Spotkanie z Braham szybko przełożyło się również na pierwsze solowe wydawnictwa. W 2019 roku wydała debiutancką epkę „OK Love You Bye”. A tytułową piosenkę, która brzmi jak poranek po sprzeczce, kiedy obie strony już wyraźniej widzą swoje błędy, ale wciąż wierzą, że da się to naprawić, napisała dosłownie dzień po innym utworze z tej płyty – „Password Change”, opowiadającym o kłótni w pubie podczas meczu. W 2020 roku ukazała się druga epka „What Am I Gonna Do on Sundays?”, odzwierciedlająca „zamknięty rozdział życia” Dean i pomyślana jako „pomocna dłoń dla każdego, kto przechodzi przez rozstanie”. Rok później do tego zestawu dołączył kolejny minialbum – „Growth” z singlami „Be My Own Boyfriend” czy „Slowly” – jedną z ulubionych piosenek Olivii, w których artystka eksploruje temat self-love i stawiania granic w relacji.

Po fantastycznie przyjętych epkach czuła, że jej debiutancki krążek musi w pewnym sensie zdefiniować, kim jest – nie tylko jako artystka, lecz także osoba: „Nauczyłam się kochać i celebrować niedoskonałości życia”. Z tą myślą weszła do studia, a efekty słychać zarówno w warstwie lirycznej, jak i muzycznej. „»Messy« to album o uczeniu się ponownego zakochiwania, a także strachu, który z tym przychodzi, oraz znalezieniu w tym niezależności” – tłumaczy Dean. Nie chciała zbyt mocno przywiązywać się do jednej konkretnej stylistyki. Stąd motownowy klimat „Dive” i „The Hardest Part”, elementy bossa novy w „Danger” i „Messy” oraz klasyczne ballady, jak „Everybody’s Crazy” czy wspomniane „I Could Be A Florist”. Album domyka „Carmen” – utwór, którym Olivia symbolicznie dedykuje „Messy” babci. Nazywa go „miłosnym listem do mojej granny i hołdem dla pokolenia Windrush”. Piosenka zaczyna się nagraniem głosu Carmen wspominającej przylot z Gujany do Wielkiej Brytanii, a kończy orkiestrową celebracją jej życia i dziedzictwa całej tej generacji. Na „Messy” słychać również urywki rozmów, dźwięki ze studia czy trąbki „granej” ustami. Wszystko po to, by „Messy” brzmiało jak żywy, uchwycony tu i teraz fragment dwudziestokilkuletniego życia artystki. Te „niedoskonałości” docenili również krytycy – krążek zdobył nominację do prestiżowej Mercury Prize oraz trzy nominacje do BRIT Awards, a Olivię Dean okrzyknięto wschodzącą gwiazdą neosoulu.

Olivia Dean

Olivia Dean Autor zdjęcia: materiały prasowe

Sztuka kochania według Olivii Dean

Po „Messy” dopadł ją syndrom drugiej płyty. Gdy zaczęła pisać nowe piosenki, czuła, że nie są dobre. Utknęła w martwym punkcie. Momentem zwrotnym dość niespodziewanie okazała się wystawa afroamerykańskiej artystki Mickalene Thomas „All About Love” w Los Angeles, która nawiązuje do kultowej książki bell hooks „All About Love: New Visions”. „Uwielbiam ją! To jedna z tych lektur, które chciałabyś podsunąć każdej ważnej osobie w swoim życiu” – wyznaje Dean.

Będąc pod wielkim wrażeniem wystawy, poczuła, że chce nagrać album stanowiący refleksję nad jej rozumieniem miłości oraz nad tym, co wydarzyło się w jej życiu od czasu premiery „Messy”. „Może nie znalazłam wszystkich odpowiedzi, ale nauczyłam się dostrzegać piękno w samym procesie szukania” – mówi Olivia. Przyznaje też, że utwierdziła się w przekonaniu, iż romantyczna miłość nie jest najważniejszą rzeczą w jej życiu, choć od dziecka wszyscy starają się nam wmówić, że tak właśnie jest. „Życie nie musi kręcić się wokół miłości do drugiej osoby, jakby ta była wszystkim, co masz. Miłość jest wszystkim, ale tylko wtedy, kiedy dzielisz się tym uczuciem tak, jak tego naprawdę potrzebujesz”.

Na albumie „The Art of Loving” Dean rozkłada na czynniki pierwsze różne odsłony miłości i bliskości. Śpiewa o tym, by dać sobie szansę na uczucie („So Easy (To Fall In Love)”), dbać o nie na co dzień („Nice to Each Other”), dlaczego nie można być tylko czyjąś „połówką” („Something Inbetween”), jak zaufać światu i samej sobie w momentach zmiany („Lady Lady”), i o czułym domykaniu dawnych relacji („A Couple Minutes”). Żeby nadać tym historiom odpowiednią intymność, Olivia wynajęła na osiem tygodni klimatyczny dom we wschodnim Londynie – wniosła tam pianino, ustawiła ramki ze zdjęciami, wskoczyła w kapcie i zaprosiła do środka muzyków. Brzmieniowo „The Art of Loving” to krok dalej niż „Messy”. Czuć tu ciepły klimat lat 70. rodem z Los Angeles – miękki soft rock, chwilami wręcz yachtrockowy groove i rozmarzony, „carpentersowski” pop. A w „Man I Need” Dean sięga po taneczną energię pokroju „The Way You Make Me Feel” Michaela Jacksona i „Do Yourself A Favor” Prince’a.

O tym, ile osób utożsamiło się z jej tekstami, świadczy choćby ogromna popularność utworu „Baby Steps” na TikToku, dzięki któremu Olivia stała się głosem swojego pokolenia w kwestii relacji. Piosenka, opowiadająca o tym, jak koniec związku może stać się początkiem czegoś nowego, urosła do rangi hymnu uczących się żyć po swojemu singli i singielek wśród reprezentantów Gen Z i młodych milenialsów. Płyta „The Art of Loving”, która na wielu może zadziałać terapeutycznie, okazała się wyjątkowo kojąca także dla samej artystki. Przyznaje, że praca nad nią przyniosła jej mnóstwo radości. „Przy »Messy« byłam zestresowana. Tym razem powiedziałam sobie: »Olivia, spróbuj po prostu dobrze się bawić«”.

Więcej w tym temacie:

Kinga Nowicka

Z dziennikarstwem związana od ponad dekady. Pracowała w redakcjach magazynów drukowanych i online, gdzie pisała m.in. o modzie, urodzie i kulturze. Ma również doświadczenie w content marketingu, które zdobywała przy projektach dla międzynarodowych marek. W tekstach najchętniej opowiada o ludziach – ich pasjach i doświadczeniach – a także o tym, jak żyć lepiej i bardziej świadomie. Uznaje książki tylko w wersji papierowej, rowerem najchętniej jeździ poza miastem i pije czarną kawę – bez cukru.

Czytaj więcej

Kasia Lins w sesji dla GQ Poland

Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins

To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.

ARTYKUŁ PARTNERSKI Vinyl Corner w PRM Concept Store

Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami

Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.

Otsochodzi RIOTT

Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!

Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.

LeonKrzesniak

Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię

Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.

SL_SWAE LEE-SD_020126_CAR-CRASH_01_0670

Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen

Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.

Lech Janerka

Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu

Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.

Madonna

Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?

Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.

Smolik w sesji dla GQ Poland

Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo

– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.