I bez promocji OnlyFans nastolatki wiedzą, że ciało to towar
PARTNERZY SERWISU
Społeczeństwo
I bez promocji OnlyFans nastolatki wiedzą, że ciało to towar
Cała popkulutura jest przesiąknięta seksem, kobiety – uprzedmiotawiane, a mężczyźni –uzależnieni od porno. Jednak według miażdżącej większości to osoby zarabiające na usługach seksualnych najbardziej demoralizują młodych ludzi i całe społeczeństwa.
Udostępnij

Kto się oburza na OnlyFans i dlaczego? Autor zdjęcia: Getty Images/kolaż Klaudia Adamek
Jak tam wasze oburzenie na to, że Lena Polanski zarabia krocie na OnlyFans i występuje w podcaście Wojewódzkiego i Kędzierskiego, Cassie (Sydney Sweeney) z „Euforii” postanawia za sprawą tworzenia porno-contentu uzbierać kasę na usługi weselnej florystki, a bohaterka grana przez Elle Fanning w „Margo jest spłukana” w podobny sposób łata budżet po zajściu w nieplanowaną ciążę?
Jeśli zdążyliście odsądzić już od czci i wiary osoby pracujące seksualnie i wydaje wam się, że dziennikarze oraz reżyserzy robią promocję czemuś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego, to przychodzę nieco popsuć wam szyki. Albo zachęcić do szerszej refleksji nad obserwowanym powszechnie wzmożeniem, że oto (po raz nie wiem, który, w historii) świat zszedł na psy i pokazuje młodym ludziom najgorszy z możliwych wzorców: „kupczenie” ciałem.
Jednocześnie nie będzie to tekst z cyklu: praca seksualna stanowi dowód kobiecej (bo to głównie ich wybory są oceniane) przedsiębiorczości najwyższej próby i empowermentu. Gdy bardziej się poskrobie, oba bieguny tej dyskusji okazują się lenistwem intelektualnym, pod którym mogą kryć się nie tylko ignorancja i uproszczenia, ale i fobie.
Ok, boomers
Zacznijmy jednak od innego pytania: jak to możliwe, że popkultura i starzy medialni wyjadacze odkryli Only Fans dopiero w 2026 roku? Czy mamy do czynienia z szturmem na platformę? Mnie się wydaje, że w czasie brutalnego, medialnego wyścigu o uwagę twórcy seriali, jak lubujący się w mizoginicznym przedstawianiu kobiet Sam Levinson, oraz dziennikarski duet Wojewódzki/Kędzierski, idą na skróty, wybierając sobie temat, który od zarania dziejów wzbudza panikę moralną godną Dulskich tego świata. Ale po kolei.
Przyglądając się historii serwisu założonego przez Timothy’ego Stokely’ego, da się zauważyć, że boom na OF nie wydarzył się wczoraj, ale dobre kilka lat temu. Konkretniej: w czasie pandemii, gdy świadczenie usług seksualnych w realu z oczywistych względów stało się niemożliwe i przeniosło się do sieci. Dla pracowników i pracownic tego sektora opcja zarabiania na życie bez fizycznego kontaktu z klientem, przemysłem pornograficznym i całym seks-biznesem, była bardziej niż uzasadnionym wyborem nie tylko z uwagi zagrożenie zakażeniem. Oznaczała bowiem grę na własnych zasadach: bez pośredników i ryzyk związanych z potencjalną przemocą, wyzyskiem czy odpowiedzialnością karną tam, gdzie na przykład praca seksualna jest penalizowana.
Gwałtownie wzrosła liczba nie tylko twórców, ale i użytkowników, zaś platforma przestała być postrzegana wyłącznie jako niszowe miejsce kojarzone z branżą erotyczną czy domeną sex-cam girls. Zaczęła funkcjonować jako pełnoprawny element tzw. creator economy, czyli gospodarki opartej na bezpośredniej relacji twórców z odbiorcami i monetyzacji treści poprzez subskrypcje. Dla młodszych pokoleń jest to coś zupełnie oczywistego od dawna. Natomiast starsi komentatorzy i twórcy z opóźnieniem dostrzegli skalę zjawiska, a niektórzy próbują się na tym trendzie jakoś uwłaszczyć, ratując podupadającą własną popularność zbudowaną wokół tradycyjnych: mediów i modeli pozyskiwania zasięgów.
Pragmatyzm każe też zauważyć, że wejście OF do debaty publicznej jest zbiegiem okoliczności, wynikającym z długości procesu produkcyjnego. To znaczy – dopiero teraz premier doczekały się seriale, które podejmują ten temat i do których same zdjęcia trwały ponad rok, a scenariusze musiały powstać jeszcze wcześniej. W przypadku „Margot jest spłukana” mamy do czynienia z adaptacją książki, którą wydano w 2024 roku. A jeszcze dalej wstecz sięga moment, w którym autorka Rufi Thorpe musiała swoją powieść wymyślić i napisać, co każe przypomnieć truizm, że literatura, kino czy telewizja nie mają szans reagować na jakiekolwiek zjawiska z natychmiastową prędkością.
Czym innym są jednak media, które lubią się osadzać w roli strażników dobrego prowadzenia się (cokolwiek to znaczy), a jednocześnie same przez dekady współtworzyły do bólu mizoginistyczny świat, w którym kobiety są traktowane jak przedmioty. Pamiętacie jeszcze wodzianki z programu Kuby Wojewódzkiego? No właśnie.
Stało się jednak tak, że kuso ubrane panie już nie gaszą pragnienia gości telewizyjnego talk-show. Ba, sama telewizja i jej gwiazdy próbujące sił w innych formatach tracą na znaczeniu, gdy nie idą z duchem czasu. A skoro mamy czasy takie, w których platforma OF osiągnęła rozmiary i znaczenie, których nie da się już ignorować, to czemu by czegoś na tym nie ugrać dla siebie?
W przypadku OF mówimy o setkach milionów użytkowników i dolarów (rocznie). Media obiegły też doniesienia o śmierci Leonida Radvinsky’ego, właściciela platformy, potencjalnej sprzedaży firmy za miliardy oraz liczne kontrowersje związane z regulacjami czy podejściem banków do płatności.
Słowem – wydarzył się tu klasyczny schemat. Mainstream przegapił zjawisko, działające na alternatywnych zasadach. Ale gdy OF zaczęło generować ogromne pieniądze i wpływy, nagle stało się obiektem potężnych analiz i debat.
Nihil novi
Poza tym w ostatnich latach coraz więcej celebrytów, influencerów i osób znanych z tradycyjnych mediów zaczęło zakładać konta na OF. Dla nich to nie tyle egzotyczna nowinka, co raczej kolejny kanał komunikacji i zarabiania – sposób na bezpośredni kontakt z fanami, większą kontrolę nad własnym wizerunkiem oraz uniezależnienie się od pośredników takich jak agencje czy media. Innymi słowy, nie tyle odkryli platformę, co uznali ją za wystarczająco oswojoną i akceptowalną, by z niej korzystać bez ryzyka wizerunkowego. Przypomnę tylko, że Rick Owens na OF sprzedaje zdjęcia swoich stóp. Też powiecie, że to upadek zasad?
Niektóre gwiazdy OF wchodzą z kolei do mainstreamu jako ambasadorzy i ambsadorki marek. Tak wydarzyło się w przypadku L’Oreal. Koncern zdecydował się zaangażować do kampanii Urban Decay Ari Kytsyę, aktorkę filmów dla dorosłych z OF, co – rzecz jasna – w 2025 roku rozjuszyło internetowy komentariat, ale dziś już niewiele kto o tym pamięta. Pewnie zdążyliście też zapomnieć o czasach, w których kariery i współprace marketingowe dostawały takie postaci, jak Sasha Grey, Mia Khalifa czy – sięgając jeszcze dalej – Ilona Staller. Wtedy, gdy nikt jeszcze nie wyobrażał sobie powstania czegoś takiego, jak OF, też mówiono o gloryfikacji branży porno, która sprawi, że nagle wszystkie dziewczynki będą marzyć o sprzedawaniu seksu. Nic podobnego się nie wydarzyło.
Te same lęki wracają dziś w kontekście błękitnej platformy, choć i jej rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Bardzo się sprofesjonalizowała i sformalizowała. OnlyFans z 2026 roku to nie to samo miejsce co kilka lat wcześniej – konkurencja wzrosła, łatwe pieniądze z początkowego boomu w dużej mierze się skończyły, a rynek został zdominowany przez pośredników. Agencje skupiające twórców, dzięki przewadze finansowo-marketingowej, deklasują indywidualne konta i przejmują kontrolę nad warunkami pracy, niekiedy stosując praktyki przypominające działania alfonsów czy handlarzy ludźmi – od narzucania zasad po wywieranie presji i przymus.
Coraz częściej mówi się też o nasyceniu rynku i spowolnieniu wzrostu, co naturalnie przyciąga uwagę analityków i mediów, które zaczynają zadawać pytania o przyszłość platformy. Takie momenty przejścia – od dynamicznego wzrostu do stabilizacji albo widma stagnacji – zawsze generują zwiększone zainteresowanie.
Ten powtarzający się schemat znamy z wcześniejszych etapów rozwoju internetu – podobnie było kiedyś z YouTube’em czy TikTokiem. W efekcie nie mamy do czynienia z żadnym nagłym odkryciem, lecz spóźnionym odzewem.
Kto sprzedaje ciało?
Oburzenie na OnlyFans rzadko dotyczy samego faktu, że ktoś sprzedaje erotyczne treści, choć oczywiście kobiety są tu najłatwiejszym celem do bicia i załatwiania swoich nieprzepracowanych relacji z seksualnością. Pornografia była i jedną z największych gałęzi internetu i jakoś nie wywołuje cotygodniowych debat w prime time. Problem zaczyna się wtedy, gdy kobiety przestają być anonimowymi ciałami, a stają się podmiotami, które ustalają zasady, ceny, granice i warunki.
To jest moment, w którym wychodzi na wierzch coś znacznie mniej wygodnego: mizoginia i jej bardziej podstępna wersja – seksizm zinternalizowany. Ta pierwsza mówi wprost: „kobieta nie powinna zarabiać w ten sposób”. Ten drugi szepcze: „ja bym tak nie zrobiła, więc to musi być złe, upokarzające, pozbawione godności”. Obie opierają się na tym samym przekonaniu – że kobiece ciało powinno funkcjonować według zasad ustalonych przez innych.
Tymczasem w kapitalizmie każda praca w jakimś sensie jest sprzedażą ciała. Jedni sprzedają mięśnie i kręgosłupy, inni głowę i układ nerwowy, jeszcze inni czas i uwagę. Różnica polega na tym, że wokół seksu narosło tabu tak silne, że udajemy, iż to zupełnie inna kategoria. Jakby praca przy taśmie, w magazynie czy w korporacji była jakąś czystszą formą egzystencji, a nie równie często opartą na wyzysku.
To oczywiście nie znaczy, że praca seksualna jest z definicji wyzwalająca i feministyczna. Narracja o empowermencie bywa dużym uproszczeniem. Nie każda osoba zakładająca konto na OnlyFans robi to z pozycji wolnego wyboru i komfortu. Presja ekonomiczna, brak alternatyw, nierówności społeczne – to wszystko nadal istnieje i zmusza ludzi do najróżniejszych decyzji, które nie zawsze przynoszą finansową niezależność i jak najbardziej mogą wiązać się z przemocą, wypaleniem i innymi zagrożeniami. Kapitalizm ma jednak tę szczególną właściwość, że potrafi sprzedać jako „wolność” rzeczy, które są po prostu strategią przetrwania.
Teza, że praca seksualna to zawsze przedsiębiorczość i samostanowienie, jest tak samo nieuczciwa, jak twierdzenie, że to wyłącznie degradacja i upadek moralny. Prawda – jak zwykle – jest mniej wygodna i bardziej zniuansowana: to praca jak każda inna, osadzona w konkretnych warunkach społecznych i ekonomicznych. Może dawać sprawczość, ale może też ją odbierać. Może być wyborem, ale też koniecznością.
Dlatego zamiast rozstrzygać, czy to „dobre” albo „złe”, sensowniej jest mówić o warunkach, bezpieczeństwie i prawach osób pracujących seksualnie. O tym, czy mają kontrolę nad swoją pracą, czy są chronione przed przemocą, czy nie są stygmatyzowane do tego stopnia, że tracą dostęp do innych form życia społecznego. Wreszcie czas przenieść punkt ciężkości tam, gdzie zaczyna się popyt na usługi seksualne.
Seksualizacja i zawstydzanie
Hipokryzja tej debaty aż razi, bo praktycznie nie ma w niej mężczyzn. Okazuje się więc, że partner korzystający z porno jest do przebolenia, ale już nie osoba, która w oglądanym przez niego filmie występuje. Pamiętacie „dziewczyny z Dubaju” i zbiorowe wzmożenie wokół plotek o ekstremalnych praktykach z defekacją w roli głównej świadczonych za pieniądze przez polskie celebrytki? Tam oburzenie było ogromne, niemal histeryczne.
Na podobne reakcje nie można jednak liczyć, gdy mowa o przemocy ekonomicznej, psychicznej czy fizycznej wobec kobiet.Choćby ostatnie doniesienia o odurzających, gwałcących swoje partnerki, nagrywających cały proceder, a następnie publikujących obrzydliwe materiały w sieci mężczyznach-naśladowcach Dominique’a Pelicota – nie wywołują już tak skrajnych emocji, jak zarobki Leny Polanski. Nie oburza nas fakt, że popkultura od dekad ocieka seksem, że kobiece ciała są używane do sprzedawania wszystkiego – od samochodów po jogurty – a mężczyźni są socjalizowani w kulturze, która uczy ich konsumpcji pornografii od bardzo młodego wieku. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś próbuje na tym zarobić.
Wówczas społecznie drżymy, że „nastolatki się o tym dowiedzą i pójdą w seks-biznes”, co brzmi dziś szczególnie naiwnie. Dzieciaki nie potrzebują podcastów ani seriali, żeby wiedzieć, że ciało jest walutą. Uczą się tego od najmłodszych lat – z reklam, social mediów, relacji rówieśniczych, całej tej patriarchalnej układanki, która jednocześnie seksualizuje i zawstydza. To klasyczna wspomniana tu już dulszczyzna: najpierw budujemy świat oparty na uprzedmiotowieniu, a potem oburzamy się, gdy ktoś ten mechanizm wykorzystuje wprost.
W tle pobrzmiewa jeszcze coś: coraz więcej osób widzi, że tak zwana uczciwa praca nie gwarantuje już godnego życia. Etat przestaje być stabilnym fundamentem, a zarabianie pieniędzy wystarczających na przeżycie staje się przywilejem. W takim świecie moralizowanie wyborów zarobkowych innych ludzi brzmi jak luksus dostępny dla nielicznych.
Nie oznacza to, że wszystko należy bezrefleksyjnie akceptować, ale warto przestać upraszczać i przede wszystkim przestać odbierać godność ludziom tylko dlatego, że ich praca dotyka tematu, który od wieków wywołuje zbiorowy dyskomfort. Godność nie zależy od tego, co robisz, tylko od tego, czy inni są gotowi ją w tobie uznać. A z tym – jak widać – nadal mamy problem.
Pod czyją kontrolą?
OF wdziera się do zbiorowej wyobraźni w sposób nad wyraz przewidywalny, bo w gruncie rzeczy nie chodzi tu o sam seks, lecz o to, kto sprawuje nad nim kontrolę. Platforma narusza kilka utrwalonych porządków naraz: rozbija (przynajmniej w swoim pierwotnym założeniu) klasyczny model pośrednictwa, pozwalając twórcom monetyzować swoją seksualność bez udziału redakcji, agencji czy studiów, zaciera granicę między pracą a prywatnością, co niepokoi społeczeństwa przyzwyczajone do wyraźnych podziałów ról, oraz wprowadza logikę algorytmiczną w postaci subskrypcji i relacji paraspołecznych, które zaczynają regulować sferę wcześniej tabuizowaną lub ściśle kontrolowaną przez przemysł.
Kulturowo oznacza to zderzenie dwóch wizji seksualności: „oswojonej”, estetyzowanej i wpisanej w konwencje popkultury, oraz bardziej bezpośredniej, negocjowanej między twórcą a odbiorcą. W ten sposób instytucjom i społecznym strażnikom norm odbierany jest monopol na definiowanie tego, co akceptowalne. To właśnie utrata tej kontroli – a nie sama obecność seksu – budzi największy opór, przez co dyskusja o pracy seksualnej – na OF czy gdziekolwiek indziej – często skupia się na ocenianiu zjawiska jako takiego, zamiast na realnych warunkach pracy, nierównościach i mechanizmach, które dziś faktycznie kształtują tę sferę.
Więcej w tym temacie:
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Społeczeństwo
Jedno urządzenie dające komfort cały rok
Jeszcze kilka lat temu klimatyzator był traktowany wyłącznie jako praktyczny dodatek do mieszkania, który chłodził pomieszczenia. Dziś coraz częściej staje się też elementem aranżacji wnętrza. Na dodatek nie tylko chłodzi, ale także ogrzewa mieszkanie.
Społeczeństwo
STATUS QUO: Nowe myśliwce, stare spory. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Na Status Quo mijającego tygodnia zaprasza Oliwier Starczewski.
Społeczeństwo
STATUS QUO: Drony nad Petersburgiem i wybory nad Araksem. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Polska świętuje piętnaście tysięcy dzieci urodzonych dzięki in vitro, Ukraina świętuje pożar terminalu naftowego w Petersburgu, a Armenia jutro zdecyduje czy chce świętować z Europą czy z Moskwą.
Społeczeństwo
STATUS QUO: Tydzień jałowych sporów. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Na Status Quo mijającego tygodnia zaprasza Oliwier Starczewski.
Społeczeństwo
Z czego (nie) wypada się śmiać? Polskie poczucie humoru przez współczesną soczewkę
Dystans i humor potrafią zupełnie odmienić to, jak widzą nas inni. Mogą stać się też remedium (choćby tymczasowym) na codzienne bolączki i osłodzić nam rzeczywistość, ale czy chętnie korzystamy z ich siły? Czy jako Polacy potrafimy śmiać się z siebie, a żart traktować jako społeczny komentarz?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Villa Bogoria – warszawski adres dla tych, którzy wybierają jakość życia
W samym sercu Warszawy, tuż przy Ogrodzie Krasińskich, powstaje inwestycja przypominająca miejską rezydencję. Villa Bogoria nie jest kolejnym apartamentowcem premium. To projekt dla ludzi przyzwyczajonych do najwyższych standardów.
Społeczeństwo
Partnerstwo, nie patronat. Nowe otwarcie współpracy afrykańsko-europejskiej na TOP CHARITY ChangeMAKERS 2026
W warszawskim Pałacu Zamoyskich odbyła się kolejna edycja TOP CHARITY ChangeMakers – wydarzenia, które połączyło światy polityki, biznesu, nowych technologii i filantropii, jednocześnie wzmacniając dialog między Europą Środkową a Afryką.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Pekao przyspiesza – mocna oferta dla podróżujących. Robert Lewandowski twarzą nowej kampanii banku
Bank Pekao S.A. rusza z pierwszą kampanią w nowym pozycjonowaniu „Ciekawi świata. Mobilni w życiu”, stawiając na podróże – jeden z najbardziej aspiracyjnych obszarów marzeń i decyzji finansowych Polaków. Od 1 czerwca nowi klienci będą mogli zyskać nawet 2 400 zł rocznie na wydatki związane z wyjazdami w ramach Promocji Podróżnej. Twarzą kampanii jest Robert Lewandowski – jeden z najbardziej rozpoznawalnych sportowców na świecie i klient Banku Pekao S.A. od 17. roku życia – który w naturalny sposób łączy ciekawość świata z mobilnym, nowoczesnym stylem życia.