PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo
Czy Picasso ukradł „Monę Lisę”?

Sztuka i design

Czy Pablo Picasso stał za kradzieżą „Mony Lizy”?

Niedawna kradzież klejnotów z Luwru to nic przy zniknięciu najsłynniejszego obrazu Leonarda da Vinci. Historia tego rabunku w pokazuje, że prawda bywa bardziej zaskakująca niż fikcja, a wśród podejrzanych znalazł się inny malarz.

Udostępnij

Twórca kubizmu trafił w ręce stróżów prawa jako podejrzany o rabunek najsłynniejszego obrazu Leonarda da Vinci Autor zdjęcia: Getty Images

1
19.03.2026

Jak bardzo trzeba być pewnym siebie, by okraść najczęściej odwiedzane muzeum na świecie? Mowa oczywiście o Luwrze – miejscu, gdzie co roku przewija się prawie 9 mln gości, a wydawać by się mogło, że nowoczesne systemy bezpieczeństwa monitorują każdy ich ruch. 

Najwyraźniej jednak w tej sieci zabezpieczeń znalazło się sporo istotnych luk, skoro nie tak dawno czterech mężczyzn, udających ekipę budowlańców, skutecznie włamało się tam i wyniosło klejnoty o wartości ponad 80 mln euro! Był to jeden z największych napadów na dziedzictwo kulturowe Francji. Nadal jednak ten spektakularny rabunek blednie przy zuchwałym wyczynie złodzieja, który 114 lat temu postanowił przywłaszczyć sobie… „Monę Lizę”!

Joconde zniknęła!

 „Nie dzwońcie do mnie, chyba że Luwr spłonie lub »Joconde« (fr. Mona Liza) zostanie skradziona” – miał rzec do swoich podwładnych Jules Steeg, francuski członek rządu odpowiedzialny za kwestie edukacji publicznej i sztuk pięknych, w tym– za muzea. 21 sierpnia 1911 roku, odbierając telefon, pewnie więc był przygotowany na solidne zbesztanie osoby po drugiej stronie słuchawki za zawracanie mu głowy. Ostatnią jednak rzeczą, jakiej mógł się spodziewać, były mrożące krew słowa: „Panie ministrze, »Joconde« właśnie została skradziona!”. 

O rzekomym zniknięciu słynnego obrazu Leonarda da Vinci szybko miał się też dowiedzieć Jean-Théophile Homolle, dyrektor Luwru i muzeów narodowych Francji, którego ta informacja oderwała od słodkiego byczenia się na wakacjach w gorącym Meksyku. „Ukraść »Monę Lizę«? To tak, jakby ktoś mógł ukraść wieże katedry Notre-Dame!” – tak według późniejszych relacji zareagował najwyższy we Francji urzędnik muzealny. Nie uwierzył. Po co ktoś miałby podnosić rękę na najbardziej znane malowidło wywieszone w najbardziej obleganej galerii sztuki na świecie? Jeśli już ktoś chciałby cokolwiek kraść z Luwru, to czy nie łatwiej byłoby zwędzić np. złotą biżuterię, przetopić ją i sprzedać na czarnym rynku? Albo przywłaszczyć sobie szlachetne kamienie i spieniężyć gdzieś za granicą?

A jednak – miejsce, w którym dotąd wisiała „Mona Liza”, ziało teraz pustką. Ktoś naprawdę to zrobił! Pytanie brzmiało tylko: kto i w jaki sposób?

Momentalnie po zniknięciu z galerii najbardziej znanego dzieła sztuki włodarze muzeum i policja stali się celem ataku mediów oraz rozgorączkowanych tym bezczelnym rabunkiem Paryżan. Zgodnie z francuską tradycją musiały polecieć głowy! Homolle jako dyrektor okradzionego muzeum był tu jedną z pierwszych ofiar, mimo że w zasadzie trudno było mu postawić jakiekolwiek zarzuty. Prawdopodobnie do dymisji musiał poddać się w wyniku bardzo mocnej presji politycznej. Podczas gdy człowiek odpowiedzialny za Luwr żegnał się z urzędem, policja zatrzymała… Pabla Picassa. 

Na tropie awangardzistów

Czyżby to jeden z najwybitniejszych artystów ubiegłego wieku połasił się na „Monę Lizę”? Wiele na to wskazywało. Początkowo śledztwo przebiegało w dość chaotycznej atmosferze, a policja z jakiegoś powodu uznała, że należało zawęzić obszar poszukiwań sprawcy kradzieży do kręgów zbuntowanej awangardy – do tych wszystkich wyłamujących się staremu porządkowi szaleńców otwarcie krytykujących skostniałe instytucje promujące sztukę. Trop prowadził do Guillaume’a Apollinaire’a, zamieszkałego w Paryżu poety, którego sekretarz – Honoré-Joseph Géry Pieret – parę lat wcześniej wyniósł z Luwru dwie niewielkie, zabytkowe iberyjskie rzeźby, a następnie sprzedał je Picassowi. 

Podczas przesłuchań Apollinaire prawdopodobnie zasugerował detektywom, że to właśnie twórca kubizmu stał za kradzieżą obrazu Leonarda. Picasso trafił więc w ręce stróżów prawa. Był przerażony – nagłośnienie tego skandalu mogło skończyć się dla niego deportacją do Hiszpanii, skąd pochodził, oraz, co najgorsze – końcem jego kariery. Malarz podczas przesłuchania był bardzo nerwowy, co tylko wzmagało podejrzliwość policjantów. Na domiar złego kategorycznie upierał się przy tym, że nigdy nie poznał żadnego Apollinaire’a – było to oczywistym kłamstwem. Mimo panicznego zachowania hiszpańskiego artysty nie udało się udowodnić mu jakiegokolwiek udziału w rabunku i po czasie oczyszczono go z jakichkolwiek podejrzeń. 

Warto dodać, że krótko po wybuchu tego skandalu Picasso zwrócił ukradzione przez Piereta figurki lokalnej gazecie, która to przekazała je Luwrowi. Według badaczy sztuki pierwszy kubista zaczerpnął sporo natchnienia z tych nielegalnie zdobytych trofeów – efektem bazowania na ich prymitywnych formach miał być przedstawiający grupę rozebranych do rosołu prostytutek z ulicy d’Avinyó obraz „Panny z Awinionu”. Dziś to dzieło jest uznawane przez wielu za symboliczne narodzenie kubizmu.

Tymczasem śledztwo utknęło w miejscu. Nie sposób było znaleźć nawet jednego sensownego tropu i mimo ogromnej presji mediów policja rozkładała ręce. Dziennikarze ironizowali, że za kradzieżą stać musiał nie kto inny jak sam Arsène Lupin, czyli genialny złodziej-dżentelmen, bohater poczytnych opowiadań Maurice’a Leblanca. Kto mógł się spodziewać, że „Mona Liza” przez dwa lata tych bezowocnych poszukiwań leżała sobie schowana w drewnianym kufrze z podwójnym dnem gdzieś w jednym z paryskich mieszkań? 

Z ziemi francuskiej do włoskiej?

Jednak to nie do stolicy Francji prowadził pierwszy sensowny trop w tej intrygującej sprawie. W listopadzie 1913 roku, czyli ponad dwa lata po zniknięciu płótna z Luwru, Alfred Geri – florencki marszand i właściciel galerii sztuki – otrzymał list od niejakiego Leonardo Vincenzo. Nadawca twierdził, że wszedł w posiadanie zaginionego obrazu. Mówił też, że miejsce „Mony Lizy” jest we Włoszech. Nie omieszkał też wspomnieć, że oczekiwał sowitego wynagrodzenia za przekazanie Geriemu tego dzieła sztuki. Potencjalny nabywca zachował zimną krew i skontaktował się z Giovannim Poggim, ówczesnym dyrektorem Galerii Uffizi – znanego florenckiego muzeum. 

Mężczyźni zgodzili się umówić z tajemniczym posiadaczem bezcennego obrazu. Do spotkania doszło stosunkowo szybko w jednym z lokalnych hoteli. „Vincenzo” wyjął z walizki malowidło w ramie, a panowie od razu zorientowali się, że nie było tu mowy o oszustwie. Zgadzało się wszystko – od niuansów związanych z techniką pociągnięć pędzla autora, przez topolową deskę, na której znajdowało się płótno, aż po wyraźnie widoczne oryginalne pieczęcie Luwru. 

Mężczyźni nie dali się jednak ponieść emocjom i spokojnie oznajmili, że chętnie odkupią to trofeum, jednak najpierw muszą zabrać je do wnikliwej ekspertyzy, by mieć pewność, że faktycznie mieli do czynienia z obrazem da Vinci. Niedoszły sprzedawca naiwnie łyknął haczyk – gdy tylko panowie opuścili hotel, momentalnie zawiadomili policję, a obraz zabezpieczyli. Można powiedzieć, że złodziej razem ze swoim łupem podał się stróżom prawa dosłownie na talerzu. Cóż za żenująca kompromitacja dla francuskich organów ścigania, przez dwa lata niepotrafiących nawet znaleźć najmniejszej poszlaki w sprawie, która wbrew pozorom była znacznie prostsza, niż można by było sądzić!

Sprawcą całego zamieszania był Vincenzo Peruggia, robotnik zatrudniony przez jakiś czas w Luwrze i człowiek odpowiedzialny za konstruowanie gablot zabezpieczających najcenniejsze z dzieł sztuki. Być może zbudował także tę, w której znajdowało się zaginione płótno Leonarda. Żeby tego było mało, mężczyzna już na samym początku śledztwa był przesłuchiwany przez funkcjonariuszy policji, podobnie zresztą jak wszyscy inni pracownicy muzeum – zarówno ci obecni, jak i ci, którzy już w Luwrze nie pracowali. Mało tego – podczas jednego ze spotkań z Peruggią śledczy odwiedzili go w domu, a jeden z nich prawdopodobnie spisywał raport na stole, pod którym był ukryty zrabowany obraz.

Sam Vincenzo również miał sporo szczęścia. Policja dysponowała bowiem odciskiem jego lewego kciuka, a taki ślad złodziej zostawił na szkle ochronnym obrazu. Problem w tym, że daktyloskopia, czyli technika polegająca na badaniu i porównywaniu linii papilarnych, we Francji dopiero ledwie raczkowała – nie istniała nawet centralna baza odcisków palców, a ewidentny dowód w sprawie, który policja zabezpieczyła, teoretycznie mógłby zostać wykorzystany, gdyby tylko ktoś wpadł na pomysł pobrania odcisków od Peruggii. Tak się jednak nie stało, bo śledczy, wykluczywszy go jako podejrzanego, nie wpadli na pomysł, by na wszelki wypadek spojrzeć mu na ręce…

Jak było naprawdę?

Teraz, gdy rabuś trafił już w ręce sprawiedliwości, mógł opowiedzieć, w jaki sposób udało mu się zwinąć z Luwru najsłynniejszy z tamtejszych obrazów. Mężczyzna był włoskim imigrantem, który został zatrudniony w tym muzeum jako jeden z pracowników ds. technicznych. Do jego zadań należały m.in. obsługa gablot oraz drobne prace szklarskie. Vincenzo doskonale znał każdy korytarz w galerii, każdy zaułek i każde zaplecze. Zorientował się też, że osoba przemieszczająca się po Luwrze stanie się niemalże niewidzialna, jeśli tylko włoży na siebie biały fartuch typowy dla technicznego personelu tego miejsca. 

Rankiem 21 sierpnia 1911 roku, w dzień prac porządkowych, gdy do muzeum zazwyczaj przychodziło mniej zwiedzających, Peruggia „na pewniaka” wszedł do galerii i nonszalanckim krokiem przeszedł przez korytarze wprost do sali z „Moną Lizą”. Następnie zbliżył się do obrazu i podniósł go, zdejmując gablotę z dwóch żelaznych wsporników, na których stała. Ciężki łup zaniósł na zaplecze, gdzie znajdowała się klatka schodowa dla pracowników. Jako że Vincenzo doskonale znał budowę drewnianej, przeszklonej ramy, nie miał większych trudności ze zdemontowaniem tej konstrukcji i wyjęciem z niej obrazu. Szczątki gabloty schował pod schodami, gdzie były składowane różne rupiecie. 

Chociaż dzieło Leonarda jest dość niewielkie (53 cm na 77 cm), włożenie obrazu pod fartuch nie byłoby najlepszym pomysłem i istniała spora szansa, że mężczyzna zwróciłby na siebie uwagę. Dlatego też prawdopodobnie Peruggia przykrył ramę swoim pracowniczym odzieniem i wyszedł z Luwru, udając, że niesie jakiś materiał roboczy.

Złodziej był na tyle pewny siebie i bezczelny, że kiedy natrafił na zamknięte drzwi serwisowe, najzwyczajniej w świecie poprosił przypadkowo spotkanego hydraulika o to, by ten mu je otworzył. Pracownik nawet nie wziął pod uwagę, że umożliwia złodziejowi opuścić gmach Luwru i tym samym – nieświadomie bierze udział w jednym z największych skoków stulecia. Kiedy niedługo potem po muzeum buszowało kilkudziesięciu policjantów, poszukując jakiegokolwiek tropu, dzieło życia da Vinci znajdowało się już w mieszkaniu włoskiego imigranta. I było tam też w dniu, kiedy panikujący Pablo Picasso przysięgał podczas przesłuchania, że nie miał nic wspólnego z tą kradzieżą.

Złodziej-patriota

Trzeba przyznać, że Peruggia miał dość oryginalną, ale i mocno naiwną linię obrony. Od dnia zatrzymania stanowczo twierdził, że rabunku dokonał z pobudek czysto patriotycznych. Zaklinał się, że jako kochający swoją ojczyznę Włoch nie mógł pogodzić się z tym, że „Mona Liza” została wywieziona z jego ojczyzny przez Napoleona i że Francuzi nigdy nie kwapili się, by zwrócić bezprawnie przywłaszczony obraz. Gdyby tylko przestępca był trochę bardziej rozgarnięty, to wiedziałby o tym, że Leonardo w 1516 roku przeniósł się do Francji na zaproszenie króla Franciszka I i w podróż tę zabrał z sobą parę swoich dzieł. W tym „Monę Lizę”. 

Według wielu źródeł artysta osobiście sprzedał obraz monarsze. Inne mówią, że płótno z tajemniczo uśmiechającą się kobietą zostało przez władcę zakupione już po śmierci malarza. Jakkolwiek jednak by patrzeć – francuski władca wszedł w posiadanie tego eksponatu legalnie, więc opowieści Vincenza o Napoleonie rabującym Włochom bezcenny skarb kompletnie mijały się z prawdą.

Peruggia, będący źle wykształconym pracownikiem niskiego szczebla w Luwrze, nie miał zbyt dużych perspektyw na zawodowy rozwój, więc postanowił zrobić coś, co w jego opinii byłoby przepustką do sukcesu. Sposób jego działania wskazuje jednak, że daleko mu było do wspomnianego wyżej Lupina – Vincenzo działał nieostrożnie, w dużej mierze improwizując i nie dbając przesadnie o zabezpieczenie się. Nawet jego alibi było naiwne i bazujące na krążącym wśród włoskich mieszkańców Paryża micie. Trudno nawet zrozumieć, w jaki sposób rabuś wyobrażał sobie sprzedanie swojego łupu – jak pokazała historia jego infantylne, łatwowierne myślenie szybko doprowadziło do złapania go przez włoską policję.

Co ciekawe, w swojej ojczyźnie Peruggia został uznany za bohaterskiego patriotę, a Włosi skorzystali nawet z tej zuchwałej kradzieży – obraz przez jakiś czas był wystawiany m.in. w Galerii Uffizi w Florencji i w bardzo krótkim czasie przyszło go obejrzeć tysiące miłośników sztuki. Można powiedzieć, że była to pierwsza od czasu wyprowadzki do Francji zagraniczna „podróż” „Mony Lizy”.

A jaki los spotkał bezczelnego złodzieja? Vincenzo sądzony był we Włoszech i potraktowano go tam wyjątkowo łagodnie. Został skazany na rok i 15 dni odsiadki. Przesiedział nieco ponad siedem miesięcy i opuścił celę. Mężczyzna miał wyjątkowe szczęście – lokalne media przedstawiały go jako prostego, dobrotliwego patriotę, który posługując się mocno uproszczonym systemem moralnym, nie do końca rozumiał potencjalnych konsekwencji swojego czynu. Raczej nie mówiło się o tym, że gość po prostu chciał zarobić dobrą kasę i wierzył w to, że sprytny w jego mniemaniu plan dojdzie do skutku. O ironio! 

W 2012 roku dom aukcyjny Tajan za 3825 euro sprzedał anonimowemu kupcowi zdjęcie z policyjnej kartoteki przedstawiające… aresztowanego Peruggię. Fotografia została wykonana w 1909 roku, czyli jeszcze przed rabunkiem „Mony Lizy”. Włoch wszedł wówczas w jakiś drobny konflikt z prawem i nie zaliczył odsiadki. Nie zmienia to faktu, że na kradzieży obrazu Leonarda zarobił głównie dom aukcyjny i osoba wystawiająca na sprzedaż zdjęcie rabusia, który marzył o spieniężeniu jednego z najsłynniejszych obrazów w historii.

Więcej w tym temacie:

1

W połowie Peruwiańczyk, w całości – podróżnik na wiecznym, dopaminowym głodzie. Od lat wałęsa się po krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie szuka przygód i z uporem maniaka pakuje się w coraz to większe kłopoty. Przez ostatnie dwie dekady wyprodukował sporo reportaży o swoich wyprawach dla takich magazynów jak „Focus”, „Angora”, „Poznaj Świat” czy „CKM”. Ma też na swoim koncie kilka tysięcy mniej lub bardziej poważnych artykułów napisanych dla Joe Monstera. Prywatnie jest zawodowym leniem figurowym, miłośnikiem ciężkiego rocka oraz kiczowatego kina z lat 80. Lubi też żurek i ruskie pierogi. Od niedawna razem z ekipą kilku innych podróżniczych zapaleńców prowadzi agencję turystyczną Po Peru.

Czytaj więcej

ARTYKUŁ PARTNERSKI EXLANTIX partnerem wystawy „STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.”

EXLANTIX partnerem wystawy „STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.”

25 czerwca odbyła się wystawa „STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.”, której partnerem została marka EXLANTIX. Wydarzenie stworzyło przestrzeń do dialogu pomiędzy sztuką, nauką i współczesnym designem, prezentując twórczość Wojciecha Fangora inspirowaną postacią Jana Heweliusza oraz ideą odkrywania i postrzegania przestrzeni.

1920x1080_przenikanie

Niebezpieczne związki sztuki i mody

Powiązania między modą a sztuką od zawsze przywodziły na myśl płomienny romans. Znajdziemy tu momenty fascynacji i odrzucenia, gesty zawłaszczenia, próby dominacji i okresy demonstracyjnego dystansu.

Wilhelm Sasnal

Historyczny przełom dla polskiej sztuki. Wilhelm Sasnal laureatem Rubenspreis

Nagroda Rubensa to jedno z najbardziej prestiżowych europejskich wyróżnień dla artystów sztuk wizualnych. Przyznawana jest za całokształt twórczości wybitnym malarzom i malarkom, których dorobek wniósł istotny wkład w rozwój współczesnej sztuki. W gronie jej laureatów znaleźli się dotąd m.in. Francis Bacon i Lucian Freud.

1920x1080_na_wlasne_oczy

Podróże ze sztuką. Nieoczywisty przewodnik po galeriach

Najciekawsze dzieła znajdują się nie tylko w wielkich muzeach i topowych galeriach europejskich stolic. Czasem warto zboczyć z głównej trasy – skręcić z autostrady w stronę prowansalskiej winnicy, zjechać do rybackiej wioski na Costa Brava albo ruszyć leśną ścieżką w Dolomitach.

ARTYKUŁ PARTNERSKI K1_03314

STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ. - wystawa, której nie powinni przegapić miłośnicy sztuki i designu

Projekt „STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.” pokazuje jednego z najwybitniejszych polskich artystów XX wieku jako człowieka zafascynowanego kosmosem, nauką i tym, co pozostaje poza granicami ludzkiej percepcji.

Spektakl „Dystans” w reż. Tiago Rodriguesa

Żałoba po świecie, który jeszcze istnieje. O spektaklu Tiago Rodriguesa

Na tegorocznej edycji festiwalu Malta najgłośniej mówiło się o 24-godzinnym eksperymencie teatralnym „The Second Woman” z udziałem Magdaleny Cieleckiej. Jednak mój zachwyt wzbudził znacznie mniej spektakularny logistycznie, ale nad wyraz bogaty w treść i emocje mimo swojej kameralnej, 1,5 godzinnej formuły spektakl Tiago Rodriguesa pt. „Dystans”.

Bozenna Biskupska

6 wystaw, dla których warto zaplanować wakacyjny city break w Polsce

Gorąco? To może połączmy przyjemne z pożytecznym i pooglądajmy w chłodzie galerii ciekawe wystawy? Lato to też dobry moment, by połączyć weekendowy wyjazd z dawką sztuki, architektury i designu. W lipcu galerie i instytucje kultury w całej Polsce zapraszają na wystawy, które nie tylko zachwycają estetyką, ale także opowiadają o współczesności, pamięci miejsc i przyszłości naszych miast. Oto kilka ekspozycji, które szczególnie warto wpisać na wakacyjną listę.

Robert Majkut w sesji dla GQ Poland

Historia pewnego designu i fortepianu. Rozmowa z Robertem Majkutem

Robert Majkut stworzył polski język designu, zanim to słowo weszło do słowników. Autor słynnego fortepianu Whaletone opowiada, skąd czerpie inspiracje i dlaczego najlepiej mu się pracuje wśród drzew.