Szumowska i Englert o wojnie w Ukrainie. „Ciało wojny” to poruszający dokument o męskości, traumie i tożsamości
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Szumowska i Englert o wojnie w Ukrainie. „Ciało wojny” to poruszający dokument o męskości, traumie i tożsamości
Spotykamy się z Małgorzatą Szumowską i Michałem Englertem tuż przed premierą „Ciała wojny”. W rozmowie opowiadają o dokumencie, który powstawał w cieniu realnego konfliktu w Ukrainie.
Udostępnij

Małgorzata Szumowska i Michał Englert tym razem opowiadają o ciele w kontekście wojny Autor zdjęcia: materiały prasowe
Małgorzata Szumowska i Michał Englert są w ruchu – między jednym projektem a drugim, między planem a montażownią, między Polską a światem. Tempo nie jest przypadkowe: od ponad dwóch dekad tworzą jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów reżysersko-operatorskich w Polsce. Mają na koncie filmy takie jak „Body/Ciało”, „Śniegu już nigdy nie będzie” czy „Kobieta z...”, w których dokumentalna wrażliwość spotyka się z kinem obyczajowym.
Teraz wracają z dokumentem, ale trudno mówić o klasycznej formie. „Ciało wojny” powstawało równolegle z rzeczywistością – w cieniu wojny w Ukrainie, w napięciu, które nie daje się zamknąć w narracyjnych ramach. Ich dokument mówi o ciele: zniszczonym, rekonstruowanym, performowanym, negocjowanym. Jest też o tym, jak wojna zapisuje się nie tylko w historii, lecz także w mięśniach, bliznach i gestach.
A jednocześnie to tylko jedna z ich premier. Już za chwilę zobaczymy także ich nową fabułę „The Idiots” – opowieść o małżeństwie Dostojewskich. W rolach głównych: Aimee Lou Wood, znana z „Białego Lotosu” i „Sex Education”, oraz Johnny Flynn („Geniusz”, „Jedno życie”). Szumowska i Englert funkcjonują dziś w dwóch rytmach naraz – kina autorskiego i międzynarodowej produkcji – ale w obu przypadkach interesuje ich to samo: człowiek w sytuacji granicznej.
„Ciało wojny” to wizualnie prowadzony dokument, który przez trzy przeplatające się historie bada, jak wojna odciska się na ciele, sztuce i tożsamości – od okaleczonych weteranów, przez artystów mierzących się z traumą, po młodą transpłciową performerkę budującą życie poza Ukrainą. Film nie daje prostych odpowiedzi, ale zostawia z obrazami, które trudno wyrzucić z głowy.
Oficjalna premiera „Ciała wojny” odbędzie się podczas 23. Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity, 8–17.05.

Oficjalna premiera „Ciała wojny” odbywa się podczas 23. Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity Autor zdjęcia: materiały prasowe, Marek Kita
Oglądając wasz dokument, wracałem myślą do innych waszych filmów, „Body/Ciało” i „Kobieta z…”, w których przecież mówiliście o relacji człowieka z jego ciałem. Obsesja?
Małgorzata Szumowska: Każdy artysta musi być – jak powiedziała Susan Sontag – obsesyjny, żeby w ogóle coś osiągnąć. W kontekście ciała nie chodzi jednak wyłącznie o kontekst fizyczny, lecz o ciało w kontekście rozpadu, rozkładu, śmierci i całkowitej ulotności życia. Z wiekiem to się nasila. Sprawność ciała jest dla reżysera – a szczególnie dla operatora – czymś, co umożliwia robienie filmów. To pewna maszyna połączona. Ale to też odwieczny dyskurs filozoficzny, który trwa od starożytnej Grecji. Bywały epoki, w których ciało się „gubiło”, potem znów o nim sobie przypominano. Ciało funkcjonuje jako maszyna wojny, maszyna rodząca, jako coś, co ostatecznie zostaje, jakiś fragment materii. Dla nas jest ważne to połączenie ciała, duszy i wszystkiego pomiędzy. Myślę, że jest w tym obsesja.
Michał Englert: Bliższy jest mi dyskurs, czy ciało to tylko materia, czy jest coś więcej. Do tego, co Małgośka powiedziała, dodałbym też ciało jako źródło inspiracji estetycznej dla sztuki. Człowiek od wieków pozostaje zagadką, tajemnicą, dlatego ludzkie ciało nieustannie staje się przedmiotem badań. Dziś dochodzi do tego obsesja życia i jego nieustannego przedłużania. Na drugim biegunie zawsze pozostaje śmierć. Współcześnie obserwujemy przesuwanie tej granicy, wręcz wyścig w stronę doskonalenia, osiągania jakiejś formy perfekcyjności. W „Ciele wojny” próbujemy spojrzeć na ciało jako coś kruchego, ulotnego. Pokazujemy różne perspektywy, np. weteranów, którzy mimo że bez kończyn walczą o wykonanie jednego samodzielnego ruchu. Zderzamy ich z kunsztem ciał olimpijczyków. Chcieliśmy stworzyć film, który przypomina strumień refleksji. Te konteksty mogą się wydać dla niektórych zbyt drastyczne, zbyt bezpośrednie, ale czasem właśnie takie zestawienia myśli i postaw prowadzą do ciekawych przemyśleń.
Wojna w Ukrainie, tak niespodziewana i brutalna, stała się dla Europejczyków przypomnieniem, że pogoń za długowiecznością tak naprawdę okazała się iluzją. Zgodzicie się z tym?
M.Sz.: Tak, wojna w Ukrainie staje się przypomnieniem tego, że od śmierci dzieli nas bardzo cienka granica. Życie potrafi zostać odebrane w ułamku sekundy. Równie często jest też odbierana sprawność, również bardzo młodym osobom. Wszystko to dzieje się równolegle z naszym poszukiwaniem sposobu na longevity.
M.E.: Jeden z naszych bohaterów, Pavlo Kovach z kolektywu Open Group, porównuje to do linii czasu, która działa w innym metrum, kiedy znajdujesz się w sytuacji ekstremalnej, a wojna jest właśnie taką sytuacją. Coś, co normalnie rozgrywa się przez lata, w takich warunkach może wydarzyć się w ciągu sekundy. To też cecha współczesności – jesteśmy nieustannie atakowani informacjami zewsząd, o różnej jakości, często zbędnymi. Powoduje to przesycenie, przeciążenie, które prowadzi do zobojętnienia. W efekcie pojęcia takie jak wojna czy zagrożenie zaczynają funkcjonować jak zdarzenie teoretyczne, coś, co „gdzieś się dzieje”. Szkoda, że potrzeba aż tak drastycznego doświadczenia jak osobiste zetknięcie się z wojną, żeby naprawdę zrozumieć, czym ona jest. Może właśnie dlatego pomoc w Polsce była tak silna, bo nagle okazało się, że konflikt stał się namacalny. W tych mocno egoistycznych czasach doświadczenie bezpośrednie bywa niestety konieczne, żeby naprawdę coś zrozumieć.

Jeden z bohaterów „Ciała wojny” Autor zdjęcia: materiały prasowe
Kiedy pomyśleliście o „Ciele wojny”?
M.Sz.: U nas zaczyna się od jednego zdarzenia czy obrazu, a potem to obrasta, rośnie. Kiedy tylko wybuchła wojna, bardzo szybko poznaliśmy ludzi z organizacji Superhumans, którzy już w Warszawie pracowali nad modernizacją szpitala dla weteranów we Lwowie. Szukali kontaktów na całym świecie, zbierali duże środki, wspierali ich m.in. Amerykanie. Powiedzieliśmy wtedy, że chcemy zrobić o tym film. Udało się – dostaliśmy wsparcie z PISF i pojechaliśmy na miejsce. To był moment, kiedy wojna była jeszcze bardzo świeża. Mieliśmy kilka intensywnych dni zdjęciowych, podczas których słychać było ciągłe alarmy. Wróciliśmy z bardzo dobrym materiałem. Nie mogliśmy już jednak ponownie pojechać do Ukrainy. Kwestie ubezpieczenia sprzętu i ludzi stały się zbyt skomplikowane, zwłaszcza gdy sytuacja się zaostrzyła. W międzyczasie Superhumans zaczęli tworzyć własny materiały o szpitalu. Nasze drogi się rozeszły.
Dodaliście nowe wątki.
M.Sz.: Tak, zaczęliśmy szukać innych bohaterów, żeby wykorzystać zgromadzony materiał. Dzięki Dawidowi Nicklowi trafiliśmy na performerkę Danę Vitkovską. Potem pojawili się artyści z Open Group, którzy reprezentowali Polskę na Biennale w Wenecji, a ich praca miała bardzo filmowy charakter. Dlatego zdecydowaliśmy się iść tropem sztuki. Powstawanie „Ciała wojny” przypominało proces ze sztuki konceptualnej – składanie tych wszystkich elementów w jedną opowieść było żmudne i czasochłonne. Potrzebowaliśmy dużo czasu, żeby osiągnąć ostateczny efekt.
Czy wojna może stanowić inspirację dla sztuki? Czy sztuka pasożytuje?
M.Sz.: Sztuka zawsze coś wykorzystuje. Oceny moralne są tu bardzo złożone i unikałabym ich jednoznacznego formułowania. Wydaje mi się, że nasz film robi dobrą robotę, podobnie jak wiele dzieł sztuki o wojnie, np. „Powtarzajcie za mną” Open Group. Jednocześnie mam poczucie, że bez tego „kontrowersyjnego” elementu sztuka po prostu nie działa. Wracając do Susan Sontag – ona też zwracała uwagę, że w sztukę jest wpisana niejednoznaczność. Rzeczy jednoznaczne możemy oglądać jako treści rozrywkowe, choćby na platformach streamingowych. Sztuka zaś jest po to, żeby wytrącać ze strefy komfortu. Dokonuje tego przez zabiegi nieoczywiste, czasem dwuznaczne.
M.E.: W filmie przedstawiamy trzy perspektywy – osoby, które walczą, i te, które robią wszystko, by nie trafić na front. Kolejne przetwarzają to traumatyczne doświadczenie z punktu widzenia artysty. Wszystko zależy od punktu spojrzenia, nawet w przypadku tak ekstremalnej sytuacji, jaką jest wojna. Robiąc film o niej, pokazujemy ogromny wysiłek, cierpienie, ludzkie doświadczenie, heroizm. Wtedy rodzi się pytanie: jak ustawić kamerę, jak poprowadzić uważność widza, nie narzucając tezy, żeby przekaz głęboko humanistyczny i pacyfistyczny jednak zwyciężył? Po wielu przemyśleniach zdecydowaliśmy się, że nasza narracja będzie opowiadać również z daleka od frontu. W historii kinematografii dobrze widać tę „perspektywiczność”. Wystarczy zestawić „Full Metal Jacket” Kubricka z „Plutonem” Stone’a – oba opowiadają o wojnie w Wietnamie, w tej samej sprawie, a jednak ich wydźwięk jest inny.

Pavlo Kovach z kolektywu Open Group w filmie Autor zdjęcia: materiały prasowe
Czy myślicie, że popkultura wpływa na to, jak podchodzimy do udziału w wojnie? W waszym filmie pojawia się urzędniczka, która dziwi się, że Ukrainiec stara się o polskie obywatelstwo i nie chce bronić swojego kraju. Nie ma refleksji: czy ona chciałaby ginąć za Polskę.
M.Sz.: Przyznam ci się, że nawet nas zaskoczył fakt, ile osób pracujących na naszym planie nie chciało iść walczyć. Niektóre mówiły to wprost, inne się tego wstydziły, czuły dyskomfort. Przy pracy spotkaliśmy też dwudziestolatka, który był przekonany, że kto nie walczy, ten jest tchórzem. W trakcie zdjęć zmienił zdanie. To pokazuje, jak bardzo niejednoznaczna jest ta sytuacja. Mam też wrażenie, że coraz bardziej żyjemy w rzeczywistości, w której wszystko próbuje się upraszczać do prostych kategorii – dobry, zły, wolno, nie wolno. Przecież istnieje ogromna strefa pomiędzy, gdzie osąd nie przychodzi łatwo. Nawet w kontekście wojny trudno jednoznacznie ocenić żołnierza, który zabija wroga.
M.E.: Podczas zdjęć w szpitalu część naszej ekipy technicznej pochodziła z Ukrainy. Byli to rówieśnicy tych chłopaków, którzy pojawiali się przed kamerą, ciężko okaleczeni. Konfrontacja była bardzo interesująca. Nie było w niej otwartego osądu, ale wyraźnie dało się odczuć napięcie. To był pewnie zwiastun jakiejś formy polaryzacji, problemu, z którym Ukraińcy jako społeczeństwo będą musieli się zmierzyć po wojnie.
M.Sz.: Mam wrażenie, że udział w wojnie jest mocno klasowy. Osoby z klas niższych są zmuszone, by walczyć. Oczywiście są wyjątki, jak wspomniany Pavlo Kovach, który jest wykształconym artystą, zdecydował się bronić Ukrainy. Ale słyszeliśmy też historię od pani sprzątającej, która próbuje wyciągnąć syna z wojska. Problem w tym, że to kosztuje ogromne pieniądze, a ona ich nie ma, więc zbiera środki wśród ludzi w Polsce. Kobieta nie jest w tym odosobniona. Dzieci z bogatych domów nie mają takiego problemu. Budzi to słuszną frustrację części społeczeństwa ukraińskiego.
W dokumencie pojawia się wspomniana Dana, transpłciowa kobieta, która nie przeszła jeszcze prawnej tranzycji, w jej dowodzie figuruje „M”. Co prawda mieszka w Polsce, ale gdyby przebywała w Ukrainie, zostałaby powołana do wojska…
M.Sz.: Na szczęście w Polsce może funkcjonować trochę poza tym, co dzieje się za granicą. Na początku jej historia stanowiła dla nas silny kontrast, ale z czasem pojawiło się w niej coś wyzwalającego. Bo Dana po prostu chce być artystką – tworzyć, istnieć w świecie sztuki, być podziwiana także za swoją urodę, do której sama przywiązuje dużą wagę. Zderzenie jej podejścia z rzeczywistością wojny wydało nam się niezwykle mocne. A jednocześnie mam wrażenie, że ta szala w pewnym sensie przesuwa się także w jej stronę – zaczynamy jest postawę rozumieć, akceptować, bo w gruncie rzeczy sami często funkcjonujemy w podobny sposób.

Dana Vitkovska, jedna z bohaterek „Ciała wojny” Autor zdjęcia: materiały prasowe
To, co świetne w filmie, to uchwycenie różnych poziomów przemiany ukraińskiej codzienności – nie tylko systemowej, lecz także bardzo osobistej, związanej z koniecznością oswojenia się zarówno żołnierzy z ich zmienionym ciałem, jak i ich bliskich z nową rzeczywistością, w której ich bliska osoba wraca z wojny okaleczona.
M.E.: Zauważyliśmy też wielki szacunek wobec tych, którzy poświęcili życie albo sprawność, żeby bronić swojego kraju. Ale z drugiej strony pojawiają się też inne głosy – których nie chcieliśmy już w pełni rozwijać w filmie – np. perspektywa kobiet, które zostają same jako jedyne żywicielki rodziny. Z ich punktu widzenia pytanie o odpowiedzialność wygląda inaczej: czy myślimy w skali narodu, czy w skali rodziny? Właśnie na tym budują się napięcia. Ile razy sami prowadziliśmy takie hipotetyczne rozmowy, co by było, gdyby dziś wydarzyło się coś na miarę powstania warszawskiego? Czy poszlibyśmy walczyć, czy nie? Dla nas to oczywiście teoretyzowanie, ale dla Ukraińców dziś to podejmowanie realnych decyzji, co jest ważniejsze. Jaki jest priorytet? Tego nie da się rozstrzygnąć z pozycji wygodnego fotela. W sytuacji ekstremalnej działają odruchy atawistyczne, impulsy, które jednych pchają na front, a innych skłonią do spakowania walizek i wywiezienia rodziny jak najdalej. Jako filmowcy jesteśmy wszystkiego ciekawi i każdą z tych postaw przede wszystkim próbujemy zrozumieć.
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Jest nowy zwiastun serialowej „Lalki”! Nadchodzi przewrotna odsłona klasyki
Netflix zaprezentował drugi zwiastun serialu opartego na ikonicznej książce Bolesława Prusa. Kiedy obejrzymy produkcję?
Filmy i seriale
„The Bear” smakuje lepiej bez Carmy’ego. Przedpremierowa recenzja
Jeremy Allen White nadal jest twarzą „The Bear”, ale piąty sezon udowadnia, że serial Christophera Storera nie potrzebuje już nieustannego skupiania się na jego bohaterze. Gdy Carmy schodzi z pierwszego planu, więcej miejsca dostają inni, a „The Bear” odzyskuje smak.
Filmy i seriale
„Ród smoka” wraca. Harry Collett i Tom Glynn-Carney o nowym sezonie
„Ród smoka” właśnie powrócił z trzecim sezonem, a wraz z nim Aegon Targaryen, który próbuje poskładać się po własnym upadku, i Jacaerys Velaryon, coraz mocniej wchodzący w rolę przyszłego przywódcy. Tom Glynn-Carney i Harry Collett opowiadają o wojnie, traumach i o tym, dlaczego w Westeros największym zagrożeniem nigdy nie były smoki.
Filmy i seriale
Michał Sikorski o swoich ikonicznych rolach
Od przełomowej „Sonaty” po fenomen „1670” – Michał Sikorski opowiada o rolach, które ukształtowały jego aktorską karierę. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce rozpoczynamy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Dlaczego świat oszalał na punkcie „Backrooms”?
21-letni Kane Parsons zamienił internetową obsesję w filmowy fenomen. „Backrooms. Bez wyjścia” zarabia miliony, przyciąga młodą widownię i pokazuje, że przyszłość kina rodzi się dziś na YouTubie.
Filmy i seriale
Tom Holland i Zendaya wkraczają w nowy rozdział. Jest zwiastun „Spider-Man: Nowego początku”
Trudno powiedzieć, co dziś elektryzuje fanów bardziej: rekordowo popularny „Spider-Man: Nowy początek” czy fakt, że Tom Holland i Zendaya znów pokazują się razem. Nowy zwiastun tylko podgrzewa atmosferę wokół filmu, a świeżo upieczeni małżonkowie właśnie rozpoczęli wspólną trasę promocyjną, która potrwa jeszcze wiele miesięcy.
Filmy i seriale
„Ród smoka” wreszcie przestał być gorszą „Grą o tron”. Recenzja
Trzeci sezon „Rodu smoka” przynosi to, czego brakowało serialowi od początku: stawkę, emocje i bohaterów, których decyzje naprawdę mają konsekwencje. Produkcja HBO Max wreszcie nie sprawia wrażenia kosztownej imitacji. Westeros znowu wciąga.
Filmy i seriale
„1670” wraca z trzecim sezonem. Jan Paweł chce wysłać chłopa na Księżyc
Netflix zapowiedział trzeci sezon hitowego serialu „1670". Premiera 5 sierpnia, a fabuła zabierze widzów z błotnistej Adamczychy na królewski dwór i do Warszawy.