PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Filmy i seriale

Reżyser Michał Marczak wraca z najbardziej osobistym filmem w karierze

„Bez końca” zaczyna się jak true crime, ale szybko zamienia się w intymną medytację o ojcostwie, żałobie i potrzebie sensu. Twórca nagradzanego filmu „Wszystkie nieprzespane noce” wraca z nowym dokumentem. Do zobaczenia na Millennium Docs Against Gravity.

Udostępnij

Michał Marczak reżyser filmu „Bez końca”

Reżyser Michał Marczak Autor zdjęcia: Szymon Rogiński

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
04.02.2026

Gdy nastoletni syn Daniela znika bez śladu, po tym jak ostatni raz widziany był na moście nad Wisłą, rzeczywistość rozpada się na dwie wersje: tę, w której wydarzyła się tragedia, i tę, w której wciąż jest nadzieja. Michał Marczak trafia na Daniela przypadkiem, podczas prywatnej wyprawy po rzece, i niemal natychmiast rozpoznaje w nim figurę niezmordowanego bohatera, kogoś, kto nie potrafi czekać bezczynnie. Kamera w „Bez końca” nie szuka odpowiedzi na pytanie, co się stało. Zamiast tego zanurza się w proces: w długie godziny samotnych poszukiwań, w ciszę nadwiślańskich brzegów, w napięcie między koniecznością dalszego działania a powolnym oswajaniem nieodwracalnej straty. „Bez końca” jest filmem o trwaniu w stanie zawieszenia i o tym, jak bardzo potrafi on zdefiniować całe życie.

W 2016 roku Michał Marczak wyreżyserował skądinąd kultowy dokument „Wszystkie nieprzespane noce” o dwóch przyjaciołach, którzy rzucają się w imprezowy wir Warszawy, próbując złapać życie za rogi. Twórca otrzymał za niego wyróżnienie na Sundance Film Festival.

„Bez końca” to zupełnie inny film. Cichy, wręcz medytacyjny. Skupiony na kilku bohaterach i bohaterkach, poświęcających każdą chwilę, by dowiedzieć się, co stało się z Krzysztofem, ich synem, członkiem rodziny. Nowy film Marczaka jest najbardziej osobistym w jego karierze. Można go zobaczyć na tegorocznym Millennium Docs Against Gravity, który potrwa do 17 maja.

Kadr z filmu „Bez końca” w reżyserii Michała Marczaka

Kadr z filmu „Bez końca” w reżyserii Michała Marczaka Autor zdjęcia: materiały prasowe

„Bez końca” to opowieść o Danielu, który po zaginięciu nastoletniego syna Krzysztofa przeszukuje głębiny Wisły z nadzieją, że go odnajdzie. Dlaczego wybrałeś ten temat?

W dokumencie nigdy nie szukam tematu. On po prostu musi mnie osobiście bardzo poruszyć. Choć to była głośna sprawa, nie słyszałem o zaginięciu Krzysztofa. A nawet gdybym miał tę świadomość wcześniej, nie wyobrażam sobie, że mógłbym skontaktować się z tą rodziną i zaproponować jej film.

Jak zatem doszło do waszego spotkania?

Zupełnie przypadkiem. Z żoną (Karoliną Marczak – przyp. red.) napisaliśmy scenariusz filmu fabularnego, którego akcja dzieje się na Wiśle. Zbudowaliśmy tratwę, żeby móc przepłynąć rzekę w poszukiwaniu lokacji. Wraz z – wtedy pięcioletnim – synem i kilkuosobową ekipą filmową pokonaliśmy około 200 km. Podczas ostatniej nocy wyprawy nie mogliśmy dobić do jednej z wysp. Zaczęło się robić niebezpiecznie: zerwał się wiatr, trafiliśmy na wysokie, strome brzegi. Wtedy niespodziewanie pojawił się człowiek z latarką. Pomógł nam bezpiecznie dopłynąć do brzegu. To był Daniel. Gdy następnego dnia się spotkaliśmy, opowiedział mi swoją historię.

Tak po prostu?

Najpierw pomyślałem, że jest wędkarzem. Ale nie widziałem wędki – tylko zaawansowany sprzęt do nurkowania: sonar, kamery podwodne, drona. Pomyślałem: poszukiwacz skarbów. Wtedy Daniel opowiedział mi swoją potwornie smutną, wzruszającą historię. Zobaczyłem w jego oczach ogromną determinację. Przypomniał mi się Hemingway i „Stary człowiek i morze”, „Fitzcarraldo” Herzoga. Zobaczyłem w Danielu coś, co rozpoznałem też w sobie. Czasami też chcę przesunąć góry, żeby osiągnąć swoje założenia. Bardzo rezonuję z ludźmi, którzy mają w sobie taką potrzebę działania, są uparci. Od razu poczułem do Daniela sympatię.

Chciałeś zgłębić temat?

Po powrocie mieliśmy wrócić do pracy nad scenariuszem, ale nie mogłem przestać myśleć o Danielu. Nie tylko o samej historii i tej niepewności wokół zaginięcia – że Krzyśka ostatni raz widziano na Moście Gdańskim i do dziś nie wiadomo, czy skoczył, czy po prostu zszedł. Myślałem także o tym, co to mówi o czasie, w którym żyjemy. Coraz częściej łapałem się na rozmyślaniach o problemach dzisiejszej młodzieży, o tym, jak łatwo można się zgubić, i o tym, jak w ogóle wychować syna, kiedy świat tak szybko się zmienia.

Dlatego to spotkanie nie dawało mi spokoju. W końcu odezwałem się do Daniela i nieśmiało zapytałem, czy mogę spędzić z nim jeden dzień nad rzeką. Zgodził się. Wtedy zobaczyłem, że samo bycie z nim na Wiśle – ta cisza, ten upór, ta rutyna poszukiwań – uruchamia we mnie jeszcze większą introspekcję. Pomyślałem, że jeśli miałbym robić o tym film, to nie po to, żeby rozkminiać, co się stało, tylko żeby stworzyć coś dużo głębszego.

O czym myślałeś?

Myślałem o własnym życiu, o swoich decyzjach, o tym, co w ogóle dzieje się w społeczeństwie. Mój tata zginął w wypadku samochodowym, kiedy miałem 11 lat. Podczas tej wyprawy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie pozwoliłem sobie przeżyć żałoby. Schowałem się w sali kinowej. Pomyślałem wtedy, że chciałbym, żeby ten film wprowadzał widza w pewien stan medytacyjny. Niezależnie od tego, czy ktoś przeżył tragedię, czy nie, czy jest rodzicem, czy nie – żeby na jakimś poziomie bliskości, bycia z innymi ludźmi, ta opowieść mogła po prostu zadziałać.

Czy łatwo przyszło Danielowi i jego żonie Agnieszce wpuszczenie cię z kamerą do swojego świata?

Zobaczyłem, że wcześniej byli obecni w mediach. Uchylili już drzwi do swojej prywatności. Dzięki temu było mi łatwiej zaproponować wejście z kamerą.

Zastanawiałeś się, jak obecność kamery wpływa na decyzje twojego bohatera?

Nie ma możliwości, żeby nie wpływała. Obecność kogokolwiek, nie tylko filmowca, potrafi napędzać osobę do działania. Kiedy do Daniela zgłasza się ktoś z pomocą, wraz z nim pojawia się nowa iskierka nadziei na odnalezienie Krzyśka. Jestem przekonany, że jeśli już coś wpływało na niego, to moja obecność, nie kamera. Zawsze chodzi o energię ludzi, która odbija się od siebie. 

Zaskoczyło mnie, że w pewnym sensie Daniel stał się nadwiślańskim vigilante. Rzeka to jego podwórko, zna ją lepiej niż inni, lepiej nawet niż policja rzeczna…

Kiedyś Herzog powiedział, że nie chce pracować z profesjonalistami, tylko z pasjonatami. Zgadzam się z nim. Kiedy już uznajemy, że jesteśmy profesjonalistami, często wpadamy w określone sposoby myślenia o tym, jak coś powinno być zrobione. Trzymamy się procedur. Przestajemy widzieć, że coś można zrobić inaczej.

Tymczasem świat bardzo szybko się zmienia: pojawiają się nowe technologie, nowe metody, można kombinować. I niestety często bycie profesjonalistą staje się antonimem kombinowania. Daniel jest świetnym przykładem czegoś dokładnie odwrotnego.

Wszystkiego nauczył się sam.

Tak, chociaż na początku kontaktował się też z doświadczonymi poszukiwaczami, biegłymi sądowymi, ludźmi pracującymi dla policji czy innych służb. Uczył się od nich, ale jednocześnie przeszukiwał internet. Na Wiśle próbował różnych technik i technologii. Kamery, które wymyślał i montował na swoich konstrukcjach, to jego autorskie pomysły i one naprawdę świetnie się sprawdzają. Dla porównania: służby mają kamery podwodne warte dziesiątki tysięcy złotych, skomplikowany sprzęt, którego czasem nawet boją się używać. Daniel kupił kamerę za 200 zł. Jak się zarysuje – wkłada nową. Nauczył się działać bardzo wydajnie, żeby osiągnąć cel. Dzięki temu pomógł już wielu rodzinom. Dla mnie to jest najbardziej wzruszające w tej historii.

Nie tylko kręciłeś, ale aktywnie pomagałeś, prawda?

Tak. Pływaliśmy we trzech – ja, Daniel i mój dźwiękowiec. Czasami tylko we dwóch, bo łódka była mała. Starałem się pomagać tak, jak mogłem. Zawsze mam poczucie, że to jest po prostu fair, nie jestem tam tylko po to, żeby filmować, ale chcę być przydatny. Bywały jednak momenty bardzo trudne. Na przykład raz wpłynęliśmy w gęstą mgłę i zrobiło się naprawdę niebezpiecznie.

Pomyślałem: jeśli wpadniemy na kamienie, to wpadniemy. W pewnym momencie człowiek ma świadomość, że i tak już niewiele da się zrobić, żeby zwiększyć bezpieczeństwo, bo jesteśmy, mówiąc brutalnie, w dupie. Na szczęście płynął z nami wtedy ojciec Daniela. Widziałem, że ogarniają. Postanowiłem kręcić, by pokazać, jak potwornie trudne i nieprzewidywalne są te poszukiwania. Jak Wisła potrafi być niebezpieczna. Ale były też sytuacje, w których odkładałem kamerę i po prostu pomagałem, bo to było ważniejsze. Za każdym razem jednak miałem dylemat…

Bo jako filmowiec mogłeś stracić dobre ujęcie?

Dokładnie. Ale bardzo doceniałem Daniela i wszystkich wokół za to, że rozumieli, jak ważne jest pokazanie trudu, emocji, tego, jak to wszystko naprawdę wygląda. Pozwalali mi kręcić i mieli świadomość, że czasami muszą sobie poradzić sami, bo to jest istotne dla filmu. Z czasem staliśmy się po prostu zgraną ekipą. Wspieraliśmy się nawzajem. Nosiłem ich sprzęt, oni pomagali mi nosić mój. Spaliśmy razem, we dwóch czy we trzech, na wyspach. Wytworzyła się komitywa.

W pewnym momencie w filmie pojawia się Mariusz, kolejny ojciec, który podejrzewa, że jego dziecko popełniło samobójstwo. Gdy Daniel postanawia mu pomóc w poszukiwaniach, ty z kamerą zostajesz właśnie z Mariuszem… Dla filmu była to dobra decyzja. Jak w dokumencie budujesz dramaturgię?

Zależało mi, żeby film nie był przegadany. Opowiadam historię emocjami, napięciem. Cały czas jesteśmy w środku wydarzeń, razem z bohaterem. Chciałem, żeby widz miał poczucie, że naprawdę jest w samym centrum akcji. Wciąż zastanawiałem się, jak opowiedzieć tę historię tak, żebyśmy dowiadywali się wszystkiego na gorąco, nie z opowieści.

Tu dochodzimy do wspomnianej przez ciebie sceny. Równolegle Mariusz był na brzegu, a Daniel płynął łodzią. Poszukiwania trwały sześć dni. Nie mogłem być w dwóch miejscach naraz. Dlatego każdego poranka stawałem przed bardzo trudną decyzją: biorę kamerę i płynę z Danielem czy idę z Mariuszem. Wiedziałem jedno, jeżeli doszłoby do znalezienia ciała, nie będę tego filmować. Kamerę będę trzymać na twarzach, by uchwycić to, co ludzie przeżywają.

Dwukrotnie z rzędu byłem z Danielem. Tego dnia, którego nagranie finalnie znalazło się w filmie, musiała zadziałać moja intuicja. Zdecydowałem, że pójdę z Mariuszem. Decyzja okazała się dobra. Jednocześnie jednak była to najcięższa scena, jaką w życiu kręciłem. Przeżywanie takich emocji razem z kimś innym było dla mnie horrendalnie trudne. Jestem ogromnie wdzięczny Mariuszowi za zaufanie. Jego rodzina zgodziła się na filmowanie. Być może wszyscy uznali, że jeśli pokazanie ich emocji uświadomi choć jednej osobie – zwłaszcza młodemu człowiekowi – jak wielkim bólem dla rodziców jest taka tragedia, to warto.

Skąd wiedziałeś, kiedy zakończyć dokument?

Nie założyłem sobie czasu. Bardzo chciałem, żeby finał wyszedł organicznie, kiedy u Agnieszki i Daniela pojawi się rodzaj końca, domknięcia. Oczywiście cały czas miałem ogromną nadzieję, że Krzysiu się znajdzie. Albo że znajdzie się coś… Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć takie zakończenie, które jest godne tego, co wspólnie przeżyliśmy. Wspólnie z Danielem i Agnieszką poczuliśmy, że nadszedł odpowiedni moment na filmowy klaps.

Więcej w tym temacie:

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

„Ród smoka” wraca z 3. sezonem

„Ród smoka” wraca. Harry Collett i Tom Glynn-Carney o nowym sezonie

„Ród smoka” właśnie powrócił z trzecim sezonem, a wraz z nim Aegon Targaryen, który próbuje poskładać się po własnym upadku, i Jacaerys Velaryon, coraz mocniej wchodzący w rolę przyszłego przywódcy. Tom Glynn-Carney i Harry Collett opowiadają o wojnie, traumach i o tym, dlaczego w Westeros największym zagrożeniem nigdy nie były smoki.

Michał Sikorski rozmawia o swoich ikonicznych rolach

Michał Sikorski o swoich ikonicznych rolach

Od przełomowej „Sonaty” po fenomen „1670” – Michał Sikorski opowiada o rolach, które ukształtowały jego aktorską karierę. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce rozpoczynamy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.

„Backrooms” rozbił bank

Dlaczego świat oszalał na punkcie „Backrooms”?

21-letni Kane Parsons zamienił internetową obsesję w filmowy fenomen. „Backrooms. Bez wyjścia” zarabia miliony, przyciąga młodą widownię i pokazuje, że przyszłość kina rodzi się dziś na YouTubie.

Tom Holland i Zendaya promują „Spider-Mana: Nowy początek”

Tom Holland i Zendaya wkraczają w nowy rozdział. Jest zwiastun „Spider-Man: Nowego początku”

Trudno powiedzieć, co dziś elektryzuje fanów bardziej: rekordowo popularny „Spider-Man: Nowy początek” czy fakt, że Tom Holland i Zendaya znów pokazują się razem. Nowy zwiastun tylko podgrzewa atmosferę wokół filmu, a świeżo upieczeni małżonkowie właśnie rozpoczęli wspólną trasę promocyjną, która potrwa jeszcze wiele miesięcy.

Czy „Ród smoka” dogoni „Grą o tron”?

„Ród smoka” wreszcie przestał być gorszą „Grą o tron”. Recenzja

Trzeci sezon „Rodu smoka” przynosi to, czego brakowało serialowi od początku: stawkę, emocje i bohaterów, których decyzje naprawdę mają konsekwencje. Produkcja HBO Max wreszcie nie sprawia wrażenia kosztownej imitacji. Westeros znowu wciąga.

„1670” wraca z trzecim sezonem

„1670” wraca z trzecim sezonem. Jan Paweł chce wysłać chłopa na Księżyc

Netflix zapowiedział trzeci sezon hitowego serialu „1670". Premiera 5 sierpnia, a fabuła zabierze widzów z błotnistej Adamczychy na królewski dwór i do Warszawy.

Jak powstawał Indiana Jones?

„Poszukiwacze zaginionej Arki” kończą 45 lat. Jak Spielberg i Lucas stworzyli arcydzieło kina przygodowego

Mija 45 lat od premiery „Poszukiwaczy zaginionej Arki” – filmu, który na nowo zdefiniował kino i uczynił Indianę Jonesa jedną z największych ikon popkultury.

Ignacy Liss w serialu „Proud”

Czy Polska jest gotowa na „Proud”? Na szczęście ten serial nie pyta o zgodę

Problem reprezentacji osób LGBT+ nigdy nie polegał wyłącznie na ich nieobecności, bo równie kłopotliwa była obecność warunkowa. Polskim queerom na ekranie nie wolno było pozwalać sobie egoizm, błędy czy niejednoznaczność. „Proud” przyznaje im pełnię człowieczeństwa.