„Poszukiwacze zaginionej Arki” kończą 45 lat. Jak Spielberg i Lucas stworzyli arcydzieło kina przygodowego
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
„Poszukiwacze zaginionej Arki” kończą 45 lat. Jak Spielberg i Lucas stworzyli arcydzieło kina przygodowego
Mija 45 lat od premiery „Poszukiwaczy zaginionej Arki” – filmu, który na nowo zdefiniował kino i uczynił Indianę Jonesa jedną z największych ikon popkultury.
Udostępnij

Harrison Ford na planie „Poszukiwaczy zaginionej Arki” Autor zdjęcia: Getty Images
Zróbmy test. Ja napiszę „Tu-tu-du-tu… tu-tu-tu…”, a wy powiedzcie, jaka melodia zagrała wam właśnie w głowie. Jeśli był to motyw z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, to znaczy, że jesteście we właściwym miejscu i podobnie jak wyżej podpisany, obchodzicie właśnie 45-lecie jednego z najlepszych filmów wszechczasów. Nie „najlepszych filmów przygodowych”, „najlepszych filmów akcji” itd. Najlepszych w ogóle. Jakimi innymi kategoriami ocenić można dzieło, które zapisało w popkulturze zupełnie nowy rozdział.
Kino Nowej Przygody, jak nurt ten nazwał wybitny krytyk Jerzy Płażewski, rewitalizowało w filmie amerykańskim gatunkowe aspekty tak popularne w czasach tzw. Złotej Ery Kina. Zaczęło się od „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa, oraz „Szczęk” i „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” Stevena Spielberga, ale to przecież ich wspólny projekt najlepiej ilustruje zjawisko, które na stale przemodelowało światowy przemysł filmowy.
Skąd wziął się Indiana Jones?
Pomysł na film o archeologu–awanturniku George Lucas miał zresztą jeszcze przed napisaniem scenariusza do „Gwiezdnych wojen”. Od lat fascynowały go pulpowe historie, w stylu tych, które jako dziecko oglądał w niedzielne przedpołudnia. O pierwszeństwo do realizacji rywalizowały dwa pomysły: osadzona w kosmosie baśń przygodowa w stylu „Flasha Gordona” i podszyte nadnaturalnymi elementami perypetie archeologa w skórzanej kurtce i Fedorze inspirowane m.in. seriami filmowymi (i komiksami) o Zorro, Bucku Rogersie, Donie Winslowie itd. Wygrało to pierwsze.
To, ile przeszkód Lucas musiał pokonać na drodze do realizacji „Nowej nadziei”, pierwszej części gwiezdnej sagi, jest tematem na osobny artykuł. albo kilka prac naukowych, książek, filmów dokumentalnych, czy komiksów – polecam dwa tomy „Wojen Lucasa” Laurenta Hopmana i Renaud Roche.
Ale wracając do Indiany Smitha, bo to tak oryginalnie miał nazywać się archeolog szukający zaginionych artefaktów… Jeszcze w 1975 r. Lucas postanowił oddać pomysł znajomemu reżyserowi Philipowi Kaufmanowi. Panowie popracowali nad projektem dwa tygodnie, w ciągu których Kaufman do kosza wyrzucił pomysł Lucasa na to, by Smith był niepoprawnym kobieciarzem i bywalcem nocnych klubów. To również on wymyślił, że obiektem poszukiwań ma być Arka Przymierza.

Steven Spielberg na planie swojego hitu Autor zdjęcia: Getty Images
Spotkanie Lucasa i Spielberga
Na studiach Kaufman poznał w Chicago wybitnego hemologa Raphaela Isaacsa, który poza nowatorskim metodom badania krwi w wolnym czasie badał też rozmaite biblijne zagadki starając się przełożyć działanie cudów na język nauki. Dr Isaacs, a potem jego syn Roger, próbowali udowodnić, że Arka była swojego rodzaju radioodbiornikiem służącym do kontaktu z bogiem (lubi innymi nadnaturalnymi istotami).
Pomysł bardzo się Lucasowi spodobał i został niemal 1:1 użyty w scenariuszu. Kaufman zapalił się do pracy, ale niestety, zaangażowany był już w reżyserowanie westernu „Wyjęty spod prawa Josey Wales” z Clintem Eastwoodem. „Poszukiwacze…” ponownie wylądowali na półce.
Tak wybiło wczesne lato 1977 r. Po wielu perypetiach, w tym dokończonych rzutem na taśmę przez Johna Dykstrę i Industrial Light & Magic efektach specjalnych, czy ratującym pierwszą, nieudaną wersję filmu montażu zmarłej w maju b.r. Marcii Lucas, „Gwiezdne wojny” doczekały się premiery.
George i Marcia potrzebowali chwili wytchnienia, więc nim jeszcze okazało się jak spektakularnym przebojem okazał się film, Lucasowie polecieli odpocząć na Hawaje. Tam z rodziną dołączył do nich przyjaciel George’a, Steven Spielberg, kończący właśnie swój kolejny po „Szczękach” przebój: „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”.
Kto miał zagrać Indianę Jonesa?
Spielberg śmiał się, że na wyniki pierwszego weekendu box-office panowie czekali jak na wyniki wyborów. Gdy te wreszcie nadeszły, Lucas mógł odetchnąć z ulgą i zająć się czymś przyjemnym, np. budowaniem zamków z piasku.
To właśnie na plażowym placu budowy George zapytał o Stephena o jego kolejny projekt. Reżyser „Szczęk” wspomniał, że zawsze chciał zrobić przygodowy film w stylu Jamesa Bonda. Georgowi zapaliła się lampka. – Słuchaj, mam coś lepszego – powiedział.
Spielberg wysłuchał pomysłów Lucasa. Podobały mu się wszystkie poza jednym.
– Czy on naprawdę musi nazywać się Smith? – zapytał. Lucas szybko zaproponował nazwisko Jones i można było przejść do pracy.
A skąd imię? Każdy fan wie, że Indiana to pseudonim, bo dr Jones naprawdę na imię ma Henry Jr., po ojcu, w którego w „Ostatniej krucjacie” wcielił się Sean Connery. To on wyjawia, że to dawny pies Jonesów wabił się Indiana, a młody Henry kochał go tak bardzo, że postanowił przyjąć po nim pseudonim.
To odniesienie do psa samego Lucasa – potężnego Alaskan malamuta. Indiana był pierwowzorem Chewbacci z „Gwiezdnych wojen” – gdy George jechał gdzieś swoim pickupem, pies zawsze usadawiał obok niego się na siedzeniu pasażera i wyglądał jak drugi pilot w kokpicie.
Sam wygląd bohatera był już z góry ustalony na jednej z grafik koncepcyjnych: sfatygowana skórzana kurtka, beżowa koszula i charakterystyczna fedora. Wzorem byli bohaterowie starych komiksów przygodowych, które Lucas czytywał w dzieciństwie.

Reżyser i jego muza Autor zdjęcia: Getty Images
Jak kręcono „Poszukiwaczy zaginionej Arki”
Pozostało jednak pytanie, kogo w ten kostium ubrać. Lucas chciał stworzyć trylogię filmów, wolał więc zatrudnić nieznanego aktora, który zgodzi się na angaż w całej serii z góry. Spielberg miał co prawda obawy, że on sam nie da rady wyreżyserować aż trzech filmów, ale Lucas przekonał go, że ma już gotowe scenariusze. Kłamał.
Na jaw wyszło to dopiero, gdy Spielberg zaprosił do współpracy Lawrance’a Kasdana – młodego scenarzystę bez dorobku, którego odkrył podczas produkowanego przez siebie romcomu „Przez kontynent” z Johnem Belushim i Blair Brown.
Cała trójka zamknęła się na kilka dni w biurze Spielberga i przerzucała pomysłami na to, co ma znaleźć się w filmie. Początkowo np. imię Indiana miało pochodzić od nazwy stanu, w którym urodził się bohater, artefaktem zdobytym w pierwszej sekwencji filmu miała być mała laleczka voodoo („im mniejsza, tym straszniejsza” – twierdził Lucas).
Jones poza byciem archeologiem miał być też wprawnym rewolwerowcem i specem od karate i kung-fu. Twórcom zależało, żeby pokazać, że to prawdziwy światowiec. Lucas w przydługim wywodzie objaśniał też, że bohater powinien być ekspertem od zdejmowania klątw i demaskowania oszustów sprzedawanych jako zjawiska paranormalne.
Wtedy też Lucas i Spielberg wymyślili imponującą sekwencje w Szanghaju, gdzie Jones miał pojedynkować się z „samurajami”, a potem uciec na pokładzie samolotu, który miał rozbić się przelatując nad Himalajami. Bohater miał zawczasu wyskoczyć z niego owinięty w stertę kamizelek ratunkowych
Problemy na planie w Tunezji
Ostatecznie część pomysłów wykorzystano jako sceny otwierające sequel, „Świątynię zagłady”. 90-stronicowy zapis całej rozmowy twórców można znaleźć w internecie, fanów zachęcam do lektury.
Wyraźnie widać w niej, że o ile Spielberg i Lucas mieli szkielet historii i pomysły na konkretne sceny akcji i sekwencje kaskaderskie, tak to na Kasdana przypadło umieszczenie ich w spójnej fabule.
To on w napisanym odręcznie scenariuszu, dorzucił Indy’emu mnóstwo ciętego humoru i wdzięku. Nic dziwnego, że Lucas zatrudnił go do napisania „Imperium kontratakuje”, które z różnych względów powstało jeszcze przed „Poszukiwaczami…”.

Steven Spielberg na lokacji Autor zdjęcia: Getty Images
Muzyka Johna Williamsa
To właśnie oglądając wczesną wersję drugiej części „Gwiezdnych wojen” Spielberg wpadł na pomysł, by Jonesem został Harrison Ford. Miał niezbędne dla bohatera urok i charyzmę oraz szorstką zawadiackość awanturnika. Lucas jednak nie chciał angażować tego samego aktora w kolejnej serii – „Przecież on jest już Hanem Solo!” – mówił.
Do roli typowano więc m.in. Billa Murraya, Nicka Noltego, Stevea Martina, Chevy’ego Chasea, Jacka Nicholsona, Jeffa Bridgesa, Sama Elliotta, Davida Hasselhoffa i Toma Sellecka.
Do brzegu
Mike Fenton, reżyser obsady, nalegał na zatrudnienie Bridgesa, ale Marcia Lucas lobbowała za Tomem Selleckiem. Miał posturę gwiazdora kina akcji, tonę charyzmy i świetną chemię z Sean Young (Racher z „Łowcy Androidów”), którą typowano do roli Marion Ravenwood – partnerki Indy’ego.
Rolę zaoferowano Selleckowi, ale wówczas szef stacji CBS zorientował się, że na akceptacje czeka nowy serial, w którym Selleck miał grać główną rolę noszącego hawajskie koszule prywatnego detektywa w Ferrari. Szybko wydał zgodę na rozpoczęcie zdjęć do „Magnum” i Selleck z dnia na dzień wypadł z ekipy „Poszukiwaczy…”. Spielberg raz jeszcze wrócił do pomysłu obsadzenia Forda i tym razem Lucas przystał na propozycję przyjaciela.
W międzyczasie Lucas, który został głównym producentem filmu, musiał znaleźć na niego fundusze. Problem w tym, że nawet po sukcesie „Gwiezdnych wojen”, „Szczęk” i „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” żadna wytwórnia nie chciała podjąć się projektu.
Sugerując się scenariuszem każdy wyobrażał sobie stworzoną z gigantycznym rozmachem produkcję, która pochłonie niebotyczne fundusze na realizację, ale Lucas upierał się, że film da się nakręcić za skromne 20 mln dolarów. Nikt mu nie wierzył.
Spielberg podzielał zdanie kolegi, że całość trzeba nakręcić w stylu starych seriali: szybko, niemal niedbale, w oparciu o stare realizatorskie tricki, a nie kosztowne ujęcia i efekty specjalne. W końcu na pomysł przystało Paramount Pictures, a ich udział zainspirował Spielberga do nakręcenia otwierającej sceny filmu.
Początkową sekwencję, w której Indy waży w dłoni woreczek piasku, by zastąpić nim umieszczonego na cokole złotego idola ukrytego w zapomnianych ruinach pośród dżungli, kręcono na Hawajach. Spielberg wymyślił sobie, że ikoniczny górski szczyt z logo wytwórni ma z wolna przeistoczyć się w prawdziwą górę widzianą z oddali. Ekipa spędziła kilka dni szukając na Hawajach odpowiedniej góry, ale opłaciło się.
By praca szybko i tanio nie oznaczała przy okazji niedobrze, trzeba było wykonać sporo pracy zawczasu. Dlatego zanim ekipa wkroczyła na dane lokacje, Spielberg kazał zbudować w halach studia Elstree pod Londynem miniaturowe makiety ważniejszych planów zdjęciowych, a potem kładł się na nich z 35 milimetrowym wizjerem i szukał najlepszych kadrów, by wiedzieć gdzie rozstawić kamerę już w lokacji.
Na Hawajach kręcono tylko pierwsze sceny, potem akcja przenosi się owszem, w Himalaje, ale nie zamiast katastrofy samolotu mamy bar należący do Marion Ravenwood. W filmie szczęśliwie zmieniono początkowy pomysł Lucasa, jakoby przed laty miał ich łączyć romans gdy ona miała zaledwie 11-12 lat. Spielberg i Kasdan zgodzili się, by dzieliła ich spora różnica wieku, ale szczęśliwie dodali Marion kilka lat.
Stamtąd akcja na niemal resztę filmu przenosi się do Egiptu, ale zdjęcia powstawały w dobrze Lucasowi znanej Tunezji. Część lokacji z „Poszukiwaczy zaginionej arkii” to te same, w których kręcił on „Nową nadzieję”, np. wąwóz, w którym Jones zastawia zasadzkę na nazistowską karawanę przewożącą Arkę, to ten sam, w którym Luke poznał Bena Konobiego.
Za Kair pozowało miasteczko Kairuan – to tam kręcono choćby słynne sceny pościgu na zatłoczonym targowisku i słynny już pojedynek, który zamiast widowiskowej sekwencji walki na miecze cierpiący na zatrucie pokarmowe Harrison Ford rozwiązał strzałem z rewolweru.
Zresztą nie tylko Ford miał na planie w Tunezji problemy z żołądkiem. Spielberg chwalił się w materiale zza kulis, że jako jedyny członek ekipy nie chorował, bo jadł wyłącznie brytyjskie jedzenie w puszkach.
John Rhys-Davies, który w filmie wcielił się w egipskiego kopacza Sallę, opowiadał, że na planie był niemal umierający i prawdopodobnie cierpiał na cholerę. Podczas kręcenia wyciętej z filmu sceny nieudanej egzekucji miał dostać biegunki na oczach dwustu statystów i członków ekipy. „Nawet mnie to nie obeszło” – komentował po latach.
Pierwsza wersja montażu
Zdjęcia trwały w sumie siedemdziesiąt trzy dni. Sporo scen dziś uznawanych za kultowe zostało zaimprowizowanych na planie, np. ta, w której Marion stara się upić Belloqa – archeologa współpracującego z nazistami. Wg. scenariusza miała go uwieść, ale aktorka uznała, że to stałoby w sprzeczności z uczuciami, jakie bohaterka żywiła do Jonesa, więc wymyśliła motyw upojenia i kradzieży noża.
Pierwsza wersja montażu trwała aż trzy godziny, ale po uwagach Spielberga montażysta Michael Kahn odchudził film o ponad godzinę. Panowie byli zadowoleni z efektu, ale Marcia Lucas zasugerowała, że w końcówce brakuje jej jakiejś konkluzji dla relacji Indy’ego i Marion. To po jej uwagach Spielberg dokręcił scenę ponownego spotkania pary na schodach budynku ratusza San Francisco.
Za kultową ścieżkę dźwiękową odpowiadał oczywiście John Williams, wówczas już stały współpracownik Spielberga i Lucasa. Początkowo wymyślił dwie główne melodie, ale Spielberg nie mogąc zdecydować się, która z nich lepiej pasuje, poprosił, by w ostatecznej wersji połączyć obie. I tak, motyw przewodni rozpoczynają fanfary pierwszej melodii, druga zaś zaczyna się około minuty później w łączniku.
Williams wspominał, że znacznie dłużej niż nad całą aranżacją pracował nad wymyśleniem tej prostej melodii z głównego motywu. „Chciałem, by każda kolejna nuta zdawała się skazana na to, by wybrzmieć po poprzedniej” – opowiadał.

Indiana na tropie Autor zdjęcia: Getty Images
Premiera i sukces
Film miał swoją premierę 12 czerwca 1981 r. Analitycy rynku wróżyli mu raczej fiasko niż sukces. Na murowany hit sezonu namaszczany był „Superman II” Richarda Lestera, a przedpremierowe pokazy „Poszukiwaczy…” nie zwiastowały wielkiego zainteresowania filmem.
Na domiar złego, Hollywood było w kryzysie. Fala wysokobudżetowych produkcji zapoczątkowana przez „Gwiezdne wojny” przełożyła się na dużą konkurencję między studiami – okna premier były skracane, ceny biletów poszły w górę by odbić wysokie koszty produkcji, a publiczność nie miała środków i czasu, by iść na każdą premierę.
Pomimo to, film miał najlepsze otwarcie roku, a widzowie i krytycy oceniali go niezwykle wysoko. Roger Ebert przyrównywał walory rozrywkowe filmu do „Gwiezdnych wojen”, „Supermana” i serii o Bondzie i był nim zachwycony.
Peany wygłaszali też krytycy „The Hollywood Reporter” i „Variety”. Słów krytyki nie szczędziła za to wybitna Pauline Kael, wytykając Spielbergowi zachowawczość i wykalkulowane podejście. Lucas był jej opinią na tyle poruszony, że kilka lat później, w przeboju fantasy „Willow”, nazwał jej nazwiskiem jednego z czarnych charakterów, generała Kaela.
Koniec końców jednak, „Poszukiwacze zaginionej Arki” byli największym kasowym hitem 1981 r. zarabiając przeszło 212 mln. dolarów w samych Stanach Zjednoczonych. Film miał też bardzo długie nogi, tj. jego popularność nie gasła nawet dłuższy czas po premierze. Branża w 1981 r. żartowała nawet, że jak na letni przebój „Poszukiwacze…” będą świetnym świątecznym hitem. Ostatecznie kina trzymały film na ekranach aż do marca kolejnego roku.
Wieloletni dziennikarz kulturalny „Gazety Wyborczej” specjalizujący się w świecie kina, telewizji i szeroko pojętej popkultury. Współpracuje m.in. z radiową Trójką, portalami GQ Poland, Filmweb i Sprawdzamto.pl. Współprowadzący podcastu „Odcinek po odcinku” Polskiego Radia.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Tom Holland i Zendaya wkraczają w nowy rozdział. Jest zwiastun „Spider-Man: Nowego początku”
Trudno powiedzieć, co dziś elektryzuje fanów bardziej: rekordowo popularny „Spider-Man: Nowy początek” czy fakt, że Tom Holland i Zendaya znów pokazują się razem. Nowy zwiastun tylko podgrzewa atmosferę wokół filmu, a świeżo upieczeni małżonkowie właśnie rozpoczęli wspólną trasę promocyjną, która potrwa jeszcze wiele miesięcy.
Filmy i seriale
„Ród smoka” wreszcie przestał być gorszą „Grą o tron”. Przedpremierowa recenzja
Trzeci sezon „Rodu smoka” przynosi to, czego brakowało serialowi od początku: stawkę, emocje i bohaterów, których decyzje naprawdę mają konsekwencje. Produkcja HBO Max wreszcie nie sprawia wrażenia kosztownej imitacji. Westeros znowu wciąga.
Filmy i seriale
„1670” wraca z trzecim sezonem. Jan Paweł chce wysłać chłopa na Księżyc
Netflix zapowiedział trzeci sezon hitowego serialu „1670". Premiera 5 sierpnia, a fabuła zabierze widzów z błotnistej Adamczychy na królewski dwór i do Warszawy.
Filmy i seriale
Czy Polska jest gotowa na „Proud”? Na szczęście ten serial nie pyta o zgodę
Problem reprezentacji osób LGBT+ nigdy nie polegał wyłącznie na ich nieobecności, bo równie kłopotliwa była obecność warunkowa. Polskim queerom na ekranie nie wolno było pozwalać sobie egoizm, błędy czy niejednoznaczność. „Proud” przyznaje im pełnię człowieczeństwa.
Filmy i seriale
George Clooney wskazał nowego Jamesa Bonda i nie jest to Jacob Elordi
Kto zostanie nowym Jamesem Bondem? Choć oficjalnej decyzji wciąż nie ma, własnego faworyta ma już George Clooney. Aktor nie ma wątpliwości, kto doskonale spraawdziłby się w roli następcy Daniela Craiga.
Filmy i seriale
Jeremy Strong jako Zuckerberg – pierwszy zwiastun „The Social Reckoning" robi z niego potwora
Aaron Sorkin wraca do Facebooka z filmem „The Social Reckoning". Jeremy Strong wciela się w Marka Zuckerberga. Sprawdzamy, czy sequel „The Social Network" ma szansę powtórzyć sukces oryginału.
Filmy i seriale
„Obsesja” najbardziej dochodowym horrorem roku. Skąd fenomen filmu?
Wszyscy wpadli w „Obsesję” z zaskoczenia. Film, o którym słyszeli wcześniej wyłącznie oddani użytkownicy Letterboxd namieszał w branży filmowej na całego.
Filmy i seriale
Wszystkie 35 filmów Stevena Spielberga, od najgorszego do najlepszego
Od „Szczęk” i „E.T.” po tegoroczny „Dzień objawienia”. Z okazji premiery 35. pełnometrażowego filmu Stevena Spielberga świętujemy ponad 55 lat twórczości jednego z najważniejszych reżyserów w historii kina. Oto definitywny ranking wszystkich jego filmów.