PARTNERZY SERWISU
Psychologia i relacje
Tinder: w pułapce dopaminowego haju
W aplikacji randkowej każde dopasowanie, wiadomość czy nowe zainteresowanie to szybki wystrzał dopaminy, który na chwilę poprawia nastrój, obniża napięcie i daje poczucie bycia zauważonym. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten mechanizm staje się głównym sposobem regulowania emocji – mówi nam psychiatra dr Gniewko Więckiewicz.
Udostępnij

Aplikacje randkowe korzystają z mechanizmów silnie napędzanych dopaminą dobrze znanych z hazardu Autor zdjęcia: Getty Images
Ćpamy wszyscy, nawet jak jesteśmy „czyści”. Serwujemy sobie adrenalinowe szoty podczas uprawiania ryzykownych sportów, pompujemy w siebie endorfiny bujając się do ulubionego bitu, a wielokilometrowy jogging zapewnia nam świeżutką porcję endokannabinoidowych wrażeń. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że błyskawiczny dopaminowy odlot, który osiągamy scrollując treści na ekranie telefonu, jest jak silny narkotyk. O uzależnieniu od aplikacji randkowych rozmawiamy z doktorem Gniewkiem Więckiewiczem, psychiatrą zajmującym się tematyką substancji psychoaktywnych i leczeniem uzależnień.
José Repetto: W sieci znamy Pana jako „Doktora od narkotyków”. Tymczasem przychodzę z tematem uzależnienia od Tindera. Dobrze trafiłem?
dr Gniewko Więckiewicz: Tak, ale uzależnienie od Tindera rzadko traktuję jako osobny, kliniczny problem. W sensie medycznym nie jest to dziś odrębna jednostka chorobowa. Częściej mówimy o objawach szerszego zjawiska, jakim jest samotność i poszukiwanie idealnej relacji romantycznej w świecie kształtowanym przez internet i media społecznościowe. Aplikacje randkowe wzmacniają przekonanie, że gdzieś tam czeka na nas lepsza opcja, podczas gdy w rzeczywistości nie ma ludzi idealnych. Każdy ma nie tylko zalety, ale i wady, o czym coraz częściej zapominamy. Dodatkowo Tinder bywa wykorzystywany jako narzędzie kompulsywnego regulowania emocji albo zaspokajania potrzeb seksualnych. Dlatego nie demonizowałbym samej aplikacji, ale traktował jej problematyczne używanie jako sygnał, że warto przyjrzeć się głębszym potrzebom i trudnościom, które za tym stoją.
Co jest tym znakiem, że mamy problem?
W aplikacji randkowej każde dopasowanie, wiadomość czy nowe zainteresowanie to szybki wystrzał dopaminy, który na chwilę poprawia nastrój, obniża napięcie i daje poczucie bycia zauważonym. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten mechanizm staje się głównym sposobem regulowania emocji, ucieczką od samotności, lęku czy niskiej samooceny. W takiej sytuacji aplikacja nie uzależnia sama z siebie, tylko wypełnia lukę, która istniała wcześniej, dokładnie tak samo, jak dzieje się to w przypadku alkoholu czy innych używek.
Czy kiedy ktoś kompulsywnie umawia się na randki za pomocą takich aplikacji, ale przychodzi moment, w którym mówi sobie dość, jednak po dwóch tygodniach do tego wraca, możemy mówić o głodzie dopaminowym?
To uzależnienie psychiczne oparte na systemie nagrody. Gdy przez dłuższy czas regularnie karmimy mózg dopaminą, układ nerwowy przyzwyczaja się do takiej stymulacji. Po nagłym odstawieniu pojawia się coś, co rzeczywiście przypomina głód dopaminowy: niepokój, rozdrażnienie, poczucie pustki, a w końcu natrętna myśl o tym, że przecież możesz szybko wyjść z tego stanu. To mechanizm dobrze znany z większości uzależnień behawioralnych, takich jak hazard czy kompulsywne korzystanie z mediów społecznościowych. Warto podkreślić, że sama aplikacja to wierzchołek góry lodowej. Kluczowy jest system wartości i niezaspokojone potrzeby emocjonalne, które sprawiają, że taka forma nagrody staje się aż tak ważna.
Ktoś, kto był uzależniony od narkotyków lub alkoholu może przenieść mechanizm uzależnienia na aplikacje randkowe?
Jeśli uzależnienie potraktujemy jako sposób radzenia sobie z lukami w życiu – emocjonalnymi, relacyjnymi, egzystencjalnymi – to mechanizm może przenosić się z jednej formy na inną. Gdy znika alkohol czy narkotyki, a podstawowe trudności nadal nie są rozwiązane, mózg naturalnie szuka nowego źródła nagrody i ulgi. Aplikacje randkowe świetnie się do tego nadają: są dostępne, szybko dają dopaminę i chwilowe poczucie bliskości czy wartości. W takiej sytuacji leczymy przyczynę, dla której ktoś sięga po coś w sposób szkodliwy. Dzięki temu takie zachowania zanikają.
Tinder to taki trochę hazard, gdzie tzw. matche są jak zwycięstwo podczas wielu godzin straconych przy jednorękim bandycie…
Bardzo trafne porównanie. Aplikacje randkowe korzystają z mechanizmów silnie napędzanych dopaminą dobrze znanych z hazardu. Kluczowy jest tu tzw. nieregularny system nagrody: nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się match, odpowiedź czy „chemia”, więc mózg uczy się sprawdzać jeszcze raz i jeszcze raz. Często nie chodzi nawet o realne spotkanie, ale o samo gonienie króliczka, napięcie, oczekiwanie i obietnicę nagrody. Złapanie go bywa wręcz mniej satysfakcjonujące niż sam pościg, bo to on najbardziej stymuluje układ nagrody. Jeśli spojrzymy na Tindera wyłącznie przez pryzmat seksu, zwłaszcza w jego heteronormatywnym, potocznym rozumieniu, to łatwo przeoczyć, co faktycznie dzieje się na poziomie psychologicznym. Deklaratywnie to aplikacja do umawiania się na spotkania, często o erotycznym podtekście, ale funkcjonalnie bardzo często pełni ona rolę regulatora nastroju.
Dopamina, którą potocznie nazywamy hormonem przyjemności, w rzeczywistości jest przede wszystkim neuroprzekaźnikiem odpowiedzialnym za motywację i oczekiwanie. Ona nie nagradza spełnienia, tylko obietnicę spełnienia. Match, powiadomienie czy krótkie zainteresowanie ze strony drugiej osoby potrafią dać silniejszy impuls neurochemiczny niż realna randka czy nawet seks, który zamyka napięcie zamiast je podtrzymywać. W efekcie część użytkowników kończy tę grę nie orgazmem, lecz dopaminowym spełnieniem, bez konieczności wychodzenia z domu. Jeśli uznamy dopaminę za nasz wewnętrzny narkotyk, to problemem nie jest jej istnienie, lecz łatwość, z jaką nauczyliśmy się ją stymulować.
I konkurencja w postaci stanów osiąganych za sprawą endorfin czy medytacji często przegrywa.
Tak, bo te „substancje” mają inny profil czasowy i koszt wejścia. Endorfiny, kojarzone z tzw. hajem biegacza, wymagają wysiłku, bólu i regularności. Stany osiągane w medytacji, głębokiej relaksacji czy floatingu – długotrwałej praktyki i treningu uwagi. A dopaminowy strzał z aplikacji randkowej mamy natychmiast. Z punktu widzenia mózgu to konkurencja, której fizjologia nie miała okazji przewidzieć. Warto przy tym pamiętać, że sposób używania Tindera nie jest uniwersalny. W heteroseksualnym imaginarium postrzegany jest głównie jako narzędzie szybkich podbojów seksualnych, podczas gdy wiele osób nieheteronormatywnych traktuje go jako aplikację do poszukiwania trwałych relacji.
Jednocześnie część populacji mężczyzn uprawiających seks z mężczyznami korzysta z innych aplikacji, takich jak Grindr, gdzie komunikacja jest bardziej bezpośrednia, a mechanizm hazardowy słabiej rozciągnięty w czasie. To pokazuje, że problem nie leży wyłącznie w seksualności czy intencjach użytkowników, ale w samej architekturze uwagi i nagrody, która działa niezależnie od tego, po co deklaratywnie sięgamy po aplikację. Telefon jako taki jest zresztą zjawiskiem w dużej mierze niefizjologicznym. Ewolucyjnie nie jesteśmy przystosowani do bycia w ciągłej gotowości na bodziec, do wielogodzinnego przywiązania do obiektu, który nie służy ani przetrwaniu, ani bezpośredniej relacji.
Czyli coś wymknęło się spod kontroli…
Tak i pośrednio świadczy o tym to, że dziś większość smartfonów oferuje tryby ciszy i skupienia. Jeszcze dekadę temu takie rozwiązania nie były potrzebne, a teraz stają się standardem. Pytanie, czy to wystarczy. Można mieć wyciszone powiadomienia w nocy, a jednocześnie przez cały dzień być behawioralnie tresowanym przez mikronagrody, które fragmentują uwagę i podkopują zdolność do głębszego zaangażowania. Na obecnym etapie nauka nie daje jednoznacznej odpowiedzi, czy takie strategie ochronne są wystarczające dla zachowania zdrowia psychicznego. Coraz więcej wskazuje jednak na to, że kluczowym problemem nie jest ilość czasu spędzanego z telefonem, tylko to, jak bardzo przyzwyczajamy mózg do szybkiej, bezwysiłkowej gratyfikacji. Dopamina jest świetnym mechanizmem inicjującym działanie, ale fatalnym fundamentem życia. Neurochemie wymagające czasu, relacji i wysiłku, jak endorfiny, serotonina czy oksytocyna, są mniej spektakularne, ale znacznie bardziej stabilne. Tinder i podobne aplikacje oferują skrót do poczucia znaczenia i bycia pożądanym. Problem w tym, że skróty bardzo rzadko prowadzą tam, gdzie obiecują.
Dlaczego osoby, które często korzystają z aplikacji randkowych są narażone na utratę pewności siebie i spadek samooceny?
Aplikacje randkowe bardzo upraszczają i uprzedmiotawiają ocenę człowieka. Sprowadzają ją do kilku zdjęć, krótkiego opisu i szybkiej decyzji „tak/nie”, co sprzyja porównywaniu się z innymi i częstemu doświadczaniu odrzucenia, nawet jeśli jest ono anonimowe i bezosobowe. Do tego dochodzi nieregularne wzmacnianie dopaminowe: raz są matche i zainteresowanie, innym razem cisza, co sprawia, że poczucie własnej wartości zaczyna zależeć od zewnętrznych sygnałów. W efekcie samoocena staje się chwiejna i reaktywna, a brak odpowiedzi czy odrzucenie bywa odbierane jako informacja: „coś jest ze mną nie tak”, zamiast jako naturalny element selekcji w bardzo sztucznym środowisku.
Stajemy się wypaleni emocjonalnie i niezdolni do zbliżenia się do drugiej osoby?
Oczywiście, że tak. W zasadzie miałem to na myśli, mówiąc na początku, że każdy z nas ma nie tylko zalety, ale i wady, o czym coraz częściej zapominamy. Iluzja nieskończonego wyboru realnie zmienia sposób, w jaki wchodzimy w relacje. Gdy potencjalnych partnerów można przesuwać palcem bez końca, rośnie nietolerancja na niedoskonałość. W efekcie znajomości stają się płytsze, bardziej warunkowe i często porzucane zanim zdążą się pogłębić. To zresztą nie dotyczy wyłącznie randkowania, ten sam mechanizm działa w pracy, konsumpcji czy stylu życia. Żyjemy w kulturze permanentnego „można lepiej”, która zamiast wdzięczności za to, co jest, produkuje ciągłe niezadowolenie. Paradoks polega na tym, że mimo obiektywnego dobrobytu coraz trudniej nam zatrzymać się w chwili obecnej, a to właśnie brak uważnej obecności i akceptacji niedoskonałości prowadzi do emocjonalnego zmęczenia i coraz większej trudności w prawdziwym zbliżeniu się do drugiego człowieka.
Mam wrażenie, że aplikacje randkowe budują i utrwalają nie zawsze zdrowe schematy. Od mężczyzn wymaga się, by mieli odpowiedni wzrost, dobre auto i pozycję finansową. Kobiety, trochę niczym bezosobowy towar, powinny ładnie się prezentować. Trochę jak robienie zakupów na Allegro... Czy widzi Pan różnice w tym, jak Tinder działa na psychikę przedstawicieli obu płci?
Kobiety częściej trafiają pod presję atrakcyjności fizycznej: mają być zadbane, ładne, wpisywać się w kulturowy ideał kobiecości, a jednocześnie, w nowoczesnej wersji powinny być niezależne i samowystarczalne. Mężczyźni z kolei są częściej oceniani przez pryzmat sprawczości: sylwetki, zarobków, statusu i zaradności życiowej. Ten uproszczony, niemal katalogowy sposób prezentacji ludzi sprzyja odczłowieczeniu i porównywaniu się, a nadmierne, często nierealne oczekiwania wobec siebie i innych mogą poważnie obciążać psychikę. W efekcie u obu płci rośnie napięcie, poczucie bycia niewystarczającym, a w dłuższej perspektywie może to prowadzić do objawów lękowych i depresyjnych.
Tinder, doom scrolling, media społecznościowe, szeroko dostępna pornografia… Żyjemy w świecie, który coraz bardziej sprzyja cyfrowym uzależnieniom.
I nowym formom problemów psychicznych. Z jednej strony mamy ogromną liczbę nowych bodźców i wyzwań: niekończący się scrolling, algorytmy, łatwo dostępne treści seksualne czy aplikacje projektowane pod maksymalną stymulację układu nagrody. Z drugiej – wciąż dysponujemy ograniczoną liczbą rzetelnych danych naukowych, które pozwalałyby szybko i adekwatnie reagować na te zjawiska. Efektem jest nie tylko wzrost zachowań kompulsywnych, ale też ogólne pogorszenie zdrowia psychicznego, więcej lęku, obniżonego nastroju, problemów z koncentracją i relacjami. Nie bez powodu zdrowie psychiczne stało się jednym z kluczowych priorytetów zdrowia publicznego w świecie zachodnim XXI wieku.
Jak uciec z tego dopaminowego rollercoastera?
Nie ma na to prostej instrukcji, bo mówimy o zjawiskach stosunkowo nowych, słabo opisanych i dynamicznie zmieniających się wraz z technologią. Wiemy jednak, że mechanizmy stojące za kompulsywnym scrollowaniem Tindera, Facebooka czy aplikacji zakupowych są podobne do tych, które napędzają inne uzależnienia behawioralne: szybka, nieregularna nagroda, łatwy dostęp i brak naturalnego momentu zakończenia. Paradoksalnie właśnie dlatego bywa to trudniejsze do odstawienia niż papierosy. Telefon jest zawsze pod ręką, społecznie akceptowany i teoretycznie „niewinny”. Na poziomie psychologicznym pomocne okazują się strategie bardzo przyziemne: wprowadzanie tarcia tam, gdzie wcześniej była łatwość, ograniczanie bodźców zamiast polegania wyłącznie na silnej woli, zastępowanie szybkiej gratyfikacji aktywnościami o wolniejszym, ale stabilniejszym profilu nagrody. To nie jest walka z telefonem, tylko nauka odzyskiwania kontroli nad uwagą.
Jednocześnie warto uczciwie powiedzieć, że dla wielu osób to za mało. W tym sensie terapia uzależnień, rozumiana nie jako odwyk, lecz praca nad funkcjonowaniem tu i teraz, bywa jednym z najbardziej sensownych rozwiązań. Często wydaje nam się, że doskonale wiemy, na czym polega nasz problem – że chodzi po prostu o telefon, aplikację czy brak dyscypliny. Dopiero w pracy z dobrym terapeutą okazuje się, że to jedynie wierzchołek góry lodowej, a my sami wiemy o sobie znacznie mniej, niż sądziliśmy. I właśnie w tym momencie, gdy zamiast oczekiwania szybkiej recepty pojawia się ciekawość siebie, zaczyna się droga w dobrą stronę.
Więcej w tym temacie:
- Nie pytaj, czy wracać do byłej. Zapytaj, co nowego możecie sobie dać
- „Zaproszenie”. Najbardziej niezręczna kolacja roku
- Czy Strava może okazać się nowym Tinderem?
- Libido na minusie. Kiedy brak ochoty na seks powinien niepokoić?
- „I że cię nie opuszczę... aż do kolejnych motyli w brzuchu”. Czemu zdradzamy?
- Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?
W połowie Peruwiańczyk, w całości – podróżnik na wiecznym, dopaminowym głodzie. Od lat wałęsa się po krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie szuka przygód i z uporem maniaka pakuje się w coraz to większe kłopoty. Przez ostatnie dwie dekady wyprodukował sporo reportaży o swoich wyprawach dla takich magazynów jak „Focus”, „Angora”, „Poznaj Świat” czy „CKM”. Ma też na swoim koncie kilka tysięcy mniej lub bardziej poważnych artykułów napisanych dla Joe Monstera. Prywatnie jest zawodowym leniem figurowym, miłośnikiem ciężkiego rocka oraz kiczowatego kina z lat 80. Lubi też żurek i ruskie pierogi. Od niedawna razem z ekipą kilku innych podróżniczych zapaleńców prowadzi agencję turystyczną Po Peru.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Psychologia i relacje
Nie pytaj, czy wracać do byłej. Zapytaj, co nowego możecie sobie dać
Ponad dwie dekady po rozstaniu Michał Wiśniewski i Mandaryna znów są razem. W międzyczasie każde z nich zdążyło przeżyć osobne życie, a w przypadku Wiśniewskiego także kolejne małżeństwa. Taka historia aż prosi się o romantyczną puentę o miłości, która przetrwała próbę czasu.
Psychologia i relacje
Czy Strava może okazać się nowym Tinderem?
Internet i aplikacje coraz częściej zastępują bezpośredni kontakt między ludźmi – także ten pierwszy. Pandemia dodatkowo przyspieszyła ten trend, a jednocześnie wywołała boom na aktywność fizyczną – szczególnie outdoorową i grupową. Wraz z popularnością sportowych społeczności rośnie liczba użytkowników aplikacji takich jak Strava, które dla wielu stały się nową przestrzenią poznawania ludzi – niczym Tinder dla aktywnych.
Psychologia i relacje
Niewerbalny język miłości ojców. Dlaczego łatwiej umyć samochód, niż powiedzieć „kocham”?
Okazywanie uczuć i emocji nie musi być wyłącznie werbalne. – W przypadku ojców to, co najważniejsze, częściej bywa wyrażane za pomocą gestów – mówi nam psychoterapeuta Michał Pozdał.
Psychologia i relacje
„I że cię nie opuszczę... aż do kolejnych motyli w brzuchu”. Czemu zdradzamy?
Skoro coraz bardziej kontestujemy monogamię, a prawo i obyczaje nie zmuszają nas do niej tak silnie, jak naszych przodków, to czemu wciąż wybieramy niewierność zamiast etycznej poliamorii?
Psychologia i relacje
Czy szczęścia naprawdę można się nauczyć? Pytamy Ewę Woydyłło
Nie nazwałabym szczęścia kompetencją, ale jak najbardziej zgadzam się z tym, że ponosimy odpowiedzialność za jego osiągnięcie – mówi nam dra Ewa Woydyłło.
Psychologia i relacje
Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?
Kult nieustanne samodoskonalenia trwa. Po jednej stronie mamy pogoń za lepszym wyglądem i próbą zatrzymania biologicznego zegara. Po drugiej – friction-maxxing, który ma przywracać nam sprawczość. Gdzie szukać rozwiązań i – co ważniejsze – jak nie stracić w tym siebie?
Psychologia i relacje
Myślisz, że jesteś dobrym partnerem. Eksperci mają inne zdanie
Nie chodzi o wielkie gesty. Chodzi o to, czy naprawdę słuchasz, czy potrafisz odpuścić rację i czy wiesz, czego twój partner lub partnerka tak naprawdę potrzebuje – zanim sami ci o tym powiedzą.
Psychologia i relacje
Nie dorastamy, bo nas na to nie stać?
Wielu z nas wychowali zupełnie niedojrzali i niegotowi do roli opiekunów rodzice, ale słyszymy, że to my jesteśmy zdziecinniali. A co powiedzieć o apologetach i architektach systemu, w którym ciężka, uczciwa praca nie gwarantuje stabilności?