PARTNERZY SERWISU

apartpl nohoone

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl nohoone
Rozstawać się też trzeba umieć

Psychologia i relacje

Rozstawać się też trzeba umieć

Rozstanie wciąż traktujemy jak porażkę, choć często bywa jedyną uczciwą decyzją wobec siebie i drugiego człowieka. Zamiast języka klęski i winy potrzebujemy dziś rozmowy o końcach, które nie muszą oznaczać emocjonalnej katastrofy, lecz mogą stać się początkiem porządkowania życia na nowo. Rozmawiamy z Agatą Stolą, współautorką książki „Sztuka rozstania”.

Udostępnij

Jak przeżywać rozstania w sposób, który nie odbiera poczucia własnej wartości? Autor zdjęcia: Getty Images

Paulina_Januszewska
13.01.2026

Po tym, jak psychoterapeuci i seksuologowie z Instytutu Psychoterapii i Terapii Seksuologicznej SPLOT dr Agata Stola i dr Robert Kowalczyk wraz z dziennikarzem Dawidem Krawczykiem opublikowali świetnie przyjętą „Sztukę bycia razem”, postanowili przyjrzeć się temu, co sprawia, że związki się rozpadają. W najnowszej książce „Sztuka rozstania” pokazują, że koniec relacji nie musi być końcem świata, lecz dojrzałym procesem, który – jeśli zostanie przeżyty świadomie – pozwala uniknąć długotrwałej frustracji, poczucia krzywdy i powielania ciągle tych samych schematów w kolejnych związkach.

O tym, jak przeżywać rozstania w sposób, który nie odbiera poczucia własnej wartości, dlaczego „dobre rozstanie” nie jest oksymoronem i o czym warto pamiętać, gdy emocje biorą górę nad rozsądkiem, rozmawiamy z Agatą Stolą.

Paulina Januszewska: Czy gdyby ludzie zawierali związki i małżeństwa na czas określony z możliwością przedłużenia umowy, to rozstania byłyby mniej dramatyczne, niż bywają teraz, albo – czy byłoby ich mniej?

Agata Stola: Trudno powiedzieć, choć można przypuszczać, że uważności na kondycję relacji byłoby wtedy więcej. Pewne jest jednak, że koncepcja związku na czas określony czy „situationship” wzbudza wiele kontrowersji szczególnie wśród osób żyjących w klasycznych, sformalizowanych relacjach.

Dlaczego?

Bo uderza w naszą największą społeczno-kulturową disneyowską fantazję o nieskończoności i niezmienności relacji – „żyli długo i szczęśliwie”. Tylko wszyscy chcielibyśmy wiedzieć jak? Wprawdzie żyjemy w kulturze terapeutycznej nastawionej na ciągły samorozwój, więc powinniśmy mieć świadomość, że osoba, z którą weszliśmy w związek kilka lat temu – tak jak i my – może być dziś kimś zupełnie innym i ma też prawo zmienić zdanie co do chęci bycia z nami. Mimo to wciąż ulegamy naiwnemu przekonaniu, że relacja może być dana raz na zawsze, a to nie sprzyja uważności na zachodzące w niej zmiany, poziom zaangażowania i wyjście naprzeciw potrzebom czy oczekiwaniom wszystkich stron. Może właśnie dlatego dla coraz większej grupy osób umowa na czas określony w związku wydaje się rozsądną propozycją. Ja na pewno zgodzę się z tym, że związki wymagają ciągłej refleksyjności i aktualizacji.

Czy na takie refleksje, które zakładają świadomość potencjalnego rozstania, jest miejsce na etapie zakochania czy wchodzenia w relację? Jakie lęki należałoby rozbroić, żeby w ogóle podjąć rozmowę na ten temat i np. sięgnąć z osobą partnerską po pani książkę?

Spójrzmy na pary, których wspólna historia zaczynała się od tzw. długiego rozbiegu, czyli niezobowiązującej, powoli rozwijającej się relacji bez sztywno zadeklarowanego na wstępie zobowiązania i zaawansowanego poziomu zaangażowania. To takie znajomości, w których obie strony dają sobie czas na przyjrzenie się drugiej osobie bez presji kreowania wyidealizowanego wizerunku i określonego od A do Z, ale trudnego do realizacji wyobrażenia o związku. Z doświadczenia gabinetu wynika, że takie początki dają więcej wglądu, bardziej urealniają osoby partnerskie. Idąc tym tropem, można więc przypuszczać, że kluczem do budowania dobrej relacji jest możliwość jak najlepszego poznawania się. W obu książkach – zarówno „Sztuce bycia razem” jak i „Sztuce rozstania” – zachęcamy do rozmowy o wspólnych wartościach, czyli fundamentach dobrej relacji. To właśnie one konstruują nas w relacji i są tym, co będzie nas spajać w trudnych momentach. Kiedy mamy na tym poziomie zgodę w związku, jest on w stanie przetrwać największe zawirowania. Oczywiście dobrze, żeby taka rozmowa odbyła się na początku, ale jeśli nie było na to czasu czy pomysłu, to każdy moment jest dobry, żeby to nadrobić, nawet jeśli wisi nad nami widmo rozstania.

Co ma pani na myśli, mówiąc „wartości”?

To, co łączy nas na fundamentalnym poziomie, jest czymś znacznie głębszym niż deklaracją składaną na początku relacji czy listą cech „idealnego partnera”. To one determinują nasze codzienne (często nieuświadomione) wybory, które tak silnie akcentujmy w chwilach napięcia, różnicy zdań czy kryzysu. To właśnie wartości decydują o tym, jaka będzie przyszłość naszej relacji. Dla mnie to przede wszystkim wzajemny szacunek, szczerość, życzliwość, odpowiedzialność za siebie i relację. Ale to my sami wyznaczamy, co jest dla nas najważniejsze, i się w tym spotykamy. Inne będą te dla relacji monogamicznej, a inne dla poliamorycznego modelu. Na poziomie wartości łączy nas lub dzieli również stosunek do posiadania dzieci i zwierząt, roli pieniędzy w życiu i rozdzielności majątkowej.

Pary, które przychodzą do pani gabinetu, mają to nieustalone?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, osoby się rozstają, często mówią o tym, że właśnie te wartości im „się rozjechały”. Coś, co było ważne 15–20 lat temu, w czym się ludzie spotkali, po tak długim czasie może się zmienić i ta zmiana nie zawsze dotyczy obu stron. Mamy jednak też w Instytucie SPLOT sporo par, które przychodzą nie dlatego, że coś się w ich relacjach popsuło...

...tylko?

...z uwagi właśnie na chęć ustalenia fundamentów wspólnego życia, gdy decydują się na związek, to są najczęściej młode, świadome osoby, które często mówią, że nie chcą powielać błędów swoich rodziców, tylko upewnić się, że „do siebie pasują”. Chcą to przegadać z sobą w towarzystwie osoby, która zna teorię relacji i mechanizmy psychologiczne. I można powiedzieć, że konstruują wtedy pewien rodzaj kontraktu, która będzie scalać ich w chwili kryzysu albo pozwoli podjąć decyzję o rozstaniu, jeśli w którymś z podstawowych obszarów życia przestaną się zgadzać czy odczuwać satysfakcję. Może się przecież zdarzyć tak, że ktoś, kto nie chciał mieć wcześniej dzieci, nagle poczuje, że ta decyzja w nim lub niej dojrzała i jednak jest gotowość na rodzicielstwo.

Co się wtedy dzieje?

Nie musi to od razu oznaczać rozstania. Jeśli mamy jasność co do tego, skąd bierze się dana potrzeba i dlaczego jest kluczowa dla osoby partnerskiej, łatwiej przychodzi nam zmierzenie się z tą zmianą, więc może to być też moment bardzo rozwijający i pogłębiający relację. W obu przypadkach będziemy mieć do czynienia z procesem. Należy jednak pamiętać, że wychodzenie ze związku zaczyna się dużo wcześniej niż przed powiedzeniem „odchodzę” i kończy dużo później, niż pada to słowo. Niektóre osoby przychodzą na terapię już po emocjonalnym rozstaniu, choć nadal nazywają się parą.

Jak to?

Chodzi o to, że oficjalnie nie zwerbalizowały swojej decyzji, ale w praktyce np. od roku żyją osobno. Jeśli obie strony są w takiej sytuacji, to najczęściej takim parom ostateczne rozejście się przychodzi dość łatwo, bo de facto od dłuższego czasu się do tego przygotowywały. Są to jednak rzadkie przypadki. Najczęściej bywa tak, że jedna strona zaczyna się oddalać i w końcu podejmuje decyzję o rozstaniu, a druga była tego nieświadoma albo nie chciała tego zobaczyć, więc kiedy słowa o rozstaniu padają, to nie może się z tym pogodzić.

Trochę jak w przypadku śmierci ukochanej osoby.

Rzeczywiście stosujemy w książce porównanie do przechodzenia żałoby po stracie, bo te mechanizmy, a dokładnie droga w godzeniu się ze stratą, są tu bardzo podobne. Najpierw zwykle pojawia się stadium wyparcia. Jedna ze stron krzyczy: „To nieprawda!”, „To bzdura”, „Jaki rozwód?!”. Potem, gdy zaczyna do niej docierać rzeczywistość, gdy ktoś pakuje kartony i naprawdę odchodzi, pojawia się złość, frustracja czasem wręcz furia. Bardzo łatwo jest utknąć właśnie na tym etapie, nie przechodząc do kolejnych faz, zdrowszych i bardziej pomocnych dla nas w wychodzeniu z kryzysu rozstania. W efekcie można na dekady ugrząźć w czarno-białym myśleniu, że druga osoba jest zła do szpiku kości, a my całkowicie niewinni, dobrzy i niesprawiedliwie skrzywdzeni. Karmiąc się opowieściami o zniszczeniu nam przez kogoś życia, nie jesteśmy w stanie przepracować żałoby.

Jak się z niej wydostać?

Sprowadza się to do stopniowego odzyskiwania poczucia sprawczości i znalezienia siły, by dostrzec własny udział w rozpadzie związku. Trzeba przyznać przed sobą, że ktoś mnie zostawił, ale przecież przedtem istniała cała historia relacji, której też jestem częścią.

Czyli mam uznać, że to jednak moja wina?

Absolutnie nie, rozstanie nie jest o winie jednej czy drugiej strony. Moment, w którym zaczynamy widzieć swoją odpowiedzialność, urealniać sytuację i patrzeć na siebie krytycznie, nie służy temu, żeby sobie dokopać, lecz by się wzmocnić i zrozumieć, że coś od nas zależy, że możemy z nawet z najtrudniejszym doświadczeniem coś dalej zrobić. Przeżyte rozstanie może nam np. pomóc stworzyć w przyszłości lepsze relacje. Zbudowanie w sobie silnego przekonania o tym przynosi ulgę.

Tak naprawdę rozstajemy się z partnerem czy może jednak częściej z wizerunkiem albo rolą społeczną, którą odgrywaliśmy w relacji?

Rozstajemy się zarówno z człowiekiem, jak i jakąś częścią swojej własnej historii oraz tożsamości. Dlatego tak ważne jest, by nie wymazywać poprzednich relacji z pamięci jako czegoś, co się nie wydarzyło albo jest jednoznacznie negatywne. Każdy, nawet najgorzej wspominany związek, to skarbnica wiedzy o nas samych. Uznanie końca związku wiąże się z przeżyciem utraty na wielu poziomach: emocjonalnym, społecznym, wizerunkowym, ale nie jego w kategorycznym sensie. Tracimy jakiś element bieżącego życia, ale nie – doświadczenie, które w przyszłości można wykorzystać jako zasób.

Czyli jak?

Tak, jak robimy to w przypadku życia zawodowego. Kończymy pracę w danym miejscu z różnych powodów: wypaliliśmy się, chcemy zmiany i rozwoju, może się przeprowadzamy albo ktoś nas zwalnia. Czy odcinamy się wtedy od wszystkiego, czego się nauczyliśmy – obsługi Excela, języków obcych, kontaktu z klientem, obsługiwania Instagrama czy reklam na Facebooku, sprzedaży czy innych kompetencji? Wszystko – nawet te umiejętności, które nabyliśmy w najgorszym miejscu – zabieramy z sobą do kolejnej pracy i z nich korzystamy. W przypadku związków może być podobnie.

Czy ludzie rzeczywiście pragną stałości i długoterminowych relacji, skoro zarówno monogamia, jak i amatonormatywność – czyli przekonanie, że relacja romantyczna powinna zajmować nadrzędne miejsce wobec innych więzi – są w dużej mierze konstruktami kulturowo-społecznymi, nie zawsze zgodnymi z naszymi realnymi potrzebami? Być może wiele osób decyduje się na związki bardziej pod wpływem presji otoczenia niż z własnej woli, a później ma trudność z rozstaniem, ponieważ uwewnętrzniło społeczne normy, lęk przed oceną lub poczucie porażki?

Normy kulturowo-społeczne oraz nasza indywidualna relacja z nimi mają ogromny wpływ na to, jak budujemy i przeżywamy relacje. Zgadzam się z tym, że dużo z tego, o czym myślimy jako „nasze”, jest w istocie internalizowane, czyli uwewnętrzniane, bo narzucane nam przez system społeczny i kulturę, w jakiej przyszło nam dorastać. Jedni ludzie podporządkowują się oczekiwaniom społecznym, inni próbują się im przeciwstawiać. Wiele zależy od cech osobowościowych oraz doświadczeń życiowych. Warto pamiętać, że to, co myślimy, nie zawsze jest naszym świadomym wyborem. Czasami to, jak czujemy i przetwarzamy emocje, może być też efektem doświadczeń, na które ani my, ani bliskie osoby nie mogliśmy mieć wpływu.

Czy mogłaby pani podać przykład takich indywidualnych uwarunkowań?

Jednym z nich mogą być bardzo wczesne doświadczenia rozwojowe. Weźmy moment narodzin. Dopiero stosunkowo niedawno standardem stało się to, że po porodzie noworodek trafia od razu w ramiona matki. Wcześniej często był zabierany do innego pomieszczenia na kilka godzin, a nawet na całą dobę. Dziś wiemy, że pierwsze bodźce i doświadczenia są istotne dla kształtowania się poczucia bezpieczeństwa i sposobu regulowania bliskości. I nie chodzi tu o to, że to nas jednoznacznie kształtuje na całe życie…

…ale?

…ma wpływ na to, jak później widzimy pewne rzeczy, czego i w jaki sposób pragniemy. Te doświadczenia nie muszą, ale mogą wpływać na nasze podejście do intymności i relacji z innymi ludźmi w dorosłym życiu. Nie jest to jednak coś, na co mamy wpływ na starcie, więc jeśli czujemy, że są w nas pewne niezrozumiałe pragnienia lub np. nie możemy czuć się bezpiecznie w relacji, która obiektywnie to poczucie powinna zapewniać, to warto przyjrzeć się temu terapeutycznie. Dlatego gdy pyta pani o skrypty, nie mogę pozwolić sobie na daleko idące uogólnienia. Raczej skłaniam się ku refleksji, że uważność na własną historię, wewnętrzne skrypty, schematy, przekonania i nawyki pozwala najlepiej odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiej relacji naprawdę potrzebujemy.

Pisarka i reporterka Katarzyna Tubylewicz powiedziała mi kiedyś, że spora część naszych relacyjnych problemów wynika z mylenia miłości z posiadaniem. Czy to powszechna tendencja?

Myślę, że tak, ale też nie ma się co temu specjalnie dziwić. Człowiek pragnie pewności, ale sęk w tym, że droga do dojrzałości prowadzi przez akceptację tego, że takiego stanu nigdy się nie doświadczy. Zdobycie kogoś „na zawsze” jest silnie zakorzenione w disneyowskiej wizji romantycznej relacji, z którą często spotykamy się w gabinecie. Wiele osób mówi: „Kocham tę osobę, bo jest”, czyli nie „za coś”, lecz za samo istnienie. Oczywiście obecność drugiej osoby jest konieczna, ale jest częścią istoty relacji. Związek to kombinacja wspólnotowości i wymiany, definiujemy go przez zaangażowanie, uważność i inicjatywę. Jeśli skupimy się na samym byciu, to w gruncie rzeczy nie będziemy widzieć drugiej osoby – nie dostrzegamy jej rozwoju, zmian w potrzebach ani doświadczeń, przez które przechodzi. To dość leniwa postawa i wiele mówi również o nas samych.

A co o rozstaniach mówi nam płeć?

Jestem sceptyczna wobec sztywnego podziału na „kobiece” i „męskie”. Dzięki osobom niebinarnym, które śmiało mówią o swoich doświadczeniach, możemy się już dziś trochę z tego wyłamywać. Ale społeczeństwo wciąż silnie akcentuje ten binarny podział świata. W związku z tym mężczyznom, ze względu na normy kulturowe i społeczne, często jest trudniej niż kobietom mówić o emocjonalnych kryzysach i je dzięki temu przepracować. Mają mniej przestrzeni na wyrażanie bólu i otrzymywanie wsparcia, a okazywanie słabości bywa postrzegane jako niemęskie, dlatego wielu z nich próbuje radzić sobie w samotności. Brak widocznych reakcji u mężczyzny po rozstaniu bywa mylnie interpretowany jako obojętność. Warto unikać takich ocen – doświadczenie kliniczne pokazuje, że odpowiedzialność za rozstanie zawsze spoczywa na obu stronach. Dlatego tak ważne jest zachęcanie mężczyzn do mówienia o bólu i zmiana narracji, w której rozstanie oznacza porażkę. Nie zawsze nią jest – czasem stanowi formę zwycięstwa.

Jak pracuje się z osobami, dla których rozstanie oznacza „koniec świata”? Czy takie osoby trafiają do pani gabinetu?

Przede wszystkim pracujemy wtedy nad urealnieniem sytuacji przez zobaczenie szerszego kontekstu całej sytuacji. W przypadku mężczyzn, którzy często mają ograniczone sposoby zdrowego regulowania emocji, wspomniane już słabo rozwinięte sieci wsparcia, a także – życie w całości zorganizowane przez partnerki, staramy się w tej kryzysowej sytuacji upatrywać szansy na spotkanie z własnymi emocjami, otwarcie się na nowy etap w życiu, może solo, ale znaczenie bliżej z samym sobą. Mówię w pierwszej kolejności o mężczyznach, bo w ich przypadku mamy większe ryzyko destrukcyjnych sposobów regulacji emocjonalnej czy nawet autoagresji. Niezależnie od płci w terapii staramy się zobaczyć kryzys nie tylko jako moment graniczny, lecz także jako szansę. Osoby, które trafiają do nas w takim stanie, często odkrywają, że ich życie było zbudowane wokół partnera lub partnerki i że utraciły kontakt z własnymi kompetencjami. Proces wychodzenia z kryzysu polega na odzyskiwaniu tego, co „moje”, i na pisaniu swojej historii na nowo. Z takiego doświadczenia może powstać coś wartościowego – innego niż to, co było, a także bardziej autentycznego. Tęsknota i nostalgia zwykle zostają, ale nie odbierają potencjału do stworzenia życia bardziej na własnych zasadach.

Jaką rolę w rozstaniach odgrywają nowe technologie i media społecznościowe?

Na pewno aktywnie używane spowalniają żegnanie zakończonej relacji. Aplikacje randkowe stwarzają iluzję ogromnego wyboru, który ma być lekiem na samotność i poczucie straty. Zbyt szybkie wchodzenie w nowe relacje może mieć charakter „plastra” na ranę, która nie zdążyła się jeszcze zagoić – jest oczywiście szansa, że zadzieje się pod tym plastrem, ale jest też ryzyko, że zacznie się pod tym samym plastrem babrać. Nieprzepracowane emocje wracają jak bumerang. Podobnie działa przekonanie, że „za rogiem na pewno czeka nas coś lepszego”. To mit. Jeśli nie przepracujemy poprzedniej relacji, jest duże prawdopodobieństwo, że stare schematy powtórzą się w naszym kolejnym związku. Problemem nie jest liczba opcji, lecz to, co wnosimy do relacji. Kolejnym wyzwaniem są media społecznościowe. Dziś można się rozstać fizycznie, ale jednocześnie pozostawać w ciągłym kontakcie z byłym partnerem online, np. obserwując jego życie w sieci. Często okazuje się, że takie „śledzenie” bywa bardzo destrukcyjne i przedłuża nasze cierpienie.

Lepiej wyciszyć instagramowe relacje byłego?

Jeśli coś wywołuje w nas zbyt silne emocje, to najlepszy sygnał, że warto tego unikać – przynajmniej do czasu, gdy emocje nie opadną. Albo zastanowić się: „Po co mi to?”. Myślę, że takie odcięcie się od kogoś w sieci to rodzaj zdrowej porozstaniowej higieny, która na pewno nam nie zaszkodzi, a także – nie musi trwać wiecznie. Dajmy sobie jednak na nią trochę czasu.

Czy istnieją jeszcze jakieś uniwersalne zasady „dobrego” rozstania?

Myślę, że są trzy kluczowe rzeczy. Po pierwsze – warto dać sobie przestrzeń na złość, frustrację, rozczarowanie, które są naturalnym następstwem utraty relacji i muszą zostać przeżyte. Bez tego nie da się iść dalej. Oczywiście tu na pewno pojawi się pokusa niezdrowych regulacji tych stanów, np. przez alkohol, zakupy czy przypadkowy seks. Warto wybrać trudniejszą drogę doświadczenia emocji zamiast ich zagłuszania.

Po drugie?

Potrzebujemy czasu. Przy długich związkach bezpiecznie jest myśleć o kilku miesiącach, a nawet połowie roku jako o okresie stabilizacji emocjonalnej. To nie znaczy, że nie wolno wcześniej wchodzić w nową relację, ale warto mieć uważność na to, że proces rozstawania na głębokim poziomie może nadal trwać. I po trzecie – bądźmy życzliwi dla samych siebie. Nawet jeśli wydaje nam się, że wszystko mamy już za sobą, może się pojawić, że wróci do nas nostalgia za tym, co się skończyło, nie warto z tym walczyć, spróbujmy pomyśleć sobie, że te dobre rzeczy z przeszłości mogą z nami zostać, że pielęgnowanie dobrych wspomnień nas wzmacnia, a nie nam zagraża.

Więcej w tym temacie:

Paulina_Januszewska

Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.

Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.

Czytaj więcej

Ewa Woydyłło

Czy szczęścia naprawdę można się nauczyć? Pytamy Ewę Woydyłło

Nie nazwałabym szczęścia kompetencją, ale jak najbardziej zgadzam się z tym, że ponosimy odpowiedzialność za jego osiągnięcie – mówi nam dra Ewa Woydyłło.

Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing

Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?

Kult nieustanne samodoskonalenia trwa. Po jednej stronie mamy pogoń za lepszym wyglądem i próbą zatrzymania biologicznego zegara. Po drugiej – friction-maxxing, który ma przywracać nam sprawczość. Gdzie szukać rozwiązań i – co ważniejsze – jak nie stracić w tym siebie?

Eksperci radzą, jak być dobrym partnerem

Myślisz, że jesteś dobrym partnerem. Eksperci mają inne zdanie

Nie chodzi o wielkie gesty. Chodzi o to, czy naprawdę słuchasz, czy potrafisz odpuścić rację i czy wiesz, czego twój partner lub partnerka tak naprawdę potrzebuje – zanim sami ci o tym powiedzą.

Dlaczego nie dorastamy?

Nie dorastamy, bo nas na to nie stać?

Wielu z nas wychowali zupełnie niedojrzali i niegotowi do roli opiekunów rodzice, ale słyszymy, że to my jesteśmy zdziecinniali. A co powiedzieć o apologetach i architektach systemu, w którym ciężka, uczciwa praca nie gwarantuje stabilności?

Marta Niedźwiecka odpowiada o trudach w wychowaniu synów

Matki i synowie: co naprawdę jest trudnego w wychowaniu chłopca? Marta Niedźwiecka odpowiada

Czy matka może wychować syna tak samo jak córkę? Czy bez męskiego wzorca chłopiec sobie poradzi? I dlaczego nawet najbardziej świadome matki nieświadomie ustawiają synów na uprzywilejowanej pozycji? W Dniu Matki rozmawiamy z Martą Niedźwiecką o tym, co naprawdę różni wychowanie chłopców od dziewczynek.

Jak mieć lepszy seks?

Jak mieć lepszy seks w związku? To nie technika najczęściej wszystko psuje

Zanim odpowiemy sobie na pytanie, jak mieć lepszy seks, musimy zastanowić się nad tym, co to właściwie znaczy. – Jaki on ma być dokładnie? – precyzuje Maja Kumor, seksuolożka i terapeutka, która od wielu lat pomaga pacjentom w swoim gabinecie, a ponadto dzieli się poradami w mediach społecznościowych, gdzie tylko na Instagramie obserwuje ją blisko 70 tys. użytkowników i użytkowniczek.

Jak przestać mylić pożądanie z przyjemnością?

Jak przestać mylić pożądanie z przyjemnością?

Na początku znajomości seks po prostu się wydarzał. Wystarczyło na siebie spojrzeć, a po chwili wszystkie ubrania leżały na podłodze. Minęło trochę czasu i okazało się, że spontaniczność wyparowała, a niepokonaną konkurencją dla łóżkowych harców stało się rozwiązywanie krzyżówek i oglądanie Netfliksa. Czy to znak, że czas się rozstać?

Nawyki, które pogarszają twoje zdrowie psychiczne

Te nawyki pogarszają twoje zdrowie psychiczne

Nie chodzi tylko o palenie papierosów czy zaleganie na kanapie, ale o inne z pozoru nieszkodliwe przyzwyczajenia, które sabotują naszą codzienną kondycję i nastrój.