PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Hubert Miłkowski: jak być „po dobrej stronie”
Hubert Miłkowski – po „Hiacyncie”, z nominacją do Nagrody Cybulskiego, dziś w „Piekle kobiet” w jednej z najbardziej niejednoznacznych ról w swojej karierze – mówi o bohaterach, których nie da się sprowadzić do prostych ocen, a także o napięciu między tym, w co wierzymy, a tym, jak żyjemy. I o kruchości własnych zasad. Twierdzi: „Łatwo mieć idealistyczne założenia, trudniej według nich żyć”.
Udostępnij

Hubert Miłkowski Autor zdjęcia: Daria Kowalczyk
Po „Hiacyncie” Piotra Domalewskiego Hubert Miłkowski znalazł się na radarze jako jeden z najbardziej intrygujących aktorów młodego pokolenia – czuły, nieoczywisty, gotowy na role wymykające się prostym kategoriom. W tym filmie, opowiadającym o poszukiwaniu tożsamości i walce z homofobiczną opresją, podkochiwał się w siedzącym w szafie milicjancie o twarzy Tomasza Ziętka. Wcześniej widzieliśmy go także w serialu „W głębi lasu”, gdzie wcielił się w młodszą wersję bohatera granego przez Grzegorza Damięckiego. Już wtedy było jasne, że poza fizycznym podobieństwem idzie za tym rzadki talent do całkowitej absorpcji obrazu. Dostrzegł to zresztą Marcin Filipowicz, obsadzając go w filmie „Braty” w roli, która przyniosła Miłkowskiemu nominację do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego.
Dziś aktor wraca z rolą, która może okazać się dla niego przełomowa. W serialu HBO Max „Piekło kobiet” gra Emila Heckmanna, młodego lekarza, działającego w rzeczywistości lat 30. XX wieku: skrajnie szowinistycznej, patriarchalnej, a przy tym niepokojąco bliskiej współczesności. Emil wierzy w zmianę i sprawczość, ale jego zaangażowanie z czasem radykalizuje się, szczególnie po brutalnym zabójstwie jego siostry. Razem z Heleną (Agata Turkot) próbuje doprowadzić winnych do odpowiedzialności. Szybko okazuje się jednak, że w świecie, w którym system chroni silniejszych, a prawo zawodzi, sprawiedliwość nie jest kategorią oczywistą. Miłkowski buduje postać pełną sprzeczności – idealisty, który coraz częściej przeczy sam sobie, człowieka napędzanego zarówno empatią, jak i gniewem. To bohater, który chce dobrze, ale im dalej idzie, tym trudniej oddzielić jego motywacje od osobistych demonów.
Spotykamy się w momencie, gdy przed aktorem otwierają się kolejne duże projekty – od „Mniej obcego”, biografii Jana Borysewicza, gdzie gra członka Lady Pank, po „Wandę” Adriana Panka o alpinistce Wandzie Rutkiewicz. To moment przejścia – między obiecującym aktorem a kimś, kto coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność w centrum polskiego kina.
Wywiad zawiera spoilery do miniserialu HBO Max „Piekło kobiet”.

Hubert Miłkowski Autor zdjęcia: Daria Kowalczyk
Twój Emil w „Piekle kobiet” to jedyny porządny facet z zasadami, prawda?
Chyba każdy ma swoje zasady, tylko może z dzisiejszej perspektywy zasady Emila wydają nam się po prostu bliższe. Rozmawialiśmy o tych współczesnych dylematach z Anią Maliszewską (reżyserką – przyp. red.) jeszcze na etapie scenariusza. Zależało nam, żeby uniknąć wrażenia, że Emil jest aniołkiem. Zresztą ja sam nie mam takiego poczucia. Przeciwnie, wydaje mi się, że jego sumienie jest mocno obciążone. Tu ważna jest pierwsza scena rozmowy z Jackiem Poniedziałkiem (gra ordynatora Romana Łabędę, przełożonego Emila – przyp. red.) w pierwszym odcinku. Jego bohater mówi: „Każdy lekarz ma swój własny cmentarzyk”. Mam wrażenie, że Emil przez cały serial właśnie powoli powiększa swój cmentarzyk. Coraz częściej też idzie na kompromis ze swoim poczuciem moralności, uwikłany w historię, z której nie ma prostego wyjścia.
Patrząc na pozostałych mężczyzn w serialu…
…poprzeczka nie była wysoko ustawiona (śmiech). Dodam jeszcze, że to wrażenie porządności i zasad może wynikać z samej konstrukcji postaci. Emil buntuje się przeciwko rzeczywistości. Od początku jest kimś zaangażowanym: aktywistą, społecznikiem, kimś, kto próbuje działać i reagować. Później bunt tylko się pogłębia, szczególnie wobec dramatu, który go spotyka. To wpływa na odbiór postaci. Bo nie podoba nam się polityczna i relacyjna rzeczywistość przedstawiona w „Piekle…”. Kiedy pojawia się ktoś, kto się jej sprzeciwia, naturalnie zyskuje naszą sympatię. Zaczynamy mu kibicować. Pamiętam, że przygotowując się, natknąłem się na zdanie, że „cały postęp na świecie jest dziełem ludzi niezadowolonych”. Pasowało do Emila.
Jak się przygotowywałeś do tej roli?
Siedziałem przy biurku, czytałem scenariusz, sięgałem po różne książki, żeby lepiej zrozumieć 20-lecie międzywojenne. Próbowałem też myśleć bardziej intuicyjnie, co mogłoby interesować samego Emila. Tutaj znowu Ania Maliszewska mnie naprowadzała. Podpowiedziała na przykład, że bohater mógłby być wkręcony w Junga. Tego wprost nie widać w serialu, ale Emil nosi na szyi jungowskie mandale. Szukaliśmy więc też jego intelektualnych inspiracji, bo wydawał mi się kimś o bardzo bogatym życiu wewnętrznym. Eksplorowałem je dla samego siebie. A poza tym chodziłem na długie spacery i zastanawiałem się, jak bohatera poprowadzić.
Jak bardzo rozbudowujesz background granej postaci?
To zależy od projektu i od tego, na ile czuję, że dane przygotowanie jest tej postaci w ogóle potrzebne. Na przykład w „Mniej obcym”, biografii Jana Borysewicza, gram basistę w Lady Pank. W filmie funkcjonuje właściwie tylko w scenach zbiorowych. Nie miał własnych, rozbudowanych relacji poza chłopakami z zespołu. W tym przypadku wszystko opierało się na złapaniu chemii z resztą ekipy, częstych spotkaniach, próbach muzycznych, grze na basie. Musieliśmy mieć flow. Dlatego nie mam jednej zasady, że muszę napisać 50 stron biografii postaci, żeby w ogóle zacząć. W przypadku Emila po prostu czułem, że on wymaga głębszej pracy „psychologicznej”.

Hubert Miłkowski w roli Emila Heckmanna w serialu „Piekło kobiet” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Warner Bros. Discovery
Wspomniałeś o scenie z Jackiem Poniedziałkiem. Jego bohater mówi, że na medycynie każdy chce być Judymem i pomagać innym. Rzeczywistość, już po studiach, szybko zmienia to nastawienie. W tym kontekście – czytając Emila współcześnie – zastanawiałem się, czy każdy facet myśli o sobie, że jest „good boyem”. Tymczasem bardzo często jest zupełnie odwrotnie…
Łatwo mieć idealistyczne założenia, ale dużo trudniej konsekwentnie według nich żyć. W przypadku Emila to napięcie jest wyraźne między tym, w co wierzy, a tym, o co ten idealizm się rozbija w praktyce. Jest on mniej związany z tym, jak on się odnosi do kobiet, a bardziej z ideałami społecznymi i podporządkowaniem się im. Jednocześnie, wraz z rozwojem serialu, Emil przejawia coraz więcej agresywnych zachowań. Zaczyna przeczyć sam sobie.
Mężczyźni w tej historii żyją w rzeczywistości silnie patriarchalnej i ona oczywiście znajduje odbicie w ich postawach. Ale sposób, w jaki napisane zostało „Piekło…”, sprawia, że łatwo łapiemy skojarzenia ze współczesnością. Pewne mechanizmy rymują się z tym, co widzimy dziś. Skoro nadal potrafimy się w tych zachowaniach przejrzeć, to znaczy, że różne elementy tych patriarchalnych struktur – w mniejszym lub większym stopniu – wciąż są u nas obecne.
Czy Emil chodziłby dziś na Czarne Marsze?
Gdyby Emil żył współcześnie, to pewnie niezgoda na rzeczywistość polityczną nadal byłaby jednym z głównych motorów jego działania. Pytanie tylko, jak ta energia przekładałaby się na konkretne postawy? Na ile jego gesty sojusznicze byłyby rzeczywiście wspierające i trafione, a na ile pojawiałaby się w bohaterze potrzeba mówienia innym, jak powinni działać, co jest właściwe.
Wszedłby w mansplaining?
Emil mocno się udziela, ale w nie do końca swojej sprawie. Myślę, że współcześnie jesteśmy dużo bardziej na to wyczuleni i drażliwi. Czasem słusznie, czasem może nie do końca. Mój bohater z jednej strony naprawdę chce dobrze, ale z drugiej łatwo sobie wyobrazić sytuacje, w których jego sposób działania byłby dziś odbierany jako problematyczny.
Pchałby się do pierwszego rzędu tam, gdzie nie do końca jego głos jest potrzebny?
W szóstym odcinku jest scena, która dobrze zobrazuje, co mam na myśli. Emil wpada do garderoby dziewczyn z rewii Lwa (gra go Jacek Koman – przyp. red.). Rozmawia z nimi, mówi o swojej siostrze. Kobiety wyrzucają Lwa z rewii i w pewien sposób uniezależniają się od niego. Rozmawialiśmy o tej scenie z Anią Maliszewską jeszcze przed zdjęciami. Trochę ją przepisaliśmy właśnie po to, żeby uniknąć schematu, w którym przychodzi facet i tłumaczy dziewczynom, jak mają żyć, jak mają się wyemancypować. A one dopiero wtedy się buntują. Wykreśliliśmy część dialogu, część kwestii dodaliśmy innym postaciom, żeby jak najbardziej oddalić się od schematu zbawcy.

Hubert Miłkowski Autor zdjęcia: Daria Kowalczyk
Czy podłoże działania Emila jest egoistyczne? Przecież zaczyna działać po tym, jak jego siostra zostaje zamordowana…
Tak, zdecydowanie jego pobudki są egoistyczne. Pojawia się pytanie, co jest ważniejsze: czysta intencja stojąca za tym, co robimy, czy jednak to, jakie są realne skutki naszych działań? Trudny dylemat. Chyba właśnie to jest w Emilu dla mnie najciekawsze, że on swoją postawą takie pytanie nieustannie stawia. Pojawia się dwuznaczność moralna. Zastanawiamy się, ile w jego działaniach jest faktycznie egoizmu – mierzenia się z poczuciem winy – a ile autentycznej postawy, którą moglibyśmy podziwiać. Jeśli to wybrzmiewa, to chyba właśnie dlatego, że ta odpowiedź nie jest jednoznaczna, że leży gdzieś pomiędzy.
Łatwo było ci się z nim utożsamić? Czy w ogóle jest to ci potrzebne do pracy?
Nie szukam na siłę własnych powiązań z postacią. Mam raczej poczucie, że jeśli one są potrzebne, to w pewnym momencie same się pojawiają. Staram się raczej odseparować i dużo czasu spędzać z tekstem scenariusza, żeby wszystko wynikało właśnie z niego, a nie ze mnie.
Odseparować?
Nie zakładam, że emocje czy wydarzenia z życia bohatera mają się jakoś bezpośrednio splatać z moim życiem. Pole skojarzeń otwiera się samo z czasem.
Wypełniasz postać sobą?
Aktor zawsze wypełnia postać sobą. Pytanie tylko, na ile robi to świadomie, narzucając to już na etapie przygotowań, bo pewnie są tacy, którzy tak pracują. Ja mam poczucie, że to, co jest „moje”, i tak się w tej postaci pojawi. Przecież to wciąż jestem ja, tylko w zupełnie innych okolicznościach. Zatem mogę sobie zdjąć z barków część pracy „przed”, bo wiem, że to i tak się wydarzy w trakcie. Dlatego szukam różnic. To trochę jak z takim metakontekstem obsadzania: jeśli aktor kojarzy się z określonym typem ról, to nawet w nowej roli niesie z sobą te wcześniejsze skojarzenia. Albo jeśli ktoś ma wizerunek osoby grzecznej, sympatycznej, to obsadzony na kontrze i tak będzie zawierał w sobie ten pierwiastek.
Dostajesz scenariusz i co?
Sprawdzam, czy mi się podoba. Pierwsze wrażenie jest zawsze intuicyjne. Czytam tekst i po prostu czuję – z jakiegoś powodu, którego nie umiem nawet nazwać – że to jest dobre, że ta postać mnie kusi, że chcę się z nią zmierzyć. Ważny jest w tym też element zagadki. Kiedy podczas lektury nie wiem, jak zagrać jakąś ze scen. To bardzo dobry punkt wyjścia. Gdy od razu widzę, jak mogę poprowadzić bohatera, mam poczucie, że wszystko idzie w stronę schematu, stereotypu. To papierowa postać dająca się łatwo odczytać, bo została sprowadzona do archetypu. Tymczasem mnie interesują momenty, w których wymyka się prostym kategoriom. Przecież człowiek z natury jest sprzeczny, zniuansowany.

Hubert Miłkowski Autor zdjęcia: Daria Kowalczyk
Których scen z „Piekła kobiet” nie czułeś od początku?
Chyba każdej (śmiech). Już w pierwszym odcinku Emil znajduje zwłoki swojej siostry. Nie wiedziałem, co dzieje się w głowie człowieka, kiedy nagle pęka mu świat. Co to w ogóle znaczy, że zdarza się taki dramat? Czym to jest dla tej konkretnej osoby? A potem – jak się z tego pęknięcia poskładać na nowo. Bo to już nigdy nie będzie ten sam kształt.
Pod koniec tego samego odcinka jest scena, w której Emil przerywa przemówienie w poradni (Boya-Żeleńskiego – przyp. red.). Wylewa się z niego żal i bunt. To już w dużej mierze historia gościa, który – wracając do wątku egoizmu – nie ma przestrzeni na przeżycie żałoby. Zamiast spróbować ją przepracować, miota się w tym bólu, rozdając ciosy na lewo i prawo, często zupełnie na ślepo.
O ochronie zdrowia psychicznego w 20-leciu pewnie nie słyszano…
Te nawiązania do współczesności zawsze wracają. Kiedy zaczęliśmy przygotowania do serialu, myślałem o Luigim Mangione. Był wykształcony, w podobnym wieku do Emila, pochodził z dobrego domu, mimo to z bliskiej odległości zastrzelił człowieka na ulicy. Nawet jeśli mój bohater miałby dostęp do pomocy psychologicznej, nie oznacza to, że nie posunąłby się do ostateczności.
Musisz lubić postać, żeby ją zagrać?
Nie, ale muszę próbować ją zrozumieć, szanować jej punkt widzenia i potrafić go obronić, nawet jeśli się z nim nie zgadzam. Nie chodzi mi o wymiar moralny, o jednoznaczne stwierdzenie: bohater jest dobry lub zły. Nawet w prywatnym życiu nie zawsze mamy poczucie, że to, co robimy, jest dobre.
Co cię pociągnęło do roli Emila?
Właśnie ta nieustanna niezgoda na wszystko. Napięcie tworzące się między emocjonalną szamotaniną a pozornie uporządkowanymi, spójnymi poglądami. Moment styku jest dla mnie najciekawszy, bo intelektualnie Emil ma wyraźną wizję tego, jak powinno być. Tyle że ona bardzo szybko rozbija się o samego bohatera. To nie świat jest niesprawiedliwy, tylko Emil nie potrafi sprostać własnym ideałom.

Hubert Miłkowski w roli Emila Heckmanna w serialu „Piekło kobiet” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Warner Bros. Discovery
Chce dobrze, ale mu nie wychodzi.
Właśnie. Gdy mój bohater na koniec próbuje zastrzelić Wiktora Denara (gra go Borys Szyc – przyp. red.), mordercę jego siostry, pomyślałem sobie: „Emil, coś ty odwalił”. Wydało mi się to absurdalne, że facet właściwie niemal sam osierocił własne dziecko, bo wylądowałby w więzieniu. Jakby sam się poddał. Ostatecznie nie wybrał relacji, którą budował z Heleną (Agata Turkot – przyp. red.). Nie wybrał też życia, które sam powołał do istnienia. Zamiast tego postawił na swój pierwotny żal i na poczucie niesprawiedliwości. Emocje nieustająco odsyłają go do tego, co wydarzyło się na samym początku. Zatem Emil wybrał to, co było, kosztem tego, co jest.
Próbuje zabić Denara po tym, jak za swoje zbrodnie zostaje on uniewinniony w sądzie. Działanie twojego bohatera to jasny sygnał, że państwo nie dowozi prawa. Zostaje skazany na więzienie, z którego wyjdzie w 1939 roku. Mocne podkreślenie fatalizmu jednostki.
Jest w tym coś intrygującego, że Emil próbuje rozwiązać konflikt indywidualnie, jakby w zastępstwie państwa, które nie potrafi sobie z nim poradzić. A jednocześnie wyjdzie po tych siedmiu latach, stanie wobec czegoś znacznie większego, co jest ponad państwem. Jakby istniał jeszcze jeden, wyższy poziom – ciężar historii, fatum. A mimo to – nawet wobec tego „demona historii” – gdzieś wciąż zostaje miejsce na jednostkowe losy, na wybory pojedynczego człowieka. Właśnie to wydaje mi się istotą opisywanej tragedii. Losy ścierają się na kilku poziomach, nakładają na siebie i żadnego z nich nie da się do końca unieważnić.
Więcej w tym temacie:
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.