Agata Turkot właśnie zaczyna swój najciekawszy rozdział
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Agata Turkot właśnie zaczyna swój najciekawszy rozdział
W „Domu dobrym” grała kobietę uwięzioną w przemocowym związku. Teraz Agata Turkot wraca z rolą, która znowu nie pozwala odwrócić wzroku. W „Piekle kobiet” jej bohaterka zaczyna widzieć pęknięcia w patriarchalnym świecie lat 30.
Udostępnij

Agata Turkot Autor zdjęcia: Łukasz Saturczak
Po „Domu dobrym” Wojciecha Smarzowskiego Agata Turkot znalazła się w centrum jednej z najgłośniejszych filmowych debat o przemocy wobec kobiet w Polsce. W tym filmie zagrała Gośkę – bohaterkę, która stopniowo zaczyna rozumieć, że jej związek to pułapka, a za fasadą zwyczajnego życia jest ukryta przemoc. Produkcję obejrzały miliony widzów i widzek, a wokół historii rozpoczęła się ogólnopolska dyskusja o tym, jak często dramat rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami domów.
Dziś Turkot – z workiem nagród za rolę Gośki, m.in. ostatnich Orłów – wraca z kolejną wymagającą rolą. W serialu HBO Max „Piekło kobiet” gra Helenę – kobietę z warszawskich elit lat 30., która zaczyna dostrzegać mechanizmy systemu ograniczającego życie i wybory innych kobiet. Jeśli „Dom dobry” był opowieścią o przemocy w intymnej relacji, „Piekło kobiet” patrzy szerzej – na patriarchat i społeczne reguły, od dekad próbujących decydować o kobiecym ciele i losie.
Spotykam się z aktorką w knajpce na warszawskim Starym Mieście. Słucham opowieści o empatii, karierze i o rolach, które – przynajmniej z mojej perspektywy – nie pozwalają pozostać obojętnym.

Agata Turkot jako Helena Wróblewska w serialu „Piekło kobiet” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Warner Bros. Discovery
Na plakatach „Piekła kobiet” masz rozmazany tusz, sztuczny uśmiech, przerażenie w oczach. Zdajesz sobie sprawę, że wraz z twoim udziałem w „Domu dobrym” Wojciecha Smarzowskiego stałaś się – nomen omen – twarzą walki z przemocą wobec kobiet?
Słyszę takie porównania. Sama jednak te produkcje odbieram jako zupełnie różne opowieści. Oczywiście obie dotyczą przemocy, ale pokazują ją w inny sposób. W „Domu dobrym” kamera skupia się na przemocy zamkniętej w relacji dwojga ludzi. W „Piekle kobiet” mówimy o patriarchacie i przemocy systemowej, instytucjonalnej. Przy okazji opowiadamy również o więziach rodzinnych i innych relacjach, w tym między kobietami. Ten aspekt scenariusza był dla mnie bardzo ciekawy. Myślę też, że na porównania, o których wspomniałeś, wpływa bardzo sugestywny tytuł serialu, promocja i fakt, że obie produkcje pojawiły się w podobnym czasie. Ale dla mnie to naprawdę są zupełnie inne role, inne bohaterki.
Mimo wszystko podobieństwa są widoczne. Co przyciągnęło twoją uwagę do scenariusza serialu?
Kiedy czytałam scenariusz, skupiłam się na mojej bohaterce, Helenie – silnej kobiecie, która wcale nie jest krystalicznie czysta. Walczy i reaguje na rzeczy zupełnie inaczej niż Gośka z „Domu dobrego”. Dlatego, gdyby nie tytuł serialu, w ogóle nie pomyślałabym o ewentualnych podobieństwach. Fabuła „Piekła…” jest osadzona w latach 30. XX wieku. Kontekst społeczno-polityczny jest zupełnie inny niż nasz teraz. Wreszcie opowiadamy o wielu bohaterkach – bo choć moja postać jest główna, to pierwszoplanowych kobiet w serialu pojawia się więcej.
Podczas lektury od razu zobaczyłaś w głowie Helenę?
Tak! Helena przez swoją wielowymiarowość daje ogromne możliwości interpretacyjne. Można było zbudować ją jako silną, walczącą, bezkompromisową kobietę, ale równie dobrze wyjść z zupełnie innego miejsca: z kruchości, miękkości, a nawet poczucia podległości. Każda z tych dróg wydawała się aktorsko ciekawa. Doszedł jeszcze wątek uzależnienia Heleny od narkotyków i alkoholu. Bardzo mnie zaintrygował. Miałam mnóstwo pytań: czym jest opium w tej historii? Co ten narkotyk bohaterce daje? Jakie dzięki niemu przeżywa wizje?
Na początku tylko zastanawiałam się, czy nie jestem trochę za młoda do tej roli. Potem jednak rozwiałam te wątpliwości. Przecież w gruncie rzeczy jesteśmy w podobnym wieku. To kostium i charakteryzacja sprawiały, że Helena wyglądała na bardziej dojrzałą. Zresztą w jej historii wiek jest bardzo istotny. Bohaterka, mimo że ledwie trzydziestoletnia, słyszy, że to już najwyższy czas na dzieci, rodzinę. Z dzisiejszej perspektywy ten przymus jest przerażający. Na szczęście czasy się zmieniły i od kobiety nie oczekuje się już całkowitego poświęcenia dla domu. Oczywiście jeśli ktoś tego chce – świetnie. Ale to nie obowiązek.
Przy okazji „Domu dobrego” dziennikarze i dziennikarki notorycznie pytali cię, czy czułaś ciężar odpowiedzialności przed kobietami, które tkwią w przemocowych związkach. Nie miałaś wrażenia, że za wiele się od ciebie wymaga?
Zdecydowanie. Tym bardziej, że tak jak nie porównywałam tych dwóch postaci, tak samo nie myślałam o sobie jako o reprezentantce. Starałam się jak najuczciwiej zagrać Gośkę i opowiedzieć jej historię tak, by pasowało to do wizji Wojtka, któremu bardzo ufam. I na tym w zasadzie się zatrzymywałam. Nawet kiedy wokół filmu zaczęło się robić medialnie coraz głośniej…
Informowano o dwupółmilionowej widowni, niemal przeciążonej infolinii pomocowej i wiadomościach od kobiet, które dziękowały za poruszenie tematu przemocy.
To prawda i to były bardzo budujące informacje. Jednak pilnowałam tego, żeby nawet wtedy nie brać na siebie ciężaru odpowiedzialności. I szczerze mówiąc, gdyby nie pytania z zewnątrz i sugestie, że to jakieś brzemię, w ogóle bym tak nie myślała. Zresztą jest to ciekawe, jak bardzo świat zewnętrzny potrzebuje kategoryzowania i nazywania. Kobiety doświadczające przemocy utożsamiały się z Gośką, to jasne. Ja zaś jestem Agatą, aktorką, i moje poczucie odpowiedzialności – dla dobra projektu i wykonanej przeze mnie pracy – musi opierać się na wyznaczonych granicach. Dostawałam propozycje zostania ambasadorką fundacji, wzięcia udział w różnych wydarzeniach i kampaniach antyprzemocowych. Odmówiłam. Właśnie po to, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że rzeczywiście staję się twarzą tej sprawy. Jestem aktorką – gram role.

Agata Turkot i Hubert Miłkowski w serialu „Piekło kobiet” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Warner Bros. Discovery
Często Smarzowskiemu zarzuca się, że jego filmy są klasistowskie. To, co najgorsze, dzieje się na prowincji. Gośka też jest dziewczyną z małego miasta.
Wojtek do ostatniej chwili zastanawiał się, czy akcja powinna się rozgrywać w mniejszej miejscowości, czy w Warszawie. Ostatecznie miasto, które wybrał, nie jest zresztą aż tak małe. Moja bohaterka wraca z Londynu, więc miała ambicje i możliwości, żeby poznać szeroki świat. Ale miasteczko pozwoliło nam lepiej pokazać mechanizm sieci powiązań między mężczyznami. W efekcie kobieta doświadczająca przemocy zostaje z poczuciem, że właściwie nic nie może zrobić, bo jej partner ma wszędzie znajomości. Oczywiście w Warszawie działa to bardzo podobnie. Choć przez większą liczbę mieszkańców kontakty są bardziej rozproszone. Przemoc może dotknąć każdego, nie jest zależna od statusu, wykształcenia czy miejsca zamieszkania. W tym wypadku działa zupełnie inny układ sił, bardzo trudny do przewidzenia. Dlatego zarzuty o klasowość „Domu dobrego” są bezpodstawne. Uniwersalizujemy problem.
Kino może być misyjne?
Ciekawe jest dla mnie doświadczenie tego, co wydarzyło się po premierze. Film naprawdę wpłynął na zwiększenie świadomości społeczeństwa w kwestii przemocy domowej, co potwierdziła chociażby Fundacja Feminoteka. Nie ukrywam, że to było naszym celem i bardzo nam na tym zależało. Chwilami jednak trudno mi było uwierzyć, że film może mieć aż takie znaczenie, że uruchamia jakieś ważne procesy w człowieku, że może dokonać jakiejś znaczącej zmiany, bo jednak jest to w pewien sposób rzeczywistość umowna.
Tak, ale opowieść o Gośce została oparta na prawdziwych historiach. Sama też zrobiłaś gruntowny research, rozmawiałaś z kobietami, które doznały przemocy w domach. Z kolei Helena jest postacią całkowicie fikcyjną. Jak w tym wypadku wyglądało budowanie roli?
Mimo że wykonałam sporą pracę przygotowawczą do „Domu…”, tak naprawdę moją główną bazą był tekst. Scenariusze Wojtka są znakomicie napisane. Od razu zawierają ogromną liczbę informacji zarówno o świecie przedstawionym, jak i o wewnętrznym świecie bohaterki, bohatera.
W przypadku „Piekła kobiet” miałam sporo szczęścia, bo tekst również był bardzo dobry. Pracuję głównie na wyobraźni – z niej biorą się moje postacie. Po lekturze scenariusza Helena zaczęła mi się wyraźnie rysować. W rozmowach z Anią Maliszewską (reżyserką – przyp. red.), która miała bardzo konkretną wizję Heleny, okazało się, że różni się ona trochę od tego, jak ja ją sobie wyobrażałam. Musiałyśmy więc poszukać wspólnego języka.
Kompromis?
W pracy aktora rola zawsze jest jakimś kompromisem. Pytanie tylko, czy jest on mniejszy, czy większy. Wyobrażam sobie, że kiedy aktor musi wiele poświęcić ze swojej wizji, praca może być naprawdę niekomfortowa. Grasz coś, co nie do końca jest twoje, a potem jeszcze musisz produkcję oglądać i ją promować, wiedząc, że chciałeś zrobić coś zupełnie innego. W przypadku Heleny na początku rzeczywiście myślałyśmy o niej odrobinę odmiennie. Ostatecznie udało nam się znaleźć taki punkt, który był zadowalający zarówno dla Ani, jak i dla mnie.
Co to za punkt?
Chciałam, aby Helena była momentami ostrzejsza. Na przykład żeby wobec swojego męża reagowała bardziej stanowczo, żeby nie była tak bardzo wyrozumiała. Z czasem jednak zaczęłam rozumieć argumenty Ani. Helena od pierwszego odcinka nie powinna być walczącą i konfrontacyjną kobietą. Reżyserka chciała stopniowo ujawniać tę siłę. Pomyślałam, że ciekawszym rozwiązaniem będzie pokazanie kobiety mądrej, dojrzalszej, która nie reaguje impulsywnie, tylko działa bardziej świadomie. W budowaniu tej roli ponownie współpracowałam z Anią Skorupą (trenerką aktorstwa – przyp. red.).
Nad czym pracowałyście?
Chciałyśmy odnaleźć we mnie bardziej dojrzały wymiar kobiecości – taki stan, w którym czuję się „kobietą kobietą”, a nie „kobietą dziewczyną”. Szukałyśmy tych obszarów i sprawdzałyśmy, co one dają postaci na zewnątrz, jak się przekładają na jej sposób bycia. Sporo rozmawiałyśmy też o scenach związanych z alkoholem i narkotykami. Na początku bałam się, że nie uda mi się zagrać wiarygodnie stanu upojenia. Każdy człowiek inaczej zachowuje się pod wpływem. Nie ma jednego wzorca. Często też myślimy schematycznie – że ktoś pijany się zatacza, bełkocze, a przecież wcale nie musi tak być. Dlatego bardzo zależało mi na tym, żeby znaleźć dla Heleny jej własny i wiarygodny sposób funkcjonowania w konkretnych momentach. Pracując, nie potrafię najpierw wymyślić, jak coś ma wyglądać na zewnątrz, a potem próbować to wypełnić od środka. Potrzebuję najpierw wiedzieć, co dokładnie dzieje się wewnątrz postaci, i dopiero wtedy naturalnie uzewnętrzniam to zachowanie.

Agata Turkot i Katarzyna Herman w serialu „Piekło kobiet” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Warner Bros. Discovery
Oglądając „Piekło…”, miałem wrażenie, że opium pomaga Helenie się uziemić, dotrzeć do siebie, do swojej kobiecości.
To świetnie, właśnie o to mi chodziło! Kiedy przyglądałam się scenariuszowi, zauważyłam, że Helena sięga po substancje zawsze w chwilach, w których traci z sobą kontakt – ze swoją intuicją, ze swoim ciałem. Albo wtedy, kiedy ktoś próbuje jej ten kontakt utrudnić, albo wręcz go zabrania.
Przekładałam zażywanie opium na dzisiejsze psychodeliki. Jakby moja bohaterka potrzebowała takiego momentu zatrzymania, jakiejś formy terapeutycznego doświadczenia, by powrócić do siebie. Czytałam różne opracowania o narkotykach w latach 30. Opiumownie były dość powszechnymi miejscami. Kobiety spotykały się tam w swoim gronie. Gdy czuły się bezpiecznie, napięcie z ich ciał powoli znikało, a wymagania narzucone im przez „męski świat” na chwilę przestawały mieć rację bytu.
Tytuł serialu nawiązuje do eseju Boya-Żeleńskiego z 1929 roku, który w wielu aspektach jest nadal aktualny. Jednocześnie też hasło „Piekło kobiet” było obecne w czasie czarnych protestów. Serial również mocno dotyczy naszego tu i teraz. Tak go czytasz?
Nie poruszają mnie produkcje czysto historyczne, które nie prowadzą dialogu ze współczesnością. W scenariuszu „Piekła kobiet” nawiązania do teraźniejszości były wyraźnie podkreślane. Dlatego opowiadana przez nas historia jest bardzo aktualna. Co z jednej strony jest ciekawe, a z drugiej – niestety bardzo przykre. Nawet jeśli spojrzymy na same zapisy prawne dotyczące aborcji, które są punktem wyjścia serialu, okazuje się, że przez sto lat zmieniło się zaskakująco niewiele. Sama nie zdawałam sobie z tego sprawy! Jak to możliwe, że żyjemy w świecie, w którym latamy w kosmos, rozwijamy sztuczną inteligencję i robimy inne niesamowite technologiczne rzeczy, a jednocześnie w wielu kwestiach wciąż tkwimy w bardzo podobnym miejscu? Ale to jest ta najoczywistsza warstwa tej historii. Dla mnie równie ważne jest to, że „Piekło…” stawia bardziej subtelne pytania.
Jakie?
Na przykład: czy kobieta może odejść od swojego partnera po prostu dlatego, że przestała go kochać? Po prostu dlatego, że chce czegoś innego od życia? Czy może zmienić zdanie, wycofać się z czegoś, przyznać, że kiedyś myślała inaczej, a dziś już nie? Mam wrażenie, że pod pewnymi względami rzeczywiście nastąpił postęp. Na przykład kobiety nie są już aż tak mocno oceniane przez pryzmat tego, czy mają rodzinę, dzieci i czy potrafią zająć się domem. Jednocześnie wiele stereotypów z patriarchalnego porządku wciąż w nas siedzi. Sama często łapię się na tym, że czegoś „nie powinnam” zrobić albo że w jakiejś sytuacji zachowałam się nie tak, jak należy – zwłaszcza w społecznych, „upłciowionych” kontekstach. Potem zatrzymuję się i myślę: dlaczego właściwie tak uważam? Czy to naprawdę jest moja myśl, czy raczej jakiś głęboko zakorzeniony schemat?
Czyli praca nad rolą, sprawia, że zaczynasz myśleć o sobie samej?
Tak, bardzo. Traktuję to jako przywilej. Mam poczucie, że biorę udział w produkcjach, które są dla mnie wartościowe i które wymagają ode mnie pracy – nie tylko intelektualnej, lecz także emocjonalnej. Kiedy mierzyłam się z problemami moich bohaterek, jak tymi Heleny – kiedy zaczyna podejrzewać męża o różne rzeczy, dostrzegać, co on z nią robi, i musi podjąć decyzję, co dalej ze swoim życiem – siłą rzeczy konfrontowałam się też z sobą. Zastanawiałam się: gdzie ja jestem w swoim życiu? Czy miejsce, w którym jestem, jest dla mnie dobre?
Dlatego spotkanie z Anią Skorupą było dla mnie tak ważne. Praca z nią nad postacią zawsze jest bardzo głęboka – trochę przypomina terapię bohaterki. A ponieważ zgłębiając czyjąś historię, pracuję na swoim organizmie i psychice, nieustannie zderzam się też z samą sobą. Przy „Domu…” i „Piekle…” pojawiały się różne blokady – coś, przez co nie mogłam przejść razem z moją bohaterką, czy to Gośką, czy Heleną. Wtedy okazywało się, że ten blok wcale nie należy do postaci, tylko do mnie.
O jakiej blokadzie mówisz?
Załóżmy – wymyślam teraz – że Helena w danej scenie powinna zrobić coś bardzo radykalnego, np. wszcząć awanturę. Wiem, że pasuje do tej sceny. Jednocześnie łapię się na tym, że nie potrafię tego zagrać. Coś we mnie – prywatnie we mnie, w Agacie – się przed tym broni. Pojawia się wstyd, zażenowanie albo opór. Czuję, że nie umiem fizycznie krzyknąć. Mogę ten wybuch sobie wyobrazić, ale nie potrafię po prostu się wydrzeć, nawet jeśli czuję, że bohaterka powinna to zrobić. Wtedy zastanawiam się: skąd to się bierze? Czy ja się wstydzę tej drugiej osoby? Tej sytuacji? Czy może jednak coś we mnie samej mnie przed tym powstrzymuje?
Bardzo lubię tak pracować. Dzięki postaci mogę przyjrzeć się swoim schematom czy sposobom reagowania. Im bardziej potrafię to w sobie zobaczyć i nazwać, tym więcej mogę dać bohaterce. Mój wachlarz możliwości się po prostu poszerza. Ostatecznie wszystko i tak wychodzi z mojego organizmu, z doświadczenia. Kiedy pracuję nad postacią z Anią Skorupą, w pewnym momencie nasze światy – mój i bohaterki – zaczynają się dziwnie przenikać. Na przykład zdarzało się, że śniłam z perspektywy Heleny. Albo nagle dostrzegałam w swoim życiu sytuacje, które mogłyby przydarzyć się właśnie tej bohaterce.

Agata Turkot jako Helena Wróblewska w serialu „Piekło kobiet” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Warner Bros. Discovery
W pierwszej scenie „Piekła kobiet” mkniesz retro furą przez Warszawę, masz ciuchy z epoki, palisz papierosa. Z czysto aktorskiego punktu widzenia takie przebieranki musiały być frajdą!
Pewnie! Myślę, że to jest też jakaś część naszej dziecięcości. Bo choć tematy, o których opowiadamy, są często bardzo poważne i granie ich bywa trudne, w gruncie rzeczy wciąż jest to zabawa. Dopiero przy tym serialu odkryłam też coś zupełnie nowego o sobie – mam ogromną słabość do starych samochodów. Kiedy dostałam Mercedesa cabrio z lat 30. i po raz pierwszy do niego wsiadłam, kompletnie zwariowałam (śmiech). Sama jazda ma w sobie zupełnie inną jakość. Samochód nie ma wspomagania, więc jazda nim wymagała ode mnie siły. Jednocześnie czułam, że prowadzę coś naprawdę pięknego, ciężkiego i solidnego. Kiedy w wąskiej uliczce na Starym Mieście udało mi się samodzielnie wycofać, i to jeszcze na zakręcie, miałam ogromną satysfakcję. Do tego dochodziły kostiumy: futra, biżuteria, sukienki. Wszystko było z naturalnych materiałów, nic syntetycznego, tylko delikatne tkaniny. To naprawdę ogromna frajda móc w czymś takim przez chwilę żyć, zobaczyć siebie w takiej estetyce, bo przecież na co dzień nikt się już tak nie ubiera. Samo przygotowanie wymagało ogromnego wysiłku i zachodu. Dlatego mam też ogromny szacunek dla kobiet z tamtych czasów.
Czy traktowałaś aktorstwo w podobny sposób, gdy zdawałaś do filmówki?
Z jednej strony myślałam, że to będzie frajda. Z drugiej miałam poczucie, że mogę się w tym zawodzie nauczyć wielu rzeczy, a szkoła da mi jakieś narzędzia. Byłam też przekonana, że będę pracować przede wszystkim w teatrze. Z czasem wiele z tych wyobrażeń się zmieniło. Choć praca rzeczywiście bywa frajdą, okazało się, że tego zawodu właściwie nie da się nauczyć w tradycyjnym sensie. Raczej trzeba go doświadczać i przeżywać – to jest jego istota. Cały czas byliśmy w działaniu: próbowaliśmy, konfrontowaliśmy się z sobą, rozmawialiśmy, spieraliśmy się, sprawdzaliśmy różne rzeczy w praktyce. Okazało się to dla mnie najcenniejsze. A kończąc szkołę, nie dostałam większej roli w filmie ani angażu w teatrze…
Czy tego się oczekuje wraz z dyplomem?
Moim zdaniem – totalnie. Mam nadzieję, że dziś jest inaczej, ale te 10 lat temu, nawet jeśli ktoś z nas nie mówił tego wprost, wszyscy po cichu tego oczekiwaliśmy. Po szkole przecież „coś powinno się wydarzyć” – jakaś ważna rola, przełom, coś, co potwierdzi, że jesteś na właściwej drodze. U mnie pojawił się dysonans. Z jednej strony czułam, że aktorstwo to właśnie moje przeznaczenie, a z drugiej – miałam w sobie dużo blokad po szkole i sporo niepewności. W pewnym momencie miałam szansę dostania się do prestiżowego teatru. Ostatecznie temat przycichł. Za to dostałam propozycję dołączenia do obsady telenoweli, „Leśniczówka”. Stanęłam przed wyborem: czekać dalej na teatr czy spróbować działać tu i teraz. Zdecydowałam się na serial, czego zupełnie nie żałuję.
W 2021 roku zagrałaś drugoplanową rolę w „Weseלu” Smarzowskiego. Duże wydarzenie?
Tak, bo nagle znalazłam się w środowisku ludzi, któremu przewodniczył Wojtek, i poczułam, że bardzo wiele nas łączy. Mamy podobną wrażliwość i w podobny sposób chcemy podchodzić do naszej pracy. Wojtek stał mi się bliski nie jako wielki reżyser, ale jako człowiek. Mam poczucie, że zobaczył we mnie coś, czego ja sama wcześniej nie widziałam albo nie miałam odwagi zobaczyć. Jakąś możliwość poszerzenia pola zawodowej eksploracji. Takie spotkania są zawsze wyjątkowe. Kiedy ktoś sprawia, że coś w tobie się otwiera i nagle zaczynasz widzieć w sobie rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałaś.

Agata Turkot Autor zdjęcia: Łukasz Saturczak
Po filmie chyba zawodowo niewiele się zmieniło, prawda?
Na pewno zaczęłam być brana pod uwagę przy ciekawszych dla mnie castingach, więc ludzie w branży mnie zauważyli. Tyle że nie przekładało się to jeszcze wprost na większą liczbę propozycji czy konkretny angaż. Uczyłam się pracować z rozczarowaniem – z czymś, co ten zawód bardzo często przynosi. Z poczuciem, że już za chwilę coś się wydarzy, że jesteś o krok, a potem znowu nic się nie dzieje. I pojawia się pytanie: kiedy w końcu to nastąpi? Wszystko zależy od tego, z jakiej perspektywy spojrzę na moja drogę zawodową. Bo przecież, gdyby nie „Weseלe”, pewnie nie byłoby „Domu dobrego”.
Temat „Domu…” jest bardzo mocny, a twoja rola intensywna fizycznie. Może właśnie ta skrajność doświadczeń bohaterki sprawiła, że tak głośno zaczęto mówić o twoim aktorskim potencjale?
Nigdy tak o tym nie myślałam… Gośka jest taką rolą, która daje aktorowi bardzo dużo możliwości. Mam nawet poczucie, że gdyby ktoś poprosił mnie o demo aktorskie, mogłabym po prostu pokazać ten film. Bo jest w nim właściwie wszystko – różne stany, emocje, sytuacje.
Dwie duże produkcje, w których kamera prawie cię nie opuszcza. To chyba przełom zawodowy?
Co prawda jestem w różnych castingach, ale nie mam teraz piętnastu scenariuszy do wyboru (śmiech). Po doświadczeniu Weseלa” staram się dystansować od oczekiwań – tych moich i innych. Nawet jeśli komuś się spodobałam w „Domu…” i „Piekle…”, najpierw musi mieć dla mnie ciekawą rolę. Tymczasem takich postaci kobiecych wciąż powstaje niewiele. Jestem dumna z ról, które w ostatnim czasie zrobiłam. Wierzę, że zarezonują na tyle, iż ktoś zechce zaprosić mnie do swojego świata.
Więcej w tym temacie:
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.