PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Książki

Architektura powinna zaczynać się od śmietnika. Grzegorz Piątek o nowej książce „Świątynia i śmietnik”

W „Świątyni i śmietniku” Grzegorz Piątek przygląda się architekturze codzienności – tej zwykle pomijanej, choć najmocniej kształtującej nasze życie.

Udostępnij

Architektura powinna zaczynać się od śmietnika. Grzegorz Piątek o nowej książce „Świątynia i śmietnik”

Autor zdjęcia: Karolina Jackowska / materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.

504150565_10238348049018948_1276009549500923562_n
24.11.2025

W nowej książce „Świątynia i śmietnik” Grzegorz Piątek – architekt i autor wielu książek, laureat Nagrody Nike Czytelników i Paszportu Polityki – bierze pod lupę architekturę codzienności – tę, której zwykle nie zauważamy, choć kształtuje nasze życie najmocniej. Analizuje śmietniki, toalety, węzły przystankowe czy przedszkola i żłobki. Bo o tej codziennej architekturze rzadko jest głośno. Najczęściej dyskutujemy o pokazowych projektach, takich jak budynek MSN-u czy kwestia Pałacu Saskiego – mówi w rozmowie z Maksymilianem Lawerą.

Maksymilian Lawera: Mam wrażenie, że z każdą kolejną książką jesteś coraz bliżej człowieka. W „Świątyni i śmietniku. Architekturze dla życia” nie analizujesz monumentalnych gmachów i odchodzisz o wielkich idei konkretnych miast. Odwracasz ten porządek. Tutaj głównymi bohaterami są obiekty takie jak toalety, czy śmietniki, czyli „architektura cienia”, która choć najbardziej konieczna i wmontowana w rytm naszego życia codziennego, jest szarą eminencją w dyskusji o architekturze. O taką książkę prosiło się od dawna.

Grzegorz Piątek: Miałem obawy co do jej odbioru właśnie dlatego, że wychodzę z dotychczasowej konwencji – nie jest to książka historyczna w twardej oprawie ani o epokach, które wszyscy znają, ani o bohaterach, o których być może już ktoś słyszał. W „Świątyni i śmietniku” piszę o współczesności z myślą o uniwersalnej refleksji, której sam sobie musiałem zakreślić granice. Maniacy biografii i historii mogą być zawiedzeni.
 

Albo fani mapowania historii miast – masz już na koncie „Najlepsze miasto świata. Warszawę w odbudowie 1944-1949” i „Gdynię obiecaną. Miasto, modernizm, modernizacja 1920–1939”. I biografie Stefana Starzyńskiego oraz Bohdana Pniewskiego.

Na spotkaniach autorskich padały pytania o to, które miasto jest następne w kolejce albo kiedy napiszę coś o Nowej Hucie, albo coś o Łodzi.

W „Świątyni i śmietniku” poniekąd odpowiadasz na te pytania. Wybór kolejnych miejsc do opisania podyktował Ci klucz autobiograficzny. Okazuje się, że nie jesteś tylko Grześkiem z Warszawy, ale też z Rybnika, Łodzi czy Trójmiasta. Tam też spędziłeś kawałek swojego życia.

Choć na początku nie było takiego planu, by pisać według osobistego klucza. Najpierw po prostu chciałem się skupić na architekturze dla codzienności i zwyczajnych przestrzeniach, a potem zacząłem myśleć o zawężeniu tego pomysłu o konkretne miejsca, bo przykłady można mnożyć i zrobić z tego katalog lub leksykon. Nie o to w tym chodziło.

Wierzę w pisanie o architekturze, która nie polega tylko na tym, że się raz pojechało, obejrzało i wyrobiło opinię. Uważam, że warto wracać do miejsc, bo się nieustająco zmieniają. Przy ponownym spojrzeniu uwydatniają swoje wady albo pokazują coś nieoczywistego. I tym razem zacząłem się intuicyjnie ograniczać do miast, z którymi byłem życiowo związany, do których wracałem. Te powroty stały się receptą na nową książkę.

Na okładce mamy jednorożca i tutaj mały spoiler – jest to nawiązanie do łódzkiej Stajni Jednorożców, czyli Dworca Tramwajowego Centrum na skrzyżowaniu ul. Piotrkowskiej, al. Piłsudskiego i ul. Kościuszki. Sam kiedyś miałem łódzki epizod w życiu i często mijałem to miejsce, które na początku mnie odrzuciło swoim rozmachem i kiczem. Z czasem oswajałem się z nim i doceniałem konstrukcję i feerię barw, która rozchmurzała okoliczną szarugę. Zacząłem queerować w głowie ten budynek, traktować go kampowo i wtedy się z nim polubiłem. 

Niemniej geneza tego projektu jest dość zaskakująca. Rozmawiałeś z jego autorem, Janem Gałeckim, który przyznał Ci, że wpadł na pomysł projektu pod wpływem religijnego natchnienia. I rzeczywiście, gdy się przyjrzysz tej budowli, jej gotyckie sklepienia oraz „witrażowość” nawiązują do architektury sakralnej.

A jednak łodzianie zobaczyli w nim coś zupełnie innego, mniej poważnego, po prostu Stajnię Jednorożców.

Mimochodem łodzianie squeerowali Dworzec Tramwajowy Centrum. Od sacrum do queerum.

Na tym też polega queerowanie, że rzeczy, które są wytworzone w danym porządku, są wrzucane do całkowicie innego. Myślę, że my wszyscy queerujemy przestrzeń – w momencie, kiedy ona zostaje oddana do użytku, przestaje być własnością architekta, wymyka się też często właśnie swoim „mecenasom”, czyli inwestorom.

Ludzie często z publicznych miejsc robią, co chcą – z miejsc wzniosłych robią miejsca frywolne, a w miejscach, które miały być może zabawne, mogą znaleźć coś ponurego, opresyjnego. To się wymyka.

Trzeba squeerować przestrzeń, żeby z nią żyć i jakoś ją wkomponować w swoją rzeczywistość. Stajnia Jednorożców to także architektoniczna ucieczka do przodu. Nawet, jeśli do krainy czarów i wróżek.

I przykład Stajni jest ważny dla mnie z innego powodu. Bardzo wierzę w to, że miasta jednorodne, projektowane pod jeden gust i scenariusz życiowy, są najbardziej męczące i totalitarne. Choć uwielbiam Gdynię i doceniam jej estetyczną spójność, to uważam, że na dłuższą metę może być męcząca, właśnie przez swoją jednorodność. W dużych miastach musi być miejsce na różne wybory życiowe, style życia, światopoglądy, a także różną estetykę. Nie byłoby dobrze, gdyby Łódź, Warszawa lub inne duże miasta zamknęły się w jednej formule. Potrzebujemy też wyskoków, niespodzianek, aczkolwiek pewnie nie na każdym kroku.

Choć krytycy czy aktywiści tęsknią za harmonią, to uważam, że zaprowadzanie całkowitego porządku jest utopią i trzeba też umieć pracować z różnorodnością.

Chciałbym Cię dopytać o tytułowe śmietniki. Piszesz, że badając je, „można otrzymać nie tylko proste informacje, które interesują śledczych i antropologów – o tym, co kto zjadł albo gdzie się ubiera, ale wyciągnąć szersze wnioski”. Co Cię najbardziej zafrapowało w skanowaniu śmietnikowej architektury?

Mnie zawsze interesowała strona społeczna i polityczna architektury czy też architektura jako emanacja różnych porządków politycznych i społecznych. To, że jest narzędziem, które ma jakiś porządek umacniać albo osłabić.

Tym razem najbardziej porwało mnie życie. Kiedy piszesz o architekturze z dawnych epok, to jesteś skazany na obcowanie z postaciami historycznymi za pośrednictwem materiałów źródłowych. W tym przypadku obcowałem z żywymi ludźmi i mogłem z nimi rozmawiać i też przyglądać się temu, jak opisywane przeze mnie miejsca żyją.

Ważną dla mnie motywacją było też to, że od czasu pandemii żyjemy w bardzo rozchwianych czasach. COVID-19 był wielkim kryzysem, który obnażył wiele deficytów w naszej rzeczywistości, nierówności i słabość systemu.

Mamy wojnę w Ukrainie, za naszą granicą, która mocno zwróciła uwagę na kwestię naszego bezpieczeństwa i przybliżyła nam koszmar wojny czy doświadczenie uchodźcze. Mamy ludobójstwo w Gazie, które jest wielkim wstrząsem moralnym. W międzyczasie była inflacja, jest kryzys mieszkaniowy i kryzys klimatyczny.

Gdybym teraz dalej zajmował się historią, to czułbym się jak uciekinier, który znalazł sobie bezpieczne schowanko, gdzie może sobie siedzieć w starych papierach i rozmawiać z nieżyjącymi ludźmi. Mamy za dużo palących problemów tu i teraz, więc zajmując się architekturą i obserwując ją, bardzo chciałem zabrać głos.

No ale jak do tego ma się śmietnik?

Dwie rzeczy. To jest bardzo potrzebne miejsce, a projektuje się je tak w ostatniej chwili, podobnie jak toalety – to margines…

Fascynuje mnie historia mojej wspólnoty mieszkaniowej, gdzie w ogóle nie ma śmietnika, bo go nam zburzono. I niektórzy moi sąsiedzi uważają, że szkoda pieniędzy, żeby wynająć od miasta kawałek terenu, żeby zbudować altanę, w związku z tym mamy kontenery w bramie zabytkowej kamienicy. Wygląda to i działa byle jak, a przecież wszyscy z tego korzystamy i wszyscy na to patrzymy.

Ale inna rzecz jest taka, że my jako ludzkość nigdy wcześniej nie produkowaliśmy śmieci w takiej ogromnej ilości i okazuje się, że nasza architektura i urbanistyka w ogóle nie są do tego przystosowane – komory i altany śmietnikowe są za małe. Do tego codziennie musi przyjechać ciężarówka, która odbiera kolejną frakcję segregowanych śmieci… Być może powinniśmy zaczynać od śmieci i dostosowywać pod nie przestrzeń. Nie zaczynać od fasady i kończyć na śmietniku, ale na odwrót.

Karolina Jackowska / mat. prasowe Wydawnictwa W.A.B.

Autor zdjęcia: Karolina Jackowska / mat. prasowe Wydawnictwa W.A.B.

Może to z czapy co powiem, ale śmietniki są współcześnie miejscem najczęstszych sąsiedzkich spotkań. 

Bo każdy musi wynieść śmieci.

No, chyba że masz psa, to jeszcze masz dobrze zmapowane psiarskie community. 

Tak. Psiarze się znają i tego im zazdroszczę. Jeszcze ci, którzy mają dzieci, się znają, ale reszta właściwie spotyka się przy śmietniku. I te śmietniki są często polem konfliktu. Kto mało wyrzuca, kto dużo, kto segreguje, a kto nie, czy sąsiad nie podrzuca.

Dwie bohaterki-architektki, matronki Twojej książki, to Alina Scholtz – architektka zieleni, która po wojnie odpowiadała za zazielenienie Warszawy, w tym projektantka m.in. parku Moczydło na Woli czy projektu odbudowy ogrodu Saskiego i Halina Skibniewska, która zaprojektowała Sady Żoliborskie. To właśnie kobiety-architektki wykazywały się największą empatią na różnorodne zapotrzebowanie mieszkańców. Wojna pozostawiła Polki i Polaków poturbowanych – psychicznie i fizycznie. Skibniewska dbała o to, aby architektura była wygodna i dostępna dla wszystkich, a Scholtz o to, by z okna m4 lub w parku oko koiła zieleń, a nie mur sąsiedniego budynku. To one podały nam na tacy pomysły na architekturę dla życia. W „Świątyni i śmietniku” mocno się trzymasz tych idei i w efekcie wyszedł Ci współczesny podręcznik antydeweloperki. 

Przede wszystkim chciałbym tę książkę skierować do ludzi władzy, w szczególności tych, którzy decydują o wydawaniu publicznych pieniędzy, bo dla mnie patologią jest to, że np. 98% projektów w Polsce – zamówień publicznych na te szkoły, przedszkola, żłobki przystanki, czy publiczne szalety są robione w trybie, gdzie jedynym kryterium jest cena projektu. Jest takie ciche założenie, że to powinno być tanie ergo może być byle jakie, tak jakby było dla ludzi, którym się nie powiodło, bo przecież jak ktoś jest zaradny i zamożny, to nie siedzi na przystanku, nie pośle dziecka do publicznego przedszkola i tak dalej. I dlatego to jest przede wszystkim polityczny problem.

Deweloperzy niech sobie robią swoje pieniądze. Oczywiście trzeba ich kontrolować i niech płacą grzecznie podatki. Jednak za sferę publiczną są przede wszystkim odpowiedzialne władze centralne i samorządowe, więc ta książka jest w dużej mierze skierowana do nich. I dlatego też pokazuję w niej samorządowców, którzy robią coś ponad program.

Pokazujesz dobre przykłady z Rybnika, Sopotu, a nawet z Warszawy.

No i Łódź też jest dobrym przykładem, bo wybudowano węzeł przystankowy, który nie musiał być taką ikoną.

Jednak ta architektura przystankowa jest rzadko spektakularna, a tu proszę – zdominowała otoczenie.

Dobrym przykładem są też Szczecin czy Katowice, gdzie ambitnie działają TBS-y, czyli Towarzystwa Budownictwa Społecznego. W śródmieściu budują dobre, dostępne cenowo mieszkania, dzięki czemu centrum ma szansę się wolniej wyludniać. No i we Włocławku też ambitnie buduje się mieszkania komunalne.

„Świątynia i śmietnik” to miała być książka, w której pokazuję, że w ramach tego samego systemu da się zrobić coś lepiej. Nie chciałem poprzestać na smutnych diagnozach i opisać też dobre przykłady. Bo o tej codziennej architekturze rzadko jest głośno. Najczęściej dyskutujemy o pokazowych projektach, takich jak budynek MSN-u czy kwestia Pałacu Saskiego. MSN to tylko jeden budynek, który się odwiedza od święta. A temat architektury codziennego użytku jest zaniedbany.

Wrócę znowu do Haliny Skibniewskiej. Jej idee były pionierskie, bardzo na nasze czasy. Budowała z myślą o dzieciach, seniorach, osobach z niepełnosprawnościami. Była świadoma kondycji powojennego społeczeństwa, które zastała.

Skibniewska tworzyła pełną parą architekturę dla życia, czyli w skrócie architekturę życiodajną, czyli taką, która pozwolić nam się regenerować i odpoczywać.

I to może być mieszkanie, które jest dobrze nasłonecznione, ma mądry układ albo można się w nim schować, bo ma się osobny pokój. Skibniewska radziła, żeby robić więcej mniejszych pomieszczeń, niż mniej większych. To jest zupełnie na odwrót niż w instagramowym modelu wnętrzarskim, który nakazuje wszystko otwierać i łączyć.

Skibniewska podkreślała, że przestrzeń miejska też musi dawać warunki do wypoczynku, powinna być zdrowa, zielona, dobrze przewietrzona.

Bardzo mnie poruszyło to, co słyszałem od Tomka Fudali, który przeprowadził mnóstwo rozmów ze Skibniewską i w jednej z nich architektka powiedziała mu, że dużo osób się nie rusza z osiedla. To są niepełnosprawni, matki z dziećmi, młodsze dzieci czy seniorzy. I te osoby muszą mieć koło domu mnóstwo zmysłowych wrażeń – trochę zieleni, górkę, kawałek wody…

W ramach dzielnicy albo w według idei koncepcji miasta piętnastominutowego Carlosa Moreno, czyli takiego, w którym można załatwić każdą potrzebę w kwadrans od miejsca zamieszkania.

To jest bardzo ważne, żeby mieć to wszystko pod ręką. Do tego niezbędna jest też kwestia odpowiedzialności ekologicznej i odporności miast – jeśli będzie w nich więcej przestrzeni wypoczynkowej czy zielonych ulic, to też te miasta będą bardziej przygotowane na kryzys klimatyczny, unikną mikropowodzi czy wysp ciepła. Warto też pamiętać o tym, że Carlos Morena, autor tej koncepcji, mówi nie tylko o przyjaznej przestrzeni czy dobrej komunikacji, lecz także o tanich mieszkaniach.

Miasto dobre, wygodne i ładne nie może się automatycznie robić za drogie, nie powinno być tylko dla turystów i rentierów.

Tymczasem w mainstreamowej polityce budowlanej mamy niezbyt pochlebne przykłady mieszkań z programu Mieszkanie Plus. W książce analizujesz wybudowane za państwowe pieniądze osiedle w Gdyni. Można nawet zobaczyć jego zdjęcia – wszystko na nim jest szare dosłownie i w przenośni, a najbardziej dobijający jest plac zabaw.

Plac zabaw upchnięto w takim małym dołku. Na zdjęciu w książce nie widać, że z jego prawej strony jest betonowy mur. A bloki stoją na jednym wielkim parkingu.

Masakra. Jak już zeszliśmy na temat tego „jak nie robić”, to chciałbym Cię jeszcze dopytać o to, co się dzieje wokół odbudowy – a właściwie zrekonstruowania – pałacu Saskiego w Warszawie. Wszystko to się wydarzy kosztem ogrodu Saskiego. 

To, co się tam dzieje, jest niebezpieczne. Podobna rzecz dzieje się w Gdańsku na Westerplatte, gdzie ruszyła planowana od lat inwestycja, w ramach której zostanie wycięte dużo zieleni i odbuduje się przedwojenne wojskowe budyneczki po to, by stworzyć pejzaż pola bitwy z 1939 roku. I podobnie pałac Saski się odbudowuje, trochę jako scenografię dla defilad, dla władzy, ignorując życie, które tam jest – życie też w sensie biologicznym, bo to dotyczy wycięcia drzew i zabetonowania kawałka parku. I dla mnie to jest przerażające, że się projektuje z myślą o abstrakcyjnych, niematerialnych ideach, takich jak tradycja, jakaś wizja przeszłości, a nie z myślą o tym, co żywe i cielesne.

To zaprzeczenie tego, czemu architektura powinna służyć – czyli życiu. Powinna patrzeć w przyszłość, a nie pokracznie wyginać kark i oglądać się do tyłu. Architektura powinna patrzeć do przodu i czuć, co się dzieje dookoła, a nie służyć abstrakcyjnym ideom takim jak tradycja czy kapitał.

Na koniec chciałbym cię spytać o osiedla z wielkiej płyty. Jeszcze niedawno nie pozostawiano na nich suchej nitki, ale teraz, kiedy nie mamy dobrego masowego budownictwa, spogląda się na te osiedla o wiele łagodniej. Są wadliwe, ale dały milionom dach nad głową, często własny pokój, z którego okna zawsze było widać zieleń, kilka drzewek. I tak trochę sentymentalnie spoglądając wstecz, skoro władza lubi to wygięcie karku, co mógłbyś jej doradzić, spoglądając na ten okres budownictwa?

Na pewno nawoływanie do tego, żeby budować wielkie bloki z betonu w sytuacji, kiedy wiemy już jak produkcja betonu obciąża środowisko, nie jest najlepszym pomysłem. Warto jednak się inspirować tym, że osiedla były wynikiem całościowego, perspektywicznego myślenia. Wielkopłytowe bloki, nawet jeśli były niedoskonałe pod względem technicznym czy też pełne usterek, niedoróbek i zaniechań, to planowano je kompleksowo, razem z parkami, szkołami czy przedszkolami. Dzisiaj niepokoi mnie, że miasta są zabudowywane od projektu do projektu, od inwestycji do inwestycji i przez to one się z sobą nie kleją.

Wróćmy znowu do Warszawy, która się rozlewa poza swoje granicę. Ościenne gminy, które jeszcze niedawno z otwartymi ramionami witały nowych mieszkańców i inwestorów z otwartymi ramionami, teraz mają realne problemy. jak np. niewydolność oczyszczalni ścieków albo wieczny korek na dojeździe do Warszawy. Jedno pokolenie zarobiło na sprzedaży ziemi, kolejne będą musiały wydać miliardy, żeby to wszystko jako tako działało.

Powinniśmy wypracować takie zmiany prawne, żeby się udało zarówno miasto, jak i aglomeracje planować całościowo. Bo to ma sens. Planowanie ma sens. Miotanie się od ściany do ściany zawsze na dłuższą metę wychodzi drożej… i głupiej.

565127685_10238849152356837_3866330375003566073_n

EMPIK

Książka „Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia”

41,59 zł EMPIK

Więcej w tym temacie:

504150565_10238348049018948_1276009549500923562_n

Promotor i czytelnik literatury, absolwent krytyki literackiej i tekstów kultury na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikował m.in. na popmoderna.pl i queer.pl. Pracował dla Ha!artu, Muzeum Narodowego w Warszawie i Wydawnictwa WAB. Obecnie jest związany z Wydawnictwem Filtry. Uczy się klasy od swojego kota i ostatnio ma zajawkę na pływanie.

Czytaj więcej

Piotr Chomczyński

Kiedy kryminolog pisze kryminały. Rozmowa Piotrem Chomczyńskim

– Na każdym miejscu zbrodni zostaje ślad psychologiczny sprawcy – mówi kryminolog oraz autor reportaży i powieści kryminalnych, prof. Piotr Chomczyński, z którym rozmwiamy o tajemnicach ludzkiej natury, mechanizmach zła, świecie karteli narkotykowych i o tym, dlaczego rzeczywistość często okazuje się bardziej mroczna niż fikcja.

Ojcostwo w czasach kryzysu klimatycznego

Ojcostwo na płonącej planecie. Rozmowa z Łukaszem Stankiem

Jak być ojcem w czasach kryzysu klimatycznego? – Trzeba zacząć od bycia człowiekiem – mówi nam Łukasz Stanek, działacz społeczny i autor książki „Dlaczego Ci to zrobiłem?”.

ARTYKUŁ PARTNERSKI IMG_2203

Czy SF jest nam potrzebne i dlaczego tak? Idealny prezent na Dzień Ojca

W codzienności nadmiaru trudno wybrać, po jaką lekturę sięgnąć, a częściej łatwiej zrezygnować z czytania na rzecz mniej wymagających rozrywek, dodatkowo od mężczyzn oczekuje się, że będą realizować się poprzez sport, który niestety z formy rozrywki, relaksu i pasji staje się czasem przesadnie angażującym eskapizmem od rzeczywistości. Nacisk na wymierny zysk ze spędzania czasu wolnego w sposób korzystny jest trudny do pogodzenia ze zwyczajną dobrą zabawą, a także zaspokajaniem wyższych potrzeb.

Seria książek ARKADY Domy mody

Moda zamknięta w książce. Serię „Historia kultowego domu mody” kocha każdy, dla kogo styl ma znaczenie

Są książki, które czyta się od deski do deski. Są też takie, które zostawia się na stoliku kawowym, by co jakiś czas wracać do ulubionych zdjęć, kolekcji i historii. Seria „Historia kultowego domu mody” wydawnictwa Arkady należy do obu kategorii jednocześnie.

Czy czytanie jest sexy?

Czytanie jest hot? Bardziej, niż myślisz, i mniej, niż twierdzą książkowe snoby

Czy gdyby mężczyźni czytali więcej książek, kobiety chętniej umawiałyby się z nimi na randki?

Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?

Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?

Co łatwiej kupić w amerykańskim markecie: karabin czy świeży, chrupiący chleb? Czemu mieszkańcy Florydy rzucają aligatorami w witryny sklepowe? I dlaczego populacja wielkości tej z Pensylwanii wierzy, że jaszczuroludzie rządzą światem? Na te i wiele innych pytań odpowiada amerykanistka i autorka książki „Dziwne Stany Ameryki”, Martyna F. Zachorska.

Olga Tokarczuk AI sztuczna inteligencja

Chorzy na Tokarczuk. Dlaczego afera wokół pisarki jest przesadzona?

Przyglądając się burzy, jaką wywołują słowa Olgi Tokarczuk, można odnieść wrażenie, że pisarka regularnie wygłasza kontrowersyjne tezy.

Jul Łyskawa o książkach, które go zmieniły

Książki, które zmieniły Jula Łyskawę

„Myślę o literaturze jak o zagraconym mieszkaniu” – pisze Jul Łyskawa, autor nagradzanej powieści „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”. Poprosiliśmy go o listę książek, które zmieniły go na zawsze.