PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Joanna Kulig: Role, które zostają pod skórą

Aktorka Joanna Kulig w długiej rozmowie o sławie, wcielaniu się w role twardych kobiet, graniu u Patryka Vegi i nowym serialu „Ołowiane dzieci”.

Udostępnij

Joanna Kulig w rozmowie z GQ Poland

Joanna Kulig w rozmowie z GQ Poland Autor zdjęcia: Piotr Czyż, Netflix

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
11.02.2026

W styczniowe popołudnie spotykam się z Joanną Kulig w Hotelu Warszawa w samym centrum stolicy. Siadamy przy kawie w pokaźnym i niemal pustym wnętrzu tamtejszej restauracji. Wielokrotnie słyszałem, że ów hotel jest miejscem szczególnie bliskim aktorce. Dlaczego?

- Żartuję, że to świątynia, bo mury są bardzo grube, nie słychać świata zewnętrznego - odpowiada. - Poza tym kiedy tu przychodzę, naprawdę nikt mnie nie zaczepia.

Joanna Kulig to jedna z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorek. Jest regularnie obsadzana nie tylko w rodzimych produkcjach, ale też zagranicznych, a przede wszystkim - z punktu widzenia sławy– w hollywoodzkich. Razem z Alem Pacino grała u Michaela Keatona w „Zbrodniach pamięci”, w „Miłości bez ostrzeżenia” Rebecki Miller partnerowały jej Marisa Tomei i Anne Hathaway. U francuskiej reżyserki Anne Fontaine wcieliła się w zakonnicę w „Niewinnych”, w koreańskim „Way Back Home” zagrała więźniarkę, a w „Sponsoringu” Małgorzaty Szumowskiej – seksworkerkę, z którą wywiad przeprowadza sama Juliette Binoche. 

Największą rozpoznawalność i uznanie – zarówno u nas, jak i na Zachodzie - przyniosła Kulig „Zimna wojna” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego: czarno-biały melodramat o toksycznej miłości z piosenkami i tańcami Mazowsza, jazzem oraz komunistycznym zamordyzmem w tle. Film zgarnął trzy nominacje do Oscarów i na dobre usytuował aktorkę w panteonie wielkich Polaków i Polek.

Pretekstem do naszej rozmowy jest premiera „Ołowianych dzieci”, nowego serialu w reżyserii Macieja Pieprzycy. Joanna Kulig gra w nim prawdziwą postać, lekarkę Jolantę Wadowską-Król, która w latach 70. sprzeciwiła się władzy, by ratować zdrowie dzieci mieszkających w okolicy Huty Szopienice na Śląsku. Jolanta decyduje się działać wśród lokalnej społeczności mimo presji władz i usilnych prób tuszowania sprawy.  Ponadto pojawia się realne zagrożenie dla jej kariery i bezpieczeństwa rodziny – dzieci i męża.

Joanna Kulig w rozmowie z GQ Poland

Joanna Kulig w rozmowie z GQ Poland Autor zdjęcia: Piotr Czyż, Netflix

W twoim debiucie „Środa, czwartek rano” Tereska, która grasz, mówi Tomkowi Pawła Tomaszewskiego, że chciałaby być może aktorką albo panem sprzedającym buty, albo mamą. Oglądając, zastanawiałem się, czy lubisz to, że aktorstwo pozwala na taką pozytywną schizofreniczność?

Pamiętam, że na planie musiałam improwizować i wymyśliłam ten dialog. Bardzo mi miło, że go cytujesz, bo to oznaczy, że te słowa naprawdę oddawały stan emocjonalny Tereski. Faktycznie też pasują do aktorstwa. Choć moją pracę nazwałabym przebywaniem w dwuświecie. Na początku mojej kariery wahałam się, czy to jest dla mnie odpowiedni zawód. Te przemyślenia brały się z przeciążenia i z nieumiejętności gospodarowania energią. Kiedy pracowałam na etacie w teatrze (Teatrze Starym w Krakowie – przyp. red.), chciałam zagrać wszystko, każdą postać, wejść w każdy stan emocjonalny! Dziwiłam się, że doświadczeni aktorzy byli według mnie tacy spokojni. Podchodzili do swojej pracy analitycznie. Nie oddawali swoich emocji naraz, tylko skrupulatnie, bez przeciążania się wykorzystywali je na scenie. Mogli wchodzić też w wiele ról jednocześnie. Nie potrafiłam tak.

Dlatego długo nie wysiedziałaś w teatrze?

Tak, długotrwałe granie jednej postaci po premierze, a potem wielokrotne powroty do niej po miesiącach były dla mnie bardzo trudne. Także wchodzenie równolegle w role innych skomplikowanych psychologiczne bohaterek – czy to filmowych czy teatralnych – wyczerpywało mnie. Po kilku występach na scenie czułam, że już jest ona we mnie „zgrana”, a sam powrót do niej kosztuje mnie zbyt wiele psychicznie. Dotarło do mnie, że jeśli chciałabym mocniej wejść w kino, nie udźwignę teatru. Nie potrafiłabym jednocześnie przerabiać – często skrajnych – emocji, którymi jest obdarowanych kilka postaci jednocześnie. U mnie te emocje były zawsze na wierzchu. Dlatego kiedy zdecydowałam się na rolę w „Ołowianych dzieciach”, wiedziałam, że poświęcam się tylko serialowi. Mam energetyczną przestrzeń i czas, by nie musieć się rozpraszać na inne projekty.

Pozostańmy jeszcze na początku twojej drogi. Niektórzy aktorzy i aktorki zaczynają grać, bo są zafascynowani filmami i ludźmi kina. Z tego, co rozumiem, w twoim przypadku było inaczej, prawda?

Dokładnie. Nie pochodzę z rodziny aktorskiej, więc do szkoły teatralnej (Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie – przyp. red.) trafiłam nie dlatego, że miałam we krwi marzenie o wielkiej karierze. Chciałam poznać kreatywnych ludzi. Ten świat wydawał mi się bardzo inspirujący. Początkowo stałam trochę z boku – obserwowałam, jak inne osoby w tym świecie funkcjonują, jak pracują i budują role. Co prawda z czasem poświęciłam się aktorstwu, ale nie stało się ono jedynym obszarem, który mnie interesuje. Tuż obok jest muzyka, musicale, chęć wydania płyty,  a także tworzenie różnych projektów. Do tego przydają się otwarci ludzie – wiesz, ktoś rzuca pomysł i wspólnie działamy. Aktorstwo otworzyło mi wiele ścieżek, ale nigdy mnie nie zamknęło na to, co nieznane. Jednak gdybym została tylko w teatrze, mogłabym funkcjonować inaczej, lecz węziej. Scena – jak wspomniałam – wymaga ogromnej energii, pracy na tekstach, pełnego zanurzenia. 

Bywa, że po filmie trudno ci się z powrotem wynurzyć z emocji?

Bywa i tak, dlatego wychodzenie z roli to wielka umiejętność. Każdy ma swoje obszary, które chce eksplorować. Dlatego moja praca wymaga profesjonalizmu. Dzięki niemu wiem, czy udźwignę jakąś rolę, czy nie. Wiem, jakie mam zasoby, ile potrzebuję czasu, żeby właśnie wyjść z roli. Pamiętam rozmowę z Agatą Kuleszą. Miałam do zagrania trudną scenę płaczu. Dostałam od niej instrukcje, poleciła mi muzykę, która jej pozwala się skoncentrować. Pomogło. Potem zastanawiałyśmy się, czy nasz organizm w ogóle wie, że odgrywam emocje…

Wie?

Doszłyśmy do wniosku, że nie. Bo jeżeli prowokujemy prawdziwe emocje, realnie pobudzamy nasz układ nerwowy. Organizm „myśli”, że to jest naprawdę. Zatem aktorstwo jest ciągłym wprawianiem się w jakiś stan, często ekstremalny.

Reżyserzy, reżyserki mówią, że „Kulig jest taka naturalna”. Co to według ciebie znaczy?

Wielokrotnie to słyszałam, co jest oczywiście bardzo miłe. Choć nie do końcu od środka czuję tę naturalność. Może po prostu przepuszczam swoje postacie przez siebie i potem je wygrywam w filmie czy serialu? Chyba czasami tę „naturalność” widać też w życiu. Mój mąż (reżyser Maciej Bochniak – przyp. red.) śmieje się, że każda emocja od razu pojawia się na mojej twarzy. Zatem kiedy mocno wchodzę w bohaterkę – nawet tylko na poziomie intelektualnym, jeszcze nie emocjonalnym – i potem mam ją zagrać, to ta intencja eksponuje się na twarzy. Uruchamiam postać w sobie.

W swoim zawodowym portfolio masz współpracę z wieloma reżyserami i reżyserkami. Dominuje kino artystyczne Pawła Pawlikowskiego, Anny Fontaine czy Małgorzaty Szumowskiej, ale – jakby na drugą nóżkę – grałaś chociażby policjantkę u Patryka Vegi…

Bardzo często zaczepiają mnie ludzie, by porozmawiać. Po chwili mogę odgadnąć, jaki mój film widzieli. Myślę, że fani Vegi, którzy oglądali mnie w „Pitbullu. Niebezpiecznych kobietach”, raczej nie poszliby na „Niewinne” Fontaine. Ale może się mylę.

Praca w „Pitbullu” była bardzo intensywna. Vega kręci szybko i dynamicznie. Moja bohaterka, Zuza, została oparta na prawdziwej postaci, którą zresztą miałam okazję poznać. Jeździłam z nią na akcje. Nawet mieszkałam u niej przez trzy dni. Dzięki roli weszłam w świat małomiasteczkowej policji, nasłuchałam się historii nie tylko z życia policjantów, lecz także dowiedziałam się z jakimi zawodowymi problemami się mierzą. 

Ciekawe doświadczenie?

Ekstremalne. Paradoksalnie te spotkania pamiętam bardziej niż to, co zagrałam na planie. Skutecznie wyszłam z roli, ale moment przygotowań we mnie pozostał. Może dlatego, że Zuza była oparta na prawdziwej osobie? Zwierzała mi się z bardzo intymnych historii. Zrozumiałam, jak ciężka i wymagająca jest to robota.

Dla kobiety?

Myślę, że generalnie. Pamiętam jedną interwencję, w której uczestniczyłam. Wezwanie: chłopczyk w supermarkecie ukradł naklejki piłkarzy, bo kolega się chwalił, że je ma, a on nigdy nie będzie miał. Policjanci musieli wsadzić chłopaka na tylne siedzenie samochodu, jego rower zapakowali do bagażnika. Pojechali porozmawiać z matką. Wbijają do mieszkania. Tam siedmioro dzieci, totalna ciasnota, bieda. I ten chłopiec przerażony, traktowany niemal jak kryminalista. Przecież mu to zostanie w głowie! Taki armagedon – te wszystkie procedury, wpisywanie do akt, wypisywanie protokołów – przez głupie naklejki. Siedziałam z „moją” policjantką i ryczałam. Ona wtedy powiedziała: „Ja już nie płaczę”.

Joanna Kulig jako Jolanta Wadowska-Król w „Ołowianych dzieciach”

Joanna Kulig jako Jolanta Wadowska-Król w „Ołowianych dzieciach” Autor zdjęcia: Robert Pałka, Netflix

W „Ołowianych dzieciach” też grasz bohaterkę, która jest inspirowana prawdziwą postacią – Jolantą Wadowską-Król, która dostaje ogromne wsparcie od Ślązaczek. To opowieść o sile kobiet?

Nie bez przyczyny mówi się, że Śląsk to region twardych kobiet. Stąd ich wątek jest w serialu niezwykle ważny, bo właśnie przez siłę – a także przez wrażliwość – mieszkanki katowickich Szopienic zaczynają się solidaryzować. Opowiadamy o świecie mocno patriarchalnym – faceci pracują, kobiety zostają w domu. Huta daje chleb, jest żywicielką. Kiedy do tej społeczności wkracza Jolanta, każe krzyczeć: „Huta truje!”. Kobiety wiedzą, że ich dzieci chorują, ale jednocześnie boją się utraty pracy przez mężów. Bez tego nie ma bezpieczeństwa ani stabilności. Mimo to jednoczą się i potrafią z lęku wyciągnąć także mężczyzn.

Twoja Jolanta jest harda, uparta, bezkompromisowa, działająca. Grałaś już w takie postaci.

To prawda. Często reżyserzy obsadzają mnie w rolach osób, którymi szargają intensywne emocje, ale jednocześnie w ich konstrukcji charakterologicznej jest coś walecznego. Zawsze w pewnym momencie w ich życiach pojawia się moment przełomu. Po jego przejściu moje bohaterki zaczynają się zmieniać. Wielokrotnie dostaję też role, które są oparte na biografiach prawdziwych ludzi. Ta realna perspektywa – że ktoś kiedyś funkcjonował, miał swoją historię – bardzo mnie aktorsko uruchamia. 

Czym cię przyciągnęła Jolanta?

Kiedy opowiadał mi o niej Maciej Pieprzyca, zastanawiałam się, dlaczego Wadowska-Król to wszystko robiła. Odpowiedź była banalnie prosta. Jolanta mówiła: „Bo tak trzeba”. Sam fakt, że odkryła zachorowania na ołowicę i miała determinację, by walczyć o Śląsk i tamtejsze rodziny, był dla mnie czymś niesamowitym. Dowiedziałam się też od reżysera, że te dzieci – dziś już oczywiście dorosłe – walczyły, by serial o Jolancie powstał. Poruszyła mnie moc tej kobiety. Poza tym… zawsze chciałam zagrać lekarkę (śmiech).

Dlaczego?

W dzieciństwie marzyłam, że zostanę pediatrką. Gdy tylko przeczytałam scenariusz „Ołowianych…”, od razu pomyślałam: „Muszę powiedzieć mamie, że gram lekarkę!”. Pochodzę z niewielkiej Muszynki. I jak to w takich małych miejscowościach – lekarz jest traktowany z wielkim szacunkiem. Z mojego dzieciństwa pamiętałam lekarkę – zawsze elegancko ubraną panią z zadbanymi paznokciami i nienaganną fryzurą. Była częścią społeczności. Wiedziała o nas wszystko. W Szopienicach, gdzie pracowała Jolanta, było podobnie – wszyscy się znali. Relacja lekarza z pacjentem nie polegała na zwykłym leczeniu, tylko na uczestniczeniu we wspólnocie.

„Ołowiane dzieci” to serial historyczny, ale mówi również o heroiczności. Czy nie uderza w patetyczne tony?

Oczywiście opowiadamy o innych od naszych realiach, które trudno jednoznacznie ocenić. Pamiętajmy jednak, że Jolanta nie była dobrze traktowana przez system. Była niewygodna i groziło jej niebezpieczeństwo. Zatem poświęcała się dla ratowania dzieci. W tym sensie jest bohaterką, bo miała odwagę. Ale nie jest to heroizm „ja kontra wszyscy”. Prędzej Jolanta napotykała trudności i wraz z innymi osobami próbowała je pokonywać. Zarówno ona, jak i mieszkańcy Szopienic mieli dylematy moralne. A w takich momentach ludzie różnie reagują, bo każdy jest tylko człowiekiem. Dlatego nie patrzę na Jolantę jedynie w kontrze do ówczesnej polityki. Oczywiście jest ona ważna, ale kiedy budowałam swoją postać, starałam się, by ów wątek nie był dla niej najważniejszą ani najtrudniejszą przeszkodą. Najbardziej istotne było to, że ona chce pomóc tym dzieciom. Ale trzeba też dodać, że jej mąż, który dostrzegał potencjalne zagrożenia, powtarzał: „Słuchaj, będą z tego problemy”. Zresztą wiemy, że prawdziwa Jolanta Wadowska-Król została później przez system bardzo mocno skrzywdzona. 

Zatem chcieliście oddać jej hołd?

Złożyć hołd Wadowskiej-Król i ziemi śląskiej, ponieważ odwaga mojej bohaterki ma ogromne znaczenie nie tylko dla niej samej, lecz także dla całego Śląska.

Jak myślisz, czy „Zimna wojna” wpłynęła na to, że w oczach widzów stałaś się „polskim dobrem narodowym”?

Wiem, że jestem tak określana. Trochę mnie to stresuje. Wywiera też na mnie presję, jakbym nagle miała reprezentować Polskę, gdziekolwiek jadę, i wybierać takie role, które za każdym razem będą potwierdzać ów status „dobra narodowego”. Oczywiście z jednej strony czuję wdzięczność. Ale z drugiej – takie wygórowane oczekiwania budzą we mnie lęk. Czasami mam poczucie, że nie mogę się pomylić, nie mogę odpocząć, muszę wypełnić jakąś misję. Mam tremę, a wolałabym po prostu robić swoje. Jeśli się komuś podoba – super, bardzo się cieszę. Jednak w takich chwilach najbardziej lubię zaszyć się w sobie i chwycić się takiej prozaicznej codzienności – domu, dziecka, rodziny. Tak naprawdę nie mam wielkiego wpływu na to, jak dany film czy serial zostanie odebrany.

W zawód aktora, aktorki jest wpisany lęk?

Tak, duży. Boimy się, czy dana produkcja się powiedzie, czy przebije naszą poprzednią, czy wygramy w jakichś rankingach, porównaniach. Zdarza się, że ktoś powie: „To była rola życia”, „Wielka szansa”, i że teraz trzeba czekać na kolejną równie ważną. Tymczasem nie chcę gonić za rolą, tylko dlatego, że być może okazać się tak wielkim sukcesem jak „Zimna wojna”. Wolę podchodzić do każdej nowej postaci z ciekawością i swobodą – jak do nowo otwartej książki. To daje wolność.

Joanna Kulig w rozmowie z GQ Poland

Joanna Kulig w rozmowie z GQ Poland Autor zdjęcia: Piotr Czyż, Netlix

Wspomniałaś, że wiele osób do ciebie podchodzi, by pogadać, pozwierzać się. Czy masz problem z tym, jak dużej widoczności wymaga twoja praca w porównaniu z tym, jak bardzo prywatną jesteś osobą na co dzień?

Czasem zdarza mi się, że nie potrafię postawić granicy i powiedzieć: „Przepraszam, jestem zmęczona. Czy możemy nie rozmawiać?”. Musiałam wynieść to z domu. W Muszynce żyje się w bardzo małej społeczności, gdzie nikt nie jest anonimowy. Tam wszyscy się wszystkim dzielą. Kiedy jedziesz autobusem, kierowca opowie ci pół swojego życia. Mam poczucie, że jak nie będziesz chciał go wysłuchać, zrobisz coś złego wobec tej wspólnoty. Tymczasem sytuacja osoby rozpoznawalnej w ogóle nie ma z tym nic wspólnego. Mam prawo nie mieć siły czy ochoty na te rozmowy. Kiedyś wiózł mnie taksówkarz, który zasypywał mnie pytaniami o sprawy prywatne. Stanowczo mu przerwałam. Potem czułam dyskomfort. Zastanawiałam się, czy może byłam za ostra. Ale mam przecież prawo do prywatności. 

Stworzyłam sobie własną pracownię. Jadę do niej, gdy chcę pobyć kompletnie sama. Myślę, że utrata anonimowości to również jest prawdziwy lęk wielu aktorów i aktorek. Dlatego bardzo mnie ładuje Fuerteventura. Co prawda miejscowi mnie kojarzą, ale jako osobę, która od lat przyjeżdża tam z mężem i dzieckiem na kilka miesięcy. Jestem częścią tej społeczności, a nie znaną aktorką. Naprawdę to niesamowite, kiedy załatwiam jakieś codzienne sprawy i nikt nie jest dla mnie nadmiernie miły tylko dlatego, że mnie rozpoznał. Wtedy czuję się zupełnie normalnie.

Ulga.

Tak, ale wiem, że w mojej pracy trzeba być otwartym. Pracuję kreatywnie, spotykam ludzi, większość nie chce mi zrobić niczego złego, wręcz przeciwnie – poznaję naprawdę wspaniałe osoby. Ale jednocześnie jest we mnie ta druga Aśka – takie zaskorupione zwierzę, które bardzo potrzebuje prywatności. Bo tylko tak mogę się naładować i potem znowu coś z siebie dać innym.

„Ołowiane dzieci” od 11 lutego 2026 roku, na platformie Netflix

Więcej w tym temacie:

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.

Jeff Koons

Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?

Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.