Producenci roku konkursu Wyobraź Sobie. Michał i Jan Kwiecińscy
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Producenci roku konkursu Wyobraź Sobie. Michał i Jan Kwiecińscy
Ojciec i syn, producenci i reżyserzy, szefowie Akson Studio – jednej z najważniejszych wytwórni filmów w Polsce. Właśnie okrzyknięto ich najlepszymi filmowymi producentami roku na konkursie Wyobraź Sobie. Jaki jest sekret współpracy panów Kwiecińskich?
Udostępnij

Jan i Michał Kwiecińscy Autor zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Jesień jest nasza! – Jan Kwieciński, producent roku 2024 i prezes firmy Akson Studio, nie ukrywa zadowolenia. Od kilku miesięcy produkcje warszawskiego studia dominują w kinach i na platformach streamingowych: na ekrany weszli „Teściowie 3”, od września Netflix pokazuje drugi sezon serialu „1670”, w HBO można oglądać „Schedę”, a na początku października do kin trafił film „Chopin, Chopin!” w reżyserii Michała Kwiecińskiego, który założył Akson 33 lata temu.
– Trzeba przyznać, że jest to producencki sukces – Jan uśmiecha się szeroko, oczy błyszczą, ciało ma odprężone… ale w dłoni niecierpliwie obraca zapalniczkę. Może już wie, co powie jego ojciec, który siedzi po drugiej stronie stołu – wyprostowany, w granatowej koszuli roboczej typu chore jacket zapiętej prawie pod szyję. Tak już między nimi jest, że rzadko się z sobą zgadzają.
– To nie jest żaden sukces, ale kwestia pewnej aktywności, która dała takie rezultaty. Przecież my nie zaplanowaliśmy sobie, że Akson ma mieć wszystkie swoje najważniejsze premiery w tym samym momencie. Nie, ja nigdy nie myślałem o odnoszeniu sukcesów – mówi Michał, a słowo „sukces” wypowiada w sposób niedbały, jakby nie mieściło mu się w ustach. Jakby się go wstydził lub bał. To zaskakujące – po tylu latach sukcesów.
Jan – w dżinsach, czarnej czapce z daszkiem i białej koszuli, której podwinięte rękawy odkrywają wytatuowane ręce – nie daje za wygraną. – Mamy firmę produkcyjną działającą od ponad trzech dekad. No, tu nie można mówić tylko o przypadku. To, że wciąż tu jesteśmy i że z roku na rok dzieją się kolejne projekty, z których jesteśmy dumni. To jednak oznacza, że… we cracked some code.
Złamali kod, przechytrzyli system, czego się nie dotkną, to im wychodzi.
– Praca ze Spielbergiem, z Wajdą, Oscary, Polański w „Zemście”, dziesiątki filmów, seriali, reklam i tak dalej, i tak dalej. To wcale nie jest godne pozazdroszczenia – Michał odbija piłeczkę. – Chciałbym, żeby ludzie mieli przekonanie, że to wszystko jest dostępne i w jakimś sensie może być powszechne, ale trzeba włożyć w to bardzo dużo wysiłku, żeby się ziściło.
– Błagam, tylko bez tego neoliberalnego gadania, że wymarz sobie, co chcesz, a to się spełni. Pracujemy proporcjonalnie dużo do ilości farta, którego mamy – Janek, który właśnie skończył 40 lat, nie wytrzymuje.

Autor zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Zaczynam rozumieć, co mieli na myśli, gdy kilka dni wcześniej – na sesji zdjęciowej, która szła sprawnie i w znakomitej atmosferze – syn i ojciec Kwiecińscy próbowali nas bezskutecznie przekonać, że w pracy tworzą hardcorowe duo. Zaczynam rozumieć, dlaczego rzadko odwiedzają się w swoich gabinetach i z rezerwą myślą o wspólnym oglądaniu swoich produkcji, po których bezlitośnie punktują wypatrzone niedociągnięcia i zastosowane pomysły. To, czego nie rozumiem, to jak im się udaje tak sprawnie razem prowadzić firmę. Jak to jest możliwe, że 74-letni Michał – założyciel i twórca Akson Studio – na początku tego roku przekazał (lub oddał) synowi fotel prezesa i jednocześnie nie czuje, że coś to dla niego zmienia – nie czuje nawet, że jest współwłaścicielem.
– Ja nigdy nie mógłbym tej firmy prowadzić z kimś, być w spółce – mówi.
– Ale przecież masz wspólnika, przecież prowadzisz ją razem z Jankiem – mówię z rozbawieniem.
– Nieeee, to nie jest wspólnik. To rodzina – odpowiada.
Nie rozumiem też jeszcze, ile się musiało zmienić, ile nieprzespanych nocy Jan musiał doświadczyć, ile pracy włożyć, żeby poczuć się w Aksonie dobrze, adekwatnie i komfortowo, po prostu na swoim miejscu. A nie jak „syn prezesa”, „plecak tatusia”. Z taką łatką ciężko żyć, a jeszcze trudniej się jej pozbyć. Statystyki są bezwzględne: ponad 90 proc. dzieci nie chce pracować w firmach rodziców i nie chce ich przejmować.
– Byłem w Aksonie już od ładnych paru lat i poszedłem na umówione spotkanie z prezesem TVP. Sekretarka mnie zapowiedziała: „Pan Kwieciński do pana”, i wszedłem do gabinetu. To było niesamowite, bo w jednej sekundzie widzę, jak z jego twarzy znika uśmiech, a w oczach ma zawód. I on wtedy wypala: „A bo ja myślałem, że to pański ojciec u mnie będzie”.
Dziś rzadko kto tak reaguje. Studio Akson ma dwóch Kwiecińskich: starszego – założyciela firmy, i młodszego – prezesa tejże.
– A tobie „wiceprezes” przez gardło nie przejdzie? – Janek prowokuje ojca.
– Nigdy! – odpowiada Michał.
To może chociaż potrafią razem świętować? Pytam o moment, kiedy dowiadują się, że wyprodukowany przez Akson „Katyń” Andrzeja Wajdy został nominowany do Oscara w 2008 roku. – Huknęły korki od szampana, rzuciliście się sobie w objęcia?
– Ja ci opowiem – Janek mówi to tonem, w którym są jednocześnie i nuta rozbawienia, i odrobina zawodu. Siedzieli razem z całym zespołem w salce konferencyjnej w siedzibie firmy na tyłach placu Konstytucji w Warszawie i nasłuchiwali, które filmy przechodzą do walki o złotą statuetkę.
– Miałem 22 lata i wydawało mi się wtedy, że już nic wyżej nie ma. „Katyń” nominowany do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny, a tata wstaje i mówi ponurym głosem: „No, fajnie, ale teraz to będzie problem z tymi zaproszeniami… No, bo kto ma pojechać na rozdanie nagród. Na pewno zaraz się ktoś obrazi”. Ten przeskok nastąpił o tak – Janek pstryka palcami.
– Taka nominacja dla producenta jest najgorszą karą, jaka może go spotkać w Polsce. Liczba osób, które chcą się podczepić pod Oscara, jest nieskończona. A ty lawirujesz, żeby nie wszyscy się na ciebie obrazili – Michał mówi to wyraźnie rozbawiony, ale nie żartuje.
Kwiecińscy na filmach zarabiają dobrze od wielu lat. Ile? Nie pytałem. Stać ich na willę w centrum miasta, w której mogłaby się mieścić ambasada małego królestwa – Bahrajnu lub Bhutanu – ale znajduje się siedziba Akson Studio. Stać ich na dobre samochody, fajne ciuchy, wyjazdy. To musi być miłe uczucie, gdy udaje się stworzyć firmę, która trwa, pozwala wyżyć się kreatywnie i jednocześnie zarabiać. Ale też wierzę Michałowi, gdy mówi: „Nigdy nie myślałem o tym, jak zarobić pieniądze”. Jedni powiedzą, że chcą zrobić film, który pojedzie do Cannes, inni – żeby przyniósł im nagrody lub sławę, a Kwiecińscy wydają się mieć inną motywację – robią filmy, bo chcą być częścią kultury, chcą tę kulturę tworzyć. Może to nieco bezczelne podejście. Zuchwałe, ale szczere. I ja chcę się dowiedzieć, gdzie leży źródło tej buty.
Historia Michała Kwiecińskiego zaczyna się na długo przed jego narodzinami. Zaczyna się śmiercią. W Katyniu od strzału w głowę ginie polski adwokat Edmund Baszkowski. Mężczyzna, którego Michał nigdy nie poznał, a którego obecność (a właściwie nieobecność) będzie wyczuwalnym, niemalże namacalnym elementem jego codzienności od pierwszego dnia narodzin. Choć ojcem Michała jest Edward Kwieciński, na fotografiach poustawianych w domu widzi kogoś innego.
– Moja matka kochała wyłącznie mężczyznę, z którym miała pierwsze dziecko – mojego brata Jacka. To była miłość prawdziwa, romantyczna, przeogarniająca. Trzymała w ramkach zdjęcia tego męża z Katynia i mój ojciec nie miał nic do powiedzenia. Pamiętam fotografię – mama z Edmundem na spacerze w Łazienkach. I kiedy on zginął w Katyniu, to matka całą swoją miłość prze- lała na swojego pierwszego syna. Chciała mu zapewnić dom, chciała, żeby Jacek miał dobrze. Dlatego znalazła sobie mojego ojca. Nie po to, żeby być w jakimś szczęśliwym związku, tylko żeby znaleźć ojca dla tego chłopca – jako substytut tamtej miłości. I to się kompletnie nie udało. No bo takich rzeczy nie da się zaplanować. A mój ojciec był bardzo fajnym człowiekiem, tylko nie do tej sytuacji. Te czasy były niesamowicie skomplikowane przez emocje, które przyniosła wojna. Pogmatwana historia, która ma fundamentalne znaczenie dla mojego rozwoju, dla mojego życia – mówi z przejęciem Michał Kwieciński. Moment ciszy przerywa Jan, który – zdaje się – odkrył w tej historii coś nowego, coś, czego do tej pory nie widział tak wyraźnie.
– Pewnie gdyby nie Katyń, gdyby ten temat nie był tak obecny w domu, nie miałbyś tak mocnego rysu wojennego – urodziłeś się już po wojnie, w 1951 roku. A jednak wojna odcisnęła swoje piętno, naznaczyła cię, bo nawet jak spojrzysz na naszą serialografię i filmografię, to gros projektów to są właśnie produkcje wojenne. Na tym zbudowaliśmy firmę.
Michał się oburza: – Bez przesady!
– No jak nie? „Czas honoru”, „Katyń”, „Dziewczyny wojenne”, „Miasto 44”, „Bodo”, „Jutro idziemy do kina”, „Filip”… To jest bardzo charakterystyczny element naszej twórczości i nie wiem, czy ty to robiłeś z chęci rozliczenia się z tamtym czasem, czy może z potrzeby skomunikowania się z tamtymi przeżyciami. Mocno cię tam ciągnęło.
Michał milczy przez chwilę. – Tak. Bo mimo że nie uczestniczyłem w tym świecie, bo jestem dzieckiem powojennym, to wydaje mi się, że czuję, czym jest wojna, i ten świat wydawał mi się przez to skomplikowanie dużo ciekawszy niż to, co było później.
Zwłaszcza że później Michał był przede wszystkim samotny. Przyrodni brat jest 16 lat starszy, kiedy Michał ma 5 lat, Jacek ma 21 i wyprowadza się z domu. Ojca nie widywał, bo małżeństwo z rozsądku się rozpadło.
– Byłem zawsze sam jako dziecko. Totalnie samotny. Mojej matki nie było domu – musiała dorabiać, bo z czego utrzymać rodzinę. Ojciec dobrze zarabiał, był dyrektorem, miał samochód służbowy, ale też go nie było, bo z matką łączył go jedynie nieustanny konflikt. Mama zostawiała mnie w domu z babką, która nie była miłą, ciepłą osobą. W ogóle nie pamiętam, żeby mnie głaskała jakoś tak po włoskach z miłości.

Autor zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Michał nigdy tak tego nie sformułował, ale zapewne czuł (nawet jeśli tylko podskórnie), że jest mniej kochany od brata. Od „brata katyńskiego”, „syna katyńskiego”, jak sam go czasem nazywa, co od razu pokazuje, jak w domu były rozłożone siły – ciężar był przy Jacku, matka była przy Jacku. Przy Michale była chłodna babka, a gdy podrósł – pojawił się równie oschły guwerner. Mężczyzna odprowadzał go rano do szkoły, a po zajęciach odbierał i wracał z nim do domu, gdzie spędzali razem cztery-pięć godzin, aż do przyjścia matki.
– Typ surowego nauczyciela. Wprowadził mnie w świat książek, ale ja go nienawidziłem. Wstydziłem się przed kolegami tego codziennego odprowadzania – wspomina Michał.
Trwało to kilka lat i w klasie zaczęto go traktować jak odludka, wywyższającego się dziwaka, samotnika. A co można zrobić, gdy jest się samotnym i traktowanym przez wszystkich jako ten, który lubi być osobno? Naturalnym odruchem wydaje się jeszcze większa izolacja, jeszcze głębsze zanurzenie w świat książek, fantazji i marzeń.
– Można zająć się skręcaniem modeli, majsterkowaniem, ale można też odpłynąć w czytanie, stwarzanie wymyślonych światów, bawienie się w teatr, robienie kukiełek, tworzenie historyjek. I mnie było bliżej do tego – przyznaje reżyser.
Jan już od jakiegoś czasu wierci się na fotelu, przekłada niespokojnie nogę na nogę, aż w końcu nie wytrzymuje: – A mnie się wydaje, że ty… że chciałeś być bliżej brata, szukałeś jakiegoś sposobu, żeby on cię zauważył. Może myślałeś, że on ci zastąpi ojca.
– Nie, no nie mów, co ja myślałem. Jasiu, na Boga! W ogóle tak nie było, bo ja do 16. roku życia nie miałem z nim kontaktu, on z nami od dawna nie mieszkał. Był malarzem, artystą, architektem, miał mieszkanie gdzieś na poddaszu.
– Może go i nie widywałeś zbyt często, ale wiedziałeś o jego istnieniu i wiedziałeś, że mama go kochała ponad wszystko, więc nie dziwne, że był ważną figurą, do której chciałeś się zbliżyć, i dlatego poszedłeś w sztukę – Jan wyłuszcza swoją analityczną teorię, ale ojciec reaguje stanowczo.
– Bzdura! Nie mów za mnie, co ja tak naprawdę myślałem, bo nic z tego wywiadu nie będzie.
Ale teraz, kiedy to piszę, nie ma go tu, więc i ja mogę coś do tej teorii dorzucić. „Katyński brat” wzbudzał zainteresowanie wielu osób – był przystojny, ale niedostępny, ekscentryczny, ale miał „nieludzkie poczucie humoru”, „był zdolny, ale nie wybitny”, nie zarabiał, ale był częścią warszawskiego środowiska artystycznego, nie był osobą otwartą, gadatliwą, ale przyjaźnił się z wieloma twórcami, a w pracowni trzymał szczura. Nie dziwne, że intrygował Michała. A ponieważ był ukochanym synem ich matki, jego akceptacja mogła oznaczać dla Michała, że odzyska mamę, że dzięki temu i ona go zaakceptuje. I choć Michał Kwieciński na razie wszystkim tym wydumanym, pseudopsychoanalitycznym interpretacjom zaprzecza, jeszcze się może okazać, że jego syn wcale się tak bardzo nie mylił, jeśli w ogóle.
Czy Michał Kwieciński zaczyna występować jako dziewięciolatek w młodzieżowym teatrze telewizji – przedstawienia nie były nagrywane, ale emitowane na żywo – by dzięki temu poczuć się jak aktor, jak artysta i tym samym dołączyć do twórczego grona przyjaciół brata? Tego nie wiadomo. Ale na pewno dokłada się to do jego doświadczeń, które w konsekwencji prowadzą go na ulicę Piękną do Akson Studio.
– Myśmy żyli w takim świecie zdeformowanego przedwojnia – tłumaczy Michał. – Tak, w domu panowały obyczaje sprzed wojny, dopasowane do tej siermiężnej, szarej rzeczywistości. Czyli zamiast letniego domu w Zalesiu Dolnym mieliśmy skleconą z jakichś desek budę, zamiast ogrodu z przystrzyżoną trawą i marmurowymi posągami jakiś pan malował fragmenty pociętej sosny na różne kolory. I te pieńki tam tak stały – tu różowe, tam żółte. Żeby było inaczej.
Były też fajfy, czyli popołudniowe imprezy – popularne w przedwojennych kurortach. W okolicach godziny 17 siostra mamy Michała waliła drewnianą łyżką w tacę, na której po chwili lądowała kawa i kruche ciasto. Albo taki obrazek: w ogrodzie leży rozłożony jedwabny spadochron – Michał mówi, że takie rzeczy znajdowało się w paczkach unrowskich, czyli z pomocy humanitarnej udzielonej po wojnie Polsce przez ONZ.
– I z tych spadochronów były szyte jedwabne koszule, w których potem chodziliśmy. Dworskie stroje w ubogiej wersji. Ja i tak widziałem w tym więcej salonu.

Jan Kwieciński Autor zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Ale przede wszystkim pamięta samotność – trzy miesiące lata spędzane w Zalesiu pod Warszawą (do szkoły szedł dopiero w październiku, bo mama uważała, że we wrześniu i tak nic ciekawego tam się nie dzieje), bez rówieśników, bez ojca, bez matki (ta pracuje w Warszawie, przyjeżdża tylko na weekendy).
– Więc byłem sam po prostu – podkreśla Michał. – I to miało na mnie duży wpływ. Do dzisiaj ma. Taka konieczność bycia z sobą trochę na siłę. Wszystko, co nowe, dziwne, nieznane, musisz przetrawić sam. To obdarzyło mnie bagażem myśli i doświadczeń – wydaje mi się – bardzo unikatowych. To, co przeżywałem, do niczego kompletnie nie było podobne. I wydaje mi się, że to jest mój wielki bagaż życiowy, zdobyty właśnie dzięki samotności… Pewnie stąd bierze się moja niechęć do spółek – tłumaczy się Michał.
Janek kiwa głową ze zrozumieniem. Mówi, że choć wychował się w zupełnie innych warunkach, w innym domu, też zawsze czuł się odrębny, nigdy nie przynależał do grupy, nie miał swojej paczki, nigdzie tak do końca nie pasował.
– Taki background pozwala w naszym zawodzie mylić tropy, wychodzić poza schemat. Środowisko filmowców ma różne odłamy i zwykle jest tak, że jak robisz filmy arthouse’owe, nominowane do Oscara lub innych ważnych nagród, to raczej robisz tylko takie kino i obracasz się wśród ludzi, którzy robią podobne rzeczy. A u nas jest tak, że my cały czas trochę oszukujemy system. Tata zrobił 1500 odcinków „Samego życia”, a jednocześnie film nominowany do Oscara.
– Ale ja zawsze lubiłem mylić tropy – mówi Michał z uśmiechem.
– Rozumiem, ale nie chodzi o to, czy ty lubisz to, czy nie. Ja bardziej mówię o tym, że taki sposób działania też buduje osobność. Seriale przyniosły ci pieniądze, więc trudno ci być częścią tego arthouse’owego środowiska. No bo się sprzedał. Komercha. A później masz film nominowany do Oscara i środowisko nie wie, jak ma cię traktować.
– Ale to w ogóle nie na tym, Jasiu, polega – wtrąca nagle Michał. – Jak ja mogę być uznany za osobę z tego środowiska, skoro studiowałem chemię i mam z chemii doktorat?
„Wodorowanie nitrobenzenu wobec bimetyloglioksymowych kompleksów kobaltu” – taki tytuł nosi praca doktorska Michała Kwiecińskiego. Podobno chodzi o jeden ze sposobów otrzymywania aniliny, używanej m.in. do produkcji paliwa rakietowego. Na studia chemiczne namówiła go mama – jeden syn artysta zdecydowanie jej wystarczał. A chemia to konkret, konkret to fach, fach to pieniądze. Michałowi w przeciwieństwie do starszego o 16 lat Jacka miało nie brakować pieniędzy. I rzeczywiście, zaraz po obronie doktoratu Kwieciński otrzymuje ofertę marzeń – stanowisko postdoktoranckie w Nowym Jorku z wynagrodzeniem 1000 dolarów miesięcznie.
– W tamtym czasie za 1000 dolarów można było kupić w Polsce dom! Takie to były pieniądze. A ta oferta – może nikt mi nie uwierzy – przyszła do mnie, tak jak i cała ta chemia, bez wysiłku, nic mnie to nie kosztowało… To jest najokropniejsze – Michał mówi to ściszonym głosem, jakby się wstydził lub nie chciał, by ktoś poza mną i Janem to usłyszał.
Oferta jest jak z bajki, ale w jego życiu już jakiś czas wcześniej wydarzyło się coś znacznie ważniejszego – miał 16 lat, kiedy na wycieczce rowerowej w Zalesiu między nim a jego przyrodnim bratem Jackiem wreszcie zawiązuje się komitywa. Zaczynają prowadzić dziwny, nieco abstrakcyjny, quasi-filozoficzny, wypełniony absurdalnymi żartami dialog o sztuce, literaturze, kinie, teatrze. I od tamtej wyprawy będą go kontynuować aż do śmierci Jacka. Przez brata poznaje malarzy, rzeźbiarzy, aktorów, reżyserów, pisarzy, Głowackiego, Skolimowskiego, ma bardzo dobrą relację z aktorem i reżyserem teatralnym Wojtkiem Pszoniakiem. I to właśnie ten ostatni, wiedząc o humanistycznych skłonnościach doktora chemii i jego miłości do teatru, proponuje by Kwieciński – zanim we wrześniu wyjedzie do Stanów na postdoca – spróbował w czerwcu zdawać do szkoły teatralnej w Warszawie na wydział reżyserii i dramatu.
– Powiedział mi: „Boję się, że jak nie spróbujesz, to będziesz żałował i męczył się całe życie, że coś ważnego cię ominęło”. I to był chyba mój najbardziej bohaterski czyn w życiu… Ja już miałem wtedy żonę i trzyletnią córkę, i ten wyjazd do Nowego Jorku to była oferta, której się nie odrzuca. Ale posłuchałem Pszoniaka i poszedłem na egzaminy.

Jan Kwieciński Autor zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Nie chce przed komisją odgrywać nawiedzonego sztuką studenta, więc zamiast wyciągniętego, przesiąkniętego papierosowym dymem swetra wkłada garnitur z matury.
– Ubrałem się najgorzej, jak tylko mogę sobie wyobrazić. Po prostu chciałem za wszelką cenę podkreślić tę swoją odrębność, osobność, nieprzynależenie do środowiska. W każdym razie zdałem do tej szkoły i zdałem najlepiej. I wtedy na korytarzu ktoś powiedział o mnie: „A co tu robi ten chuj w okularach?”.
– Fuck! Przykre – konstatuje Janek. Ale Michał kręci głową: – Wcale nie! To mi sprawiło nieludzką przyjemność. To był dowód, że jestem inny, że jestem… doktorem chemii, a ja wcześniej tego w sobie nie lubiłem. No, byłem takim… sztywnym dupkiem – śmieje się.
Do Stanów nie wyjechał, więc żeby utrzymać rodzinę, wychodził z domu o piątej rano dorabiać w laboratorium w fabryce kosmetyków – tworzył pudry, opatentował nawet kilka procesów produkcji szminek. O dziewiątej stawiał się na zajęciach.
– Oprócz żony i dziecka musiałem też utrzymać matkę i brata. Czułem się za nich odpowiedzialny. Żałuję, że tak to wyglądało, bo nie skorzystałem w szkole teatralnej ze studenckiego życia. No, nie miałem trzydniowych melanży – Michał wzrusza ramionami.
Od drugiego roku studiów pracuje też w TVP jako asystent reżysera w Teatrze Telewizji. Uczestniczy w produkcji ponad 50 spektakli i przy okazji poznaje wszystkich topowych twórców.
– Hübner, Świderski, Łomnicki, Wilhelmi, Wajda, Eichlerówna i tak dalej. Reżyserzy, aktorzy… Nie było ani jednej znanej osoby, której ja bym nie znał. A oni też mnie lubili, bo byłem zaangażowany, miły, nosiłem kawę… Wszedłem w ten świat – tłumaczy Michał.
– Janek jest już na świecie? – pytam.
Janek dla porządku przypomina: – Urodziłem się w 1985 roku. Michał chwilę liczy. – Kiedy kończę reżyserię, ty masz trzy lata.
Po dyplomie Michał Kwieciński zaczyna samodzielnie reżyserować sztuki teatralne. W Ateneum przygotowywał duże, angażujące 30 aktorów przedstawienie, składające się z piosenek Tuwima – wymyślił do tego nowoczesną formę, z projekcjami filmowymi, które sam montował. Duża inscenizacja na małej scenie.
Na dwa tygodnie przed premierą spektaklu na prośbę ówczesnego dyrektora teatru przyszedł inny reżyser – jego zaufany człowiek.
– Przeżyłem wtedy coś niezwykle cennego i bolesnego – wspomina Michał.
W przerwie wysłannik dyrektora wchodzi na scenę i zaczyna mówić aktorom, jak powinni grać, przestawia sceny, wyrzuca poszczególne piosenki.
– Po prostu sam zaczyna reżyserować. Stoi do mnie plecami, bo ja siedzę w piątym rzędzie, ale widzę twarze aktorów – oni są wszyscy przodem do mnie, grupa kilkudziesięciu osób. Opania, Kociniak, Wiśniewska. Po prostu kwiat polskich scen. Ludzie, których uważałem za przyjaciół. I następuje zjawisko… najbardziej dramatyczne, jakie możesz sobie wyobrazić. Facet przejmuje reżyserię mojego spektaklu, ale najgorsze było to, że aktorzy już na mnie nie patrzą. Patrzą na niego, bo on jest zastępcą dyrektora. No i szukałem wzroku, szukałem wzroku. Minuta, dwie, po trzech minutach wyszedłem i do dzisiaj nie wróciłem. Nie mogłem – opowiada Michał.
– Jak się czułeś?
– Zdradzony. Miałem depresję. Leżałem chyba dwa miesiące w łóżku, w ogóle nie mogłem się ruszyć – to było jak jakieś porażenie. Jakby ktoś, kogo kocham, zdradził mnie na moich oczach. Ale nabrałem wtedy dużo zdrowego dystansu, z pomocą przyszła wyuczona samotność, która potrafi wzmacniać w takich momentach. Doszedłem do wniosku, że nie mogę mieć do nich pretensji, że aktorstwo to jest zawód narażony na takie zachowanie. To zdarzenie odegrało ogromnie ważną rolę w moim życiu. To wtedy uznałem, że teatr to nie moje miejsce.
I tak zrodziło się Akson Studio. Jest 1992 rok, Telewizja Polska woli zlecać produkcję spektakli Teatru Telewizji prywatnym firmom – taką propozycję dostaje Kwieciński. Dzięki doświadczeniom z czasu studiów dobrze wie, jak takie zlecenia się realizuje. To znaczy wie, jak się robi teatr telewizji, zna odpowiednich ludzi, ale nie ma pojęcia o budżecie, kosztorysach, wycenach. Uczy się po nocach, rysuje tabele na kartach papieru, kwoty i liczby wpisuje ołówkiem. Uczy się prowadzić wytwórnię filmów fabularnych, dokumentalnych, spektakli teatralnych i programów telewizyjnych. Buduje zespół. Ma 41 lat.

Michał Kwieciński Autor zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Janek bywa na planach zdjęciowych od szóstego roku życia. Ojciec nie jest typem, który by coś objaśniał, cokolwiek tłumaczył, oprowadzał, pokazywał. Nie. Janek po prostu kręci się wśród dorosłych i chłonie. W czasie naszej rozmowy nieraz użyje sformułowania „przez osmozę” – od wczesnych lat przesiąkał filmem: w ich domu bywali reżyserzy, scenarzyści, aktorzy, w pracy ojca wszystko kręciło się wokół reżyserów, scenarzystów, aktorów.
– Kim chciałem być? Filmowcem. Nie do końca wiedziałem, co to znaczy, ale od kiedy pamiętam, chciałem być filmowcem. Nawet nie znałem innych zawodów – nie miałem świadomości, że teoretycznie mógłbym być lekarzem, policjantem, architektem, do głowy mi to nie przyszło – mówi Jan.
Dziś potrafi to wyjaśnić: bycie filmowcem oznaczało bycie blisko ojca. Bo Michał w życiu Jana był nieobecny – wychodził rano do pracy i wracał o 22, całą energię i pasję wkładał w robotę, nie grał z synem w piłkę, nie pytał o szkołę, kolegów, nie przytulał.
– On w ogóle nie był zainteresowany dziećmi. No, ale skąd miał wiedzieć, jak być z nami blisko, skoro wychowywał się samotnie?
– Dla mnie dziecko przy stole jest zawracaniem głowy przy obiedzie. Do dziś tak mam – Michał mówi to z rozbawieniem. A jego syn kontynuuje: – Więc moja historia dzieciństwa – choć miałem w domu oboje rodziców – w jakiś sposób jest podobna do tej ojca. Dla ciebie twój brat Jacek był wysoko w hierarchii, ale też nie był osobą, która klepie po plecach i chwali, musiałeś się naprawdę wysilić, żeby zwrócić jego uwagę, musiałeś się naczytać, naoglądać, dużo dowiedzieć, żeby on uznał, że jesteś dla niego odpowiednio ciekawą osobą. To była ciągła pogoń za jego uznaniem. Ty też nigdy nie dałeś tego wzmacniającego feedbacku. Jak już, to raczej negatywny. „Tato, byłem w teatrze”, a ty na to: „No, szkoda, że już do opery nie chodzisz”. Nigdy nie było takiej rozmowy z twojej strony: „O, fajnie, że to przeczytałeś!” lub „Co myślisz o tej historii?”. Żebyś zwrócił na mnie uwagę, musiałem się naprawdę postarać. Podkreślam ten background rodzinny i jego psychologiczne podłoże, bo uważam, że dla mnie to jest formujące. Zabieganie o akceptację ojca jest absolutnie fundamentalne dla mojego rozwoju zawodowego. Moja praca w Aksonie nie jest przypadkiem. To, że chciałem tu pracować, na sto procent było związane z potrzebą bycia blisko ojca, którego nigdy nie było w domu – Janek mówi to z przekonaniem i ze spokojem.
Jako dziecko spragnione kontaktu z ojcem jeździ z nim na plany filmowe i chodzi do kina – ale nie na filmy dla dzieci, tylko te, które chce obejrzeć Michał.
– Pierwszy film, jaki zobaczyłem z tatą w kinie, to był „Leningrad Cowboys jadą do Ameryki” Aki Kaurismäkiego, czyli fiński art- house’owy film dla dorosłych, a ja miałem wtedy sześć-siedem lat – wspomina Jan.
Szybko orientuje się, że kluczem w dotarciu do ojca jest szeroko pojęta kultura: sztuka, literatura, teatr i oczywiście film. Jego najważniejszą lekturą staje się 650-stronicowa „Kronika filmu”, zawierająca tysiące artykułów, biogramów, zestawień filmów i danych dotyczących reżyserów, aktorów i operatorów filmowych. – Znałem ją na pamięć, całą filmografię na wyrywki, i chciałem, żeby ojciec mnie przepytywał. Do dziesiątego roku życia byłem naoglądany jak mało który dorosły – znałem wszystko od Bergmana aż po „Klan” w TVP.
Pierwsze studia wybiera tak jak ojciec – bez przekonania. Na teatrologię namawia go znajoma Michała, scenarzystka i producentka serialowa Ilona Łepkowska. Janek męczy się i nudzi, a ostatecznie porzuca teatr – nie chodzi, nie ogląda spektakli, nie śledzi premier. Już wie, że liczy się tylko film. Pracuje na planie filmu „Monachium” u Spielberga, nosi kawę, rozstawia namioty dla ekipy, podpuszczany przez odpowiedzialnego za zdjęcia Janusza Kamińskiego uczy amerykańskiego reżysera polskich przekleństw.
– To był wspaniały czas, a także bezcenne doświadczenie. Przez cztery miesiące kręciłem się wśród twórców ze światowej ekstraklasy. I czego się o nich dowiedziałem? Że to są tylko ludzie. Ludzie, którzy chcą normalnej rozmowy. To wtedy ostatecznie wyzbyłem się strachu przed autorytetami i korzystam z tego do dziś – mówi Janek.
Idzie do Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Andrzeja Wajdy, w ramach programu Erasmus wyjeżdża do Paryża, ale uczelnia zostaje nagle zamknięta („Dzięki tacie mieszkałem w mieszkaniu Zanussiego, spałem w łóżku, w którym umierał Tarkowski”), wraca do Warszawy, robi film krótkometrażowy „Incydent”, który zostaje wyróżniony nagrodą specjalną jury w Konkursie Kina Niezależnego na festiwalu w Gdyni.
– Tam na korytarzu słyszę, że mój film został nagrodzony tylko dlatego, że jestem synem Michała Kwiecińskiego. To mnie dobiło – wspomina Janek. – To jest moje Ateneum, to jest ten moment totalnego załamania, z którego ostatecznie wyszedłem z nowym planem.
– Ale zacząłeś wtedy w siebie wątpić? Pomyślałeś, że może to prawda z tą nagrodą, że może nie jesteś zdolny, tylko dobrze umocowany?
– Tak, byłem dzieciakiem i naturalnie zacząłem mieć wątpliwości. To był bolesny moment, bo w jednej sekundzie cała moja radość z tej nagrody została rozjechana. Nigdy nie kryłem się z faktem, że mam uprzywilejowany start, ale czy to znaczyło, że mam się od teraz z tego tłumaczyć i przepraszać? Dostawać ujemne punkty za pochodzenie?
– Ale ja oczywiście palcem nie kiwnąłem w tej sprawie – to nie ojciec pomógł – wtrąca z poważną miną Michał.
– Zrozumiałem też, że jeśli jest we mnie jakiś potencjał, to ja go nie będę w stanie zrealizować w Polsce. Jeśli jest, muszę go rozwinąć gdzieś indziej. W łódzkiej filmówce będę wśród przyjaciół lub wrogów ojca, a to zawsze będzie wpływało na ocenę mojej twórczości – tłumaczy Jan.
Jedzie do London Film School, co – jak sam mówi – pozwala mu ukonstytuować się na nowo. Znowu ma energię, wiarę i pomysły. Wygrywa międzynarodowy konkurs amerykańskiego magazynu „Vice” na najlepszy scenariusz, zostaje zaproszony do robienia filmu z Valem Kilmerem i Harmonym Korine’em, kumplem Wernera Herzoga. Jeszcze niedawno wątpił w swoje możliwości, teraz jeździ po Stanach z własną produkcją, imprezuje w Hollywood z gwiazdami kina. Ukończony film jest jego pracą dyplomową w Londynie, a kolejny scenariusz jego autorstwa otwiera mu nowe drzwi – tym razem do najbardziej prestiżowych warsztatów filmowych na świecie, czyli Sundance Directors and Screenwriters Lab.
– Z trzech tysięcy nadesłanych scenariuszy wybierają dziesięć. No, to była dla mnie bardzo duża sprawa, która dała mi ostateczną legitymizację moich osiągnięć. Bez tego doświadczenia nie mógłbym dziś funkcjonować w tej branży, bobym się pewnie nigdy nie dowiedział, ile naprawdę jestem wart jako twórca bez wsparcia ojca – przyznaje.

Jan Kwieciński Autor zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Ma scenariusz, producentów, szansę… ale na swój drugi film w Stanach nie jest w stanie zebrać pieniędzy. Nie ma też pozwolenia na pracę, więc na życie bierze od ojca i to go coraz mocniej uwiera. Producentki przekonują, że musi uzbroić się w cierpliwość, że już za moment się uda, ale on nie może znieść tego, że mija kolejny miesiąc i znowu musi prosić rodziców o pomoc. W Stanach mówią mu, że jeśli wyjedzie, to o filmie może zapomnieć. Przyjemność zmienia się we frustrację. W końcu Jan wraca do Warszawy, ma 27 lat.
– Dziś widzę to inaczej niż wtedy, ale nie będę udawał, że nie miałem wtedy ambicji robienia filmów w Hollywood. Czasami sobie myślę, że może powinienem był tam pracować nielegalnie, poczekać jeszcze chwilę dłużej. No, ale wróciłem – wróciłem do Polski na tarczy. Plan był inny – Jan się zamyśla.
Zanim dołączy do Aksonu, zatrudnia się w agencji reklamowej, rozpisuje spot dla Orlenu na 60 stronach… i orientuje się, że to nie jego świat, że on tego nigdy nie dowiezie.
– Widziałem, że Jaś się męczy, ale stwierdziłem, że nie będę mu mówił, że to widzę, tylko podsunąłem mu do zrobienia film telewizyjny z młodymi, debiutującymi twórcami. Uważałem, że idealnie do siebie pasują. I oczywiście zrobił to bardzo dobrze, a ja się w ogóle nie wtrącałem, miałem fajniejsze rzeczy na głowie. Myślę, że to pozwoliło mu mocno stanąć na nogi – nie był pod skrzydłami tatusia, produkował całość od początku do końca sam. Okazało się, że Janek świetnie wykorzystał te wszystkie lata plątania się po planach, po naszej firmie i rzeczywiście przejął – jak on to mówi „przez osmozę” – nasze najlepsze sposoby działania – zauważa Michał. – Więc gdy pytasz, jak działa ta spółka, odpowiadam, że to nie jest spółka. Bo ja jestem zajęty sobą i swoimi projektami. A Janek sobą.
– My często nawet nie wiemy, kto czym się zajmuje – dopowiada Janek i w tej jednej kwestii obaj panowie Kwiecińscy są zgodni.
Dziś mają za sobą 13 lat wspólnej pracy. Przez te lata syn musiał udowodnić sobie, ojcu i całej branży, że w Aksonie jest nie dlatego, że jego tata założył tę firmę, ale po to, by ją kiedyś przejąć i dalej rozwijać. Zaczynał od produkowania reality show i niskobudżetowych seriali dokumentalnych. Dziś robi trzeci sezon „1670” i pracuje nad filmem erotycznym, przeciera nowe ścieżki, tak jak ojciec lubi mylić tropy. Kilka miesięcy przed 40. urodzinami został prezesem Akson Studio.
– Czy to jest początek waszej dyskusji na temat ostatecznej sukcesji?
– Raczej koniec. To w ogóle nie była moja wspaniałomyślna decyzja o przekazaniu pałeczki. Janek to zaproponował, a dla mnie to jest wygodne, bo ja chcę teraz więcej tworzyć, niż zarządzać – mówi Michał. A Janek dodaje z przekąsem: – Niewiele to zmieniło poza tym, że teraz mogę zwolnić ojca bez pytania go o zgodę.
– To niczego nie zmieniło. On się czuje lepiej i ja się czuję lepiej. No to dobrze – Michał zamyka temat.

Michał i Jan Kwiecińscy Autor zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Twórca i założyciel Akson Studio – tak swoje stanowisko opisuje Michał Kwieciński – nie powie przecież, że jest wiceprezesem. Mówi, że Janek nie mógłby pracować w firmie, gdyby nie potrafił robić filmów, liczyć, rozmawiać z ludźmi, wyczuć potrzeb widzów, wychodzić z kryzysów z głową, gdyby zawalał projekt za projektem. Janek odrobił tę lekcję dość wcześnie i wystarczył raz, żeby skumał, czym jest praca z ojcem. Miał 14 lat, biegał z kamerą po planie filmowym, przygotowywał materiał promocyjny z ujęciami z backstage’u. Zaraz potem zaczęły się wakacje, Janek wyjechał, o zmontowaniu materiału zapomniał. We wrześniu zjawił się w firmie, by dokończyć pracę, ale dowiedział się, że nagrane przez niego materiały zostały zutylizowane.
– Ojciec bez pretensji, bez złości powiedział mi wtedy: „Fakty są takie – zacząłeś pracę, nie dokończyłeś jej, tych nagrań już nie ma. Straciłeś swoją szansę”. No przecież mógł mi powiedzieć: „Weź zmontuj to, zależy mi na czasie”. Do dzisiaj to pamiętam. Lesson learned! – śmieje się Janek. A Michał tłumaczy: – No, bez przesady, nie będę czekał na szczeniaka, żeby coś zmontował. Nie będę prosił, o nie!
– Jak już coś robisz, to rób to dobrze – to jest motto mojego ojca. Ponieważ czułeś, że nie jesteś akceptowany, jak robiłeś coś średnio. A czułeś, że to się zmienia, gdy zaczynasz sam z sobą się ścigać i stajesz się coraz lepszy. Więc musiałeś ciągle coś sobie i innym udowadniać – Janek mówi o ojcu, ale jakby mówił o sobie.
– Chyba masz rację. Ja ciągle przestawiam sobie tę przysłowiową poprzeczkę – wciąż wyżej i wyżej. I nie mogę przestać – przyznaje Michał z powagą. – Mam z tym olbrzymi problem, bo jestem stary. Mam 74 lata, ale nie mogę się uspokoić, bo uważam, że trzeba cały czas iść gdzieś dalej, ale nie w ramach tego, co już zrobiłem, tylko w ramach tego, czego jeszcze nie robiłem. Nigdy nie byłem zadowolony z siebie, a jednocześnie byłem zadowolony z rzeczy, które tworzyłem. Jestem zadowolony z „Chopina”, ale to nie jest moja finalna wypowiedź w karierze. To nie jest moje ostatnie słowo.
Dwa dni po naszej rozmowie dostaję od Janka wiadomość. Pisze w niej, że ogromnie docenia, że ta historia wspólnej pracy z ojcem tak dobrze się potoczyła i że „pewnie będzie miała w miarę happy end”. Ale z perspektywy czasu widzi też, że wystarczyłoby kilka złych wyborów po drodze, a mogłoby się to wszystko skończyć zupełnie inaczej. Najważniejsze zostawia na koniec: „Piszę te erratę, myśląc o młodszych czytelnikach, często zapatrzonych w takie opowieści o źródłach różnych sukcesów. Nie chciałbym, żeby wyszło, że oto dwóch panów w gazecie mówi, jak świat powinien być ułożony, bo oni coś tam osiągnęli i już wiedzą, i już mogą dawać innym rady. A oni zwyczajnie chuja wiedzą. Coś tam próbują sobie poskładać, szukając jak każdy w tym życiu sensu i MIŁOŚCI. Jak to w filmach bywa”.
Artykuł oryginalnie ukazał się w pierwszym numerze GQ Poland.
Więcej w tym temacie:
- „Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
- „Wędrówka na północ” – cichy buntownik we wrzeszczącym świecie
- Czy Paul Anthony Kelly to najbardziej stylowy aktor nowego pokolenia?
- Foto-pamiętnik Leny Góry z warszawskiej premiery „Erupcji”
- Odszedł Krzysztof Piesiewicz. Dokładnie w dniu premiery filmu „Historie równoległe”, który bez niego by nie powstał
- Czy to będzie najbardziej polityczne Cannes od lat? Demi Moore, Park Chan-wook, sztuczna inteligencja i wielki powrót magii kina
Dziennikarz i redaktor z 25-letnim doświadczeniem w pracy w radiu i prasie. Kierował zespołami redakcyjnymi w magazynach „Malemen” i „Twój Styl Man”, jego teksty były publikowane m.in. w „National Geographic”, „Esquire”, „Twoim Stylu”, „Zwierciadle”, „Kukbuku” i Veridica.ro. W latach 2003–2004 był korespondentem Polskiego Radia w Iraku. W ostatnich latach jako niezależny twórca produkował podcasty m.in. dla Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki, Muzeum Getta Warszawskiego, culture.pl oraz Papaya Films – za serię „Odpowiednik” otrzymał w 2021 roku nagrodę Audioteki „Dobrze opowiedziana historia” w konkursie Podcast Roku im. red. Janusza Majki.
Pracuje nad podcastem dokumentalnym o ludziach pozostających w związku ze sztuczną inteligencją.
Z wykształcenia jest psychologiem, więc człowiek pozostaje w centrum jego zawodowych zainteresowań. Ponadto ciekawią go sprawy Bliskiego Wschodu, od dziecka gra w tenisa, lubi chodzić do kina, kocha czytać, jeść kanapki i wygłupiać się z synami.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.